Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolorowo!. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolorowo!. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 października 2017

„Nowości” w kosmetyczce

Czasem mam ochotę przemycić na DM trochę kobiecych treści i... dziś jest ten dzień! Niezainteresowanych tematem żegnam i zapraszam niedługo: nie zmieniam tematyki bloga, spokojnie :D Tym razem chce Wam przedstawić „kolorowe” kosmetyki, które w ostatnim czasie przetestowałam.

Cienie marki Inglot
Na sam początek: moja własna paletka cieni z Inglota. Długo się na nie czaiłam i w końcu zakupiłam. Nie jest to najtańsza sprawa: jeden cień to 15zł, ta konkretna paleta - 16zł, więc w sumie zapłaciłam 76zł, ale... było warto. Postanowiłam postawić na maty (wiecznie mi ich brakuje), a że o czerwieni marzyłam od dawna, zrobiłam sobie zestawienie, które przyda mi się zawsze: beż i brąz do bardzo dziennego makijażu i właśnie czerwień oraz pomarańcz, które pięknie razem wyglądają. Niestety, konkretnych numerków nie jestem w stanie Wam podać (musiałabym wyjmować je z paletki, a nie chce ich uszkodzic).
W każdym razie cienie są naprawdę dobrej jakości. Pięknie się rozcierają, długo utrzymują i nie blakną. Jasny cień doskonale sprawdza się zarówno jako baza, jak i jako coś, co idzie na całą powiekę: można stopniować jego krycie i po prostu potrafi ładnie pokryć cały kolor powieki.
Sama paletka też jest bardzo fajna. Magnetyczna, naprawdę porządnie wykonana, właściwie nie do zdarcia. Mam nadzieję, że posłuży mi dłuuugo i następnym razem po prostu wymienię sobie wkłady.  Jestem z tych cieni naprawdę bardzo zadowolona i każdy z nich uwielbiam.

Sensique Rainbow Highlighter Powder
To, że ta tęcza znalazła się w moim domu to wina serca, nie rozumu. Kupiłam go na jakiejś promocji za 8zł, a hej – to jest tęcza, jak mogłabym jej nie mieć? Jako rozświetlacz sprawdza się. Nie ma zbyt mocnego pigmentu, daje ładną, dość mocną tafle. Ale... raczej nada się do chłodnych typów urody. Zwłaszcza jego dolna część (niebieski-zieleń-fiolet) daje właściwie biały blask.
Muszę stwierdzić, że jest bardzo, bardzo trwały – z tym naprawdę nie ma problemu! Zdarzyło się, że zaczynając dzień o 7:00, spędzając go dość aktywnie o godzinie 18:00-19:00 słyszałam pytanie, co białego mam na policzku. Cóż... to był właśnie on i fakt, że na mojej raczej ciepłej karnacji po prostu się odcina :D Niemniej, lubimy się.

 Makrell Cosmetisc Matująca baza pod makijaż
Moja pierwsza baza pod podkład. Gdy używałam na przemian pudru z Paese (o nim pisałam TUTAJ) i pudru z Wibo (a o nim za chwile) widziałam wyraźną różnicę: jeśli nie użyłam bazy, przy tym drugim bardzo szybko zaczynałam się świecić. Jeśli użyłam, buzia wyglądała mniej więcej tak, jak przy użyciu pudru z Paese. Z czasem jednak przestałam dostrzegać tak jej działanie i nie wiem, czy kupię ją ponownie, ale nie widzę jej większych wad.  Wprawdzie opakowanie jest naprawdę malutkie, ale baza ma fajny aplikator z pipetką i wydaje się dość wydajna. Kosztuje ok. 22zł.


 Wibo Fixing Powder
Kupiłam go do testów. Jak widać po zdjęciu: opakowanie nie wygląda już najlepiej. To dość tani plastik i cóż... po prostu mocno się zużywa, zwłaszcza przy podróży w kosmetyczce.
Jestem do niego nastawiona dość neutralnie. Wydaje mi się, że to po prostu nie jest produkt dla mnie: muszę go sporo zużyć, by dał mi taki efekt, jaki chcę, jednocześnie nie trzyma matu tak długo, jakbym sobie tego życzyła. Niemniej, osoby, które szukają niedrogiego pudru sypkiego na co dzień i mają normalną/suchą cerę nie powinny na niego jakoś szczególnie narzekać.
Kosztuje ok. 10zł.


 Hebe Professional E05 Pędzel do rozcierania granic między cieniami
Wcześniej nie miałam takiego kształtu pędzelka w mojej kosmetyczce. Teraz mam i... uwielbiam. Na pewno kupię sobie więcej podobnych :) Ten konkretny to koszt 13zł,  czyli nie wiele, a jego jakość jest naprawdę w porządku. Wykonany z syntetycznego włosa, nie gubi go, jest stosunkowo miękki. Wprawdzie nie wygląda nadzwyczaj wyjątkowo, ale miło się go trzyma w ręce i obecnie nie wyobrażam sobie bez niego makijażu oka.


