Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 stycznia 2024

Dni ostatnie: krwawe opowiadanie z czarnym humorem

 


Kline jest byłym detektywem, który w trakcie ostatniej swojej akcji stracił dłoń. Pewnego dnia zaczynają zgłaszać się do niego inni, obiecując ofertę nie do odrzucenia. Gdy bohater nie zgadza się, zostaje porwany i zmuszony do rozwiązania zagadki tajemniczej sekty, której członkowie amputują swoje kończyny w imię wiary.

Dni ostatnie
Brian Evenson
wyd. Mag, 2022



To w teorii nie jest książka, która powinna się podobać, a jednak – „Dni ostatnie” Briana Evensona zapadną mi na dłużej w pamięć i to zdecydowanie w pozytywny sposób, chociaż nie są w całości równym dziełem.

Powieść została wydana przez wydawnictwo Mag w ramach serii horrorów. Warto się tu chyba nad tym na chwilę zatrzymać. Pod względem gatunku dla mnie to połączenie historii grozy z kryminałem, jednakże, choć wydawca czytelników do tego przyzwyczaił, nie ma tu za bardzo elementów fantastycznych. Można je sobie dopowiedzieć, są gdzieś tam sugerowane, ale zdecydowanie nie jest to horror z duchami, demonami i istotami z innych światów. Nie jest to wada, jednak po prostu uważam, że warto to nadmienić.

„Dni ostatnie” początkowo nie były powieścią, a opowiadaniem pod tytułem „Bractwo Okaleczonych”. Po sukcesie krótszego tekstu autor postanowił go rozwinąć i stworzył coś, co nadawało się do szerszej dystrybucji jako solowe dzieło. Jak najbardziej rozumiem to podejście pod względem biznesowym, jednak uważam, że po tym pierwszym segmencie widać mocny spadek jakości tekstu.

Zaczynamy bowiem od opowieści trzymającej w napięciu i dynamicznej. Takiej, która jest dość brutalna i chwilami wręcz obleśna, ale w ten popkulturowy sposób. Nie ma tu nadmiaru przekleństw, jest za to czarny, często dość absurdalny humor, który przełamuje całość i sprawia, że da się to czytać z przyjemnością, mimo raczej nieprzyjemnego tematu. Zamknięcie tego segmentu też jest trafione w punkt i moim zdaniem ten tekst naprawdę nie wymagał rozwinięcia. Był piękny w swojej pierwotnej formie, świetnie zamykając wszystkie wątki.

Drugi segment, choć dalej dość lekki w stylu, był już nieco bardziej rozlazły, powtarzalny, nudnawy. Trzymał jakiś poziom, ale naprawdę w moim odczuciu odstawał jakością od pierwotnego opowiadania. Z doświadczenia wiem, że to częsta przypadłość opowiadań rozwijanych w podobny sposób, ale z drugiej strony gdyby autor tego nie zrobił, nie miałabym okazji poznać samego opowiadania, a ono samo w sobie było tego warte.

Warto dodać, że styl Evensona jest raczej prosty, konkretny, bez nadmiaru opisów. Nie należy do tych najbardziej charakterystycznych, ale nie przeszkadza w czytaniu i moim zdaniem świetnie sprawdził się w przypadku tego typu bądź co bądź rozrywkowej historii.

To zdecydowanie nie jest powieść dla wszystkich. Słyszałam już opinie, że ta historia jest bardzo krwawa, brutalna i tak kiepska, że nie powinna zostać wydana. Nie zgadzam się z tym, ale rozumiem, że jeśli ktoś nie tego spodziewa się po lekturze, mógł poczuć się cóż, nieco zdziwiony. Ale dla tych, którzy szukają właśnie czarnego i krwawego humoru, a także nie mają nic przeciwko sektom podanym w mocno popkulturowy sposób, to ta powieść może być nie lada gratką.


niedziela, 8 października 2023

Czerwone drzewo: mam do tej książki nitkę sympatii, ale...


Po burzliwym związku Sarah postanawia przenieść się do domku na odludziu w Nowej Anglii. W piwnicy budynku znajduje maszynopis poprzedniego lokatora. Kobieta zaczyna się w niego wgłębiać, odkrywając tajemnice związane z potężnym drzewem rosnącym na terenie posesji.

Czerwone drzewo
Caitlín R. Kiernan
wyd. Mag, 2018


Postanowiłam sobie jakiś czas temu, że lepiej poznam horror, bo do tej pory moja relacja z fantastyczną literaturą grozy nie była zbyt dobra. W ten sposób na mojej półce wylądowało kilka książek, głównie od wydawnictwa Mag, a na pierwszy ogień poszło „Czerwone drzewo” Caitlín R. Kiernan. Przyznaję się: głównie dlatego, że nie było zbyt długie, a ja i tak podchodzę do tych książek jak pies do jeża. 

I chyba jednak trochę słusznie, bo „Czerwone drzewo” nie okazało się w żadnym razie moim nowym ulubieńcem. Z drugiej strony chyba nie mam się czemu dziwić, biorąc pod uwagę, na jakie opinie o tej książce trafiłam już po lekturze. Ale, ale – może jednak wyjaśnię dokładniej, z czym to się je. 

To powieść napisana w formie dziennika. Sarah jest pisarką, która nie może zabrać się za pracę i próbuje przepracować swoją przeszłość, rozprawiając się z nią w trakcie pisania. Akcja rozgrywa się w 2008 roku, więc bohaterka zamieszkująca odludny teren jest faktycznie nieco bardziej odcięta od świata, niż gdyby to było dzisiaj. Nie jest to młoda, rozpoczynająca dopiero życie osoba – Sarah jest już po czterdziestce. 

