Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografia. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lutego 2023

Antyspołeczny: dobry temat, kiepski autor

Takie to miało być zabawne (pojawia się na okładce ze trzy razy) i pouczające, a w praktyce wyszła z tego bardzo niekompetentna książka. „Antyspołeczny” może porusza istotne tematy, ale niestety, bardzo wiele mu brakuje do tego, aby naprawdę być czymś wyjątkowym.

Nie bez powodu najlepsze reportaże piszą profesjonalni dziennikarze, którzy latami uczyli się zbierać materiał, przerabiać go, a potem przemieniać w książkę, czy film dokumentalny. Nie wystarczy mieć wiedzy na dany temat czy specyficznych doświadczeń, aby być w stanie przekazać to innym w satysfakcjonujący sposób. I niestety, ale Nick Pettigrew jest tego doskonałym przykładem. 

Antyspołeczny
Nick Pettigrew
wyd. Insignis, 2021

Aby sprawa była jasna, najpierw warto wyjaśnić, kim ten pan w ogóle jest. To pracownik społeczny, który zajmuje się rozwiązywaniem spraw lokalnych mieszkańców, np. związanych z przeszkadzającymi sąsiadami, czy z osobami chorymi fizycznie/psychicznie i pozbawionymi pomocy.

Ta książka ma formę po prostu dziennika. Takiego, który z powodzeniem mógłby być publikowany na blogu, czy w mediach społecznościowych. Język jest lekki i wręcz potoczny. Przedstawiane przez autora historie zwykle dotyczą jednego dnia. Czasem wracają, ale nie w jakiś ustrukturyzowany sposób, więc nim człowiek do nich dotrze, to zwykle już zapomni, że w ogóle o tym czytał. 

Sama forma dziennika prowadzonego właściwie dzień po dniu też jest w przypadku książki problemem, dlatego że wiąże się z brakiem selekcji spraw. Nie są one posegregowane tematycznie, autor nie wgłębia się w żaden konkretny rodzaj prowadzonych dochodzeń, a wiele z nich jest bardzo do siebie podobnych, więc łatwo zlewają się w całość. Przy okazji regularnie dostajemy wstawki związane ze zdrowiem psychicznym autora, co oczywiście jest tematem ważnym, ale nie dotyczącym tematu tej książki, więc nie wiem, dlaczego redaktor postanowił je zostawić. 

Wróćmy jeszcze na chwilę do humoru. To autor, który próbuje mieć cięty język, ale kompletnie mu to nie wychodzi, przynajmniej nie w wersji polskiej. Przez co wielokrotnie jego docinki brzmią wrednie, zdają się być pozbawione szacunku do osób, którym autor próbuje pomóc, i to wcale nie wzbudziło we mnie ciepłych emocji w stosunku do niego, co wydaje mi się, że jest zrozumiałe.

„Antyspołeczny” to bez wątpienia książka poruszająca ważny temat i opowiadająca o ciekawym stanowisku. Ale w tej formie to materiał na artykuł albo wywiad, ewentualnie prywatny i nieodpłatny dziennik w sieci, nie na książkę, którą należy sprzedawać w księgarni. Szkoda, bo liczyłam na coś lepszego.


poniedziałek, 20 grudnia 2021

Światy równoległe: socjolog spisał swój pamiętnik


Świat literatury fantastycznej to wiele naprawdę tęgich umysłów. Jednym z takich był socjolog, Edmund Wnuk-Lipiński (1944-2015). To jeden z polskich prekursorów fantastyki socjologicznej w Polsce. Niestety, do tej pory z jego twórczością beletrystyczną nie miałam okazji się zapoznać, ale jakiś rok temu trafiła w moje ręce jego autobiografia – „Światy równoległe. Autobiografia subiektywna w sensie ścisłym”.