Pędzle do makijażu z Killys
Te dwa pędzle to kompletna masakra.
Nie mają numerków – to po prostu pędzel do podkładu i do blendowania cieni.
Obydwa maja jedną, dużą zaletę: profilowaną rączkę, dzięki której wspaniale się je trzyma. Ale poza tym... meh, szkoda słów.
Pędzel do podkładu rozciera go, zostawiając smugi: i tak muszę potem wklepać produkt rękami. Po prostu nie robi tego, co ma. Kosztuje 25zł. Nie warto.
Ten drugi, do blendowania, ma tak ostrą końcówkę, że muszę uważać, by nie zrobić sobie krzywdy. Nie nadaje się do górnej powieki, używam go tylko do rozcierania dolnej i to tylko wtedy, jeśli nie mam nic innego pod ręką. Kosztuje 15zł i... jak z pędzlem do podkładu – naprawdę szkoda na niego wydawać pieniążków.



Któryś z tych produktów znacie? Lubicie? A może nie?
Do przeczytania wkrótce, w już mniej kobiecym wpisie :D

środa, 24 maja 2017

4 marki, 9 cieni - które wolę?

Osoby niezainteresowane kosmetykami mogą w tym monecie z bloga sobie wyjść :D Wybaczcie, ale ja dziś znów będę bawić się w speca od wszystkiego. Spokoojnie, główna tematyka DM się NIE ZMIENIA  ;P
Dziś chce Wam pokazać cienie pojedyncze, które mam i napisać Wam o nich kilka słów. Być może komuś pomogę w kolejnych zakupach, a jak nie to po porostu będę się dobrze bawić, tworząc ten post :D Dobra, to zaczynajmy.

Matt Effect Eyeshadow, Manhattan, ok. 14zł/szt.
Te dwa cienie kupiłam na ostaniej wyprzedaży w Rossmanie.  Kupiłam odcienie 95r, czyli „Mad maroon” (brąz) oraz 25c, czyli „Vanilla Sky” (beż). Obydwa cienie są matowe, w bazowych kolorach. Niestety, nie jestem zadowolona w zakupu: za taką cenę można naprawdę kupić wiele lepszych cieni. Beżowy cień ma słabe krycie, czasami tworzy „gródki”, gdy nakładam go na bazę, przez co nie wygląda za dobrze. Brąz zaś jest bardzo przeciętny. Da się nim wymodelować oko, ale jego pigmentacja pozostawia wiele do życzenia. Obydwa są bardziej suche, niż kremowe. Mam wrażenie też, że blednie w ciągu dnia. Nie polecam, nie za 14zł :C

Chick Shadow, Pierre Rene, ok. 10zł/szt.
Dwa z tych cieni opisywałam Wam już w TYM poście. Mówię o numerkach 40 (beż na wykończeniu) i 130 (połyskujący biały). Do mojej kolekcji dołączył jeszcze numer 67, czyli „Cucumber green”, będący połyskującą zielenią. Nie mam pojęcia, jakim cudem on trafił do mojej kolekcji, bo nie mam pomysłów, gdzie mogłabym go użyć ;P W każdym razie, moja opinia od tamtego czasu się nie zmieniła. Połyskujące cienie potrafią się „ważyć”, poza tym są w miarę OK. Beż cały czas mi się sprawdza: chyba muszę kupić nowy :D

Color up!, P2, ok. 15zł/szt.
Mój kolorek to 260, czyi „Marsala majesty”. To chyba satyna, bo ma lekkie drobinki. Uwielbiam ten kolor: jest ciepły i bardzo przyjemny, ładnie wygląda na oku. Przy okazji cień ma bardzo dobrą pigmentacje, ale przy tym dość mocno się kruszy. Z trwałością nie mam problemów: jedynie raz na powiece zrobiła mi się z niego dziwna „skorupa” nie mam pojęcia dlaczego. W każdym razie cień ładnie się blenduje i osobiście bardzo go lubię :) Gdyby tylko mniej się sypał!

Kobo professional: Matt eyeshadow oraz Fashion eyeshadow, ok. 17zł
O jasnym różu, czyli numerku 201 też już wcześniej Wam pisałam. Poza tym posiadam 205 „Golden rose” (róż) oraz 201 „Iridescent pit” (mat). Nowszy róż uwielbiam: jest przepiękny! Opalizuje na złoto, mam ochotę tylko na niego patrzeć <3 Żółty zaś fajnie mi się sprawdza na co dzień, w połączeniu z cieniem z P2 :D Cienie nieco się osypują, ale z ich trwałością problemu nie ma, a mat, mimo jasnego koloru, jest widoczny na powiece. Bardzo lubię cienie z Kobo i zdecydowanie chce więcej.


Podsumowując, najbardziej lubię cienie z Kobo i to szybko nie ulegnie zmianie :) P2 też mnie pozytywnie zaskoczyło, ale jednak przynajmniej mój kolor za bardzo się osypuje z pędzla w trakcie nakładania. Z tego zestawienia z czystym sumieniem odradzam jedynie cienie z Manhattanu, bo naprawdę, w okolicach 15zł kupicie lepszej jakości kosmetyki...

środa, 12 kwietnia 2017

Konturowanie: Hean czy Kobo?