Książka Kierman ma w sobie to, czego po prostu nie lubię w horrorach, a jakoś szczególnie często (czyt. niemal zawsze, gdy sięgam po te współczesne) na to trafiam. Mianowicie, ta powieść nie skupia się wcale na budowaniu klimatu grozy, a raczej wykorzystuje go, by opowiedzieć obyczajowy dramat, skupiając się na przeżyciach Sarah. Sporo jest tu psychoanalizy i dygresji, sporo chaosu. Przez to prowadzony przez Sarah dziennik brzmi dość naturalnie, ale moim zdaniem taka forma nie do końca sprawdza się w powieści.

Ponadto właśnie przez formę czytelnik zmuszony jest obcować z protagonistką przez cały czas trwania fabuły, a przyznaję, że nie jest to postać, która szczególnie przypadła mi do gustu. Sarah nie jest zbyt miłą osobą. Sięga po używki, jest też raczej marudna. Widać w niej inteligencje, ale też zmęczenie życiem i ogólną niechęć do wszystkiego. To całkiem realny obraz postaci, z tym że ja po prostu nie lubię takich bohaterów, nie chce mieć też takich ludzi wokół siebie, co sprawiało, że niezbyt chętnie sięgałam po „Czerwone drzewo” już po jego odłożeniu. 

Nie jestem więc zadowolona, ale patrząc na opinię innych, czuje że nie jestem aż tak niezadowolona, jak część czytelników. Uważam, że nie miałam w tej historii problemów z rozróżnieniem, co było jawą, a co snem/majakiem (choć snów jest tu trochę). Podoba mi się sam setting historii, a sceny związane z nadprzyrodzonymi elementami nie wypadają wcale tak źle. W związku z tym mniemam, że gdyby sam klimat tej historii był nieco lżejszy, albo gdyby całość była lepiej ułożona to „Czerwone drzewo” mogłoby mi nawet sprawić trochę radości. W obecnej formie mam może do historii nitkę pozytywnych odczuć, ale jednocześnie raczej nie chcę do niej wracać.

Jeśli to, co przedstawiłam jako męczące mnie elementy brzmi Wam dobrze, może akurat powinniście tej historii dać szansę. Kto wie, może po prostu jest tak, że mi i niektórym osobom piszących na jej temat opinie w sieci nie spasował ten klimat i prowadzenie narracji. Jeśli jednak miałabym polecać tylko książki, które stricte lubię to ta nie byłaby jedną z nich.



czwartek, 20 kwietnia 2023

Księga Strachu 2: nie bardzo jest o czym mówić

 

Mam wrażenie, że „Księga strachu 2” to jedna z tych niewielu książek, wzgędem których nie mam żadnych większych emocji i też właściwie nie mam nic wiele do powiedzenia. Ot, zbiór opowiadań, raczej przeciętnych. To coś, za co może chwycić ktoś zajarany polskim horrorem i fantastyką w mroczniejszych klimatach, ale nawet w tym przypadku nie jest to żaden „must read”.

Księga Strachu 2
Antologia wielu autorów
wyd. Runa, 2007

Jedno z tych opowiadań znałam już wcześniej. Tekst Anny Kańtoch naprawdę lubię i uważam, że jest bardzo klimatyczny, ale lepiej poznawać je poprzez „Światy Dantego”. W towarzystwie moim zdaniem lepszych tekstów, po prostu przyjemniej będzie się je odbierało.

Poza tym jest tu kilka opowiadań z potencjałem, które czytało się po prostu całkiem dobrze, jak np. tekst Anny Brzezińskiej, czy Wita Sztosaka, ciekawy był też tekst fantasy Orlińskiego, ale większość po prostu zupełnie gubi się w tłumie i niczym nie zachwyca. Może być to spowodowane tym, że sama niekoniecznie przepadam za historiami grozy, ale raczej stawiałabym na ogólną mierną jakość tego zbioru.

Przy okazji odkryłam, że Jacek Komuda naprawdę potrafi mnie nudzić i nie interesować. Mam kolejny powód, by nie wracać do jego twórczości.

Nie polecam szczególnie. Jeśli trafi się gdzieś w antykwariacie czy outlecie, przy okazji – za kilka złotych można kupić. Ale to nie jest coś, czego warto specjalnie szukać.


niedziela, 8 stycznia 2023

Opowieści niesamowite: dlaczego nie lubię klasycznych opowiadań grozy?


W końcu wpadł mi w ręce zbiór opowiadań Edgara Allana Poe. „Opowieści niesamowite” w wydaniu Zielonej Sowy wyglądają jak niewielka książeczka dla uczniów, choć zawierają klasyczne dzieła literatury grozy. I właśnie ta pozycja pomogła mi dobitnie zrozumieć, na czym polega mój problem ze starszymi opowiadaniami tego typu. 

Schemat każdego z tych tekstów wygląda właściwie tak samo. Na początku dostajemy gęsty opis lokacji i ludzi, którzy ją zamieszkują. Niestety, w przypadku twórczości Poe nie wzbudza on we mnie poczucia grozy, ale raczej poczucie znudzenia: wygląda na to, że po prostu styl tego pisarza nie jest dla mnie. Następnie w narracje wkradają się drobne sugestie, że dzieje się coś złego, np. ruszające się kotary. Na samym końcu dostajemy mroczny plot twist (narrator zabił/ktoś wstał z martwych/ktoś umiera/itd.) i koniec. Bez większego rozwinięcia.

Opowieści niesamowite
Edgar Allan Poe
wyd. Zielona Sowa, 2002

Teksty są też raczej krótkie, na dosłownie kilka, czy kilkanaście stron, prawdopodobnie (bo tego nie weryfikowałam) przez to, że były pisane po prostu do gazet i musiały się zmieścić na limicie stron. 

Ten schemat i kwestia długości tekstów jest typowa nie tylko dla  Poe, ale w jego wydaniu szczególnie mnie te elementy męczyły. Jestem w stanie przeczytać jeden taki tekst na raz, ale gdy dostaje cały zbiorek kilku podobnych, to po prostu szybko zaczynam czuć się znudzona. Dodajmy do tego to, o czym wspomniałam wcześniej: mi styl tego pisarza po prostu nie odpowiada na osobistym poziomie i okazuje się, że choć książeczka ma 160 stron, ja po nieco ponad 100 postanowiłam ją odłożyć.

