Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmyślania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmyślania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 lipca 2020

Cyrk ze zwierzętami czy bez? - nie czytam, więc piszę


Czytanie w ostatnim czasie znów „nie idzie” mi tak jak powinno, a że to mnie do bloga zwykle motywuje to nic dziwnego, że zaczęło się tu pojawiać mniej treści. Niemniej, na pewno wkrótce coś się w tym temacie „ruszy”, a w międzyczasie uznałam, że mogę napisać przecież o czymś innym, skoro o książkach i kulturze jako takiej po prostu nie mam ochoty.

Mam wrażenie, że ostatnio Internet wrze – czy to z powodu wyborów, czy to z powodu tego, co ostatnio miało miejsce w „Nowej Fantastyce”. Wrze też z powodu dram związanych z zagranicznymi influencami oraz z powodu obławy na pumę. O polityce czy opowiadaniu Komudy nie mam zamiaru jednak pisać. Nie dość, że to ogólnie rzecz biorąc duże bagno to na dodatek nie czuje się kompetentna, nie śledzę tematu wystarczająco i nie interesuje mnie on na tyle, by wychodzić poza bardziej prywatne dyskusje i rozważania. Inni robią to lepiej ode mnie. Influcencerzy to też raczej nie jest temat „poważny”, który interesuje mnie inaczej niż w formie ciekawostki. Ostatnio jednak męczy mnie jeden z tematów związany ze zwierzętami. Pumy wprawdzie dotyczyć nie będzie, albo będzie dotyczyć jedynie pośrednio, ale wydaje mi się, że wzbudza co najmniej równie gwałtowne emocje.

Chodzi mi mianowicie o kwestię zwierząt i cyrków. Nim jednak przejdę do sedna sprawy, wyjaśnijmy sobie kilka rzeczy:

·       Moi rodzice to hodowcy psów rasowych – mam więc regularny kontakt ze sporym stadem zwierzaków.

·       Poza psami pod swoją opieką w życiu miałam papugi (w tym przez chwilę „zawodowo”), króliki, kury, owce, żółwia, rybki, kota i jeszcze jakieś ptaszki. Jeździłam też konno i z resztą bardzo chciałabym do tego wrócić.

·       Chętnie zbieram informację na temat zwierząt. Wydaje mi się więc, ze z teorii opieki nad nimi jestem całkiem niezła.

·       Nie jestem wegetarianką, nigdy nawet nie czułam pokusy, aby takową zostać. Zwierzęca krew czy mięso nieszczególnie mnie „rusza” – tak, zdarzało mi się asystować przy zabiegach i „drobnych” operacjach weterynaryjnych (nie mam wykształcenia kierunkowego).

·       Nie jestem profesjonalistą w temacie. Po prostu to wchodzi w obszar moich zainteresowań.

 

Powyższe punkty wydają mi się istotne, byście zrozumieli z jakiej perspektywy to pisze. Jestem zainteresowana – ale staram się nie kierować tylko emocjami w tym względzie. Mam zaplecze związane z hodowlą zwierząt. Z resztą, gdy miałam dosłownie kilka lat moi dziadkowie hodowali kury czy mięsne króliki. Wychowałam się więc z jednej strony w szacunku do zwierząt (nikt nie pozwoliłby mi bić czy umyślnie krzywdzić jakieś żywe stworzenie z powodu kaprysu – co to, to nie), z drugiej strony rozumiejąc, że ich świat to nie koniecznie same tęcze, jednorożce i radość. To wydaje mi się kluczowe w przypadku tego tematu, jako że osoby wypowiadające się na te tematy łatwo popadają w skrajności powiązane z ich wrażliwością i kierowania się emocjami.

Postaram się więc też zachować jak największy obiektywizm, ale że „pełny” jest niemożliwy do zrealizowania, a moja wiedza (jak każdego człowieka) jest ograniczona – z góry przepraszam za ewentualne błędy i skróty myślowe.

Po tym przydługim wstępie zacznijmy więc przechodzić do sedna sprawy.

 

Cyrk jako pewna idea

Żeby zrozumieć w pełni problem, najpierw musimy się zastanowić nad tym czym jest cyrk sam w sobie. Przyznaję, że nie interesuje mnie tego typu rozrywka i ostatnio w takim przybytku byłam mając zaledwie kilka lat. Sama idea współczesnego cyrku wydaje mi się jednak dość prosta. To trupa mobilnych artystów, którzy mają zapewnić widowni rozrywkę. Samo założenie cyrku jako działalności nie jest więc na pewno czymś złym. Przeciwnie, powiedziałabym, że jest wręcz pozytywne. W końcu rozrywka jest kulturą. Może być lepsza, może być gorsza, ale każdy jej element możemy badać i analizować na wiele różnych sposobów. Cyrk traktowany jako idea, a nie konkretne miejsce jest więc tylko kolejnym elementem, o którym możemy mówić, którym możemy się cieszyć, ocenić, krytykować. To coś, co w swoim założeniu może nas w jakimś stopniu rozwinąć, a przynajmniej ja w ten sposób widzę każdy element kultury rozrywkowej.

 

Zwierzęta jako inteligentne stworzenia

Drugim elementem sporu związanego z cyrkami są zwierzęta. Dlatego tu musimy sobie też pewną rzecz wyjaśnić. Większość ssaków i ptaków oraz niektóre gady to stworzenia inteligentne. Istoty, które w naturze wykorzystują swój intelekt do skutecznego zdobywania pokarmu (to chyba w większości przypadków zajmuje im najwięcej czasu), do obrony swojego terytorium i do ogólnie rozumianego przeżycia. Ile razy widzieliście kota czy psa, który czekał, aż samochody na ulicy przestaną jechać, aby mógł grzecznie i bez problemu przejść! To właśnie element dostosowywania się zwierząt do środowiska, wynikające z uczenia się.

Jeśli jednak zamykamy zwierzęta w przysłowiowej klatce to zwykle zapewniamy im pożywienie (nie muszą więc szukać), bezpieczeństwo (nie muszą więc uciekać) i „zdrowie” (bo opieki weterynarza nikt dzikiemu stworzeniu nie zapewni). Żyją więc dłużej, ale każdy kto kiedykolwiek miał zwierzę mądrzejsze od żaby czy węża wie, że jeśli zapewnimy swojemu podopiecznemu tylko „klatkę” z jedzeniem to zwierzę prędko popadnie w apatię, czy nawet depresje. Bo wiele gatunków nie jest głupie i aby w pełni funkcjonować musi mieć zapewnioną możliwość myślenia. Nie bez powodów psom zapewniamy maty węchowe, nie bez powodu kupujemy kotom zabawki itd.

W ten sposób dochodzimy do kwestii z cyrkiem związanej niemal bezpośrednio, bo do sprawy związanej ze szkoleniem, „tresurą” zwierząt. I tą podzieliłabym na dwie kategorie. Po pierwsze, celem szkolenia może być dostosowanie naszego podopiecznego do bezpiecznego i spokojnego życia. W końcu jeśli mamy psa kluczowym jest nauczenie go, aby nie skakał po meblach kuchennych, aby nie wylał się na niego wrzątek. Kluczowe jest nauczenie go załatwiania się na zewnątrz, aby nie brudził nam i sobie przestrzeni życiowej. To chyba nie budzi żadnych większych kontrowersji i jest w pełni zrozumiałe dla wszystkich. Aby zwierzę mogło żyć bezpiecznie, dalej pozostając sobą, musi rozumieć pewne reguły związane z życiem w ludzkim społeczeństwie.

