Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brytyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brytyjska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 stycznia 2024

Kolor magii: chaosem na przygodę


Dwukwiat to pierwszy turysta w Świecie Dysku. Bogaty i beztroski, wyrusza w podróż. Tak trafia do Ankh-Morpork, gdzie piecze zaczyna sprawować nad nim niezbyt utalentowany mag, Rincewind.

Kolor magii
Cykl Świat Dysku, t. 1
Terry Pratchett
wyd. Prószyńki i s-ka, 1994



Tej książki podobno nie lubił sam Terry Pratchett. „Kolor magii” to jego pierwsza powieść, która rozpoczyna całą serię o Świecie Dysku. Choć z autorem miałam już do czynienia, to tak naprawdę dopiero teraz postanowiłam, że spróbuje zapoznać się z całym cyklem i tak jak zostałam już przez wiele osób wcześniej ostrzeżona, pierwsza część tej historii zdecydowanie nie jest najlepszą.

Pojawia się w niej oczywiście typowy dla Pratchetta humor, pełny celnych spostrzeżeń. Gdyby ktoś zacytował mi konkretne fragmenty książki, pewnie pokiwałabym głową, uznając, że hej, to całkiem trafne. Być może Pratchett nie bawi mnie na tyle, bym śmiała się w głos, ale potrafię docenić to, jak sprawnym obserwatorem rzeczywistości był.

Problem polega na tym, że ta książka jest jednocześnie bardzo prosta fabularnie… i bardzo chaotyczna. Właściwie mamy tu po prostu przygodową historię fantasy, w której nieodpowiedzialny Dwukwiat ładuje się bezustannie w kłopoty, a mag Rincewind towarzyszy mu w tej podróży i próbuje sprawić, by ten jednak ją przeżył. Bohaterowie w trakcie latają na smokach, chodzą po lesie, uciekają przed osobami, które próbują je zabić, czy złożyć w ofierze. Przy okazji na ich drodze stają też inni bohaterowie, którzy np. są satyrą na znanych herosów fantasy. Nie jest to nic nietypowego dla gatunku, szczególnie dzisiaj. W końcu „Kolor magii” to powieść z lat 80. XX wieku i wtedy to mogłoby być czymś całkiem świeżym. 

Gdy słyszałam wcześniej o chaotyczności tej powieści, ubzdurałam sobie, że chodzi o jakiś brak liniowości, o jakąś zabawę stylem narracji, ale… nie. Fabuła jest opowiadana od początku, do końca, bez jakiś szczególnych zabaw stylistycznych. A jednak mimo tego chaotyczna faktycznie jest. Trochę tak, jakby autor wymuszał na postaciach kolejne i kolejne przygody, byleby tylko pokazać swój kolejny żart, swój kolejny pomysł, swój kolejny pogląd. I to po prostu z czasem zaczęło robić się piekielnie męczące. Choć nie jest to długa książka, osobiście pod koniec miałam jej po prostu dosyć.

Jestem na takim etapie swojego czytania, że Pratchetta po prostu „głupio nie znać”, dlatego trochę świadomie zdecydowałam się na sięgnięcie po wcale nie aż tak uwielbiany „Kolor magii”. Bo to jednak z takich książek i takich serii, które po prostu warto znać. Po lekturze wiem jedno. Ten autor generalnie w nadmiarze jest dla mnie męczący. A w swojej debiutanckiej formie… cóż, nawet nie w nadmiarze. Jedna powieść jest do tego wystarczająca.


sobota, 11 listopada 2023

Dobry omen: niekompetentni aniołowie i demony vs żart Pratchetta i Gaimana


Crowley jest demonem odpowiedzialnym za sprawowanie opieki nad Antychrystem. Gdy chłopiec dorośnie, nastąpi koniec świata, a dobro i zło stoczą ostateczną walkę. Z tym że Crowley całkiem ceni sobie życie wśród ludzi i wcale nie chce opuszczać ziemskiego padołu. Dlatego ze swoim (nie)przyjacielem oraz aniołem piątej kategorii, Azirafalem, próbuje jakoś temu zaradzić.


Ta książka miała zadatek na powieść, przy której będę się wybornie bawić. Ale ostatecznie wypadła moim zdaniem przede wszystkim dość chaotycznie. „Doby omen” został napisany przez dwóch popularnych i cenionych pisarzy. Neil Gaiman i Terry Pratchett w jednym projekcie brzmi jak przepis na sukces. Aczkolwiek nawet żartobliwe, lekkie fantasy powinno mieć przecież odpowiedni rytm i strukturę.

Dobry omen
Terry Pratchett, Neil Gaiman
wyd. Prószyński i s-ka, 2019

„Dobry omen” ma swoje momenty. Niektóre akapity, czy nawet zdania potrafią być jednocześnie trafne i zabawne. Jednocześnie to żarty raczej eleganckie, całkiem inteligentne i puchate, w żadnym razie nie sprośne/obleśne. I to jest chyba największa siła tej książki.

Druga największa siła to duet Crowley’a oraz Azirafala. To postacie, które niby się nie lubią, ale tak naprawdę łączy je po prostu głęboka przyjaźń. Moim zdaniem jest pomiędzy nimi dobra chemia, a i demon, i anioł, dają się po prostu lubić. 

To w ogóle jedno z tych urban fantasy, w której i piekło, i niebo są po prostu niekompetentnymi organizacjami, które nie radzą sobie z podstawowymi zadaniami. Anioły nie tańczą, a diabły wciąż są mentalnie w średniowieczu, zaś to ludzie odpowiadają w największej mierze za dobro i zło tego świata. To w gruncie rzeczy typowy zabieg dla angel fantasy, ale w tym przypadku po prostu jest to wyciągnięte do granic absurdu. W końcu bądź co bądź to po prostu komedia. 