Wydaje mi się też, że być może wybór tych tekstów po prostu nie jest najlepszy. Niemniej, twórczości Poe nie znam na tyle, by to ocenić, a po tych opowiadaniach raczej szybko do niego nie wrócę. Niemniej, takie klasyki warto poznawać, choćby po to, by się rozczarować: w końcu to na nich wyrosła współczesna literatura.



sobota, 3 grudnia 2022

Światy Dantego: najlepszy zbiór polskich opowiadań?



Twórczość Anny Kańtoch jest niezwykle klimatyczna i najzwyczajniej w świecie – unikatowa. A choć widać to w jej powieściach to opowiadania, przez swoją zwartą formę, uwydatniają jej umiejętności jeszcze bardziej. Nic dziwnego, że „Światy Dantego” to jeden z najlepszych zbiorów opowiadań, jaki trafił mi w ręce.

Światy Dantego
Anna Kańtoch
wyd. Uroboros, 2015

Teksty z tego zbioru są zebrane z różnych innych antologii, z różnych okresów twórczości Kańtoch (do 2015 roku, wtedy wyszedł ten zbiór). I choć wszystkie są od siebie różne, to mają pewne punkty wspólne. Na przykład, większość z nich horrorem nie jest, ale ma w sobie przynajmniej odrobinę klimatu grozy. Najlepiej określa je słowo „creepy”: są nieco dziwne, bardzo kreatywne, niepokojące. Ale jednocześnie większość z nich nie idzie aż tak bardzo w absurd, choć w jednym przypadku tekst jest bardzo bliski pod względem treści „Niepełni”.

Przygodę otwierają tytułowe „Światy Dantego”, czyli tekst z antologii o epidemii [sic!], która powoli wybija ludzkość. Udało się nam jednak odnaleźć bramy do innych światów, w których być może znajduje się lek. I w ten sposób nasza grupa badaczy sprawdza jedną z bram, w głębi której kryje się prawdziwe piekło. To klimatyczna fantastyka naukowa, która jednocześnie nie boi się czerpać z mitologicznych i literackich motywów. Następnie mamy „Duchy w maszynach”, w których pojawia się post-apokaliptyczna wizja świata przejętego przez duchy zmarłych (cudo!), „Cmentarzysko potworów” z antologii o strachu, „Szczęścia i wielkiej pomyślności” z antologii anielskiej (acz anioły w formie bezpośredniej się w nim nie pojawiają), czy „Za siedmioma stopniami” z baśniowego zbioru. 

Nawet nie mam ulubionego tekstów wśród tych dziewięciu tekstów. One są po prostu dobre, kreatywne, sprawiły, że miałam ciarki i dobrze się bawiłam. Często zbiory opowiadań przez nadmiar różnorodnych wizji są mimo wszystko dla mnie nieco męczące, ale nie w tym przypadku. 

Chociaż w przypadku takich zebranych wizji jeszcze mocniej widzę uwielbienie Kańtoch do tworzenia pętli czasowych. Wśród tych teksów ten motyw pojawia się przynajmniej ze trzy razy. I przyznaję, że ta miłość to chyba jedna z niewielu jej artystycznych „wad”. Bo o ile to się sprawdza, jeśli czyta się jej pierwszy tekst, o tyle w kolejnych to nie budzi już zachwytu nad pomysłowością, a wygląda troszeczkę na leniwość twórczą, nawet jeśli ogólnie pasuje do kontekstu. Po prostu Kańtoch nieco zbyt często wybiera tę drogę.

Jak zwykle czytam antologię i zapominam o większości tekstów chwilę po lekturze, tak wiem, że te zostaną ze mną na dłużej. „Światy Dantego” idealnie wyważają artystyczne podejście do fantastyki z dobrą rozrywką, a to jest coś, czego zawsze szukam.



wtorek, 29 listopada 2022

Mnich: krytyka duchownego, która pozytywnie mnie zaskoczyła

Ambrozjo to szanowany mnich, słynący ze swoich zdolności oratorskich. Gdy wychodzi prawda o tożsamości jego ucznia i przyjaciela, Rosario, który okazuje się kobietą, świętobliwy ojciec powoli schodzi na złą drogę.



Ta książka okazała się kompletnie nie tym, czego się spodziewałam. I dobrze! „Mnich” M. G. Lewisa ukazał się pod koniec XVIII wieku i spodziewałam się kolejnej dość prostej i pozbawionej emocji historii. Mam wrażenie, że ówczesna proza często nie wchodzi bardzo głęboko w bohatera, skupia się na opisie wyglądu wszystkiego wokół, akcję oraz rozwój postaci spychając na dalszy plan. A jednak okazało się, że ta wcale nie aż tak popularna klasyka okazała się jedną z ciekawszych dla mnie propozycji z tego okresu.

Mnich
Matthew Gregory Lewis
wyd. Vesper, 2016

 Choć muszę przyznać, że po pierwszych około dwustu stronach miałam mieszane uczucie. Dlaczego? To przez konstrukcję powieści, która trochę zbiła mnie z pantałyku. Książka zaczyna się sceną w kościele, w której młodzieńcy poznają pewną piękną młodą kobietę i zachwycają się nad pięknem przemowy głównego bohatera powieści, Ambrozjo, który tego dnia mówi kazanie. W trakcie tej sceny musiałam się trochę wgryźć w już nieco dawny styl autora, niemniej po chwili po prostu przywykłam.