Witajcie :) Postanowiłam dziś po raz kolejny pobawić się w blogerkę kosmetyczną i zrobić Wam małe porównanie dwóch paletek do konturowania. Niby są nieco inne, ale przez to, że ich cena jest zbliżona. Liczę, że komuś z Was ten wpis się po prostu przyda.
Produkty na zdjęciach nie wyglądają na zupełne nówki, bo nimi nie są :) Używam ich regularnie, także trudno, by wyglądały jak w dniu zakupu.

Nim opiszę obie paletki dokładniej najpierw chcę zwrócić uwagę na ich opakowanie. Omawiane dziś Kobo Professional Face Contour Paltte oraz Hean Sculping Facial Palette są w dokładnie tym samym pojemniku. Opakowanie nie jest może najlepszej jakości, ale od razu widzimy co jest w środku, no i jak na razie mi się nie rozwaliło :) Także – na moje oko wszystko z nimi gra, a za taką cenę trudno oczekiwać nie wiadomo jak pięknych paletek.
Skoro to już sobie wyjaśniliśmy, czas przejść do samych palet!


Kobo Professional Face Contour Paltte
Właściwie jest to moje drugie opakowanie tego produktu. Kobo ma w swojej ofercie kilka bardzo podobnych produktów do konturowania, tylko po prostu są one w różnych opakowaniach. Wiem, że na pewno można osobno kupić obydwa bronzery, albo – tak jak ja zrobiłam wcześniej – zaopatrzyć się w paletkę z różem w bonusie. Tym razem wzięłam tą wersję, bo jego praktycznie w ogóle nie używałam.
Paletka bardzo fajnie sprawdza się do samego konturowania. Jasnego bronzera używam właściwie codziennie, ciemniejszego – prawie codziennie, w nieco mniejszej ilości. Jasny puder dobrze nadaje się do rozjaśnienia strefy T, czego ja nie lubię robić rozświetlaczem przez mieszaną cerę.
Pigmentacja jest całkiem niezła, ale wydaje mi się, że wynika to z faktu, że produkt dość mocno się pyli: po każdym użyciu muszę zdmuchnąć nadmiar bronzerów z jasnego pudru. To nieco obniża jego wydajność. Nie przeszkadza mi to za bardzo, ale przy zakupie warto na to zwrócić uwagę.
Paletka kosztuje około 25zł.

Hean Sculping Facial Palette
Paletka z Kobo służy po prostu do samego konturowania. Ta z Hean jest nieco bardziej kolorowa :) Mamy w niej bronzer, rozświetlacz oraz róż.
Bronzer w przypadku tej paletki jest kolorystycznie gdzieś pomiędzy tymi dwoma z Kobo. Przy tym nie sypie się tak bardzo, ale jednocześnie jest mniej napigmentowany. Da się z nim zrobić wszystko, tylko wymaga to więcej pracy i czasu :) Z tego powodu jeśli chodzi o zwykłe konturowanie używam zwykle poprzedniej paletki.
Największą zaletą paletki z Hean jest w mojej opinii róż. Ma ładny  kolor, jest dobrze, ale nie przesadnie napigmentowany. To, co jednak przede wszystkim zwraca uwagę jest śliczne, perłowe wykończenie. Nie nada się one dla osób o bardzo problematycznej cerze (sama odstawiam go, gdy coś pojawi mi się na policzkach), tak samo osoby z dojrzałą cerą powinny na niego uważać, ale... jejku, on jest po prostu cudowny.
Rozświetlacz jest po prostu OK. Nie zachwycił mnie szczególnie, ale ja też fanką tego typu kosmetyków nie jestem :) W każdym razie daje ciepły połysk, który można stopniować. Nie widać w nim drobinek, jest jak najbardziej poprawny i używam go niemal codziennie. Po prostu wygodnie jest mieć róż i rozświetlacz razem :)
Paletka także kosztuje około 25zł.

Jedną? A może obie?
Jak mogłyście zauważyć, ja mam obydwie i obydwie używam regularnie, każdej do czegoś innego i jeśli także chcecie mieć u siebie je w „komplecie” to naprawdę zachęcam. Wiadomo jednak, że nie każdy obydwu (czy nawet ani jednej :D) paletki potrzebuje i w takiej sytuacji zachęcam do wybierania jej do swoich potrzeb. Jeśli chcecie pełnego kompletu do wykonturowania twarzy i lubicie błysk paletka z Hean doskonale się Wam sprawdzi. W przypadku, w którym stawiacie na mocne konturowanie polecałabym bardziej paletkę z Kobo.

Z konturowania do oczu!