Z tym że w momencie, kiedy odchodzimy od głównych bohaterów, to ta historia naprawdę robi się po prostu chaotyczna. Skaczemy pomiędzy postaciami, scenkami, momentami w życiu i historii i choć to wszystko prowadzi do prostego zakończenia, to mnie konstrukcja tej powieści potrafiła po prostu męczyć. Oczywiście, trochę ją rozumiem: więcej postaci to więcej stereotypów do przerobienia i więcej żartów do opowiedzenia. Ale gdyby tak to wszystko trochę uporządkować to z „Dobrego omenu” mogłaby wyjść naprawdę znacznie lepsza powieść. Zwłaszcza że drugoplanowe postacie, tak czy siak, nie dorównują głównym protagonistom, dlatego osobiście po prostu wolałabym się trzymać właśnie ich.

Dobrze było się z tą historią zapoznać i na pewno same postacie są na tyle charakterystyczne, że zapadną mi w pamięć na dłużej. Ale przyznaję, po tym duecie liczyłam na coś więcej. Na historię o lepszym rytmie, która przy tym bardziej mnie zaskoczy fabularnie. Bo niestety, i historia wydaje się tutaj trochę klejona na ślinę, bez zwrotów akcji, których bym się nie spodziewała. Choć może po prostu przeczytałam już trochę za dużo podobnej fantastyki, by komediowa książka stworzona w latach 90. robiła na mnie efekt „wow”.

Aczkolwiek jeśli ktoś z Was szuka lekkiego urban/angel fantasy, które jest żartobliwe i lekkie, a nie zna jeszcze tej powieści Gaimana i Pratchetta to być może warto dać jej szansę.



środa, 8 listopada 2023

Matka Edenu: przygodowa fantastyka socjologiczna

 

Ludzkość rozpowszechniła się na Edenie, samotnej, ciemnej planecie, tworząc odrębne społeczności. Pewnego dnia młoda Gwiazdeczka Strumyk spotyka przystojnego mężczyznę zza drugiej strony Stawu i postanawia stać się jego domową, czyli żoną. Nie wie jeszcze, że jej ukochany jest synem naczelnika, co wkrótce uczyni ją Matką Edenu, kobietą noszącą pierścień Gali, matki wszystkich mieszkańców planety.

Matka Edenu
Chris Beckett
wyd. Mag, 2018
Cykl Ciemny Eden, t. 2



Kiedy kupowałam „Matkę Edenu” Chrisa Becketta wiedziałam, że jest tomem drugim i że prawdopodobnie nie będę kupować tomu pierwszego z bardzo prostego powodu: te książki zostały wydane w ramach Uczty Wyobraźni, ta nieczęsto ma dodruki, a nakład „Ciemnego Edenu”, czyli części pierwszej, już dawno nie jest dostępny. Co oznacza konieczność kupowania go po zawyżonych cenach, a na to ochoty nie miałam. Dowiedziałam się jednak, że tom drugi rozgrywa się kilkaset lat po wydarzeniach z tomu pierwszego, w związku z czym można tę historię czytać odrębnie… i cóż, tak właśnie zrobiłam. Trochę nie tak, jak powinnam, ale czasem bywa.

I mimo tego, że nie czytałam tej serii od początku to absolutnie nie żałuję tego, że po tę książkę sięgnęłam. „Matka Edenu” to fantastyka socjologiczna, która być może (jak niesie wieść recenzencka) jest gorsza od tomu pierwszego, ale uważam, że w dalszym ciągu jest solidną historią, którą warto poznać. 

Dla mnie to przykład książki, która łączy w sobie typowo przygodowe, rozrywkowe tropy z odrobiną czegoś więcej. Autor, który jest byłym brytyjskim pracownikiem społecznym, komentuje w swojej powieści funkcjonowanie społeczeństwa, analizując też rozwój całkiem ciekawego hipotetycznego przypadku odizolowanej społeczności, która nie pamięta już Ziemi i nie ma z nią kontaktu, ale przekazuje skrawki wiedzy z pokolenia na pokolenie. Nie jest to być może coś najbardziej nowatorskiego, poznałam już trochę tego typu historii, ale moim zdaniem Beckett wykonał swoją pracę jako pisarza całkiem zgrabnie. 

Moim zdaniem to po prostu solidnie napisana historia, z dobrym tempem i interesującym podejściem do tematu. Trochę boli mnie to, że jednak nie poznałam tomu pierwszego i raczej nie trafi on zbyt szybko w moje ręce (nie sądzę, by Mag posłuchał mnie, jeśli chodzi o dodruk…), ponieważ jednak czułam się momentami nieco zagubiona i na pewno przyswojenie historii przyszłoby mi łatwiej, gdybym czytała historię tak jak się to powinno robić, ale, tak czy siak, cieszę się, że w ogóle mogłam się z twórczością Becketta spotkać, bo to naprawdę było miłe spotkanie.

Co pewnie dla niektórych może być istotne: choć do science-fiction to jednak autor nie skupia się szczególnie na technologiach. To powieść, która ma momentami klimat fantasy, bo ludzie przybyli na Eden po prostu cofnęli się, jeśli chodzi o rozwój cywilizacji, więc można odnieść wrażenie, że wszystko rozgrywa się dawnych, a nie przyszyłych czasach.