Drugą kategorię określiłabym mianem „rozrywki”. W końcu sztuczek uczymy zwierzęta po to, by móc się tym cieszyć, prawda? Po co pies ma podawać łapę, jeśli nie po to, by wywołać na naszej twarzy uśmiech? Jednocześnie jednak należy tu zwrócić uwagę na to, że jeśli wykorzystujemy tzw. pozytywne metody szkoleni zwierząt (bazujące na nagrodach, nie karach) to ta rozrywka jest obustronna. Jak wspominałam wcześniej, zwierzęta są inteligentne. W naturze uczą się, aby przetrwać. W „domowych” warunkach nie muszą tego robić, ale przecież siedzenie w kącie przez cały dzień jest wbrew ich naturze. Praca z człowiekiem również i dla nich może być rozrywką. Zakładając oczywiście że relacja trenera i zwierzęcia bazuje na pozytywnych metodach.

 

Dzikie zwierzęta w niewoli = coś złego?

To chyba kolejna kwestia, nad którą należy się zastanowić. Kluczowym wydaje mi się pytanie, czy osoba trzymająca zwierzę w niewoli jest w stanie zapewnić mu adekwatne warunki.  Takie, w których stworzenie zachowa zdrowie psychiczne i fizyczne. Dlatego np. trzymanie węża będzie stosunkowo proste (nie wymagają wiele miejsca, są raczej dość „głupie”, nie potrzebują wiele stymulacji), ale tygrysa niezwykle trudne (wymagają olbrzymiej ilości wiedzy i miejsca, specjalistycznego sprzętu itd.). Jeśli jednak dysponujemy odpowiednimi warunkami i wiemy, jak te dobre warunku zapewnić… to czemu niemielibyśmy sobie na owego „tygrysa” pozwolić? To w moich oczach wygląda wręcz jak bardzo dobra symbioza. Człowiek czerpie radość z trzymania zwierzęcia i opieki nad nim, zaś zwierzę otrzymuje bezpieczny dom, w którym nie musi się martwić o pożywienie czy psychiczną stabilność.

Oczywiście zdaje sobie sprawę, że powszechna zgoda na trzymanie tego typu zwierząt może prowadzić do masy nadużyć. Chce jedynie wskazać, że sama idea trzymania zwierząt w niewoli jest co najwyżej neutralna. To, czy uczynimy ją dobrą albo złą zależy już od osoby trzymającej takie stworzenie.

 

Zwierzę i cyrk

I tak powoli dochodzimy do sedna. Czy zwierzęta powinny występować w cyrku?

Chyba Was nie zaskoczę, jeśli napiszę, że moim zdaniem… to zależy. Bo ta sprawa w żadnym razie nie jest czarno-biała.

Zależy, bo każde zwierzę jest inne. Nie każdy osobnik nada się, by występować przed publicznością, ale zwierzęta o konkretnym charakterze, o dobrej socjalizacji może traktować to zupełnie neutralnie. Przecież chociażby niektóre psy regularnie biorą udział w np. konkurach czy pokazach agillity, wykonując cyrkowe sztuczki i jeszcze nie spotkałam się ze stwierdzeniem, że te zwierzęta (ogólnie ujmując) są przez to męczone i zestresowane. Przeciwnie, zwykle na takich pokazach widzimy entuzjazm tych psiaków.

Zależy, bo wszystko zależy od cyrku. Wyobrażam sobie istnienie cyrków, które podchodzą do swojego zadani typowo zarobkowo, wykorzystując i zwierzęta, i pracujących tam ludzi. Ale wyobrażam sobie też cyrki prowadzone z pasją, które chcą ludzi bawić i być może także edukować; które są zgraną „rodziną” i które zwierzęta jako „rodzinę” traktują.

Zależy, bo nawet przy najlepszych chęciach możemy mieć problem ze znalezieniem odpowiednich ludzi i zwierząt do prowadzenia takiego miejsca.

To naprawdę całkiem złożony problem. I uznawanie, że wszystko zamyka się w twierdzeniu „Cyrki bez zwierząt” jest najzwyczajniej w świecie niezwykle naiwnym podejściem.

 

I tutaj, trochę na zakończenie, chcę się odnieść do trzech, nazwijmy to, źródeł, które trochę mnie do tego wpisu zainspirowały.

Zacznijmy może od serialu dokumentalnego dostępnego na Netflixie. „Król tygrysów” opowiada o ludziach z USA, którzy hodują tygrysy, często w niekoniecznie dobrych warunkach, tworząc coś w stylu interaktywnych ogrodów zoologicznych. Takich, gdzie możemy np. spędzić czas z małym tygrysiątkiem. Serial oczywiście nie ukrywa, że owe tygrysy traktowane są karygodnie, z czym w dużej mierze się zgadzam. Ci negatywni bohaterowie jednak to całkiem charyzmatyczne jednostki, które używają często wcale nie najgorszych argumentów. Uznając, że na przykład możliwość zobaczenia tygrysa na żywo, wzbudza w ludziach empatię i chęć pomocy dzikim, wymierającym gatunkom. I z tym akurat trudno mi się nie zgodzić. Jeśli kogoś chcemy czegoś nauczyć i faktycznie zainteresować problemem to jeśli możemy tę osobę zżyć z tematem w sposób emocjonalny prawdopodobnie osiągniemy lepsze efekty. I cyrk – taki prowadzony wzorcowo, z pasją i wiedzą – ma szansę w ten sposób działać.


Kolejna inspiracją jest małżeństwo prowadzące na Youtube kanał BirdTricks. Te osoby mają doświadczenie zarówno w pracy z papugami problematycznymi, jak i tymi, które biorą udział w różnego rodzaju show. Obydwoje brali udział w cyrkowych przedstawieniach ze swoimi zwierzętami, dodatkowo Dave jest magikiem. Znają więc ten świat od podszewki. Ich papugi zaś są zwierzętami bardzo zadbanymi, a ich podejście wydaje mi się całkiem racjonalne. W którymś z materiałów opowiadali historię słoni z cyrku, które „odratowane” trafiły do zoo… prędko popadając w depresje. Bo tam po prosty się nudziły. Jeśli znacie angielski – bardzo polecam się zapoznać z ich materiałami, bo chyba doskonale pokazują, że można łączyć cyrkowe zaplecze i edukowanie innych w kwestii zwierząt oraz tego, że nasi podopieczni przede wszystkim są właśnie zwierzętami, nie ludźmi. Mają więc swoje własne potrzeby. Powyżej rzecz jasna pokaz właśnie w wykonaniu owego duetu.

Ostatnią jest fanpage na Facebooku – „Cyrk ze zwierzętami”. I tutaj chyba ta inspiracja była najmocniejsza, choć jednocześnie to źródło, nomen omen, uważam za najmniej wartościowe. Bo choć idea jest dobra (wyjaśnienie społeczeństwu, że cyrk =/= krzywdzenie zwierząt), o tyle wykonanie już gorsze. Bo nawoływanie do „zniszczenia zielonej zarazy” trudno nazwać merytorycznym podejściem do tematu, który ma faktycznie ich racje udowodnić. Warto tam zerknąć – choć prowadzący tego miejsca chyba powinni ostrożniej dobierać słowa, publikując treści.


niedziela, 12 sierpnia 2018

Czy książki należy czytać od deski do deski?