Gdy nie chce mi się wyciągać palet cieni bardzo często wykonuje prosty makijaż używając głównie paletki z Hean. Potrzebuje do niej tylko matowego, cielistego cienia. Na bazę w załamaniu nakładam właśnie ten cień. Na ruchomą powiekę róż, w wewnętrzny kącik rozświetlacz, a bronzerem konturuje oko. Czasami też zamiast kredką, przyciemniam linię rzęs bronzerem. 
Jeśli macie obydwie paletki zamiast dodatkowego cienia możecie ewentualnie użyć po prostu jasnego pudru z Kobo.

sobota, 21 stycznia 2017

Trójka wspaniałych - o pewnym pudrze, bazie i pomadce


Już na starcie tego wpisu przepraszam osoby niezainteresowane tematem: rzadko tu o kosmetykach mówię, ale jednak są one w gronie moich zainteresowań, a co za tym idzie: czasem się tu pojawią. A o czym będzie dziś mowa? O trzech kosmetykach kolorowych, z których dwa były moimi odkryciami wszech czasów, a jeden stał się moim ukochanym czasoumilaczem ;)


Puder bambusowy z jedwabiem z Paese
Na blogu pisałam już o pudrze z Paese, który miałam poprzednim razem. Matowił skórę najbardziej ze wszystkich pudrów, które miałam wcześniej i był po prostu fajny, ale coś mi w nim nie pasowało. Podobnie uczucie miałam przy pudrze ryżowym. To bambusowy okazał się moim strzałem w dziesiątkę. Nie bieli, jest bardzo drobno zmielony. Jak na puder sypki przystało nie narzekam na jego brak wydajności. Przy tym bardzo ładnie matuje i mam wrażenie, że sprawia, że mój podkład dłużej się trzyma. Ja naprawdę już niczego więcej w tym względzie nie chce ;)
Cena: ok. 40zł



 Baza pod cienie do powiek Eye Shadow Keeper z Inglota
Do tej pory używałam raczej tanich baz pod cienie, lub zamienników (kredki, korektory). Myślałam, że na mojej powiece nic nie utrzyma się dłużej, niż 3-5 godzin. W ostatnim akcje desperacji kupiłam tą bazę. Testowałam ją w czasie Sylwestra i okazało się, że utrzymała cienie od ok. ósmej 31.12 do godziny piątej rano 01.12 ;) Jasne, makijaż nie wyglądał już doskonale, ale jednak trzymał się. Zaczęłam używać jej na co dzień i okazało się, że cały czas sprawuje się doskonale: choć opakowanie jest maleńkie to ma w sobie naprawdę wielką siłę, a przy tym jest ogólnodostępne. I nagle okazało się, że zarówno tanie, jak i drogie cienie trzymają się moich powiek.
Opakowanie bazy jest bardzo fajne: bez problemu można wydobyć z niego małą ilość produktu, a by pokryć całą powiekę bazy potrzeba bardzo niewiele.
Cena: ok 50zł




Manhattan, Soft Rouge Lipstick
Ten produkt to czasoumilacz o którym Wam wspomniałam. Ta pomadka jest po prostu przemilusia. Z jednej strony jest bardzo przyjemna w noszeniu: jest dla ust jak balsam. Z drugiej daje bardzo naturalny, półtransparenty efekt. Ach, uwaga: w żadnym razie nie jest to matowa pomadka. To maleństwo ratuje mnie w dni, w które moje usta nie chcą ze mną współpracować, albo są przemęczone moimi ulubionymi matami.
Posiadam kolor 410 – soft coral. Jak nazwa wskazuje to bardzo dziewczęcy, prześliczny koral, który osobiście uwielbiam.
Mogę przyczepić się jedynie opakowania, które ani nie jest ładne, ani nie wygląda na zbyt trwałe. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

Cena: ok. 25zł

niedziela, 6 listopada 2016

Makijaż? Nigdy w życiu!

Jakiś czas temu pokazywałam Wam moją małą kolekcję kosmetyków kolorowych. Dziś, tak jak wspominałam w tamtym poście chce Wam opisać samo moje podejście do malowania się, bo... po prostu mam na to ochotę i tyle :) Czy to komuś pomoże, czy to kogoś zainteresuje - liczę, że tak, ale w żadnym razie niesienie pocieszenia uciśnionym, albo budzenia tony komentarzy poniżej nie jest moim celem.

Zacznijmy od tego, że dość długo uważałam makijaż za coś ble. Jak tak można? Po co? Przecież to nie ma sensu i nie jest dla mnie. Zwłaszcza, że zawsze bardzo chciałam być chłopczycą (nie, by mi to kiedykolwiek wyszło). Nie rozumiałam koleżanek w gimnazjum, które na Mikołajki kupowały sobie paletki cieni, albo na przerwach robiły sobie nawzajem kreski eyelinerem. Było to dla mnie coś obcego i innego: u mnie w domu nikt raczej takich rzeczy nie używał. Wprawdzie mama miała po jednej pomadce i mascarze, jednak sama o tym większego pojęcia nie miała, a na dodatek raczej uważała to za sprawy dla dorosłych i choć nie zabraniała mi tego dotykać to też szczególnie nie zachęcała. 
Powolna zmiana postrzegania makijażu zaczęła się u mnie wraz z... zainteresowaniem fotografią. Zaczęłam powoli rozumieć, że dobrze wykonana tapeta to pół roboty przy zdjęciu. Przy okazji zaczęłam oglądać jakieś filmy o tej tematyce na Youtube i powoli, powolutku zrobiło się we mnie takie myślenie: hej, jeśli chce robić zdjęcia to muszę ogarniać choć trochę te sprawy, bo inaczej co ja powiem wizażystce, albo modelce? Wyjdę nieprofesjonalnie. To OK, sprawdźmy jedną rzecz. 
Zaczęło się od jakiegoś kremu BB, a potem... powoli, powolutku zaczęło lecieć wszystko po kolei. Początkowo spytana po co to robić odpowiadałam - bo zdjęcia, jednak stopniowo po prostu zaczęłam rozumieć, że w jakimś stopniu mnie to cieszy.

