środa, 30 stycznia 2019

„Cities in montion 2” oraz „Cities: Skylines”: Symulatory metropolii na PC

Spotkasz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/



Nieczęsto tworzę teksty o grach: nie gram zbyt wiele, często wracam do starych tytułów i najzwyczajniej w świecie brakuje mi w tym temacie wiedzy, by móc fachowo się o tym wypowiadać. Niemniej, jeśli znajdę coś ciekawego to chętnie się z tym dziele, a że znalazłam dwa podobne do siebie tytuły, które przypadły mi do gustu uznałam, że nie będę tego przed Wami ukrywać.
Obydwie gry, które chce Wam dziś przedstawić zostały stworzone przez studio Paradox Interactive. Z tego powodu mimo że są osobnymi tworami, należącymi do zupełnie innych serii to jednak mają ze sobą wiele punktów wspólnych. Ale może zacznijmy od początku! Jak się nazywają obydwie gry i o czym właściwie są?


„Cities in montion 2”, czyli według polskiego tłumaczenia „Symulator współczesnej metropolii: Transport i komunikacja” to gra ekonomiczna z 2013 roku, w której celem gracza jest stworzeniem sprawnie działającej komunikacji miejskiej. Tytuł promowany był hasłem: „Autobus się spóźnia. Ale teraz to twoja wina”.


To hasło, w połączeniu z polską nazwą dobrze oddaje, czym ta gra jest. W kampanii zostajemy wrzuceni do miasta, któremu musimy zapewnić odpowiednią komunikację. Stopniowo wypełniamy zadania, zdobywając procenty w udziale w ruchu miejskim. Mamy do wyboru kilka środków transportu, w tym metro, pociągi, tramwaje i autobusy. To, w jaki sposób wykreujemy nasze linie będzie zależało już tylko od nas.
Grafika w grze wypada całkiem nieźle: stosunkowo realistyczna, z dużą ilością detali. Widać, że nieco się już zestarzała, jedna w dalszym ciągu moim zdaniem zdaje swój egzamin.


Drugi tytuł, „Cities: Skylines” z 2015 roku jest stosunkowo podobny, tyle, że tym razem tworzymy własne miasto od podstaw. Musimy zapewnić mieszkańcom wodę, prąd, pracę, dostęp do lekarzy i szkolnictwa. Naszym zadaniem jest także dbanie o zwiększanie naszego terytorium i odpowiadanie na aktualne potrzeby mieszkańców. Przy tym wszystkim sama mechanika gry będzie tym, którzy grali w „Cities in montion 2” dobrze znana: wyraźnie widać, że to praca tego samego studia.
„Cities; Skylines” to gra o dwa lata młodsza od poprzedniej. Nic więc dziwnego, że wygląda nieco lepiej:  jest dużo bardziej współczesna, bardziej kolorowa i mocno cukierkowa.

Obydwie gry są do siebie dość podobne, ale nie identyczne. Przede wszystkim „Cities in montion 2” moim zdaniem są najzwyczajniej w świecie trudniejsze. Mamy w tym tytule dość dużo niewielkich literek i cyferek, o które musimy dbać; w „Cities: Skylines” wszystko jest bardziej przystępne.
Ponadto starszy tytuł zapewnia rozrywkę na dłużej. „Cities: Skylines” nie mają żadnej konkretnej kampanii. Gdy nauczymy się, jak zarządzać miastem zainteresowanie grą po prostu szybko maleje. „Cities in montion 2” mają zaś przygotowaną naprawdę rozbudowaną misję, której wypełnienie zajmuje stosunkowo dużo czasu.
Warto wspomnieć, że obydwa tytuły mają liczne dodatki, poza tym grając możemy korzystać z przygotowanych przez graczy map i projektów, jednak jako posiadaczka jedynie podstawowych wersji nie próbowałam niczego ponad nie.