Książek z Uczty Wyobraźni często się boję, przez wzgląd na liczbę absurdy, które często się w nich pojawiają. Na szczęście dla mnie „Matka Edenu” okazała się dość klasycznym science-fiction, które robi to, czego od tej literatury oczekuje: łączy rozrywkę ze wcale nie głupim komentarzem co do naszej rzeczywistości i hipotetycznych zdarzeń, które mogą się nam kiedyś przytrafić. Także jeśli ktoś właśnie tego szuka, myślę, że warto dać jej szansę, nawet bez znajomości trudno dostępnego obecnie tomu pierwszego.


sobota, 21 października 2023

Czarownica ze wzgórza: lekko, kobieco i niby-historycznie


Fleetwood Shuttleworth jest panią dużego majątku. Choć ma zaledwie siedemnaście lat, jest właśnie w czwartej ciąży. Żadnej z nich dotychczas nie donosiła, a wraz z mężem marzy o potomku. Gdy poznaje Alice, postanawia obdarzyć akuszerkę zaufaniem, mając nadzieję, że uratuje ona życie jej dziecka oraz jej własne. Wkrótce w okolicy rozpoczyna się polowanie na czarownice.

Czarownica ze wzgórza
Stacey Halls
wyd. Świat Książki, 2019



„Czarownicę ze wzgórza” znalazłam w dyskoncie w kategorii książek fantastycznych i uznałam, że hej, okładka sugeruje lekką, w miarę miłą powieść, a mi takich często brakuje. Więc postanowiłam dać pani Stacey Halls szansę. I choć nie żałuje, to na pewno to nie jest powieść fantastyczna.

Nie pomyliłam się co do tej miłej i lekkiej książki, bo mimo dość trudnych tematów, ta historia w odbiorze właśnie taka jest. Pozornie porusza poważne tematy, ale styl autorki jest lekki, niezbyt opisowy i całkiem ładny. To przy tym powieść historyczna, ale mam wrażenie, że autorka nie skupia się na realnym odzwierciedleniu dawnych czasów, a na złapaniu romantycznego klimatu filmów kostiumowych. Nie mam jej tego za złe, niemniej, warto pamiętać o tym, że to nie jest powieść, która doskonale przedstawi życie w XVII wieku.

Mimo lekkiego klimatu tu naprawdę dzieją się rzeczy dość poważne. Główna bohaterka jest bardzo młoda, ale jednak sporo już przeszła. Choć pozornie wydaje się szczęśliwa, to do szczęścia brakuje jej ukochanego dziecka. Jest też dość samotna, a jedyna osoba, która okazuje się bliska jej sercu, zostaje oskarżona w procesie o czarownice. To napędza całą powieść, ale to nie jest jednak powieść akcji. Miałam wrażenie, że fabuła snuje się dość powoli, mimo tego, że „Czarownicę ze wzgórza” czytało mi się raczej przyjemnie.

To chyba sprawia, że powieść pozostawiła mi po sobie lekki niedosyt, ale niekoniecznie w tym dobrym znaczeniu. Z jednej strony tematy były na tyle poważne, że nie mogę uznać, że ta historia jest zupełnie pustą wydmuszką. Z drugiej mam jednak trochę takie wrażenie, bo jednak ta cała opowieść była zbyt lekka na tak trudne tematy. Ani to nie jest więc stricte rozrywkowa historia, ani jakaś analiza emocji czy sytuacji, którą przeżywały czarownice z Pendle z 1612 roku (bo powieść jest jak najbardziej oparta na prawdziwych wydarzeniach). Szczerze mówiąc, nie wiem, czy podoba mi się tworzenie tak baśniowej otoczki wokół faktycznego zdarzenia, przez które zginęli ludzie.

Co mnie zaskoczyło, to brak romansu w tej historii. Jej ton wręcz sugeruje, że będą tu jakieś większe uniesienia ze strony bohaterki, ale jednak nie. Fleetwood ma męża, ale autorka nie skupia się na opisie jej romantycznych emocji w stosunku do niego, ani w stosunku do jakiegokolwiek innego mężczyzny. To było nawet odświeżające.

Wydaje mi się, że powieść może sprawdzić się jako oderwanie na lekki wieczór, o ile czytelnikowi nie są straszne problemy związane z trudną ciążą (a jest tu tego troszeczkę). Nie uważam jednak, aby było w niej dużo więcej, niż dość prosta rozrywka.




niedziela, 15 października 2023

Jak przeżyć w starożytnym Egipcie: lekko i dla początkujących


Jak to byłoby żyć w starożytnym Egipcie, mniej więcej w czasach Tutenchamona? Co byłoby na obiad i jakie byłyby możliwości zdobycia pracy? Na te i inne pytania próbuje odpowiedzieć Charlotte Booth w książce „Jak przeżyć w starożytnym Egipcie”. To niedługa, popularnonaukowa pozycja, która rzuciła mi się w oczy właśnie przez wzgląd na temat. Ten starożytny kraj interesuje mnie, odkąd pamiętam, choć absolutnie nie jestem historykiem czy bardziej zaangażowanym hobbystą.

Jak przeżyć w starożytnym Egipcie
Charlotte Booth
Wydawnictwo Poznańskie, 2022

I właściwie ta książka okazała się mniej więcej tym, czego się spodziewałam. Autorka miała na nią całkiem ciekawy pomysł. Czytelnik ma wcielić się w mężczyznę podróżującego do Egiptu, a ona opisuje, co mógłby w nim robić. Nie jest to przy tym żadne szczegółowe opracowanie. Ot, lekka książka po łebkach, która w przystępny sposób przedstawia podstawy, choć na pewno część informacji w niej zawartych warto zweryfikować przed podaniem dalej.