Jako, że jestem osobą, która ma raczej problematyczną cerę sam makijaż robi u mnie bardzo dużą różnicę w wyglądzie, a przynajmniej - tak mi się wydaję. Ale nie, nie jestem osobą, która wstydzi się samej siebie, która siebie nie lubi i nie akceptuje. Wiem, jaka jestem i tyle. Jak mi się coś nie podoba i mogę to zmienić to zmieniam, jak wszystko jest OK, albo zmiany dokonać nie mogę - zostawiam. Nie traktuje więc makijażu jako czegoś, co ma mnie ukryć przed światem, a jako coś co... pozwala mi się nieco wyżyć artystycznie. Tak, dokładnie tak!
Lubię to, ile mogę nim zdziałać. Lubię efekty, jakie mogę za jego pomocą stworzyć i przy okazji - lubię spędzać czas sama ze sobą. I to, że siedzę przed lustrem nie wynika z tego, że czuje konieczność, a z tego, że po prostu chcę. Chcę i to lubię. Przy okazji posiadanie makijażu na twarzy jest dla mnie swego rodzaju... strojem? To znaczy, traktuje go trochę jak mundur, czy strój do pracy - gdy go mam na sobie jestem bardziej zmotywowana, by coś robić i po prostu lepiej mi się działa. I nie, nie, to nie wynika z braku samooceny. Jeśli tak sądzicie, poczytajcie trochę o tym. Specyficzny strój do pracy naprawdę pomaga w wydajności :D

Ale... abstrahując nieco od tematu mnie samej...
Mam czasem wrażenie, że makijaż jest nieco źle postrzegany jeśli chodzi o budowę samooceny.
Mianowicie, mam wrażenie, że wręcz odradza się używania go przez kompleksy (np. po to, by zamaskować za duży nos). A to... jest według mnie błędne.
Czemu?
Malując się spędzamy czas z samym sobą. Poświęcamy go dla siebie, dla własnej samorealizacji. Przy okazji poznajemy stopniowo to, jak nasza twarz jest zbudowana. Uczymy się o niej. Dobieramy kosmetyki do rodzaju cery, konturujemy twarz zależnie od jej kształtu, jesteśmy jej coraz bardziej świadomi. A moim zdaniem zwiększona świadomość to pierwszy stopień do akceptacji tego, kim jesteśmy. Dlatego... masz kompleks? Chcesz sobie pomóc z nim makijażem? Jeśli o mnie chodzi - masz zielone światło.

Cóż, właściwie tyle miałam Wam do powiedzenia ;) Makijaż jest właściwie jedną z dwóch rzeczy, którą miałam nigdy nie polubić, a ostatecznie okazał się czymś, co nie tylko akceptuje, ale także lubię i jestem w stanie wydać na to pewną część moich funduszy. A Wy? Co o tym sądzicie? Jak czujecie się z makijażem i dziewczyńskimi rzeczami? :D

czwartek, 20 października 2016

Moja kolorowa kolekcja cz. II

Hej :) Zapraszam Was na drugi post z kolorowymi kosmetykami, które można znaleźć u mnie. Część pierwszą możecie znaleźć TUTAJ i jeśli jeszcze jej nie widzieliście - serdecznie tam zapraszam :) A teraz, bez zbędnych wstępów czas na konkretną treść.

Konturowanie 
To, co widzicie powyżej to wszystko, co posiadam do konturowania twarzy. Co jest czym i jak się sprawuje? Już mówię i wyjaśniam ;D
  • Wibo Secret Duo Color - kupiłam ten zestaw szukając bronzera dla siebie. Niestety, produkt okazał się kompletną wtopą. Rozświetlasz w opakowaniu nie wygląda źle, ale uważam, że na skórze nie wygląda najlepiej, zaś bronzer... cóż, go nawet nie mam ochoty komentować. Nie dość, że ma słabą pigmentacje to na dodatek ma zbyt ciepły, nieprzyjemny odcień. 
  • Kobo Professional Face Sculping Palette - mój strzał w dziesiątkę. Wprawdzie paletka jest trochę mała, przez co czasem łatwo zanurzyć pędzel w złym kolorze, ale jakoś szczególnie mi to nie przeszkadza. Bronzery są bardzo przyjemne, całkiem dobrze napigmentowane. Puder rozjaśniający rzeczywiście rozjaśnia, zaś odcień matowego różu po prostu mi odpowiada. Naprawdę więcej nie potrzebuje :)
  • Wibo Daimond Illuminator - uwielbiam ten rozświetlacz i na tą chwilę nie potrzebuje żadnego innego :) Nie był drogi, a ma ładny odcień i daje bardzo ładny blask. Z trwałością też nie ma raczej problemów. Mogę go spokojnie polecić. 
  • Wibo Smooth'nWear Blusher nr 5 - róż jest dobrze napigmentowany i po prostu go lubię, niestety ostatnio przestał mi odpowiadać jego kolor, przez co rzadko go używam. Niemniej, jestem zadowolona z posiadania go i mam nadzieję, że w przyszłości będę mogła sprawdzić inne róże z tej linii :)