Przeczytanie książki od deski do deski wydaje się być jedynym poprawnym moralnie wyjściem, aby takową ocenić. Z resztą, to dotyczy też każdego innego dzieła kultury, którego poznanie wymaga poświęcenia czasu, nie ważne czy to gra, film, czy przedstawienie teatralne. Sama jednak, czytając jednak dość dużo, łapię się na tym, że… nie wszystkie pozycje mam ochotę poznawać w ten właśnie sposób.
Zacznijmy jednak od tego, jakie książki przeczytać od deski do deski trzeba, aby – moim zdaniem – móc je „poważnie” oceniać. Przede wszystkim to fabularna beletrystyka: nawet, jeśli książka nas nuży, męczy, wydaje się być absolutnie głupia i pozbawiona sensu to zawsze na samym jej końcu może pojawić się element, który zmieni nasz punkt widzenia na nią o sto osiemdziesiąt stopni. Fakt, nie zdarza się to często, zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z typowo lekką, komercyjną pozycją. Niemniej – zdarza się. I zawsze należy pamiętać.
Poza tym jeśli dostajemy książkę do recenzji od wydawcy to dla mnie oczywistością jest, że taką pozycję należy przeczytać również w całości, niezależnie od tego, jaka by ona nie była. W końcu po to właśnie ją dostajemy: by poznać całokształt i dopiero na jego bazie wyrazić swoją opinię. To też kolejna rzecz, która wydaje mi się absolutnie niepodważalna.
Ale jednak są takie pozycje, których nie trzeba czytać w całości, by wiedzieć, co się o nich myśli. Przede wszystkim myślę tu o poradnikach: książkach, które stoją obrazkiem, a nie słowem i których czytanie polega bardziej na przeglądaniu. W takich sytuacjach poznanie stu procent tekstu niekoniecznie ma sens. Jasne, warto byłoby poznać większość i resztę „przejrzeć”, ale właściwie… to tyle. Bo te książki wręcz zwykle zostały stworzone do czytania na wyrywki.
Drugą taką grupą książek jest dla mnie literatura naukowa, albo popularnonaukowa, której „recenzje” chcemy napisać. Takie pozycje często są cięższe, mniej przystępne. Trudno je wchłonąć w całości i często do szczęścia nie potrzebujemy stu procent. Mam też wrażenie, że opinia na ich temat kształtuje się raczej szybko i nie ważne, czy przeczytamy połowę, czy całość – ona i tak będzie taka sama. Na dodatek jeśli nie jesteśmy naukowcami to tak, czy siak ta nasza opinia będzie ewentualną „zachęcajką’, lub „zniechęcajką” dla innych i daleko jej będzie do dokładnej analizy takich dzieł.
Trzecią grupą będą książki składające się z dużej ilości krótkich form. Przykładowo, czytając „Peryferyjczyka” Marcina Kołodziejczyka naprawdę nie czułam potrzeby, by przeczytać wszystkie reportaże od deski do deski: ja już swoje zdanie na jego temat miałam po połowie. Książkę skończyłam w pełni jedynie dlatego, że był to egzemplarz recenzencki. Po prostu w takich przypadkach zwykle przykładów jest tyle, że o wnętrzu spokojnie możemy opowiadać po poznaniu ich części, zakładając, że nie są to opowiadania beletrystyczne.        
Jak więc widzicie, absolutnie nie uważam, że trzeba przeczytać książkę w pełni, aby móc pełnoprawnie ją oceniać: to nie zawsze jest konieczne, naprawdę. I choć oczywistym jest, że lepiej to w takiej sytuacji zrobić to jednocześnie sama wiem, jak książka potrafi męczyć… i wydaje mi się, że w takich chwilach dobrze jest wyznaczyć sobie granicę tego, co przeczytać koniecznie musimy w całości, a co możemy poznać tylko w większej części. Najzwyczajniej w świecie czasu mamy bardzo ograniczoną ilość i szkoda marnować go na pozycje, które niepotrzebnie go nam zabierają.

czwartek, 19 lipca 2018

Czemu nie tworzę „topek”?


 
Jeśli śledzicie Drewniany Most doskonale wiecie, że choć pojawiają się tu zestawienia różnych książek to nigdy nie tworzę „topek”. Nigdy nie piszę, które książki są najlepszymi z najlepszych i które KONIECZNIE musicie przeczytać. Czemu? Sprawa jest prosta. Nawet bardzo.
Zacznijmy od tego, że naprawdę lubię robić dla Was różne, tematyczne zestawienia. Wiem, że często szuka się książki z jakąś konkretną cechą, na przykład dobrą na prezent, jednotomową, o elfach, wróżkach, czy z akcją w konkretnym miejscu. A ja lubię takich wspólnych cech wyszukiwać, więc znalezienie takich pozycji i wrzucenie ich do jednego wpisu to dla mnie po prostu dobra zabawa. Ja robię to, co lubię, Wy dostajecie coś często przydatnego, więc obydwie strony wygrywają. Robię to i rezygnować z tego nie mam zamiaru.
Ale „topki”? Tego typu wpisy wzbudzają we mnie wewnętrzny bunt. Nie widzę sensu w ich tworzeniu.
Po pierwsze, w tego typu wpisach u innych zwykle brakuje mi mocnego zaznaczenia, że zestawienie to dotyczy tylko mnie i wybieram tylko spośród przeczytanych przeze mnie książek. Niby to jest jasne, niby oczywiste… a jednak, gdy tego brakuje, od razu mam podświadome wrażenie, że autor stawia się wyjątkowo wysoko, skoro spośród tak bogatego gatunku, jakim jest fantasy, wybiera „top 5”. A to – rzecz jasna – od razu mnie od autora odrzuca.
Po drugie, nigdy nie do końca rozumiem kryterium wyboru. No bo co sprawia, że jedna książka jest obiektywnie lepsza od drugiej? Nie ma czegoś takiego! Literaturę odbieramy zupełnie subiektywnie i coś, co jest dla mnie na pierwszym  miejscu nie będzie na pewno na takowym u większości otaczających mnie osób. Ustawianie w szeregu książek, filmów, czy jakichkolwiek innych prac artystów (mniejszych, lub większych – ale jednak artystów) to jak ustawianie w kolejności ludzi. Mogę ocenić, jakie dana osoba ma wady i zalety. Mogę ustalić, kogo wolę. Ale nie jestem w stanie obiektywnie wybrać człowieka, który jest najlepszym z najlepszych.
Sprawa ma się trochę inaczej, jeśli chodzi o produkty codziennego użytku. Jeśli wiem, że płyn do naczyń ma myć i przy okazji ładnie pachnieć to ten, który jednocześnie najlepiej myje i najlepiej pachnie jest tym najlepszym. Proste. Ale niestety, dzieł kultury to po prostu nie obejmuje.
Trzecia sprawa dotyczy tego, że… kryteria wyboru są dla mnie często trochę niejasne. Dobrze, wybieramy „top 5” najlepszych książek fantastycznych z tego roku. Niech będzie! Tylko co oznacza, że te książki są najlepsze? Są najlepiej napisane? Mają najciekawsze pomysły na świat? A może po prostu w moim subiektywnym odbiorze są najfajniejsze? Te kategorie, które pojawiają się na blogach są często też zbyt… ogólnikowe. Bo najzwyczajniej w świecie podana przeze mnie przed chwilą kategoria jest zbyt szeroka. W fantastyce naprawdę jest wszystko! I horror, i kryminał, i przygoda, i romans, i historia, i socjologia… wymieniać można bez końca. A to takie kategorie widuje najczęściej.
Wyobrażam sobie, że gdybym miała już szykować „topkę” to ewentualnie mogłoby to być zestawienie bardzo tematyczne. Wiecie, coś w stylu „top 5 książek o syrenkach”. Problem polega jednak na tym, że abym czuła się na siłach, by coś takiego zrobić, musiałabym przeczytać z setkę książek w takiej tematyce… a to jest raczej niewykonalne. Nie w najbliższej przyszłości.
Dlatego choć rozumiem potrzebę robienia takich wpisów przez innych to ja sama naprawdę nie widzę w tym ani większego sensu, ani nie czuję takiej potrzeby… Zwłaszcza, że tu, na DM, nie występuję w roli specjalisty. Jestem czytelnikiem, który lubi o książkach pisać i mówić. Tak skrupulatne ocenianie wolę zaś zostawić tym, którzy są w swojej dziedzinie niekwestionowanymi autorytetami.

sobota, 20 maja 2017

To takie banalne!