To na pewno fajny tytuł dla osób, które chcą poznać podstawy historii Egiptu przedstawione w ciekawszy sposób niż typowa, historyczna narracja. Może być to też fajny wstęp do bardziej detalicznego riserczu na ten temat, lub np. inspiracja do tworzenia fantastycznych światów. 

Jeśli ktoś szuka właśnie tego typu lektury to jak najbardziej, warto po to sięgnąć. Ale egiptomaniacy raczej nie wyniosą z niej zbyt dużo nowej wiedzy.


poniedziałek, 31 lipca 2023

Krzyk morskich ptaków: piękna i spójna opowieść



Naprawdę nie sądziłam, że ta książka aż tak mi się spodoba. Zwłaszcza po trzech poprzednich ptasich tytułach, które miałam okazję czytać. „Krzyk morskich ptaków” to naprawdę interesująca lektura.

Aby jednak wyjaśnić mój punkt widzenia, może trochę o pozostałych dwóch ptasich książkach, które znam i które mają podobną konstrukcję (jedna pozostała jest o czymś nieco innym). Zaczęłam przygodę z ptasiarskimi książkami od „Rzeczy o ptakach”, przypominającej zbiór ciekawostek o popularnych gatunkach bądź rodzajach/rodzinach zwierząt. Nie wniosła zbyt wiele do mojego życia, była dość nudnawa i miałam poczucie, że większość z tych rzeczy i tak wiedziałam. Druga, „Ptakologia”, ponownie opowiadała o gatunkach/rodzinach/rodzajach ptaków, ale bardziej pod kątem wspomnień autorki. Praca nie wybitna, ale bardziej personalna, w związku z czym ciekawsza.

Krzyk morskich ptaków
Adam Nicolson
wyd. Znak Horysont

Z kolei „Krzyk morskich ptaków” wyróżnia się na ich tle swoim profesjonalizmem. To książka człowieka, który wyraźnie kocha te współczesne dinozaury, ale jednocześnie ma na ich temat potężną wiedzę. Nie sypie wyłącznie faktami naukowymi, ale potwierdza je badaniami, przytaczając faktycznie interesujące badania na temat konkretnych zwierząt. 

Na dodatek jego książka to nie jest wybór jakiś tam losowych ptaków, a wyłącznie ptaków morskich. Dzięki temu ten tytuł jest bardziej spójny, tworzy jednolitą opowieść. Autor nie boi się wspominać o innych zwierzętach, które omówi później i całość przynajmniej wygląda na lepiej zorganizowaną.

Ponadto Adam Nicolson ma dużą wiedzę na temat literatury i naprawdę ładny styl. Dzięki temu ładnie przeplata naukowe fakty różnorodnymi cytatami, a kiedy zachwyca się nad ptakami i porównuje je do innych gatunków to cóż, to naprawdę wspaniale się czyta i momentami aż trudno się nie wzruszyć.

Warto tu jednak dodać, że książka nie bez powodu ma taki tytuł, jaki ma. Jeśli żyjemy z dala od morza czy oceanu, ich krzyku może nie da się usłyszeć na żywo, ale jednak warto czasem sobie przypomnieć, że on wcale taki cichy nie jest. Wiele z przedstawionych gatunków jest zagrożona bądź może być zagrożona, z najróżniejszych powodów. Dlatego nie jest to scricte radosna, sielankowa powieść i osoby szczególnie wrażliwe na takie elementy powinny wziąć to pod uwagę, sięgając po ten tytuł.

Niemniej, moim zdaniem to książka, którą warto wziąć pod uwagę, jeśli szuka się popularnonaukowego tytułu o ptakach.



niedziela, 21 maja 2023

Dym i lustra: czemu Gaiman nie zawsze jest dla mnie?



Do tej pory moja przygoda z twórczością Neila Gaimana wypadła, dosłownie, pół na pół. Zaczęłam od „Amerykańskich bogów”, którzy po prostu mnie znudzili. Z kolei potem lektura „Gwiezdnego pyłu” pokazała, że coś dla mnie ten autor naprawdę potrafi napisać. I teraz, po lekturze „Dymu i luster” chyba wiem, gdzie jest pies pogrzebany.

„Dym i lustra” to zbiór różnych tekstów autora, nie tylko opowiadań, ale przyznaję, że wiersze po prostu nie bardzo mnie interesują. I w trakcie lektury odkryłam, że Gaiman ma w gruncie rzeczy dwa główne oblicza. Jedno to oblicze kreatywnego człowieka, który chce opowiadać ciekawe historie i faktycznie potrafi to robić. Drugie to chłopiec, który skupia się jednak trochę na tym, co ma między nogami.

Dym i lustra
Neil Gaiman
wyd. Mag, 2003

Z tego powodu niektóre teksty (choć tu są w moim odczuciu w mniejszości) to nie raz naprawdę kreatywne opowieści, które czasem są ciepłe, innym razem straszne, ale trzymające wysoki poziom. A w tych innych bohaterki chwalą rozmiar przyrodzenia bohatera, czy też męski protagonista cierpi na chorobę weneryczną i w związku z tym nie może wykonywać swoich ulubionych czynności.

I jak doceniam męski punkt widzenia, tak podobnie, jak wielu facetów nie ma ochoty na czytanie „babskich romansów”, tak do mnie te treści pisane przez Gaimana po prostu nie przemawiają. Czasem miałam wręcz wrażenie, że  nie czytam autora o międzynarodowej sławie, a pierwszego lepszego człowieka, który uwierzył w potencjał swojego tekstu mimo kompletnego braku warsztatu i zainwestował w wydanie „książki”.