Pudry
Przez moje ręce przeszło już kilka opakowań pudrów, jednak obecnie mam w swojej kosmetyczce dwa z których jestem zadowolona. No OK, nie tak w pełni - jeszcze chyba nie trafiłam na puder idealny, który matowiłby moją twarz na cały dzień (puder ryżowy też testowałam).
  • Paese puder sypki transparenty - dobry puder, który dobrze matuje, jednak mam wrażenie, że nie jest do końca transparenty. W każdym razie jest bardzo wydajny. Niestety, mój egzemplarz zaczął się nieco psuć: już kilkukrotnie podczas wysypywania pudru na wieczko wysypywałam nie odrobinkę, a cały produkt, co po prostu nieco mnie irytuje.
  • Kobo Proffesional Matt Powder - prasowany puder w ładnym opakowaniu z dobrej jakości lusterkiem. Nie daje pełnego matu, ale jest po prostu przyjemny w użytkowaniu. Jeśli macie skórę suchą, albo normalną myślę, że możecie go spokojnie przetestować. 


Podkład, korektory i bazy
Nie ma tego dużo, dlatego pozwólcie, że omówię wszystko za jednym zamachem :)
  • Golden Rose BB Cream - lekki, wyrównujący kolor skóry krem. Po prostu go lubię: nie potrzebuje bardzo mocnego krycia i to jest dla mnie wystarczające. Niestety, o ile kolor 1 był dla mnie dobry, tak 2 nawet na wakacje okazała się dla mnie trochę za ciemna... W każdym razie produkt jest przyjemny i godny polecenia.
  • Essence I love stage Eyeshadow Base - baza pod cienie do powiek, która po prostu działa. Na moich powiekach niestety nic nie utrzyma cieni przez cały dzień, ale ta bądź co bądź się u mnie po prostu w miarę sprawdza. Nie jest droga, działa i wyrównuje koloryt powieki - polecam, jeśli szukacie czegoś takiego.
  • Bell HYPOAllergenic Liquid Eye Concealer - bardzo przeciętny produkt. Niby jakoś działa pod tymi oczami, ale nie ma szczególnie dużego krycia. Raczej go więcej nie kupię, choć mi to bardzo nie przeszkadzało - nie mam za dużych cieni :)
  • Kobo Perfect Cover Stick - bardzo fajny korektor z całkiem znośnym kryciem. Lubię go i używam z przyjemnością.
  • Paese Kamuflaż w Kremie - nie zauważyłam, by miał jakieś wyjątkowe krycie, ale też szczególnie go nie używałam: jest dla mnie nieco za ciemny i jeśli go używam to tylko do konturowania na mokro, czego nie robię zbyt często.
Mascary, kredki i takie tam
Na zdjęciu mały misz-masz rzeczy, których nie chciałam o prostu pokazywać osobno ;) Już tłumaczę co jest czym. 
  • Cien Mascara Volume - jeszcze nie otwarta :) Na razie czeka na swoją kolej. 
  • Ace of Face Eyeryle no 1 - co tu dużo mówić: świetna mascara. Daje ładny kolor, nieźle rozdziela rzęsy, wydłuża je, ale nie jakoś spektakularnie, dobrze nadając się do codziennego użytku. Po prostu ją lubię :)
  • Paese Automatic Eyeliner 453 - jestem głupia, wiecie? Używałam tego jako... kredki do brwi, gdy jest to po prostu eyeliner. Dlatego szczerze mówiąc niewiele o tym produkcie mogę powiedzieć... Cóż, wtopa absolutnie w moim stylu.
  • Maybelline kredka do brwi dark brown - dobry produkt do wypełniania brwi. Niestety, strona z pudrem u mnie już nie działa (zepsułam zakrętkę), jednak kredka jest cały czas dobra i fajnie mi się sprawdza. Zdecydowanie kupiłabym ją raz jeszcze, choć w jaśniejszym kolorze.
  • Inglot Precision Eyeliner nr 41 - brązowa kredka, miękka i trwała. Niestety, mam wrażenie że jakość drewna z którego została wykonana zostawia wiele do życzenia. 
  • Inglot Kohil Pencil nr 05 - bardzo miękka, bardzo łamliwa i mam wrażenie, że niezbyt trwała, przynajmniej nie na linii wodnej. Bardzo trudno się ją ostrzy i... mam wrażenie, że więcej po nią po prostu nie sięgnę...
  • Nyx Jumbo Eye Pencil Milk - daje radę jako baza, zwłaszcza pod ciemniejszy makijaż, choć nie widzę różnicy między tą kredką, a bazą z Essence. Niemniej, świetnie nadaje się jeśli chcemy wykonać różne charakteryzacje: uważam, że to taka baza, jeśli chcemy zaszaleć.
  • Eveline Liquid Precision Liner 2000 Procent - mój jedyny eyeliner, którego właściwie nie używam. Jest bardzo trwały i nie mam nic przeciwko niemu, tylko po prostu mam za małą powiekę, by dobrze na mnie wyglądał.
Usta
Wszystkie moje produkty do ust. Jak widać -wszystkie kolorowe są z Golden Rose, bo... tak po prostu wyszło :D Już mówię co jest czym.