Światy równoległe. Autobiografia subiektywna w sensie ścisłym
Edmund Wnuk-Lipiński
wyd. Prószyński i S-ka, 2015

Na co liczyłam, sięgając po książkę takiej persony? Po pierwsze smaczków z polskiego fandomu, bo to tym zdarza mi się czasem zajmować. Po drugie – po prostu interesującej książki interesującego człowieka. W końcu socjolog-pisarz powinien chyba umieć i poprawnie zbudować tekst, i przeprowadzić jakieś ciekawe analizy. Tak powinno być… prawda? Niestety, nie w tym przypadku

Mój pierwszy powód okazał się tylko płonną nadzieją. Autor fantastyce poświęca dwa krótkie podrozdziały, które właściwie powtarzają to, co już wiedziałam. Pozostała część książki przypomina zaś bardziej pamiętnik. Wnuk-Lipiński opowiada anegdotki z różnych czasów, tu trochę napisze o polityce, tam o podróżach, trochę o rodzinie. Choć ułożona chronologicznie, nie ma ta autobiografia jakiegoś większego składu. Wygląda, jakby auto usiadł i spisał to, co mu przyszło na myśl, co go rozbawiło, zabolało czy poirytowało.

Nie jest to więc absolutnie książka dobra do tego, aby po prostu sobie ją poczytać. W tym względzie jest lekka w odbiorze, ale absolutnie nudna i… niepotrzebna. Autor jawi się jako postać sympatyczna, ale to trochę zbyt mało, by tworzenie takiej autobiografii miało sens.

Jeśli do czegoś może się przydać to do analizy życia jednostki w okresie PRL-u czy do jakiś analiz politycznych. Wtedy można wymuskać z niej wspomnienia, które po prostu mogą wzbogacić pracę. Wydaje mi się jednak, że i tak mało kto sięgnie po tę książkę z taką myślą. Mimo wszystko jest wiele znacznie ciekawszych źródeł na ten temat, niż „Światy równoległe” Wnuka-Lipińskiego.

            To jest więc jedna z tych książek, z których posiadania mimo wszystko się cieszę, ale… absolutnie nie mam zamiaru polecać jej komukolwiek do czytania. Bo ona się do tego po prostu nie za bardzo nadaje.


niedziela, 26 września 2021

Ludzie i zwierzęta: zoo staje się Arką

 

Jan i Antonina Żabińscy prowadzili warszawskie zoo, gdy wybuchła II wojna światowa. Próbując ratować i zwierzęta, i ludzi, ryzykowali własnym życiem. W latach 60. Antonina, na bazie swoich wcześniejszych zapisków, stworzyła pamiętnik, w którym opisuje, co działo się wówczas w zoo.

 

Zazwyczaj pamiętniki nie są gatunkiem, który by mnie jakkolwiek interesował. Jednak „Ludzie i zwierzęta” śledzili mnie od dawna, a to za sprawą reportażu radiowego o bardzo podobnym tytule („Ludziom i zwierzętom”). Bez wątpienia te zapiski Antoniny Żabińskiej są opowieścią niezwykle unikatową i naprawdę cenną pod kątem historycznym. W końcu mało kto nie tylko zajmował się pomocą innym w trakcie II wojny światowej, ale był też zamieszany w sprawę warszawskiego zoo w tamtym czasie.

Ludzie i zwierzęta
Antonina Żabińska
wyd. Literackie, 2010

Gdy myśli się o tamtym okresie w historii, człowiek raczej nie zastanawia się nad tym, co stało się ze zwierzętami. Czy to tymi domowymi, czy to właśnie tymi, które można znaleźć w zoo i które przez swoją egzotyczność są o wiele bardziej zależne od człowieka. I chociaż oczywiste jest, że w trakcie wojny to człowiek jest ważniejszy to percepcja osoby, która była z tymi stworzeniami związana, martwiła się o nie jest po prostu czymś niezwykle intrygującym. Dlatego sam początek pamiętnika Żabińskiej naprawdę mnie zafascynował. Z czasem jednak moja relacja z nim zaczęła się trochę psuć.

„Ludzie i zwierzęta” są napisani jednym ciągiem. Brakuje tu podziału na rozdziały i właściwie jedyne, czego można się spodziewać, to światło pomiędzy akapitami, które oznacza, że autorka zmienia myśl na inną. Jednak to nie przeszkadza w samej lekturze. Wydaje mi się, że moje stopniowe znużenie wynikało z tego, w jaki sposób autorka opisuje rzeczywistość.