Przyznaję, nie było to najmilsze spotkanie, choć na takie się zapowiadało, bo jeden z pierwszych tekstów naprawdę mi się spodobał. Opowiadał on o dojrzałej już, samotnej kobiecie, która w sklepie z rupieciami znalazła Świętego Graala i uznała, że ten będzie ładnie wyglądał na kominku – no to przecież naprawdę urokliwy koncept!

Podoba mi się jednak ogólne podejście Gaimana do fantastyki, o którym mówił we wstępie i naprawdę uważam, że to wartościowy twórca, który potrafi pisać. Tyle że czasem po prostu nie tworzy dla mnie. Bywa.




poniedziałek, 1 maja 2023

Śpiący przebudzony: gdybyś obudził się za 200 lat...

 


Graham cierpi na bezsenność. Po zażyciu zbyt dużej ilości środków nasennych zapada w letarg, który trwa ponad 200 lat. Budzi się w zupełnie innym świecie, który musi jak najszybciej zrozumieć, aby przeżyć.



Jeśli miałabym wskazać książkę H. G. Wellsa, której byłoby konstrukcją najbliżej do współczesnej powieści (takiej pisanej w XXI wieku), to byłby właśnie „Śpiący przebudzony”. Mam wrażenie, że choć dalej całość wypada dość sztywno i prosto, to jednak skupienie się na bohaterze jest nieco mocniejsze, niż zazwyczaj. Chociaż nie da się ukryć, że w dalszym ciągu ta książka ma pokazać po prostu pewną wizję przyszłego świata. Jest przy tym chyba jedną z nieco mniej znanych książek Wellsa. „Wojnę światów” czy „Wehikuł czasu” kojarzy spora część społeczeństwa, a ten tytuł, mam wrażenie, znają z tytułu tylko osoby już bardziej skupiające się na poznawaniu literatury fantastycznej.

Ta książka to próba odpowiedzi na pytania „jak będzie wyglądał świat przyszłość?” oraz „co byłoby, gdyby ktoś zasnął i obudził się po X latach?” – dwa typowe i przemaglowane już współcześnie zagadnienia, przedstawione raczej w dość klasycznej formie. 

Wells oczywiście nie przedstawia przyszłości w radosny sposób. Zahacza raczej o dystopię, pokazując świat, w którym po prostu nie dzieje się najlepiej. To raczej niepokojąca wizja, przypominająca nieco późniejszą twórczość Orwella. Z tego powodu nie jest to przyjemna marzonka i na to warto przygotować się przed lekturą. Jednocześnie w kategorii dystopii – nie jest to raczej mój ulubiony tytuł. Ale tych już jednak trochę znam, więc też trudno mnie zaskoczyć, zaś Wells obecnie właściwie nie zaskakuje. Jego historie są naprawdę dość „podstawowe”, co nie dziwi, zważając, że to jego uznaje się za ojca współczesnej fantastyki.

Zawsze zaskakuje mnie też, jak szybko się twórczość Wellsa czyta. Być może to przez połączenie mojej ogólnej wprawy, z tym że używa on dość podstawowych tropów. Naprawdę przy jego książkach mam poczucie, że nie muszę się głęboko wczytywać i skupiać, by wiedzieć, o co mu chodzi, przez co strony lecą właściwie same, a te ~350 stron książki to dosłownie lektura na jeden wieczór.

Choć nie jest to bez wątpienia najbardziej sztandarowa powieść Wellsa i jeśli ktoś szuka takowych, powinien sięgnąć po te bardziej znane, to na pewno po tę książkę warto sięgnąć, jeśli tylko ktoś ma na to ochotę. Zwłaszcza że w wydaniu Vespera wygląda naprawdę elegancko i bardzo dobrze leży w dłoni, a to, nomen omen, przy książkach papierowych też jest całkiem istotne.



piątek, 31 marca 2023

Wyspa doktora Moreau: czy te eksperymenty są moralne?

Katastrofa sprawia, że Edward Pendrick jest jedynym ocalałym ze statku. Przypadkiem trafia na bezludną wyspę, na której mieszka jedynie doktor Moreau oraz jego asystent. Mężczyzna szybko zauważa, że naukowcy zachowują się w podejrzany sposób i powoli zaczyna odkrywać, co tak naprawdę dzieje się na samym środku oceanu.



„Wyspa doktora Moreau” to już trzecia powieść H. G. Wellsa, po którą sięgnęłam. W końcu udało mi się spełnić postanowienie, że nadrobię twórczość tego klasyka fanatyki i dotrzymałam dane samej sobie słowo. Te niedługie powieści (poza tą jeszcze „Wojnę światów” oraz „Wehikuł czasu”) przeczytałam w 2022 roku. 

I nie powiem, bym poczuła się zaskoczona. Ponownie dostałam książkę, która w moim odczuciu jest napisana w bardzo prościutki sposób. Ładny, całkiem elegancki, ale jednak prosty. Przynajmniej dla mnie, osoby, która już trochę klasyki w życiu bądź co bądź przeczytała. Te książki od samego początku miały być literaturą rozrywkową i to jak najbardziej da się wyczuć w trakcie lektury.

Wyspa doktora Moreau
H. G. Wells
wyd. Vesper, 2020

Jednocześnie wydaje mi się, że tym razem uchwyciłam jeszcze mocniej różnicę pomiędzy współczesną fantastyką, a tymi pierwszymi powieściami. Mianowicie, aktualnie świat nierealistyczny jest budowany po to, aby opowiedzieć pewną opowieść. Wells pisał zaś po to, aby przedstawić czytelnikowi pewien motyw. I tak w „Wojnie światów” mamy koncept ataku obcych na Ziemię, w „Wehikule czasu” koncept podróży w przyszłość, a w przypadku „Wyspy doktora Moreau” koncept niekoniecznie etycznych eksperymentów.