  • Nivea Pure & Natural milk & honey - miałam już inne pomadki ochronne z tej serii, ale to jest zdecydowanie mój ulubieniec. Nakłada się na usta dosłownie jak miód z mlekiem i jest po prostu niezwykle przyjemna w użytkowaniu.
  • Lippen Pflege, Sun SPF 20 - kupiłam ją na lato przez obecny w niej filtr, ale zakupu zdecydowanie bym nie powtórzyła. Jest bardzo tępa, twarda i nieprzyjemna. 
  • Golden Rose Matte Crayon Lipstick 06 i 07 - kolor 06 to klasyczna czerwień, 07 zaś to czerwień wpadająca z róż/malinę. Obydwie są bardzo intensywne i obydwie bardzo lubię, z tym, że numeru 07 używam w słabszym kryciu. Tak mi się po prostu bardziej podoba :)
  • Golden Rose Velvet Matte Lipstick 02 i 03 - numer 02 uwielbiam. Pomadka jest trwała, bardzo przyjemna i o idealnym dla mnie kolorze. Niestety, z 03 jest zdecydowanie gorzej. Mam wrażenie, że źle się rozprowadza, poza tym w ogóle nie pasuje do mojego typu urody.
  • Golden Rose Dream Lip Liner nr 517 - używam jej do pomadki o nr 06 i po prostu... działa :) Dobra, tania konturówka, nic dodać, nic ująć.

Jej, przebrnęliśmy przez wszystko! Jak Wam się podobały te posty? Macie jakieś z tych rzeczy u siebie w domu? Co o nich sądzicie?

czwartek, 6 października 2016

Moja kolorowa kolekcja! cz. I

Hej :) Dzisiejszy post będzie zdecydowanie inny niż wszystkie, które były do tej pory. Czemu? Bo pokaże Wam w nim moją aktualną kolekcje kosmetyków do makijażu. No, przynajmniej jej część. Wiem, że większość czytających mnie osób to dziewczyny, także liczę, że przynajmniej część z Was się tym zainteresuje. Piszę ten post głównie po to, by po prostu powiedzieć Wam co się u mnie sprawdza, a co nie - może akurat podpatrzycie tutaj coś dla siebie :) Od razu mówię, że jest to pierwszy post z kilku - bo dziś zaprezentuje Wam tylko pędzle oraz cienie do powiek. W przyszłości pokaże Wam kolejną część mojej kolekcji oraz wyjaśnię moje podejście do makijażu samego w sobie.
Oczywiście, nie jestem profesjonalistką, także traktujcie moje opinie z przymrożeniem oka. 
Co istotne przy recenzji kosmetyków, to mój typ skóry. Moja twarz ma raczej skłonności do przetłuszczania się i do wyprysków, przy okazji mam bardzo trudną powiekę (opadającą i tłustą), przez co mam problem z doborem jakichkolwiek cieni. No, skoro to sobie już wyjaśniłyśmy, idźmy po kolei! Mam nadzieję, że Was nie zanudzę.

Pędzle

Zestaw 9 pędzli z Sunshade Minerals
Kupiłam ten zestaw chcąc mieć bazę pędzli, by móc na czymkolwiek pracować z myślą, że powoli będę dokupywać kolejne. I co tu dużo kryć - to nie są pędzle najlepszej jakości, ale... masakry też nie ma, da się z nimi coś zrobić. Najbardziej lubię pędzel-kuleczkę do blendowania cieni. Nie mam też nic do zarzucenia pędzelkowi do ust oraz szczoteczce do brwi, ale poza tym... jest bardzo średnio. Pędzel do pudru ma trochę za twarde włosie, a podczas mycia kojarzy mi się z pędzlem do golenia, pędzle do oczu są niezbyt dokładnie wykonane, a skośny pędzel do brwi/kreski jest trochę twardy. Pędzel do różu/bronzera daje radę, ale chyba to nie jest mój ulubiony kształt pędzla. Polecam na początek, jeśli nie macie za dużej ilości funduszy, ale jeśli już macie jakieś inne pędzle lepiej odłóżcie na lepszy komplet.

Pędzle z Elite + losowa pacynka
Pędzle Elite - czyli te, które możecie kupić w Rossmannie - to moje najstarsze pędzelki i bądź co bądź, są całkiem OK. Pędzel do pudru może nieco się rozczapierza, ale jest wystarczająco miękki. Pędzel do różu/bronzera trzyma się bardzo dobrze swojego kształtu, choć jak pisałam już wyżej, nie jestem wielką fanką akurat takich pędzli. Używam go, ale nie do końca mi pasuje ;) Jak widzicie obydwa nie mają już ozdobnych koralików, ale pędzla mają prawie 2 lata, także nie dziwię się, że ozdóbki się odkleiły.
Sama pacynka po prostu była przy jakiś cieniach. Używam jej tylko do nakładania czegoś w wewnętrzny kącik i... w tym jest całkiem dobra.