Czemu mówię o tych tytułach? Bardzo lubię tego typu symulatory; to gry, przy których się odprężam i w które potrafię wsiąknąć na całe dnie. Wprawie podejrzewam, że nie będę do nich zbyt często wracać, jednak na pewno będę je miło wspominać.

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Czytam Pierwszy - recenzja portalu po 1,5 roku użytkowania

Znajdziesz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/



Gdy portal Czytam Pierwszy pojawił się we wrześniu 2017, wywołał w blogsferze niemałe zamieszanie. Część osób bardzo się ucieszyła. Druga część przekonywała, że to najgorszy z możliwych pomysłów. A jak się ten stan rzeczy ma po 1,5 roku? Czym tak naprawdę stało się to miejsce?

Czym z definicji jest portal Czytam Pierwszy?
To portal, wyglądający jak zwykły sklep internetowy, w którym pojawiają się książki. Dodając do portalu swoje recenzje, dostajemy punkty (tzw. ISBNy), za które możemy później kupować pozycje. Te są nam dostarczane w wersji elektronicznej lub papierowej, zależnie od tego, co portal w danym momencie oferuje.
Czytam Pierwszy został stworzony z myślą o osobach początkujących w pisaniu recenzji: przede wszystkim miał zapewnić im rozwój w postaci dostępu do książek oraz motywacji do tworzenia coraz do lepszych rzeczy i poszerzania zakresu działań poprzez system punktowy.

Na początku było niedowierzanie
Nim przejdę do portalu „dzisiaj”, pozwólcie, że opowiem Wam moją historię z tym portalem. Wpadłam na niego kilka dni po założeniu. Natychmiast się zarejestrowałam i zakupiłam dwie książki od wydawnictwa SQN, które od dawna chciałam przeczytać. Bez pomyślunku, ot tak, BO MOGĘ. Dopiero po czasie zorientowałam się, że kupiłam egzemplarze elektroniczne (nawet nie e-booki, które mogę ściągnąć na mój dysk!). To mocno mnie w tamtej chwili rozczarowało i sprawiło, że portal „odstawiłam”.
W międzyczasie pamiętam, że wypowiadałam się w dyskusjach na ten temat: niekoniecznie przychylnie, nie podobało mi się to, że „zostałam zrobiona w konia” (choć właściwie sama po prostu nie doczytałam, o co chodzi). Byłam jednak daleka do krytykowania regulaminów, czy uznawania tego za najgorszy pomysł świata.
Do portalu wróciłam około października, czy listopada, kiedy to udało mi się upolować za 50 ISBNów pierwszą papierową książkę, czyli „Warkot”. Wtedy okazało się, że… właściwie to cała ta idea bardzo mi się podoba. Lubię „polować” na rzeczy, lubię zbierać punkty, lubię wklejać linki i pilnować tego wszystkiego, co portal kazał mi robić. Tak już mam: „układanie” rzeczy jest dla mnie po prostu przyjemne.
Ponadto początkowo na CP dostępne było wiele książek od wydawnictwa SQN (bo portal jest bezpośrednio z nim powiązany), dzięki czemu mogłam zapoznać się z książkami, na których zależało mi od dawna, ale nie potrafiłam zmusić się, aby w końcu je kupić. Tak poznałam choćby „Piątą porę roku”, czy „Królów Dary”. Prędko zauważyłam też, że właściwie cały czas mam nadmiar punktów. Dodając recenzję na bloga, lubimyczytać oraz instagrama nie miałam problemów, aby je zdobywać, a początkowo portal akceptował „recenzje” z różnych losowych miejsc (np. oznaczanie na Mapie Książek, o której pisałam tutaj).