Nie wątpię też, że w chwili publikacji, poruszała ona kuszące wizje i jednocześnie interesujące zagadnienia moralne. To książka, która wręcz pyta się o to, jak daleko możemy się posunąć dla dobra nauki i o to, czy na pewno ingerencja w naturę jest czymś, co powinniśmy robić. Bez wątpienia to tematy dalej aktualne do pewnego stopnia, acz dziś już raczej w nieco zmienionej formie. W końcu dziś wiemy, że eksperymenty doktora Moreau w tej formie raczej nie mogłyby zaistnieć.

Nie jestem osobą, która przy książkach H. G. Wellsa jakoś wybitnie się bawi. Czyta mi się te książki stosunkowo lekko, ale jednocześnie po prostu czuję w nich ich wiek. Są reliktem swoich czasów i jako taki, chce je poznać. Ale nie sięgam po nie scricte w celach rozrywkowych. Aczkolwiek osoby, które w życiu czytały mniej fantastyki i chcą gdzieś zacząć, być może będą pod tym względem czerpać z tych książek więcej. 

Warto jednak dodać, że takie klasyki po prostu warto znać i jeśli chcecie wiedzieć, jak przed laty przedstawiano popularne fantastyczne motywy, to bez wątpienia powieści H. G. Wellsa będą prawdziwą kopalnią inspiracji.



środa, 1 lutego 2023

Antyspołeczny: dobry temat, kiepski autor

Takie to miało być zabawne (pojawia się na okładce ze trzy razy) i pouczające, a w praktyce wyszła z tego bardzo niekompetentna książka. „Antyspołeczny” może porusza istotne tematy, ale niestety, bardzo wiele mu brakuje do tego, aby naprawdę być czymś wyjątkowym.

Nie bez powodu najlepsze reportaże piszą profesjonalni dziennikarze, którzy latami uczyli się zbierać materiał, przerabiać go, a potem przemieniać w książkę, czy film dokumentalny. Nie wystarczy mieć wiedzy na dany temat czy specyficznych doświadczeń, aby być w stanie przekazać to innym w satysfakcjonujący sposób. I niestety, ale Nick Pettigrew jest tego doskonałym przykładem. 

Antyspołeczny
Nick Pettigrew
wyd. Insignis, 2021

Aby sprawa była jasna, najpierw warto wyjaśnić, kim ten pan w ogóle jest. To pracownik społeczny, który zajmuje się rozwiązywaniem spraw lokalnych mieszkańców, np. związanych z przeszkadzającymi sąsiadami, czy z osobami chorymi fizycznie/psychicznie i pozbawionymi pomocy.

Ta książka ma formę po prostu dziennika. Takiego, który z powodzeniem mógłby być publikowany na blogu, czy w mediach społecznościowych. Język jest lekki i wręcz potoczny. Przedstawiane przez autora historie zwykle dotyczą jednego dnia. Czasem wracają, ale nie w jakiś ustrukturyzowany sposób, więc nim człowiek do nich dotrze, to zwykle już zapomni, że w ogóle o tym czytał. 

Sama forma dziennika prowadzonego właściwie dzień po dniu też jest w przypadku książki problemem, dlatego że wiąże się z brakiem selekcji spraw. Nie są one posegregowane tematycznie, autor nie wgłębia się w żaden konkretny rodzaj prowadzonych dochodzeń, a wiele z nich jest bardzo do siebie podobnych, więc łatwo zlewają się w całość. Przy okazji regularnie dostajemy wstawki związane ze zdrowiem psychicznym autora, co oczywiście jest tematem ważnym, ale nie dotyczącym tematu tej książki, więc nie wiem, dlaczego redaktor postanowił je zostawić. 

Wróćmy jeszcze na chwilę do humoru. To autor, który próbuje mieć cięty język, ale kompletnie mu to nie wychodzi, przynajmniej nie w wersji polskiej. Przez co wielokrotnie jego docinki brzmią wrednie, zdają się być pozbawione szacunku do osób, którym autor próbuje pomóc, i to wcale nie wzbudziło we mnie ciepłych emocji w stosunku do niego, co wydaje mi się, że jest zrozumiałe.

„Antyspołeczny” to bez wątpienia książka poruszająca ważny temat i opowiadająca o ciekawym stanowisku. Ale w tej formie to materiał na artykuł albo wywiad, ewentualnie prywatny i nieodpłatny dziennik w sieci, nie na książkę, którą należy sprzedawać w księgarni. Szkoda, bo liczyłam na coś lepszego.


wtorek, 29 listopada 2022

Mnich: krytyka duchownego, która pozytywnie mnie zaskoczyła

Ambrozjo to szanowany mnich, słynący ze swoich zdolności oratorskich. Gdy wychodzi prawda o tożsamości jego ucznia i przyjaciela, Rosario, który okazuje się kobietą, świętobliwy ojciec powoli schodzi na złą drogę.



Ta książka okazała się kompletnie nie tym, czego się spodziewałam. I dobrze! „Mnich” M. G. Lewisa ukazał się pod koniec XVIII wieku i spodziewałam się kolejnej dość prostej i pozbawionej emocji historii. Mam wrażenie, że ówczesna proza często nie wchodzi bardzo głęboko w bohatera, skupia się na opisie wyglądu wszystkiego wokół, akcję oraz rozwój postaci spychając na dalszy plan. A jednak okazało się, że ta wcale nie aż tak popularna klasyka okazała się jedną z ciekawszych dla mnie propozycji z tego okresu.