Następnie przechodzimy do samego mnicha, który powoli odkrywa tajemnicę swojego ucznia, aby po ok. 100 stronach wskoczyć na kolejną setkę stron w historię owych dwóch młodzieńców, z których jeden zakochuje się w pannie z kościoła, a drugi w siostrze kolegi, która została przeznaczona na zakonnicę. I o ile pierwsze sto stron mnie wciągnęło, o tyle drugie zaczęło powoli nużyć. Chciałam czytać o Ambrozjo, ale musiałam na to chwilę poczekać.

I dobrze, bo opisane wątki są niezwykle istotne dla dalszej fabuły i bez nich ta historia po prostu nie mogłaby się obyć. A po tych historiach po prostu zaczyna się dziać. To książka ze złoczyńcą w roli głównej, jaką od dawna chciałam przeczytać. Autor wchodzi w charakter postaci, pokazując, jak ten powoli się stacza i zmienia w potwora. Czy to jednak oznacza, że Ambrozjo na początku był postacią pozytywną? Absolutnie nie, bo już tak naprawdę od pierwszych stron da się wyczuć podłość jego charakteru, ukrywaną za maską pobożności; po prostu z czasem mnich powoli przestaje nad sobą panować.

Oczywiście ta książka ma już swoje lata i to po prostu momentami da się wyczuć, ale szczerze mówiąc, dla mnie to w dalszym ciągu dość aktualna powieść. I nie chodzi mi o krytykę kościoła. Lewis opowiada o ludziach. Różnych: dobrych i złych. Robi to przy tym ze sporą dawką wrażliwości, a opowieści o ludziach po prostu wolniej się starzeją.

Gdybym chciała się „czepiać”, mogłabym mówić o kontekście starzenia się książki w kontekście Rosario/Matyldy jako tej złej kobiety, która sprowadza bohatera na złą stronę. Ale szczerze mówiąc, czytając tę powieść po prostu jako czytelnik, a nie literaturoznawca jej motywy (choć nomen omen przerysowane) wydały mi się całkiem logiczne, mamy tu również pozytywne żeńskie bohaterki, a i tak Ambrozjo jest głównym złym i nie zauważyłam, aby narrator próbował wybielać protagonisty przez to, że został „namówiony do grzechu” przez kobietę. Odbieram to raczej po prostu jako przypadek: tak się złożyło, że i on, i Matylda nie są pozytywnymi charakterami. Bywa.

Ta powieść to oczywiście klasyka grozy, ale przyznaję, że ja sama widzę tu bardziej mieszankę horroru z czystym fantasy. Bo pojawia się tu po prostu magia. Wystarczyłoby tę książkę ubrać w inny klimat i słowa, by móc ją powszechnie tak nazywać, dlatego wydaje mi się, że fani tego drugiego gatunku również mogą ją sobie sprawdzić. Choćby z ciekawości i dla własnego doedukowania się.

Mimo tego, że chwilami czułam lekkie znużenie, to „,Mnich” okazał się dla mnie zaskakująco wciągającą i emocjonalną lekturą. To naprawdę ciekawa pozycja i warto ją sprawdzić zwłaszcza jeśli szuka się książek ze złoczyńcą w roli głównej.



środa, 9 lutego 2022

Portret Doriana Graya: studium pięknego zbrodniarza


Dorian Gray staje się muzą dla malarza. Podziwiając swój portret, prosi o jedno: aby zawsze pozostać pięknym i młodym. Z czasem zauważa, że choć sam się nie starzeje, obraz zaczyna wyglądać coraz gorzej.



„Portret Doriana Graya” to trzeci z klasyków literatury grozy, który ostatnio postanowiłam poznać. Ta kultowa książka Oscara Wilde okazała się zaś – z tych trzech tytułów – najbardziej tym, czego się spodziewałam. Sam koncept był mi więc jak najbardziej znany i pod tym względem po prostu się nie zaskoczyłam. Jednak o ile „Dracula” był moim zdaniem najciekawszy pod kątem rozrywkowym, o tyle „Portret Doriana Graya” wydaje mi się zdecydowanie bardziej intrygujący, jeśli chodzi o możliwość bardziej naukowej analizy dzieła, zarówno pod kątem psychologii postaci, języka, czy też ukrytego przekazu. 

Portret Doriana Graya
Oscar Wilde
wyd. Vesper, 2015

Oczywiście to nie jest współczesna powieść, co jak najbardziej widać. Wydana w 1890 roku, ma typowy dla tamtego czasu styl. Nie chodzi o to, że taka literatura jest szczególnie trudna, a raczej o to, że skupia się na ogóle, nie wchodzi aż tak bardzo we wnętrze bohatera, a postacie częściej deklamują frazy, niż naturalnie rozmawiają. Osobiście lubię to od czasu do czasu, ale nie będę oszukiwać: na co dzień po prostu preferuje współczesne podejście do kreacji postaci, która dla mnie jako czytelnika jest naprawdę ważna.

Nie zmienia to oczywiście faktu, że Wilde stworzył unikatową postać. Studium zbrodniarza zawsze było czymś interesującym, a to przecież, nomen omen, właśnie tu się dzieje. Dorian Gray jest postacią, która szybko zaczyna zmierzać w niekoniecznie dobrą stronę. To sprawia, że nie jest to bohater, którego chce się mieć za przyjaciela, ale na przykład osobiście czuje do niego więcej sympatii czy współczucia, niż do bohatera powieści Mary Shelley. Wiktor Frankenstein jest po prostu zupełnie antypaytczny.

Z takich zupełnie osobistych spostrzeżeń, nie uszło mojej uwadze to, jak początkowo wszyscy chwalą Graya. Autor na siłę wbija czytelnikowi do głowy to, jak piękny, wspaniały i dobry jest jego główny bohater. Jaki z niego wspaniały charakter, który chce tylko dobra innych! Rozumiem, że w XIX wieku tak często się po prostu pisało, ale na szczęście współcześnie wiele powieści jest dużo bardziej subtelnych. I na całe szczęście!