Pędzle z Hakuro: H13 i H69
H13 to mój najnowszy nabytek i... uwielbiam go za wszystko. Jest miękki i ma doskonały kształt do konturowania, czego mi w kolekcji brakowało. Używam go też czasem do rozświetlacza ;) H69 służy mi znacznie dłużej (bo ponad rok) i jak na  razie świetnie sprawdza się do modelowania oka: nakładam nim zwykle najpierw bazowy cień, a potem ciemniejszy cień w załamanie powieki. Działa, dobrze się trzyma i nie mam po co na niego narzekać.


Puszek do pudru z Inglota oraz gąbeczka For Your Beauty
Puszek jest po prostu dobry jakościowo i nie mam co na niego narzekać. Sama zaś gąbeczka... cóż, używam jej czasem do podkładu, jeśli nie mam ochoty brudzić sobie palców, ale nie do końca podoba mi się wykończenie, jakie zostawia. Poza tym wchłania sporo produktu. Jest tania, także jeśli ktoś chce można sobie w Rossmannie kupić cały komplet, poza tym dobrze sprawdzi się do np. malowania twarzy dzieciom, niemniej, nie jest to strzał w 10.


Cienie do powiek

Paletki z Make up Revolution - Iconic 3 oraz Mermaids vs unicorns
Te dwie sztuki to moje dwie pierwsze duże paletki. Kupiłam je po to, by sprawdzić, czy w ogóle będę ich używać. Prędko okazało się, że Iconic 3 używam codziennie i przez dłuższy czas ją uwielbiałam, zaś Mermaids vs unicorns po prostu sprawiała mi radochę. Nie używam jej często, ale... po prostu lubię mieć coś tak kolorowego w szafie. Nie będę jednak ukrywać, że pigmentacja jest dość średnia, a przy mojej trudnej powiece często wchodzą mi w załamania, aczkolwiek... jako paletki w tak niskich cenach są naprawdę OK.
Jak część z Was wie, Iconic 3 to zamiennik Naked 3. Czy mając przez ponad rok zamiennik zdecydowałabym się na oryginał? Nie. Choć ta paletka sprawdziła mi się całkiem nieźle to z połowy cieni po prostu nie korzystałam, a obecnie kolory wydają mi się dość mdłe i nijakie.

The Balm - Nude Dude
Ta paletka to moja nowa miłość. Uwielbiam pracować z tymi cieniami, kocham ich pigmentacje i uwielbiam jej opakowanie. Jest warta każdej złotówki, którą na nią poszła :) Nie miałam jeszcze u siebie ceni tak wysokiej jakości. Niestety, i te cienie nie utrzymują się na mojej powiece przez cały dzień, nie zmienia to jednak faktu, że trzymają się znacznie dłużej niż cienie z Make up Revolution.



Różne cienie
Moje pojedyncze cienie i jedna mała paletka :) Jako, że są naprawdę różne, pozwólcie, że ocenie je po kolei, od myślników.
  • Kobo Professional Fashion Eyeshadow nr 201 - mój strzał w dziesiatkę. Trzyma się prawie tak długo, jak cienie z The Balm i jest baardzo przyjemny w dotyku. Używam go albo na całej powiece, albo do rozjaśniania kąciku oka.
  • Pierre Rene Professional no 40 nude - używany tylko jako baza do blendowania, albo na całą powiekę, by wyrównać jej koloryt. Wydaje się być OK, nie zauważyłam różnicy między nim, a beżowym cieniem z Iconic 3, aczkolwiek jako że na mojej powiece jest niewidoczny trudno mi powiedzieć coś wiecej.
  • Pierre Rene Professional no 130 white metallic - miał mi służyć do rozjaśniania kącika i... niby się w tym sprawdza. Niestety, odstaje jakością od innych cieni, często np. nieładnie odklejając się od reszty. Reszta oka dalej się trzyma, a z nim coś jest już nie tak. Nie polecam.
  • Smart girls get more eyeshadow no 105 - kupiony na próbę, okazał się być totalną porażką. Wygląda i zachowuje się jak cień dla dziewczynek, taki zabawkowy. Pigmentacja bardzo słaba, na mojej powiece jest praktycznie niewidoczny. 
  • Bell 4 matt eyeshadow - matowe cienie, z którymi niestety praktycznie nie pracowałam. Ich pigmentacja nie jest zła, ale po prostu nie mam pojęcia, kiedy mam ich użyć ;) Boje się zwłaszcza fioletów, po bo nich moje oko wygląda, jakby było podbite.

Paese Kashmir cienie do powiek odcień 669
Ten cień jest osobno, bo zapomniałam o nim przy robieniu zdjęć ;)  To cień, któremu chciałabym dać jeszcze szanse, ale jak na razie na moim oku wyglądał masakrycznie, zmieniając się w jedną, wielką plamę. Jeszcze go wypróbuje, ale... chyba się nie polubimy.

No, i to byłoby tyle na dziś :) Post i tak wyżedł nieco przydługi. Mam jednak nadzieję, że w czymś Wam pomógł, a przynajmniej Was czymś zaciekawił, czy zainteresował. Wiem, że nijak ma się do dotychczasowej tematyki bloga, ale... naprawdę, po prostu chce się tym z Wami podzielić. 
Nomida zaczarowane-szablony