Szukacie banałów w sieci? Nie ma problemu: wejdźcie na Fanpage z cytatami, albo na blog 13-latki, która postanowiła wyjaśnić czym jest szczęści/miłość/przyjaźń/cokolwiek. Na nudne pieprzenie o niczym traficie prędzej, niż mogłoby się to Wam wydawać. Niestety, na swoje nieszczęście i w recenzjach ich nie brakuje – w moich zapewne także, bo w końcu porządnie pisać cały czas się uczę. Problem polega na tym, że właśnie banały są czymś, co mnie do bloga, posta, książki czy czegokolwiek nie zachęca, a bardzo, bardzo odrzuca.
Gdy czytam, że coś jest fantastyczne, cudowne, nieziemskie, emocjonalne... jak myślicie, co pojawia mi się w głowie? Muszę koniecznie sięgnąć? W życiu! Już prędzej: „O ku...wa kolejna tępa młodzieżówka/romans”, zwłaszcza, jeśli tytuł, opis, bądź okładka to właśnie sugeruje. Bo właśnie: zauważyłam, że najwięcej banałów pojawia się przy ocenie tych najprostszych w odbiorze książek. To książki Maas są nieziemskie, to książki Sparksa i Greena poruszają i skłaniają do refleksji, to książki Hoover sprawiają, że chce się płakać etc. Oczywiście, pewnie recenzje tak wyglądają przez młody wiek autorów, co jest normalne i naturalne, ale w żadnym razie nie zachęcające.
Pisząc, staram się unikać sytuacji, w których będę coś wychwalać, nazywać to poruszającym i cudownym, jeśli nie podaje argumentów świadczących o tym. W wielu recenzjach właśnie to niestety widzę: zachwyty, nie poparte kompletnie niczym. Bo widzicie, napisanie, że coś jest rodzinne, albo że historia nie jest taka, jak cała reszta (co często powtarza się w co drugiej recenzji autora :D) wcale nie jest konkretnym argumentem. Chce faktów: CZEMU ta pozycja jest wyjątkowa. CZEMU mam po nią sięgnąć: CO w niej znajdę, jakie wydarzenia, jaki klimat, jaki styl. Nawet nie sami bohaterowie są dla mnie istotni.
Banały zabijają tekst – i to każdy, kto pisać próbuje powinien wbić sobie do głowy. I tak, ja cały czas na ich wyeliminowaniem pracuje ;)

Mogłabym ten post zakończyć w tym miejscu. Ale przy okazji chcę poruszyć jeszcze jedną, bardzo zbliżoną kwestię. Widzicie, banały w amatorskich recenzjach wybaczam: zwracam tylko uwagę na to, by starać się ich unikać, bo nie są niczym przyjemnym dla odbiorcy Ale dobrze wiem, że osoby prowadzące blogi często z tego nie żyją, nie jest to ich praca; nie muszą więc pisać doskonale. Ale autorom, którzy wydają książki i za które zwykle płacę, by je przeczytać tego już tak łatwo nie wybaczam.  To samo oczywiście tyczy się także filmu. Bądź co bądź, jest to jest to jeden z powodów dla którego zwykle nie czytam obyczajówek, czy romansów: są tak proste, że aż wieją głupotą, zwłaszcza, jeśli wiem od autora nieco więcej na dany temat i wiem, że się myli. A muszę przyznać, że z biegiem czasu zdarza się to coraz częściej.
Jakie książki wieją banałami? Choćby takie o słodkich, uroczych zwierzaczkach. „Misja na czterech łapach” aka „Był sobie pies” Camerona doskonale sprawdzi się tu jako przykład. Główny przekaz? Psia miłość jest bez granic i pokona wszystkie niedogodności losu, by pomóc ukochanemu człowiekowi. Brzmi pięknie, ale jest zarówno banałem, jak i kompletną bzdurą. Oczywiście, chciałoby się w to wierzyć, ale nie wiem czy wiecie: psy tak nie działają. To nie jest człowiek: zmiana stada (czyt. właściciela) znaczy dla niego częściej mniej, niż nam się wydaje. Wiem to po swoich doświadczeniach i doświadczeniach ludzi, którzy brali od nas psy. Zdarzało nam się sprzedawać i ośmiomiesięczne, i półroczne zwierzaki, które niby powinny być do nas przywiązane. Szły do nowego domu, ani razu nie piszcząc, ani nie będąc zestresowanym. Psia miłość to przywiązanie – a to wygląda nieco inaczej, niż u ludzi.
Inny banał? Harry Potter. A i oczywiście, że on! W końcu miłość wszystko zwycięża, prawda? :D Gdyby nie jej brak, Voldemort nie był by złym, a Harry by nie wygrał. Powiedźcie mi, gdzie tu jest jakiś nowy, cudowny przekaz, albo cudowna historia? Ja już tego tu dostrzec nie potrafię.
Choć „Zanim się pojawiłeś” nie znam w wersji książkowej to film obejrzałam. I ta historia jest przykładem doskonałego, pustego banału: mamy dziewczynę, bogatego przystojniaka z problemem i próbę naprawienia jego psychiki. Całość na siłę próbuje wymuszać emocje, ostatecznie próbując nauczyć, że miłość jest trudna i nie zawsze szczęśliwa, a w praktyce mówiąca o tym, że warto siebie nawzajem okłamywać, by potem dostać super stypendium. Cóż, ja nie bez powodu unikam takich historii ;)
Wiecie, kto wydaje się mistrzem w pisaniu o niczym? Paulo Coelho. „Wydaje się”, bo czytałam aż jedną jego pozycję – „Być jak płynąca rzeka”. No błagam, teksty pokroju „Nie daj się nikomu zakrzyczeć, żyj bez strachu, a wygrasz.” naprawdę może wymyślić dziecko w podstawówce ;) Albo: „Zarówno optymista, jak i pesymista musi umrzeć, ale każdy z nich zupełnie inaczej korzystał z życia.” – przecież to, że osoby o różnym światopoglądzie inaczej przeżywają swój czas jest (a przynajmniej powinno być) jasne jak słońce.

Bardzo chciałabym, aby literatura była dobrym przykładem dla tych, którzy próbują pisać. Niestety, o to trudno, zwłaszcza, jeśli czytelnik namiętnie sięga po lekkie historie... Ale jeśli traficie na banalną książkę czy film proszę Was: niech zapali się Wam w głowie lampka. Autor, który sypie banałami nie jest dobrym pisarzem; jego warsztat jest we wręcz opłakanym stanie, bo właśnie unikanie ich to jedna z pierwszych rzeczy, których się człowiek powinien nauczyć. Nie zabronię Wam oczywiście takich rzeczy czytać, jeśli to Was bawi. Z resztą, sama po takie rzeczy czasem sięgam i nawet nieźle się przy nich bawię (jak przy książce Camerona). Jedynie proszę Was o to, byście zadali sobie pytanie, czy ktoś, kto tworzy takie rzeczy jest zawsze wart waszego czasu, pieniędzy i zainteresowania? Oczywiście, zakładając, że wiecie co i o czym pisze i nie kupujecie książki w ciemno ;) 


niedziela, 12 marca 2017

Nie taki diabeł straszny... - o literaturze naukowej

Literatura naukowa. To brzmi tak odlegle, mądrze i trudno, czyż nie? Nie ma tu nic z zabawy, nie ma tu nic z rzeczy fajnych, lekkich, przyjemnych. Ona zwykle nie kusi ani okładkami, ani skojarzeniami. Tyle, że mimo tego czasem naprawdę warto po nią sięgnąć.
Nim przejdę do rzeczy chce wyjaśnić drobną rzecz. W poście pisze głównie o literaturze naukowej, ale nie tylko ją mam na myśli. Do moich rozważań po części zalicza się także literatura popularnonaukowa, z tym, że po prostu do niej podchodzę bardzo ostrożnie: dużo łatwiej jest zaliczyć wpadkę z takimi pozycjami; choć przyjemniej się je czyta mogą zawierać więcej błędów i najzwyczajniej w świecie uważam je za mniej pewne.