Mogłabym spróbować prowadzić głęboką analizę książki Oscara Wilde, ale prawda jest taka, że nie czuje się ku temu kompetentna. W tej chwili zbyt mało znam XIX-wiecznych powieści gotyckich, nie jestem żadnym badaczem czy specem od literatury klasycznej. Niemniej, to nie jest ani powieść długa, ani szczególnie trudna. Jeśli więc wahacie się i nie wiecie, czy sięgnąć – to ja polecam. Warto sprawdzać, skąd wzięły się niektóre tropy w popkulturze, choćby do rozszerzenia swojej świadomości. A takie książki to też prawdziwa kopalnia inspiracji i  różnorodnych cytatów, które naprawdę mogą przydać się nawet w życiu codziennym.



czwartek, 3 lutego 2022

Dracula: jak pokonać potwora?



Johnanat, młody prawnik, wyrusza do Transylwanii, aby pomóc szlachetnie urodzonemu Draculi w zakupie nieruchomości w Anglii. Wkrótce odkrywa, że ten skrywa mroczny sekret. W tym czasie jego narzeczona, Mina, oraz jej przyjaciółka Lucy wybierają się na wakacje na wieś.



Ostatnio po klasykach spodziewam się czegoś innego, niż ostatecznie dostaje. Tak było z „Frankensteinem” i tak stało się również z „Draculą”. Tylko w tym przypadku było to raczej pozytywne zaskoczenie. Spodziewałam się mrocznej powieści grozy, której akcja będzie rozgrywać się w mrocznym zamku w Transylwanii (a niekoniecznie lubię grozę w czystej postaci), zaś dostałam… przygodówkę. Mroczną, owszem, ale jednak przygodówkę ze zbieraniem drużyny i zagadką do rozwiązania.

Dracula
Bram Stoker
wyd. Vesper, 2018

Dzięki temu, że stosunkowo niedawno czytałam powieść Mary Shelley, mogę bez większego problemu te dwie książki po prostu porównać. „Frankenstain” ukazał się w 1818 roku, a „Dracula” w 1897. Książki te dzieli więc właściwie 80 lat, w których trakcie literatura gwałtownie się rozwijała. I to zdecydowanie widać.

„Dracula” ma znacznie więcej wątków. Jest pisana z różnych perspektyw (w formie dzienników i innych zapisków), dzięki czemu niektóre informacje nie trafiają do czytelnika od razu. Dzięki temu ta historia jest naprawdę dość dynamiczna i po prostu zdecydowanie ciekawsza. To też znacznie bardziej samoświadoma opowieść, która zdaje się nie traktować siebie samej w pełni poważnie.

Poza tym zdziwiło mnie trochę, o ile ciekawszą żeńską postać stworzył Bram Stroker, niż Mary Shelley, gdzie teoretycznie to po niej spodziewałabym się lepszego wejścia w kobiece ja. Jej Elżbieta to po prostu wyidealizowany obrazek, który niewiele do fabuły wnosi. W tym przypadku Mina to po prostu ważna bohaterka, która jest w pewnych momentach wręcz mózgiem całej operacji.

„Dracula” oczywiście trochę się zestarzał. Nie dziw. To klasyka literatury, która przy okazji ma po prostu klasyczną fabułę (ale zdziwienie, prawda?) i w tym momencie już po prostu nie bardzo zaskakuje. Poza tym choć nigdy nie oglądałam w całości żadnej ekranizacji tej powieści, to ona była przerabiana już tyle razy, że ja tę historię po prostu znam. Niemniej, to nie jest w żadnym razie wada. Po prostu gdyby nie te cechy to bardziej współczesna literatura nie byłaby taka, jaka jest. Te dziś powielane klisze, które wypromowała książka Strokera są niezmiernie ważne dla naszej popkultury.

Ta powieść pomogła mi też lepiej zrozumieć, skąd wzięły się konkretne wampirze cechy. To powrót do źródła (który nomen omen jest przerobieniem innych źródeł…), który pozwala zrozumieć, co z klasycznego obrazu wampira pochodzi z tej opowieści, a co zostało dodane w inny sposób (podpowiedź: większość jednak pochodzi z niej).

To było udane spotkanie z klasyką literatury grozy. Oczywiście pewnie mogłabym tę powieść analizować nie jako czytelnik, a jako ktoś, kto powieści próbuje badać, ale raz, że specjalistką od klasyków nie jestem (w końcu dopiero je poznaje!), a dwa – od tego raczej są inne przestrzenie, niż opinia gdzieś tam w sieci. Niemniej, jeśli szukacie sympatycznej i jednocześnie stosunkowo mrocznej przygody, która jest wartościową dla literatury powieścią to po „Draculę” sięgnijcie koniecznie. 



niedziela, 16 stycznia 2022

Franeknstein: czy klasyka dalej się broni?



Wiktor Frankenstein postanowił oddać się nauce. W trakcie swoich studiów odkrywa tajemnicę życia i postanawia, że samodzielnie je stworzy. Tak powstaje potwór, który zaczyna siać spustoszenie w jego życiu.


Są historie, które po prostu trzeba znać, jeśli człowiek próbuje poznać zakamarki jakichś konkretnych dziedzin literatury. „Franeknstein” bez wątpienia taką historią jest. Napisany w 1818 roku przez 19-letnią Mary Shelly wszedł do kanonu literatury i jest uznawany za jeden z pierwszych współczesnych horrorów. I w moim odczuciu takie opowieści można oceniać (co najmniej) dwojako.

Frankenstein
Mary Shelley
wyd. Vesper, 2013

Po pierwsze, jako dzieło klasyczne, które wniosło wiele do kanonu i które go zrewolucjonizowało. Jako twórczość romantyczną, którą można analizować przez wzgląd na jej przesłanie, czy to, co autor miał na myśli. Bo „Frankenstein” ma sporo do przekazania na takiej warstwie, choć nie są to dziś myśli szczególnie nowatorskie.