Coraz mniej kolorowo?
Z czasem z portalem zaczęło dziać się coś, co właściwie musiało się stać. Regulamin zaczął być coraz bardziej restrykcyjny. Wiadomo, że tak szczytna idea jak darmowe książki dla początkujących recenzentów nie przynosi zysków i w tej formie CP nie mógł długo przetrwać. Pojawiły się mocniejsze limity, większe bonusy dla większych zasięgów. Początkowo nie było żadnych ograniczeń co do czasu recenzji starych książek – z czasem jednak twórczynie uznały, że każda pozycja będzie „wisiała” na portalu przez trzy miesiące, nie dłużej. To naprawdę zrozumiałe ruchy: w końcu wydawcy nie będą oddawać książek byle-komu i zupełnie za darmo, a bez nich portal nie ma szans na istnienie, prawda?
Problem polega na tym, że zaostrzenie limitów nie skutkowało wzrostem „jakości” książek, które pojawiały się na portalu. SQN wrzucało na niego coraz mniej swoich tytułów, jakby „odcinając się” od swojego dziecka. Obecnie wydawnictwo-matka wrzuca na niego tylko pojedyncze tytuły, które jednocześnie reklamują portal – i właściwie tyle. Początkowo na portalu pojawiły się choćby takie wydawnictwa jak Fabryka Słów, czy Uroboros, jednak chyba szybko zrezygnowały ze współpracy z nim.
Z czasem na CP zaczął się wysyp książek-śmieci. Naprawdę, trudno mi to inaczej nazwać. Książki od mało znanych wydawców, poradniki wzięte z kosmosu, tytuły dla dzieci, powieści wydawane metodami vanity czy self-publishingu. Z jednej strony osobiście początkowo byłam z tego trochę zadowolona, bo miałam łatwy dostęp do tytułów, po które normalnie bym nie sięgnęła i nawet o tym nie pomyślała, z drugiej… ile można? Owszem, cały czas na CP czasem pojawiają się ciekawe pozycje, ale by je poznać, należy zebrać punkty, a więc – najpierw trzeba przerobić kilka tych kiepskich „śmieciowych” książek, które po kilku miesiącach od wydania pewnie pojawią się w biedronkowych koszach z podniszczonymi tytułami za 10 złotych.

Dla kogo ten portal?
W ostatnim czasie pojawiła się kolejna restrykcja dotycząca wrzucania recenzji. Wcześniej osoby, które mają 500 obserwujących na Instagramie dostawały za zdjęcie dodatkowe 20 punktów (cena książki papierowej to obecnie ok. 200): coś takiego wydaje mi się jak najbardziej sensowne, biorąc pod uwagę, że ta liczba to takie „minimum” sugerujące, że profilu nie obserwują tylko znajomi recenzenta. Obecnie 500 zostało podwyższone do 2 000 – sama jestem w tym pułapie, ale z doświadczenia wiem, że do takiej ilości wcale nie tak łatwo dojść…
W związku z tym pojawia się pytanie: czy portal cały czas spełnia swoją funkcję? Czy cały czas działa jak portal rozwojowy dla początkujących recenzentów…? Wydaje mi się, że niestety, ale odpowiedź brzmi: właściwie to… nie. Wprawdzie cały czas można na nim trafić na coś ciekawego, ale wydaje mi się, że zdecydowanie łatwiej nawet początkującej osobie napisać maile do ciekawych wydawców (z których X z kolei w końcu zaryzykuje i wyśle nam tytuł), niż polować na książki niekoniecznie dobrej jakości.
A szkoda. Bo CP to naprawdę szlachetny pomysł.
Czy portal ma szansę się podnieść? Jasne, że tak, choć zastanawia mnie, jaką opinię mają o nim obecnie wydawcy. Po współpracach mam osobiste wrażenie, że nie najlepszą. W związku z czym CP musiałby zupełnie zmienić swoją formułę i po prostu przemyśleć to, czym chce być zupełnie od podstaw, aby znów odbudować początkową społeczność.