W październiku 2016 na Drewnianym Moście pojawił się wpis, w którym tłumaczyłam, dlaczego czytanie nie jest czynnością nadzwyczajną i wcale nie ma na nas aż tak pozytywnego wpływu, jak próbuje się nam wmówić (post znajdziecie TUTAJ). Musicie jednak wiedzieć, że jest pewna grupa książek, która rozwija właściwie zawsze i to w dużym stopniu – mówię tu właśnie o literaturze naukowej.

Czemu warto sięgnąć po coś tak nudnego?
Literatura naukowa zwykle nie jest prosta, jeśli jednak interesujecie się jakimś tematem uważam, że wręcz konieczne jest sięgnięcie po nią. Książki tego typu zawierają taką ilość wiedzy, jakiej nie znajdziecie w żadnym filmie, ani w żadnej opowieści; żaden człowiek nie będzie też w stanie na żywo przekazać Wam takiej ilości informacji. To z konkretnych, naukowych prac czerpie się najwięcej rzetelnych informacji.
Jakby tego było mało książki tego typu wzbogacają nasze słownictwo. Dzięki nim uczymy się żargonu z danej dziedziny, a rozumienie większej ilości słów wbrew pozorom naprawdę przydaje się w życiu.

By je czytać, trzeba najpierw nauczyć się to robić
Niestety, książki naukowe mają jedną, dużą wadę: nawet oczytany człowiek nie musi umieć ich czytać. Właściwie przy nich uczymy się czytania od nowa: musimy być bezustannie skupieni, rozumieć każde słowo a czasem pominięcie nudnej strony może skończyć się złym zrozumieniem całokształtu pracy. Dlatego tak ważne jest, by dobierać tego typu literaturę zgodnie ze swoim poziomem wiedzy oraz zgodnie ze swoimi zainteresowaniami.

Gdy zaczniesz je czytać, szybko zauważysz różnice!
Jak już pisałam wcześniej, czytanie literatury naukowej daje nam sporo konkretnej, rzetelnej wiedzy na dany temat. Co za tym idzie może nagle okazać się, że we wcześniej przegrywanych dyskusjach teraz wygrywamy; przy tym nasza rozmowa może wejść na wyższy poziom. Nie mówimy już ja tak sądzę, a zgadzam się z profesorem... co sprawia, że możemy w oczach innych stać się autorytetem w danej dziedzinie.
Przy okazji jeśli jeszcze nie studiujecie, ale macie w planach to robić to nauczenie się czytania literatury naukowej wcześniej jest naprawdę dobrym pomysłem. Dzięki temu nie ważne, jak nudną lekturę dostaniecie istnieje większa szansa, że przeczytacie ją ze zrozumieniem i bez aż tak wielkich katuszy. Mówię to z własnego doświadczenia ;) Gdy ludzie na moim roku narzekali, że jakiś człowiek pisze tak, że nie da się go zrozumieć, ja tylko spojrzałam na nich zdziwiona, bo przecież przeczytałam to w ciągu jednego wieczora, nie robiąc notatek i byłam w stanie o tym swobodnie rozmawiać.

Wybieraj lektury z głową
Jeśli chcesz zacząć czytanie literatury naukowej z jakiejś dziedziny zacznij od podstaw: najlepiej poproś o radę kogoś, kto tego typu książki czytuje. Niech dobierze dla Ciebie pracę napisaną w sposób lekki i przystępny, przy której nie stracisz głowy.

Nie mogą bawić?
Z własnego doświadczenia wiem, że chociaż lektury naukowe są inne od tych zwykłych to wbrew pozorom, często nie są nudne. Oczywiście, wiele zależy od autora i jego stylu, ale po pierwsze, jeśli ktoś interesuje się danym zagadnieniem to raczej będzie zaciekawiony. Przy tym niektórzy z takich twórców potrafią rzucać żartami oraz anegdotkami i ich dzieła da się czytać z bananem na ustach.


W Internecie podobno jest wszystko – dlatego nie sięgamy często do książek naukowych, skupiając się na tym, co wygrzebiemy w sieci. To sprawia, że często nie mamy potrzeby ani ochoty sięgać do czegoś więcej. Ale uwierzcie mi, czytanie takiej literatury to klucz do wiedzy, jeśli chcecie wiedzieć cokolwiek na dany temat ;) A by coś takiego czytać naprawdę nie trzeba być w tej dziedzinie specem, tak samo jak nie trzeba od razu wiązać z nią przyszłości, prawda? W końcu uczymy się przede wszystkim dla samych siebie.

sobota, 4 marca 2017

Nie kupuj! Adoptuj!

Slogan, który widzicie w tytule pewnie słyszeliście nie raz. Nie kupujcie, a adoptujcie zwierzaki! Och, tak, nie da się tego nie słyszeć. Zwykle, gdy jestem w jakiejś grupie i pada temat chęci posiadania pupila pojawia się przynajmniej jedna osoba, która go powtarza niczym mantrę. Dziś jednak chciałbym Wam wyjaśnić, czemu z tą adopcją to nie tak do końca i dlaczego powtarzanie takich słów w kółko nie ma gruncie rzeczy żadnego sensu ;)
Pozwólcie jednak, że nim przejdę do sedna sprawy wyjaśnię Wam mój punk siedzenia. Jestem osobą, która od dzieciaka miała psa (dlatego pisząc o zwierzakach, zwykle na nich najbardziej się skupiam). Już jako 2-letnie dziecko bawiłam się w kojcu owczarka dziadków, a cała rodzina szukała mnie, nie siedząc, gdzie się podziałam :D
 Odkąd skończyłam 10 lat i w moim domu pojawił się pierwszy rasowy pies moi rodzice zaczęli powoli wchodzić w świat hodowców psów. Obecnie nie ma u nas roku bez miotu, a ja czy tego chciałam, czy nie zdobyłam sporo wiedzy odnośnie tego jak wygląda prowadzenie takiego przedsięwzięcia.
Można więc powiedzieć, że jestem w tym względzie stronnicza.. weźcie jednak poprawkę na fakt, że hodowla psów częściej przynosi straty, niż zyski, a ja sama pisząc posty staram się być tak obiektywna, jak tylko potrafię.
Jak już pisałam wcześniej bardzo często w rozmowach grupowych traktujących na temat pragnienia nabycia psa słyszę, by oso zainteresowana nie kupowała, a adoptowała. W takiej sytuacji często nie mogę zrobić więcej, niż... palnąć się w głowę, zwłaszcza, że do takich osób mało kiedy jaki argument trafia. I nie, nie chodzi mi o to, że adoptowanie psów jest złe, a o to, że osoba, która tak mówi najwyraźniej nie rozumie, że pies ze schroniska nie będzie dobrym wyborem dla każdego.
Gdy planujemy nabyć zwierzę przede wszystkim musimy dobrać je do naszych możliwości. To ono ma być dopełnieniem naszego domu, a nie na odwrót – my jego. Najzwyczajniej w świecie w normalnych przypadkach  druga kolejność albo jest niemożliwa, albo bardzo droga, albo... po prostu niewygodna. A przecież pupil ma przynosić nam szczęście, a nie zmuszać nas do nieprzyjemnych zmian w naszym otoczeniu.