Mnich
Matthew Gregory Lewis
wyd. Vesper, 2016

 Choć muszę przyznać, że po pierwszych około dwustu stronach miałam mieszane uczucie. Dlaczego? To przez konstrukcję powieści, która trochę zbiła mnie z pantałyku. Książka zaczyna się sceną w kościele, w której młodzieńcy poznają pewną piękną młodą kobietę i zachwycają się nad pięknem przemowy głównego bohatera powieści, Ambrozjo, który tego dnia mówi kazanie. W trakcie tej sceny musiałam się trochę wgryźć w już nieco dawny styl autora, niemniej po chwili po prostu przywykłam.

Następnie przechodzimy do samego mnicha, który powoli odkrywa tajemnicę swojego ucznia, aby po ok. 100 stronach wskoczyć na kolejną setkę stron w historię owych dwóch młodzieńców, z których jeden zakochuje się w pannie z kościoła, a drugi w siostrze kolegi, która została przeznaczona na zakonnicę. I o ile pierwsze sto stron mnie wciągnęło, o tyle drugie zaczęło powoli nużyć. Chciałam czytać o Ambrozjo, ale musiałam na to chwilę poczekać.

I dobrze, bo opisane wątki są niezwykle istotne dla dalszej fabuły i bez nich ta historia po prostu nie mogłaby się obyć. A po tych historiach po prostu zaczyna się dziać. To książka ze złoczyńcą w roli głównej, jaką od dawna chciałam przeczytać. Autor wchodzi w charakter postaci, pokazując, jak ten powoli się stacza i zmienia w potwora. Czy to jednak oznacza, że Ambrozjo na początku był postacią pozytywną? Absolutnie nie, bo już tak naprawdę od pierwszych stron da się wyczuć podłość jego charakteru, ukrywaną za maską pobożności; po prostu z czasem mnich powoli przestaje nad sobą panować.

Oczywiście ta książka ma już swoje lata i to po prostu momentami da się wyczuć, ale szczerze mówiąc, dla mnie to w dalszym ciągu dość aktualna powieść. I nie chodzi mi o krytykę kościoła. Lewis opowiada o ludziach. Różnych: dobrych i złych. Robi to przy tym ze sporą dawką wrażliwości, a opowieści o ludziach po prostu wolniej się starzeją.

Gdybym chciała się „czepiać”, mogłabym mówić o kontekście starzenia się książki w kontekście Rosario/Matyldy jako tej złej kobiety, która sprowadza bohatera na złą stronę. Ale szczerze mówiąc, czytając tę powieść po prostu jako czytelnik, a nie literaturoznawca jej motywy (choć nomen omen przerysowane) wydały mi się całkiem logiczne, mamy tu również pozytywne żeńskie bohaterki, a i tak Ambrozjo jest głównym złym i nie zauważyłam, aby narrator próbował wybielać protagonisty przez to, że został „namówiony do grzechu” przez kobietę. Odbieram to raczej po prostu jako przypadek: tak się złożyło, że i on, i Matylda nie są pozytywnymi charakterami. Bywa.

Ta powieść to oczywiście klasyka grozy, ale przyznaję, że ja sama widzę tu bardziej mieszankę horroru z czystym fantasy. Bo pojawia się tu po prostu magia. Wystarczyłoby tę książkę ubrać w inny klimat i słowa, by móc ją powszechnie tak nazywać, dlatego wydaje mi się, że fani tego drugiego gatunku również mogą ją sobie sprawdzić. Choćby z ciekawości i dla własnego doedukowania się.

Mimo tego, że chwilami czułam lekkie znużenie, to „,Mnich” okazał się dla mnie zaskakująco wciągającą i emocjonalną lekturą. To naprawdę ciekawa pozycja i warto ją sprawdzić zwłaszcza jeśli szuka się książek ze złoczyńcą w roli głównej.



piątek, 25 listopada 2022

Wehikuł czasu: klasyka światowej fantastyki naukowej w krótkim wydaniu

Kilka osób spotyka się w mieszkaniu podróżnika w czasie, aby wysłuchać jego opowieści o wyprawie do odległej przyszłości. Świat wówczas nie wygląda już tak, jak można byłoby przypuszczać.



„Wehikuł czasu” to chyba najpopularniejsza powieś H. G. Wellsa, a przynajmniej to o niej usłyszałam w pierwszej kolejności jako o powieści tegoż autora. Oczywiście zaczęłam przygodę od filmu, którego jednak oglądałam głównie jako dziecko, fragmentami, bojąc się przedstawionej rzeczywistości. Jak to jednak zwykle z XIX-wieczną literaturą bywa, współczesna ekranizacja miała w sobie znacznie więcej akcji, niż sama powieści.

Wehikuł czasu
H. G. Welles
wyd. Vesper, 2021

Bo w gruncie rzeczy „Wehikuł czasu” to naprawdę krótka historia, w której nie dzieje się jakoś wyjątkowo dużo. Książka w wydaniu Vespera ma jakieś 150 stron, z czego ok. 120 to sama powieść, a w tym są jeszcze ilustracje. Dlatego to naprawdę lektura na jeden wieczór, albo nawet nie.

I być może właśnie dlatego podobała mi się bardziej, niż nieco dłuższa „Wojna światów”. Forma, która udaje realistyczny reportaż, w którym bohater opowiada swoją opowieść w dość surowy sposób, potrafi być dla mnie nieco nudząca, a tutaj, przez objętość, po prostu nie zaczęłam się nudzić. Ba, właściwie przeczytałam całość na dwóch niezbyt długich posiedzeniach.