Moje małe doświadczenia…
By nie było wątpliwości: z CP mam sporo doświadczeń, z których większość jest mimo wszystko pozytywna. Naprawdę lubię ten pomysł zbierania punktów i polowania na książki, dlatego nawet mogąc pisać do wydawcy, czasem więcej radości sprawia mi forma zamawiania przez portal. To dodaje wszystkiemu dreszczyku emocji, a przy okazji jest często bardziej klarowne, niż wysyłanie maila do wydawcy z toną linków potwierdzających zrecenzowanie danej pozycji. Nie muszę też się tłumaczyć z tego, czemu daną książkę chcę, nie jest mi źle na serduszku, gdy tytuł mi się nie spodoba. Takie rozwiązanie jest dla mnie jako introwertyka, który nie lubi „się prosić” jest po prostu łatwiejsze. Ale jak już napisałam wyżej: portal zaczął iść w złym (moim zdaniem) kierunku.
A co jeśli chodzi o samą obsługę portalu? Dziewczyny, które go prowadzą, zwykle są naprawdę w porządku. Na przestrzeni tego 1,5 roku wspominam współprace z nimi pozytywnie. Na moje zapytania od razu otrzymuje odpowiedź, zwykle w sposób grzeczny… choć zdarzyło mi się chyba raz, że nie byłam zadowolona z tonu odpowiedzi – ale bywa i tak. Każdy może mieć gorszy dzień. Jednocześnie mimo wszystko portal miał kilka wpadek. Dwa, albo trzy razy okazało się, że książka do mnie nie dotarła, bo „wydawca przesłał za mało książek” (więc albo czekałam kolejny miesiąc, albo dostawałam zastępczą książkę, bądź zwrot punktów). Czasem ktoś coś źle zaznaczył w systemie, w trakcie przeprowadzek miałam problemy z adresem, pod który tytuły przychodziły.
Ponadto na samo akceptowanie recenzji czeka się obecnie coraz dłużej, co sprawia, że punkty dostajemy po tygodniu czy dwóch od publikacji w sieci, a z ostatniej zmiany sprawdzającego chyba nie jestem do końca zadowolona. 
Niemniej, na to ostatecznie przymykam oko, bo mimo wszystko: pod tym względem było dobrze. Problem CP polega przede wszystkim – moim zdaniem – na wzroście wymagań nieadekwatnym do jakości pozycji na portalu. Po prostu za dużo trzeba robić… za zbyt słabe książki. I tyle.



Korzystacie z CP? Jakie są/były wasze odczucia?

Pies: Usypianie zdrowych szczeniąt, czyli poradnik z lat 90.

sobota, 12 stycznia 2019

Legalna Blondynka: film czy musical?

Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/


Gdy jakiś czas temu opublikowałam swoją opinię na temat filmu „Legalna blondynka” okazało się, że większość z Was go zna – i absolutnie się temu nie dziwię, to w końcu nie jest nowy film. Podejrzewam jednak, że już mniejsza część z Was zna musical na jego podstawie. Jego premiera odbyła się w 2007 roku i przynajmniej w chwili, gdy pisze ten tekst jego wersja z MTV krąży na Youtube, gdzie można swobodnie go obejrzeć. Nie omieszkałam się więc tego zrobić i… mam wrażenie, że musicalowa wersja wypada przynajmniej pod niektórymi względami lepiej, niż oryginał.
Ostrzegam jednak – w tym materiale mogą znaleźć się spoilery. Jeśli jeszcze nie widzieliście musicalu, lub filmu i nie chcecie znać jego treści po prostu najpierw poznajcie którąś z wersji tej komedii, a dopiero później wróćcie tutaj.
Nim zacznę porównywać oba twory (bo tak, to mam zamiar w tym poście zrobić) pozwólcie, że najpierw przypomnę Wam samą historię. „Legalna blondynka” opowiada historię jasnowłosej Elle – pięknej i bogatej studentki, która pewnego wieczoru idzie na randkę ze swoim ukochanym, Warnerem, pewna, że chłopak się jej oświadczy. Ten jednak zrywa z nią, uznając, że dziewczyna nie jest dla niego wystarczająco „poważna”, biorąc pod uwagę, że on właśnie wybiera się na Harvard, gdzie będzie studiował prawo. Elle, absolutnie zakochana w nim, postanawia, że stanie się taką osobą, jaką on – według niej – sobie wymarzył i również robi wszystko, aby dostać się do tej samej szkoły.
Zaczynając porównywać obydwa dzieła muszę wspomnieć o tym, że jeśli nie trawicie musicalu, nie lubicie tych rytmów, nie przepadacie za ludźmi, którzy tańczą i śpiewają to prawdopodobnie i ta historia nie będzie czymś dla Was i w takim przypadku lepiej sięgnąć po film. Musical, jak i jakakolwiek inna forma rozrywki (włącznie z czytaniem, czy graniem) nie jest dla każdego. I tyle, nie ma po co na ten temat się rozwodzić.
Czym jednak różni się musicalowa „Legalna blondynka” od filmowej? Niby sporą ilością elementów, choć jednocześnie to dalej ta sama historia. Twórcy tego musicalu naprawdę wiedzieli co robią. Wzięli główny motyw z filmu, wzięli najlepsze żarty i najlepsze teksty, po prostu dostosowując je do wersji scenicznej. Dzięki temu fani filmu powinni na musicalu naprawdę dobrze się bawić. Szczególnie, że musical ma jedną olbrzymią zaletę nad filmem: to nie jest dzieło w żadnym razie stałe. Gdy film nieodwracalnie się starzeje musical może zostać zmieniony. Bohaterzy mogą dostać telefony komórkowe, aktorzy mogą zmieniać gesty tak, aby pasowały do bieżących czasów. To naprawdę sprawia, że wiele z żartów w musicalu ma szansę obecnie wybrzmieć lepiej, niż w wersji oryginalnej. Zwłaszcza, że musical ma jeszcze jedną olbrzymią siłę – muzykę.
Owszem, w filmach ta też występuje, ale jednak nie ma aż takiej mocy, jak muzyka w musicalach. Zwłaszcza, że „Legalna blondynka” ma naprawdę wiele bardzo chwytliwych kawałków, które po prostu chce się słuchać. Lekka i radosna w tonie może dać widzowi naprawdę olbrzymiego kopa pozytywnej energii oraz olbrzymią dawkę śmiechu, zwłaszcza, jeśli oglądana jest na żywo. Być może nie jest to dzieło godne wszelkich nagród (bo w końcu nie porusza bardzo istotnych tematów, jest głównie lekką komedią), ale przez muzykę dwie godziny sztuki mogą minąć bardzo szybko.
Co jeszcze musical robi lepiej, albo może – inaczej i z większą mocą? Mianowicie… rozwija bohaterów drugoplanowych. Ci w wersji filmowej byli mocno zaniedbani. Skupialiśmy się właściwie tylko na Elle i o pozostałych postaciach wiedzieliśmy absolutne minimum. Musicalowa Paulette staje się więc marzycielką, która po prostu chciałaby zakochać się w Irlandczyku, co jednocześnie jest zarówno dobrym żartem, jak i ciekawym zabiegiem właśnie rozwijającym bohaterkę. Właściwie zupełnie zmienia się też Emmett. I to zdecydowanie na lepiej!
Ten prawnik w oryginale był takim cichym pomocnikiem Elle. Ich relacja była w tle, nikt nie zarysowywał jej zbyt mocno. Pojawiał się czasem, gdy dziewczyna potrzebowała pomocy, ale nie wchodził z butami w jej życie. Poza tym był raczej człowiekiem „ustawionym”, bez jakiś większych problemów i w gruncie rzeczy – bez konkretnego charakteru. Musicalowy Emmett jest zaś… jej najlepszym przyjacielem. To postać z krwi i kości, która dostaje przeszłość i która faktycznie pomaga Elle na Harvardzie. Ich relacja naprawdę mocno wpływa na wydźwięk całej historii i po prostu wypada naprawdę i zabawnie, i uroczo.
W związku z powyższym nieco zmienia się też sama Elle, choć w tym przypadku trudno mi powiedzieć, czy na gorsze, czy na lepsze. To bohaterka, która może jest dość naiwna, ale jednocześnie ma sporą wiedzę w dziedzinach, które ją interesują. Która zawsze miała dobre oceny i która w gruncie rzeczy jest po prostu dobrym człowiekiem. Z tym, że w wersji oryginalnej sama dość szybko orientuje się, że będąc na Harvardze musi się wziąć za siebie – i faktycznie to robi. W musicalu nieco bardziej się nad sobą użala i tak naprawdę motywacją do zmiany zachowania jest Emmett, a nie jej własny, „wewnętrzny” głos. Z drugiej strony w przypadku filmu prawie do końca miałam wrażenie, że jednak Waraner jest dla niej bardzo istotny. W musicalu przez mocniejsze zarysowanie jej relacji z Emmettem oraz nieco inne rozłożenie tonów historii właściwie już w całym drugim akcie wyraźnie widać, że z tej relacji absolutnie nic nie wyniknie.