Z tym że ze mnie żaden literaturoznawca, a już na pewno nie od spraw romantyzmu, a więc mogę tę historię przede wszystkim oceniać po prostu jako współczesny czytelnik. I gdy spojrzy się na tę opowieść tym okiem, to ona po prostu nie ma jak się obronić.

„Franeknstein” przybiera formę relacji. Pewien podróżnik spotyka Wiktora Frankensteina na odległej północy, a ten zaczyna opowiadać mu swoją historię. To sprawia, że narracja – choć raczej prosta w przyswojeniu – po pewnym czasie zaczyna nużyć. Autorka prowadzi powieść w tym samym tempie, niezależnie od tego, czy główny bohater opowiada o swoim życiu rodzinnym, czy o tworzeniu potwora. Rozumiem, że w XIX wieku to mogło robić wrażenie. Książka Shelley miała udawać dziennik, sprawić, by czytelnik uwierzył w istnienie nadnaturalnej bestii. Ale dzisiaj, gdy wszyscy wiemy, że to po prostu fikcja, to po prostu przestało działać. Niestety, nie zestarzał się ten klasyk najlepiej.

Kolejną kwestią jest sama fabuła: prostolinijna i wręcz głupia. Wiktor Frankenstein to typowy bohater romantyczny, który bezustannie odczuwa ból istnienia. Który tworzy potwora i przez kolejne kilka miesięcy nie tylko leży w chorobie, ale też nikomu o tym nie mówi. Który traci wszystko, bo podejmuje złą decyzję za złą decyzją i w ogóle nie uczy się na swoich błędach. Jest protagonistą inteligentnym i głupim jednocześnie. Nie potrafię go lubić i wydaje mi się, że współcześnie mogę mieć w tym wielu zwolenników.

Najciekawszą postacią jest, bo jakby inaczej, sam potwór. Istota, która wzbudzała grozę w ówczesnym czytelniku, a która jest bohaterem o wiele bardziej tragicznym, niż Wiktor (bo on sobie trochę zasłużył). Niestety, jest go po prostu mało. Skryta w cieniu potworność to oczywiście klasyczny dla powieści grozy zabieg, ale biorąc pod uwagę, jak nieprzyjemnym antagonistą jest jego stworzyciel, to osobiście wolałabym, by jednak autorka skupiła się na jego wątku. Niemniej, to klasyk i klasyki tak czasem mają.

Już w chwili stworzenia, „Franeknstein” był stosunkowo lekką opowieścią, która po prostu miała przestraszyć czytelnika i pobudzić jego wyobraźnię. Dziś też przyswaja się go bez większego problemu, a że nie jest długi to moim zdaniem poznać go po prostu warto. Ale szczerze przyznaję: myślałam, że spodoba mi się bardziej. Że w tej historii i tych bohaterach coś mnie chwyci. Niestety, to po prostu „klasyk, który trzeba poznać”, przynajmniej dla mnie jako osoby zajmującej się fantastyką. 



sobota, 1 stycznia 2022

Niepełnia: opowiem Ci historię o...


W białym domu znajdującym się na odludziu dochodzi do tragedii. Zginęła kobieta. Policja odnajduje na miejscu bladego jak ściana mężczyznę, który jest wyraźnie w szoku. Niestety, z powodu śnieżycy nie trafia od razu na przesłuchanie. Dlatego też zaczyna snuć policjantce opowieść o pewnej zaginionej dziewczynie, która podobno ma jakiś związek z wydarzeniami z tego dnia.


 

Anna Kańtoch to utalentowana pisarka i tego chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba. Dlatego w moje ręce wpadła kolejna jej powieść. Tym razem to „Niepełnia” – rzecz z 2017 roku, będąca gdzieś na pograniczu kryminału i horroru, raczej dość trudna do jednoznacznego zdefiniowania.

Niepełnia
Anna Kańtoch
wyd. Powergrah

Przyznaję, że sięgając po nią nie miałam pojęcia, co tak naprawdę trafia w moje ręce i gdy otwarłam książkę, trochę się zdziwiłam. Nie dość, że dostajemy ok. 230 stron treści (czyli niewiele) to jeszcze z naprawdę dużą czcionką, dlatego to dosłownie książka na pół wieczoru. Szybko jednak okazało się, dlaczego – „Niepełnia” to głównie zabawa formą, a takie rzeczy często po prostu są dość krótkie.

W każdym razie ta zabawa wciąga. Autorka tworzy pewną pętlę wydarzeń, bawiąc się chronologią i połączeniami pomiędzy kolejnymi rozdziałami. Sieć zależności aż kusi, by to wszystko sobie elegancko rozpisać i na własną rękę dojść do tego, co w jaki sposób się tu w ogóle wydarzyło. Jeśli zaś połączymy to z dobrym stylem Kańtoch, który jest po prostu świetny warsztatowo, a jednocześnie całkiem rozrywkowy to dostajemy coś, na co naprawdę warto zwrócić uwagę.

Cały ten koncept kojarzy mi się mocno z tym, co autorka zrobił w swoich „Przedksiężycowych”. Oczywiście różnice są, chodzi tu zresztą o coś innego, ale po prostu jestem w stanie wyzuć, że te pomysły pochodzą od jednej osoby. Różnica jest taka, że mimo wszystko jej starsze dzieło jest lepsze i bardziej dopracowane i daje lepszy efekt, jeśli chodzi o zakończenie.

Dlaczego? Bo „Przedksiężycowi” kończą się tak, że wszystko nagle wskakuje na swoje miejsce. Ta dziwaczność i zabawy ze słowem i czasem mają sens. „Niepełnia” zaś pozostawia tylko właśnie – niepełni. Niepełnie w zrozumieniu tej historii, niepełnie, jeśli chodzi o jej interpretację. Z jednej strony szanuję za pewną otwartość, z drugiej – spodziewałam się po prostu lepszego podsumowania tej zabawy.