Poza tym sam główny bohater w przypadku tej historii jakoś bardziej przypadł mi do gustu, a opisy innego świata również po prostu były mi bliższe. Jednocześnie czuję, że nie do końca mam po co się rozpisywać na temat samej fabuły, bo najzwyczajniej w świecie ta historia jest w naszej świadomości od lat i większość zainteresowanych fantastyką, czy w ogóle kulturą osób powinna ją mniej więcej kojarzyć. 

W moje ręce, jak już wspominałam, wpadło wydanie Vespera. Bardzo lubię to, jak to wydawnictwo publikuje swoje książki. Grubszy papier, twarda oprawa, ładna grafika na okładce i oryginalne ilustracje wewnątrz naprawdę umilają lekturę i sprawiają, że te książki aż się chce trzymać na półce.

Taką klasykę, jak „Wehikuł czasu”, warto poznawać, nawet jeśli fantastyka nie leży w kręgach literackich zainteresowań. Jej wpływ na światową literaturę jest w końcu naprawdę duży, a to nie jest ani długa, ani męcząca powieść. 


 


poniedziałek, 24 października 2022

Ruchomy Zamek Hauru: uniwersalna baśń nie tylko dla dzieci

Sophie to młoda dziewczyna pracująca w sklepie z kapeluszami. Pewnego dnia zła Wiedźma z Pustkowia zamienia ją w staruszkę. Kapeluszniczka, zamiast się smucić, wyrusza jednak w podróż, która prowadzi ją do Ruchomego Zamku należącego do owianego złą sławą czarnoksiężnika Hauru.



Wiedziałam, że sięgnę po tę książkę zaraz po obejrzeniu ekranizacji, której klimat po prostu mnie urzekł. I nie zawiodłam się, choć dostałam odrobinkę inne dzieło, niż chciałam.

Dlaczego? Bo chciałam powieści skupionej niemal wyłącznie na relacji Hauru i Sophie. Wiedziałam, że adaptacja ma wyraźnie różnice, ale to dla spotkania z tymi postaciami zaopatrzyłam się w tę książkę. A film animowany, jak to filmy mają w zwyczaju, oczywiście wykroił z książki nadmiar treści, skupiając się właśnie na tych postaciach, gdzie w książce tych relacji między bohaterami jest po prostu znacznie więcej. I to jest jak najbardziej OK, po prostu miałam nadzieję na coś nieco innego. Relacja Hauru i Sophie w powieści jest znacznie chłodniejsza, inna, mnie osobiście angażująca sama w sobie nieco mniej, ale to nie oznacza, że jest w jakiś sposób gorsza.

Ruchomy Zamek Hauru
Diana Wynne Jones
wyd. Nowa Baśń, 2020
Zamek, t. 1

Ale poza tym w gruncie rzeczy książka po prostu dostarczyła mi dobrej zabawy. To pięknie napisana, baśniowa powieść, która w moim odczuciu jest dość uniwersalna, jeśli chodzi o wiek czytelników. Jest przy tym dość chaotyczna i dość obyczajowa w swojej formule (autorka często opisuje zwykłe, codzienne błahostki), ale w tym przypadku kompletnie mi to nie przeszkadzało. To doskonała propozycja na odprężenie, która po prostu pozwala cieszyć się magicznym i nieco absurdalnym światem otaczającym Sophie.

Nie mogę jednak nie wspomnieć o tym, jak, mimo tej całej baśniowej otoczki, autorka świetnie kreuje swoje postacie. Bo być może owszem, sama relacja bohaterów bardziej podobała mi się w animacji (zauroczyły mnie chyba te rzucane ukradkiem spojrzenia, których w książce nie da się w tak cudowny sposób oddać), ale to książka lepiej (i inaczej) rozwija ich charakterologicznie. 

Wystarczy przyjrzeć się na przykład Hauru. Jeśli pozbawimy go magii, dostaniemy bardzo realistycznego bohatera [uwaga, mogą być ogólne SPOILERY]. Nasz czarnoksiężnik to człowiek, który nie mówi zbyt wiele o sobie i o swoich uczuciach. Nawet jeśli kogoś lubi, to nie wyraża tego słowami, co budzi często zmieszanie u bliskich mu osób. Troszczy się o osoby wokół siebie, ale robi to tak, aby nie mogły tego dostrzec. To sprawia, że w moim odczuciu jest niezwykle ludzki, a ponadto dzięki temu ma nad czym pracować, ma jak dojrzewać i się zmieniać, a dzięki temu można go z zainteresowaniem obserwować. 

„Ruchomy Zamek Hauru” to powieść, która jest naprawdę ładnie napisana, przyniosła mi trochę dobrej zabawy i ukojenia, ale jednocześnie muszę przyznać, że nie jest książką kompletnie nadzwyczajną. Nie widzę w niej czegoś, co przecierałoby nowe ścieżki, nie widzę czegoś ponad bycie tą przeciętnie bardzo dobrą książką. Nie chciałam kończyć tej przygody, na pewno będę ją polecać i generalnie teoretycznie nic mi w niej nie brakuje, ale jednocześnie wiem, że nie nazwę jej nigdy wybitnym dziełem sztuki literackiej. 

(Ale serio, było fajnie. Tyle że to ten poziom fajności, który chciałabym widzieć w każdej miłej, rozrywkowej lekturze. Mam poczucie, że to wiele innych rozrywkowych książek jest zbyt słaba, a nie, że ta jest szczególnie dobra, jeśli wiecie, o co mi chodzi).



Nomida zaczarowane-szablony