Z tych dwóch dzieł zdecydowanie na dłużej w głowie zostanie mi wersja musicalowa. To nie powinno dziwić: chwytliwe piosenki po prostu na dłużej zostają w głowie. Poza tym najzwyczajniej w świecie bardziej podoba mi się musicalowa wersja Emmetta i jako osoba, która taką rozrywkę lubi na pewno nie omieszkam zobaczyć „Legalnej blondynki” na żywo, jeśli tylko miejsce wystawiania, czas i możliwości finansowe mi na to pozwolą. Bo to po prostu bardzo przyjemny musical.

piątek, 4 stycznia 2019

Jak minęły moje ostatnie trzy literackie lata? Podsumowanie 2016-2018

Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/

Rok 2018 dobiegł końca. Jak wiecie, raczej nie mam w zwyczaju robić podsumowań, czy to miesięcznych, czy rocznych, ale w trakcie minionego już roku miałam wrażenie, że nastało u mnie trochę czytelniczych zmian w porównaniu z latami poprzednimi. Poczułam więc ochotę, by zrobić wielkie podsumowanie trzech minionych lat (bo to w 2016 zaczęłam spisywać co dokładnie czytam) i zobaczyć, czy moje wrażenie naprawdę ma racje bytu.
Jak więc widzicie – skupimy się raczej na liczbach, niż odczuciach. Nie będę też snuć planów na kolejny rok. Niemniej, mam nadzieje, że i dla Was taka forma okaże się interesująca. Nim jednak przejdziemy do samych wykresów od razu uprzedzam: liczby traktujcie raczej orientacyjnie. Wprawdzie starałam się policzyć wszystko jak najdokładniej, ale już teraz widzę miejsca, w których prawdopodobnie zrobiłam błędy. To jednak nie jest badanie naukowe, więc mam nadzieję, że mi to wybaczycie.
Skupimy się na trzech kwestiach: gatunkach książek, pochodzeniu autorów oraz tego, w jaki sposób dana pozycja do mnie trafiła. No to zaczynamy!