Jeśli chcesz wziąć psa ze schroniska – nie krępuj się. Masz ochotę, to bierz. Nie jestem przeciwnikiem adoptowania zwierząt. Bo to byłoby tak samo głupie, jak bycie przeciwnikiem kupowania psów ;) Pupila powinno brać się z miejsca, które najbardziej danej osobie odpowiada.
Schronisko jest o tyle ciekawym miejscem, że możemy w niej znaleźć naprawdę wyjątkowego pupila: trudnego, łatwego, dużego, małego, z przejściami, lub bez. Psy mają masę kolorów, wielkości, rodzajów futra, są w różnym wieku – a przede wszystkim ich adopcja kosztuje niewiele. Jednak tym ostatnim zdecydowanie nikt nie powinien się kierować: jeśli nie stać się na zakup psa z rodowodem (1 500 - 3 500zł) to nie stać cię także na ewentualne leczenie psa, które może być naprawdę drogie. W każdym razie schronisko to dobre miejsce, aby znaleźć idealnego psa, jeśli nie jesteśmy zdecydowani na żadną rasę, a przy tym to dobre miejsce dla osób, które szukają wyzwań:  bo czy to nie urocze zaadoptować bojącego się wszystkiego psa, który stopniowo zaczyna nam ufać?
Urocze, i owszem. Jednak pamiętajcie: jeśli wcześniej nie mieliście takiego zwierzaka istnieje spore prawdopodobieństwo, że nie dacie sobie z nim rady. Niestety, z takimi psami pracuje się bardzo powoli i bardzo trudno.
Doskonale wiem, że w psich przytułkach można znaleźć wiele zdrowych osobników, zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym. Mimo tego większość z nich jest niczym koty w worku: tak naprawdę nie znamy ich przeszłości. Oznacza to, że po pierwsze, psy mogą mieć niezauważalne na pierwszy rzut oka nawyki, lub problemy z psychiką. Mogą bać się jeździć autem, mogą nie lubić mężczyzn, albo panikować, widząc małe dziecko. Bardzo często podczas krótkiej wizyty w schronisku nie jesteśmy w stanie stwierdzić takich rzeczy, a opiekun psa nie wszystko musi zauważyć. Sprawia to, że często takie zwierzaki wracają do schronisk, bo właściciele po prostu nie potrafią sobie z tym poradzić. To zaś, jak możecie przypuszczać, wcale nie działa pozytywnie na ich samopoczucie i może te problemy co najwyżej pogłębić.
Po drugie, często nie wiemy, jakie choroby przeżył pies i w jakich warunkach został wychowany. Takie psy, mimo, że przechodzą kwarantannę, niekoniecznie muszą być zdrowe. Niełatwo w schronisku, przy tak wielkiej ilości psów i małych funduszach utrzymać wszystko w sterylnej czystości, dlatego nie ma się co dziwić, że szansa na zachorowanie takiego zwierzęcia jest dość duża. Nasz przyszły pupil może nawet nie być chory, ale np. mieć na futrze bakterie, która po przybyciu do domu zarazi naszego kota, lub chomika, nie mówiąc już o małych dzieciach.
Nie muszę chyba wspominać też o tym, że biorąc szczeniaka niekoniecznie wiemy, co z niego wyrośnie. Matka malucha może być mała, ale wystarczy, że ma w rodowodzie, którego nie znamy, doga niemieckiego i z naszego maleństwa wkrótce zrobi się... nieco większe maleństwo.
Z powyższych powodów uważam, że schronisko zdecydowanie nie jest dobrym miejscem, jeśli chcemy nabyć zwierzaka, a mamy w domu małe dziecko, inne pupile, czy po prostu: ma być to nasz pierwszy przedstawiciel danego gatunku w domu i nie mamy pojęcia, jak się nim zająć. Zwłaszcza, że panie w schronisku niekoniecznie wyciągną do nas pomocną dłoń, gdy zacznie się coś złego z naszym pupilkiem dziać. W końcu mają na głowie kilkaset innych zwierząt...
Oczywiście, jeśli macie małe dzieci, albo planujecie pierwszego psa i bardzo chcecie zaadoptować psa ze schroniska nie czujcie się skrepowani. Ja tylko wyjaśniam, dlaczego to niekoniecznie jest idealne wyjście ;)
Jeśli czujecie, że moje argumenty do Was przemawiają, ale cały czas łomocze się Wam w głowach cytat – Adoptując psa nie zmienisz świata, ale cały świat zmieni się dla tego jednego psa – to najzwyczajniej w świecie o nim zapomnijcie. Pamiętajcie, że zwierzę to nie człowiek: owszem, wymaga szacunku, ale... ono nie rozumie do końca o co z tym schroniskiem chodzi. Jasne, przywiąże się do Was, ale wcale nie mocniej, niż pies z hodowli. Czemu jednak powstał stereotyp magicznego przywiązania zaadoptowanego zwierzaka? Sprawa jest bardzo prosta! Ludzie widzą to, co chcą widzieć, czyli w tym przypadku wielką miłość swojego psa do siebie, to po pierwsze. A po drugie? Jeśli wzięliśmy ze schroniska zlęknionego, albo w inny sposób zniszczonego psychicznie psa to często przy odpowiednim prowadzeniu stajemy się jego przewodnikiem i ostoją. Przy tym pracujemy z nim, spędzamy z nim więcej czasu, więc automatycznie zwierzak jest w nas bardziej wpatrzony. Nie myślcie, że takiego samego oddania nie można uzyskać od pupila z hodowli: wystarczy po prostu także poświęcić mu trochę czasu ;) Ach, i nie myślcie, że wśród psów z dobrego domu nie ma lękliwych osobników, które szukają wsparcia w człowieku, bo takich jest naprawdę od groma. Tyle, że u nich objawia się to nieco inaczej.