Niemniej, to ciekawa powieść pod kątem formy, którą można na różnorodne sposoby analizować. Która jednocześnie porusza ciekawe tematy społeczne i pozostaje dobrą rozrywką. A że nie jest długa i na pewno nie zajmie dużo czasu to wydaje mi się, że naprawdę warto dać jej szansę.


wtorek, 14 września 2021

Tajemnica diabelskiego kręgu: mogło być lepiej, ale nie jest źle

 

Kilka lat po II wojnie światowej. Na świecie pojawiły się anioły, które są tępione przez komunistów. Trzynastoletnia Nina została wybrana przez jednego z nich. Ma wyruszyć do starego klasztoru w małej wiosce, w którym dowie się, czemu to właśnie ona jest inna i lepsza od innych dzieci. Na miejscu czekają na nią jednak inni rówieśnicy, obecny tam anioł nie chce zdradzić, o co dokładnie chodzi, a wokół zaczynają dziać się dziwne rzeczy.

 

Dobrych powieści dla młodzieży zawsze jest mało. Nie znam wielu takich, a jak już na takie trafiam to zwykle jest to twórczość rodzimych autorów, a nie tych z Ameryki. Tak też jest w tym przypadku. „Tajemnica diabelskiego kręgu” Anny Kańtoch jest jedną z niewielu naprawdę dobrych, znanych mi młodzieżówek. Jednocześnie mimo tego, że nic jej w gruncie rzeczy nie brakuje to… nie udało jej się mnie zaczarować.

Kańtoch doskonale radzi sobie z budowaniem klimatu. To udowodniła mi przez swoje inne książki. Nic więc dziwnego, że i w tym przypadku dostajemy dobry ogólny nastrój powieści, połączony z ciekawym settingiem. Okres powojenny dla współczesnej młodzieży jest odległym i tajemniczym czasem, dlatego osadzenie w nim dość mrocznej historii to jak najbardziej świetny pomysł. Wrzucenie do tego świata aniołów z kolei dodaje całości po prostu magii.

Tajemnica diabelskiego kręgu
Anna Kańtoch
wyd. Uroboros, 2013
Tajemnica diabelskiego kręgu, t. 1

„Tajemnica diabelskiego kręgu” nie jest książką skomplikowaną fabularnie, ale ma wystarczająco ciekawych rozwiązań, aby nawet bardziej „zaawansowany” czytelnik nie męczył się w trakcie lektury. Nie powiem, spodziewałam się takiego rozwiązania (może to trochę przez dukajowy „Lód”) i właściwie niewiele tu było dla mnie zaskoczeń, ale w końcu powieść dla młodzieży raczej nie ma być tą najbardziej nowatorską. A że Kańtoch i tak dobrze buduje świat przedstawiony, poprawnie prowadzi całą zagadkę i dobrze trzyma czytelnika w niepewności to nastoletni czytelnik nie powinien na to narzekać.

Mój osobisty problem z tą powieścią wziął się chyba właśnie z powodu jej młodzieżowej bazy. Nina jest dobrze wykreowaną bohaterką i zachowuje się jak na 13-latkę przystało, czyli… bywa irytująca. Dodajmy do tego fakt, że wokół roi się od dzieciaków, a spora część książki mocno bazuje na ich dialogach. Przez to przynajmniej mi powieść wydawała się trochę przegadana, a skoro i tak wiedziałam, do czego to zmierza to musiałam się zmuszać, aby nie zmieniać stron bez czytania treści. Jednak o ile jest to wadą dla mnie, o tyle nie będzie to wadą dla osoby, która jest przecież targetem tej powieści.

Gdy myślę o „Tajemnicy diabelskiego kręgu” na myśl przychodzą mi dwa inne tytuły dla młodzieży. Pierwszym jest „Trylogia mgły” Zafona. Choć jego styl diametralnie różni się od tego, jak pisze Kańtoch, to obydwie te książki mają w sobie trochę horrorowego klimatu. W inny sposób owszem, ale jednak. Właściwie gdybym miała zakwalifikować tę powieść gatunkowo to powiedziałabym, że stoi ona gdzieś między grozą a urban/rural fantasy.

Drugą powieścią jest… „Banda szalonych obozowiczów” Marii Krasowskiej. Właściwie te książki mają bardzo podobną strukturę. I tu, i tu pojawiają się wyjątkowe dzieci. W obydwu przypadkach akcja ma miejsce w wakacje, w trakcie czegoś na kształt „obozu”. U Krasowskiej też było trochę dziecięcych rozmów, które nieszczególnie mnie interesowały. Ba, nawet w przypadku pierwszych stron rozdziałów jest przyjęta ta sama zasada (tj. coś w stylu: rozdział 4, w którym bohaterka odkrywa, że prawda nie była prawdą). Z tą różnicą, że Kańtoch po prostu wszystko robi lepiej. Postacie są ciekawsze i bardziej wiarygodne, mniej jest tu błędów logicznych, styl autorki jest na znacznie wyższym poziomie. Dlatego jeśli komuś podobała się książka Krasowskiej, albo szuka czegoś w tych klimatach (ale dobrego) to „Tajemnica diabelskiego kręgu” musi na jego półce się znaleźć.

Gdybym miała w tej chwili poszeregować książki Kańtoch to „Tajemnica diabelskiego kręgu” byłaby dla mnie na miejscu przedostatnim (to miejsce wciąż zajmuje „Diabeł na wieży”). Mimo tego lektura mnie w gruncie rzeczy nie nudziła i była przyjemna, a obiektywnie rzecz biorąc, to po prostu bardzo solidna i ciekawa konceptualnie powieść dla młodzieży.


czwartek, 24 września 2020

Kraina Lovecrafta: czy groza wdarła się do USA?

 


Lata 50. XX wieku. Młody Atticus Turner jest ciemnoskórym weteranem wojennym, który podróżuje przez Stany do swojej rodziny. Gdy okazuje się, że jego ojciec wyjechał, rusza jego śladem. W ten sposób natrafia na tajemniczą sektę, która nie przestanie go prześladować.