Gatunki

Rok 2016


Rok 2017


Rok 2018
Nim przejdziemy do analizy pozwólcie, że powiem słówko o konkretnych kategoriach. „Reportaż” to właściwie po prostu literatura faktu: wprawdzie większość to reportaże, ale pojawiają się też biografie i inne książki tego typu. Kategoria „Specjalistyczne” to wszelkich maści poradniki, książki naukowe i popularnonaukowe. Poza tym jeśli książka była międzygatunkowa po prostu „wrzuciłam” ją tam, gdzie czułam, że najbardziej pasuje. Gdybym miała robić inaczej chyba spędziłabym nad tym kilka dni.
Mam wrażenie, że jeśli chodzi o gatunki zmiany w książkowej części mojego życia są najmniej widoczne. Cały czas wyraźny jest jeden, konkretny trend: najczęściej sięgam po fantasy, potem po fantastykę naukową, a dopiero potem po inne gatunki.
Jak też widać nigdy nie czytałam tylko fantastyki: zawsze trafiały mi się tytuły z innych gatunków, choć oczywiście moja miłość i „specjalizacja” jest jedna (choć przy tym bardzo szeroka). Niemniej, możecie zauważyć, że rok 2018 był w pewnym sensie przełomowy. Ilość przeczytanej fantastyki nieco się zmniejszyła, za to aż 10% przeczytanych tytułów to książki obyczajowe. Co ciekawe, rok wcześniej też miałam drobne „odchylenie”, bo niemal 9% poznanych przeze mnie tytułów to romanse fantasy.
To, co stało się z zeszłym rokiem związane jest głównie ze współpracami (o nich więcej później), a rok 2017 to po prostu kwestia szczęścia i próby grzebania w młodzieżowej literaturze, co niekoniecznie skończyło się dla mnie pozytywnymi wspomnieniami.


Pochodzenie autorów

Rok 2016


Rok 2017

Rok 2018
Jak już widzieliście po poprzednich wykresach: jestem przede wszystkim czytaczem fantastyki. I choć nie wiem, jak to do końca wygląda w przypadku innej literatury, w przypadku mojego ulubionego gatunku trend dotyczący książek na rynku jest dość konkretny. Najwięcej tytułów pochodzi z krajów anglojęzycznych, lub z Polski. I to na moich wykresach jak najbardziej widać. Nie oznacza to jednak, że unikam sięgania po książki z innych krajów: po prostu po tytuły z tych krajów najłatwiej jest sięgać.
Cieszy mnie jednak, że w tym roku przeważyły u mnie tytuły polskie. 2017 był chyba u mnie rokiem „zachłyśnięcia” się twórczością z USA, ale teraz ta ilość autorów nieco się zmniejszyła.
Kraje oznaczone jako „inne” to te, z których poznałam maksymalnie jeden tytuł w ciągu danego roku i jak widać, ostatnio ten odsetek też się zwiększył. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że jeśli jakiś kraj w danym roku dostał swoją „zakładkę” to prawdopodobnie oznacza, że po prostu czytałam serię jakiegoś autora. Na przykład Rosja pojawia się w 2016 przez wzgląd na moje czytanie powieści Głuchowksiego, a w 2017 Niemcy pojawili się dzięki mojej przygodzie z „Arkadią” Meyera.
Przyznam, że chciałabym, aby odsetek innych krajów w kolejnych latach był większy, ale znając realia rynku nie mam zamiaru niczego nikomu w tym względzie obiecywać.


Posiadanie książek


2016


2017


2018
Te wykresy są chyba tymi najbardziej zróżnicowanymi. Jednocześnie to, skąd pochodzą czytane przeze mnie książki doskonale oddaje stan oraz rozwój mojego życia i książkowych mediów społecznościowych.