Dobra, skoro schronisko nie jest idealnym miejscem możemy wziąć też psa z fundacji. Nie wiem o nich zbyt wiele, dlatego nie chcę się na ten temat za bardzo wypowiadać, aczkolwiek z tego co wiem, to nawet te uchodzące za porządne potrafią zapewniać psom okropne warunki, a przy tym często pies brany z nich nie jest do końca nasz. Nie możemy go ani sprzedać, ani oddać, ani rozmnożyć, a jak coś mu się stanie może okazać się, że fundacja pozwie nas do sądu (zależnie od podpisanej umowy). I choć często oferują większą pomoc to ja osobiście w życiu nie bawiłabym się w adoptowanie psa z takiego miejsca. Aczkolwiek zaznaczam: to tylko moje osobiste odczucie.
No dobra, w takim razie co z kupnem...?
Choć za zakup psa płacimy często nie małe pieniądze to uważam, że często to jest najlepsza opcja. Zastrzegam jednak, że mówię tu o zakupie psa z porządnej, renomowanej hodowli, zarejestrowanej z ZKwP (FCI), a nie o losowej fabryce szczeniaków (w której często produkuje się zwierzaki, które później trafiają do schronisk... ale to zupełnie inny temat).
Co nam daje zakup psa z hodowli?:
1.      Znamy pełną historię psa: wiemy, jakie choroby przechodził od szczeniaka, często nawet dalej; w sieci nie raz możemy znaleźć zdjęcia jego prapradziadka.
2.      Wiemy, jak mniej więcej będzie wyglądał dorosły pies i dobieramy go pod swój własny gust, czy to przez wzgląd na jego walory estetyczne, charakteru, czy też przez wzgląd na papier (uwierzcie, gdy ktoś się zna ten jest istotny :D)
3.      Rodzice psa często mają zrobione jakieś badania genetyczne, albo prześwietlenie na dysplazję dzięki czemu wiemy jakich chorób możemy się u niego spodziewać, lub nie. Pamiętajcie, że nie wyklucza to możliwości zachorowania psa na cokolwiek.
4.      Szczenię wychowuje się (a przynajmniej powinno) w bezpiecznych, sterylnych warunkach: hodowla jest pasją, ale i biznesem właściciela, a więc ten musi zadbać, by jakość towaru była jak najwyższa. A co za tym idzie...
5.                 Hodowca robi wszystko, by zwrotów było jak najmniej: edukuje właściciela, mówi mu czego może się po psie spodziewać, odpowiada na wszystkie możliwe pytania i jest gotów do pomocy (a przynajmniej powinien) w każdej możliwej sytuacji. Dzięki temu nawet początkujący właściciel ma większą szansę, by poradzić sobie z opieką nad psem.
Te wszystkie punkty sprawiają, że zakup psa w hodowli jest często po prostu na dłuższą metę wygodniejszy. Owszem, w takim przypadku często nie kupimy psa z dnia na dzień: w hodowlach psy rezerwuje się nawet rok, czy dwa wcześniej, przy okazji musimy zapłacić, podpisać sporo papierów, często dość długo rozmawiać z osobą, która tego psa wyhodowała... ale za to dostajemy sporo profitów, których nie mielibyśmy biorąc psa ze schroniska.
Mam nadzieję, że w tym poście w miarę jasno wyjaśniłam Wam, czemu adopcja nie zawsze jest tym doskonałym wyjściem. Jak wspomniałam wcześniej nie namawiam nikogo, do zmiany swojego planu: chcieliście przygarnąć zwierzaka to róbcie to, tylko świadomie i z głową, a nie dlatego, bo tak trzeba. Bo kupowanie psów to głupota i nie należy wspierać głupich, wrednych hodowców. 
Na samo zakończenie, drobna uwaga... chcecie przyczynić się do zmniejszania ilości psów w schronisku? Jeśli tak, to po prostu nie bierzcie zwierzaków na pałę. MYŚLCIE, nim zdecydujecie się na przygarnięcie słodkiej, puchatej kulki i zmuszajcie innych do MYŚLENIA, a uwierzcie, że przyczynicie się dla sprawy bardziej, niż osoba, która wzięła sobie ze schronu pieska, bo taki miała kaprys, a szkoda jej było pieniążków na rasowca. Rozsądek, moi drodzy. Przede wszystkim – rozsądek :)



środa, 22 lutego 2017

Szczęścia nie dają...



Już jakiś czas temu pisałam Wam o książce Złoto, banki, ludzie – krótka historia pieniądza, która zawierała dwie prace Rothbarda. Polecałam Wam ją jednak doskonale wiem i rozumiem, że nie każdego temat ten interesuje na tyle, aby sięgnąć po książkę. Uznałam więc, że temat interesuje mnie na tyle, by coś o nim napisać tutaj. Pisząc, opieram się głównie na wcześniej wymienionej przeze mnie pozycji, aczkolwiek pamiętajcie: nie jestem ekonomistą, czy specem w tym temacie. Po prostu mnie zainteresował :) Jeśli więc chcecie przeczytać pracę naukową odsyłam do książki – a pozostałych zapraszam do blogowego wpisu :D

Czym jest pieniądz?
Podobno pieniądz szczęścia nie daje, huh? Część ludzi o odrzuca, część go hejtuje, mówiąc, że niszczy nasz świat; jeszcze inni go tylko akceptują. Jeśli jednak jesteście wśród jednej z tych grup to... szczerze mówiąc, to może oznaczać, że po prostu nie rozumiecie czym jest. By to jednak w jasny sposób wyjaśnić, musimy się cofnąć wiele lat wstecz i pogrzebać nieco w historii...

Najpierw był barter
Łatwiej nam funkcjonować w społeczeństwie. Dzięki temu każdy może robić to, w czym jest dobry i jednocześnie mieć u siebie wszystko, czego potrzebuje, mimo, że tego nie produkuje. Tysiące lat temu jedna rodzina musiała być samowystarczalna: musiała sobie szyć ubrania, polować, uprawiać rolę. Przez to nikt w niczym się nie specjalizował i trudno było osiągnąć w jakiejś dziedzinie mistrzostwo. Aż w końcu ktoś wpadł na genialny pomysł: hej, skoro mieszkamy obok siebie, wy macie więcej pola, a my więcej broni do polowania do może wy skupcie się na jednym, my na drugim i będziemy się wymieniać towarami? My oddamy wam niepotrzebny nam nadmiar mięsa, a wy dacie nam swój nadmiar pszenicy i wszyscy będziemy zadowoleni.
Tak zaczął się handel: dzięki temu obydwie rodziny zaczęły ze sobą współpracować, skupiając się bardziej na jednej czynności i doskonaląc umiejętności związane z nią, co owocowało lepszymi plonami, albo większą ilością upolowanej zwierzyny.
Po jakimś czasie z dwóch rodzin zrobiło się kilka... i nagle okazało się, że rodzina A chce kupić krowę za masło; rodzina B chce sprzedać krowę, ale w zamian wolałaby dostać pszenice, a rodzina C ma pszenicę, ale w zamian najchętniej przyjęłaby właśnie masło. Skomplikowane, nie? Teraz, by rodzina A mogła kupić krowę najpierw musi lecieć do rodziny C po pszenicę, by dopiero później móc dostać to, czego naprawdę chce...
Zapewne taki stan rzeczy funkcjonował przez jakiś czas, aż w końcu, w sposób zupełnie naturalny okazało się, że są rzeczy na tyle powszechne, że każdy może je mieć. Mógł to był pług, mogło to być wspomniane wcześniej masło. Stopniowo to właśnie taki powszechny towar stał się pośrednikiem, dzięki któremu  ludziom po prostu łatwiej było handlować. Teraz ludność wiedziała, że należy zawsze mieć tą daną rzecz, dzięki której będzie mogła kupić wszystko w danej wsi.
Również w sposób zupełnie naturalny ludzkość, metodą prób i błędów, zaczęła eliminować towary, które nie były stałe, łatwo było je wyprodukować, zjeść, czy zniszczyć. Posługiwanie się nimi było po prostu mniej wygodne... i tak oto do głosu doszły metale szlachetne.
Złoto, czy srebro są ładne, ale niszczą się stosunkowo wolno. Przy tym są ładne, więc chcemy je mieć, ale z drugiej strony przecież tego nie zjemy, prawda? Do produkcji broni i innych takich rzeczy bardziej nadają się inne metale, a te nam się po prostu podobają. Nie łatwo jest je wydobyć, a ich ilość też jest w jakiś sposób ograniczona, dzięki czemu nie zrobię sobie srebra, czy złota przez noc, jak masła, i nie zniszczę tym samym cen istniejących na rynku... Ach, przy tym wszystkim metale szlachetne w przeciwieństwie do np. diamentów zawsze mają taką samą wartość; zawsze są tak samo czyste.
W ten oto sposób złoto i srebro stały się najwygodniejszym towarem, który pomagał ludziom w handlu.