 

O serialu na podstawie tej książki słyszałam już dawno, gdy tylko zaczęły pojawiać się pierwsze zapowiedzi i zwiastuny. Temat nie zainteresował mnie jednak wtedy na tyle, aby zacząć o produkcji samodzielnie czytać, dlatego o tym, że „Kraina Lovecrafta” jest właściwie adaptacją powieści Matta Ruffa o tym samym tytule dowiedziałam się dopiero pod koniec sierpnia 2020. Jako, że H. P. Lovecrafta naprawdę bardzo lubię to nie zawahałam się sięgnąć po kolejne dzieło, które bawi się jego twórczością. Niestety, trudno mi ocenić tę książkę inaczej, niż jako stosunkowo przeciętną. Ale może po kolei!

Zacznijmy od tego, że „Kraina Lovecrafta” nie jest do końca powieścią. To raczej zbiór opowiadań, który próbuje udawać dłuższą formę. Każdy rozdział to odrębna historia, biorąca na tapet oddzielny motyw. Łączą je wprawdzie bohaterowie, ale ten główny często się zmienia. Są też chyba ułożone w porządku chronologicznym i nawiązują do siebie nawzajem, tworząc ostatecznie w miarę spójną całość, jednak pod katem konstrukcji ta książka przypomina dwa pierwsze tomy „Wiedźmina” Sapkowskiego czy „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” niż pełnoprawną powieść. Wydaje mi się, że to naprawdę warto mocno zaznaczyć, bo wiem że z tego powodu niejeden czytelnik zdążył się od tego tytułu „odbić”. Należy jednak zaznaczyć, że Lovecraft pisał przecież właśnie opowiadania i być może autor próbował i w ten sposób odnieść się do jego tekstów.

Jak to zwykle w przypadku opowiadań bywa i te w u Ruffa są dość nierówne. Niektóre intrygują bardziej, inne po chwili umykają z pamięci. Chyba najbardziej zapadł mi w pamięć rozdział/tekst pierwszy („Kraina Lovecrafta”) oraz „Jekyll w Hyde Parku”, opowiadający o wcielaniu się w kogoś, kim się nie jest. Niektóre z nich dość mocno mnie jednak nudziły, a choć mitologia Lovecrafta pojawia się w pewnych motywach to właściwie Tego klimatu, dla którego sięgam po opowiadania grozy tego pisarza wcale w tej powieści nie wyczułam.

Dlaczego? Wydaje mi się, że przez sam styl Matta Ruffa. Lovecraft w swoich tekstach przykładał dużą uwagę do słowa. Jest bardzo poetycki i choć straszy obrzydliwościami robi to w sposób piękny, wywołując u czytelnika na równi ciarki oraz zachwyt tym, co „widzi”. Język w „Krainie Lovecrafta” jest zaś tą bardzo prostą sieczką, która w żadnym razie nie przywiązuje uwagi do porównań czy eleganckich opisów. Przez to być może tę książkę łatwo się czyta i bez wątpienia trafi do dość szerokiego grona odbiorców, ale jednocześnie w moim odczuciu traci ten kluczowy dla Lovecrafta element. Liczyłam, że czytając książkę Ruffa poczuję choć odrobinę grozy… a jednak nie zdarzyło się to ani razu.

Ponadto, prawdopodobnie znów przez język, niektórych bohaterów wyobrażałam sobie jako nastolatków. Co z tego, że to postacie, które pracują i są wyraźnie dorosłe, zarządzają pewnymi majątkami. Choćby jedna z głównych bohaterek, Letycja czy jej siostra, Ruby – te podacie zachowują się czasami jak młodziutkie dziewczynki, a nie kobiety, które muszą o siebie zadbać.

Dość istotnymi elementami tych tekstów jest rasizm oraz popkultura, wiec i o nich muszę tu wspomnieć. Zacznijmy od tego drugiego. Ruff bardzo często nawiązuje do książek, które czyta główny bohater. Na początku pojawia się dość dużo znanych tytułów, tak jakby autor próbował pokazać nam, jak bardzo oczytany jest i on, i jego charakter. Ostatecznie jednak te nawiązania nie wnoszą niczego do fabuły, a w kolejnych tekstach temat trochę się ucisza.

Tematyki razismu nie jestem w stanie w ocenić. Wiem, że w USA w latach 50. czarnoskóre osoby nie miały łatwo. Znam ten temat jednak jedynie z popkultury i właściwie to, co przeczytałam w „Krainie Lovecrafta” pokrywało się z tą moją kompletnie nienaukową wiedzą. Wydaje mi się jednak, że przez dodanie do tego elementów lovecraftowskiej twórczości Ruff mitologizuje ten naprawdę ważny i trudny temat. A nie wydaje mi się to dobre. Po pierwsze, sprawia, że staje się on mniej namacalny i bardziej baśniowy. Po drugie, wywołuje emocje, niekoniecznie ciągnąc za sobą chęć analizy sytuacji. Od ostatecznych sądów w tym względzie wole się jednak powstrzymać, bo nie czuję, aby moja wiedza była wystarczająca.

Czy tę książkę można czytać? Tak, niewątpliwie. „Kraina Lovecrafta” potrafi być chwilami przyjemną lekturą i ma w sobie parę naprawdę fajnych konceptów. Ma jednak sporo cech, które przynajmniej ja uznaje za wady. Bez wątpienia nie jest dziełem idealnym i nie sądzę, aby zapadła mi na dłużej w pamięć. Ale ja jestem przecież dość wymagającym czytelnikiem i wydaje mi się, że osoba, która po prostu szuka lekkiej rozrywki, która porusza przy tym jakiś ważny społecznie temat znajdzie w niej całkiem przyjemną odskocznie.




Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu W. A. B.!Premiery Wydawnictwa W.A.B. - zazyjkultury

Nomida zaczarowane-szablony