Rok 2016 był moim ostatnim rokiem szkoły oraz pierwszym rokiem studiów. Pierwsze półrocze wiąże się więc z bezustannym chodzeniem do biblioteki: w liceum naprawdę większość książek, które czytałam, nie należały do mnie. Szczerze przyznam, że trochę tęsknie za tamtymi czasami. Wtedy też dostawałam pierwsze książki „za darmo”. Były to jednak zwykle tytuły wygrane w blogowych konkursach, których wtedy chyba było więcej i które czasem wygrywałam.
Drugie, „uczelniane” pół roku to też nie moje książki: wiele tytułów przywiózł ze swojego domu mój chłopak i po prostu wyczytywałam to, co leżało na naszej półce. Kupionych książek było więc zdecydowanie najmniej.
Kolejny rok to czas mocno przejściowy. Z jednej strony wciąż miałam dostawy moich-nie-moich książek z domu mojego chłopaka. Z drugiej te powoli się kończyły, a ja po prostu chciałam mieć trochę swoich rzeczy, stąd ilość kupionych jest najwyższa ze wszystkich trzech lat. Pod koniec 2017 zaczęłam też pierwsze współprace, dzięki czemu udało mi się przeczytać kilka tytułów za które niekoniecznie zapłaciłam z własnej kieszeni.
No i tak dochodzimy do roku minionego, w którym moje współprace poszły lawinowo: ponad połowa książek to te, za które zapłaciłam w barterze, poprzez recenzje i publikacje w sieci, a nie przez wydawanie własnych funduszy. Szczerze przyznam, że… nie mam zamiaru na ten stan rzeczy narzekać. Cieszy mnie zaufanie wydawców, a mój studencki portfel może odsapnąć. Jednocześnie i tak biorę do recenzji tylko te tytuły, które w jakiś sposób mnie interesują. W poprzednich latach i tak publikowałam, pisałam i gadałam o książkach; spędziłam na tym naprawdę wiele czasu i taki stan rzeczy to przyjemna gratyfikacja moich wcześniejszych starań.
Jednocześnie jak widać cały czas książki kupuje. Zdecydowanie jednak zmniejszyła się ilość tych, które czytam, a których nie posiadam. Przyczyna? Cóż, jest chyba bardzo prosta: po prostu teraz zmieniło mi się źródło książek do czytania, a ilości poznanych w ciągu roku tytułów nie mogę rozciągać do woli. Czas jest jednak ograniczony. Poza tym te 6,5% książek to zwykle tytuły, które musiałam przeczytać na uczelnie, albo szybko poznać z bardziej zawodowych, niż prywatnych powodów. Co ciekawe, zdecydowanie zmniejszyła się ilość książek, które dostałam w prezencie. Po prostu moi bliscy zauważyli, że skoro i tak mogę mieć papierowe książki „nie płacąc za nie” uznali, że chyba lepiej kupować mi inne rzeczy… i wiecie co? Na to też nie narzekam. Fajnie jest czasem dostać coś innego, zwłaszcza, gdy praktycznie tonę w książkach i nie mam pojęcia, w co mam włożyć teraz ręce. 
Dodać też muszę, że posiadanie książek od wydawców pozwala mi też na kombinowanie z gatunkami i sięganie po te książki, których sama bym nie kupiła. To właśnie dzięki temu w 2018 aż 10% przeczytanych przeze mnie tytułów to literatura obyczajowa. Po prostu w końcu mogłam ją sobie trochę sprawdzić.



Jak widać… choć teoretycznie trochę się u mnie zmieniło to w praktyce to chyba dalej „ta sama ja”: w końcu bez różnicy skąd mam książki i tak królują te same nacje i te same gatunki, nawet, jeśli proporcje ulegają lekkim zmianom. To z resztą chyba po prostu potwierdza pewną stabilność mojego charakteru: choć potrafię mieć słomiany zapał (gdy nie mam do czegoś pasji), a moje emocje bywają zmienne to te podstawowe zasady kierujące moim życiem (jak ta, według której fantastyka jest moją literacką „specjalizacją”, bo tak sobie kiedyś wymyśliłam) zostają nietknięte.
Jeśli miałabym składać jakieś obietnice na następny rok pewnie chciałabym przeczytać więcej książek z innych krajów oraz skupić się bardziej na fantastyce naukowej, niż fantasy. Nie lubię jednak takich przysiąg składać i… co będzie to po prostu będzie. Nie ma się „co spinać” – czytanie to przecież przede wszystkim dobra zabawa.

Co sądzicie o tych wykresach? Może macie jakieś inne wnioski ode mnie? Czy w ciągu ostatniego roku zaszły w Was jakieś literackie zmiany?

Nomida zaczarowane-szablony