Pieniądz to towar
Tak właśnie dochodzimy do najbardziej istotnego wniosku: pieniądz to towar. Oznacza to nie mniej, nie więcej tyle, że nasz zarobek to coś, co sami wypracowaliśmy: to nasza ciężka praca, dzięki której możemy wyżyć, nie mniej, nie więcej. Dlatego jeśli mówisz, że pieniądz jest zły, to miej świadomość, że automatycznie psioczysz na swoją pracę. Mówisz, że kogoś zniszczył pieniądz? Jeśli tak, to oznacza, że często winna była temu ciężka praca, którą wykonywał, by dojść do swojej fortuny (temat dot. osób dziedziczących takowe jest rozważaniem na zupełnie inny wpis). Pieniądz to ogromna wartość, w którą wkładasz swoje siły, a nie zło tego świata, które trzeba zniszczyć ;)

Brak pokrycia w złocie
Dzisiejszy świat boryka się z... brakiem pokrycia pieniądza w złocie. Osobiście słyszałam nawet ekonomistów, którzy uznawali, że taki stan rzeczy jest wręcz bardzo dobry. Co o tym sądzę...?
Cóż, sądzę, że to totalna bzdura. Aczkolwiek temat ten poruszę tylko po łebkach: jeśli chcecie o tym wiedzieć więcej musicie albo doczytać, albo poczekać na ewentualny, kolejny post o ekonomicznej tematyce :)

Pieniądze w takiej formie, w jakiej znamy je obecnie powstały przez wzgląd na wygodę: łatwiej jest przekazać fundusze do banku i mieć przy sobie tylko pokwitowanie (czyli banknot, lub monetę) potwierdzające, że jesteśmy jego posiadaczami. W chwili jednak, w której świat odszedł od parytetu złota stała się rzecz wręcz katastrofalna. Obecnie twórca pieniądza (czyli u nas – państwo) może dowolnie zmieniać jego ilość, a co za tym idzie: sprawia, że nie jest stabilny. Przy tym traci jakąkolwiek wartość... Bo teraz zamiast być towarem jest po prostu świstkiem papieru, któremu nadajemy znacznie większą wartość, niż w rzeczywistości posiada.

sobota, 4 lutego 2017

Pokłońcie się przed Królami i Królowymi tego świata!


Katarzyna Bonda uznawana jest za polską królową kryminału:  debiut jej pierwszej powieści miał miejsce w 2007 roku.
Aneta Jadowska? Swoją pierwszą książkę wydała w 2012 roku. Uchodzi za królową polskiego urban fantasy.
Colleen Hoover swój debiut miała w tym samym roku co pani Jadowska. Nazywamy ją królową new adult.
Powyższe trzy panie to tylko przykłady, które jako pierwsze przyszły mi na myśl, ale nie trzeba wcale grzebać, by znaleźć ich więcej. Wiecie, czemu je wymieniłam? Zapewne tak, a jeśli nie to niewątpliwie się domyślacie :)
Gdy słyszę, że Stephen King to król grozy, czy horroru nie mam kompletnie nic przeciwko. Wprawdzie nie przepadam za jego twórczością, ale nie dość, że jego nazwisko do tego nazewnictwa pasuje to jeszcze od lat jest jednym z czołowych twórców swojego gatunku. Nie czepiam się także Michaela Jacksona, który nawet za swojego życia szczególnie mi nie imponował swoją twórczością, a już na pewno nigdy mnie nie zachwycił. Ale ciągle jest o nim głośno, ciągle się o nim mówi – dlatego nie mam kompletnie nic przeciwko, gdy ktoś nazywa go królem popu. To samo będzie tyczyło się chociażby Tolkiena jako mistrza high fantasy, czy Agaty Christie jako królowej kryminału.
Niestety, obecnie życie współczesnego pisarza zdaje się być według czytelników tak krótkie, że wystarczy jeden sukces, jedna rekordowa sprzedaż, czy jedno dobrze wypromowane dzieło, by okrzyknąć kogoś królem, czy królową. Nie trzeba wcale wiele, by taki tytuł osiągnąć: wystarczy chwila, by dany twórca (niekoniecznie pisarz) został uznany za władcę w swojej dziedzinie. Szkoda tylko, że wystarczy chwila, aby tę osobę z piedestału zrzucić: ktoś sprzeda się lepiej i już będzie nową Hoover, czy Bondą, a nazwiska tych pań stopniowo odejdą w zapomnienie.
Doskonale rozumiem, że komuś może się czyjaś twórczość tak podobać, by uznał danego artystę za swojego władcę, czy mistrza.  Rozumiem to i kompletnie nic przeciwko nie mam. Problem pojawia się w chwili, gdy ktoś – w ramach promocji, czy przez przypadek – nazwie kogoś tym tytułem, a czytelnik zacznie to bezmyślnie powtarzać. I oto idzie nam fama: Jadowska królową urban fanasy*. Nie zdziwiłabym się też wcale, gdyby okazało się, że wiele takich tytułów powstało przez wyjęcie z kontekstu jakiegoś zdania z recenzji, czy artykułu.
I co z tego, że król, czy królowa w popkulturze powinien być (przynajmniej według mnie) kimś ponadczasowym; kimś, kto łączy pokolenia przez to, co tworzy; kimś, kto przez lata dochodził do swojej pozycji i przez lata ją utrzymuje. Dziś, zamiast jednego Michaela Jacksona, czy Kinga, mamy tonę władców fantasy, kryminału, new adult i czego tylko zapragniecie. Szkoda tylko, że spora część z nich może dość szybko z rynku wypaść i po parunastu latach kompletnie nikt nie będzie o nich pamiętał...
Dlatego też apeluję: uważajcie, kogo nazywacie najlepszym z najlepszych. Kogo ustawiacie na piedestale i do kogo w swoich tekstach wznosicie modły. Lubisz jakiegoś pisarza? Uważasz, że jest TWOIM  autorytetem? Napisz o tym, jasne, ale przy tym podkreśl, że ta opinia dotyczy CIEBIE, a nie całego wszechświata. Tak samo, jak nie mówisz Kocham Cię do wszystkich i jak nie wszystkich nazywasz przyjaciółmi tak uważaj na używanie mocnych słów względem autorów. Nie wątpię, że niejeden byłby za to wdzięczny: w końcu twórca to też człowiek, który często lepiej niż czytelnik zdaje sobie sprawę ze swoich braków w wiedzy, czy warsztacie i nie wątpię, że nie jeden raz jest mu przy czymś takim po prostu trochę głupio :) Zwłaszcza, jeśli dopiero zaczyna pisać.
Poruszyłam tu głównie nazywanie twórców królem i królową w danej dziedzinie, ale oczywiście to odnosi się do różnorakich innych określeń tego typu. Dlatego też miejcie to na uwadze. Poza tym chętnie poznałabym Wasze zdanie na ten temat: zwłaszcza, jeśli sami piszecie i tak mocne słowa kierowane są pod Waszym adresem. Jak się wtedy czujecie? Albo – jak czulibyście się, gdyby coś takiego się stało?


*To tylko przykład: nie mam pojęcia, kto, kiedy, czemu i jak zaczął panią Anetę Jadowską w ten sposób nazywać. Nie oceniam tutaj także jej twórczości (tak samo, jak nie oceniam tu twórczości Katarzyny Bondy czy Colleen Hoover: przypadki tych pań miały jedynie na celu ułatwienie mi wyjaśnienia Wam o co chodzi w tym wpisie).
Nomida zaczarowane-szablony