Przyznaję, sięgając po ten tytuł, oczekiwałam „mięsa”. Dokładnych detali, szczegółów związanych z ratowaniem Żydów z warszawskiego getta, opisów akcji w trakcie bombardowań. Żabińska jest jednak w tym dość ogólna, delikatna. Te informacje się tu pojawiają, ale nie są szczególnie dokładne. Jednocześnie książka jest mocno zorientowana na dzieci oraz relacje domowników ze zwierzętami, które do nich docierały.

Oczywiście perspektywa matki, która opiekuje się malutkimi dziećmi w trakcie wojny jest ciekawa, a w narracji Żabińskiej jest masa, masa ciepła i takiego szacunku zarówno do zwierzęcych, jak i ludzkich przyjaciół, ale po prostu naprawdę nie tego od tej książki chciałam. W pewnym momencie zaczęło mnie to delikatnie irytować, bo „Ludzie i zwierzęta” wyglądają trochę tak, jakby fragmenty ze zwierzętami-domownikami w domu Żabińskich przeplatały te historycznie ważniejsze, ale poważniejsze treści. Rozumiem to, ale jako po-prostu-czytelnik, nie specjalista, czy recenzent, czułam się nieco znużona. To wszystko zdaje się zbyt mocno wygładzone, choć podejrzewam, z czego może to wynikać.

Jednocześnie jestem absolutnie przekonana, że ta książka będzie doskonała do studium przypadku bądź też dobrze nada się do wszystkich prac licencjackich/magisterskich, które analizują kwestię Żydów czy życia zwierząt w trakcie II wojny światowej. Przyznaję, nie znam się na temacie, ale wydaje mi się, że osoba, która wie, co dokładnie działo się wówczas w Warszawie będzie miała szerszy obraz i wyciągnie z tej książki ogrom rzeczy, których ja po prostu nie zauważyłam.

„Ludziom i zwierzętom” to opowieść fascynującej kobiety, której przyszło żyć w strasznym, ale w pewnym stopniu nie mniej intrygującym czasie. Bez wątpienia sięgnąć po tę książkę i przeczytać ją warto. Jednak niekoniecznie dla samej warstwy rozrywkowej.


czwartek, 15 października 2020

Listy: Studium przypadków wszelakich

J. R. R. Tolkien przez całe swoje życie korespondował z członkami rodziny, przyjaciółmi, wydawcami i czytelnikami. Humphery Carpenter oraz Christopher Tolkien wspólnie wybrali te z nich, które zdają się najwięcej wnosić do życia postronnego czytelnika.

 

Istnieją pojedyncze książki, które wymykają się zupełnie oceny dzieła jako „dobra” lub „zła” książka. Jedną z takich są właśnie „Listy” Tolkiena, których wznowienie niedawno pojawiło się w Polsce nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka. To w końcu zebrana korespondencja, w większości prywatna, która nie była wcale tworzona z myślą  o osobach postronnych. Ona – sama w sobie – po prostu jest. Można ją badać i analizować, można polemizować z autorem listów; ale na pewno nie da się jej określić po prostu słowami „dobra” lub „zła” książka.

Chyba powinnam wyjaśnić, ze o ile czytałam kilka książek Tolkiena (głównie te najbardziej znane), o tyle nie jestem specjalistą, jeśli chodzi o tego pisarza. Nigdy szczególnie głęboko nie analizowałam świata Śródziemia. Ma to dość duże znaczenie w przypadku „Listów”, bo (zwłaszcza w tych późniejszych) autor w swojej korespondencji często opowiada o świecie przedstawionym. Dopowiada pewne rzeczy, a ja z powodu ograniczonej wiedzy mogłam z tych fragmentów czerpać w ograniczony sposób. Niemniej, ten zbiór jest nie tylko o tym i wydaje mi się, ze nawet z tą wiedzą, która mam, mogłam z niej wiele wyciągnąć.

Część z listów to zwykłe „dzienniki”, kierowane do rodziny czy przyjaciół. Nie ma ich zbyt wiele, ale dają pogląd na to, jak Tolkien zwracał się do swoich bliskich. Po tej książce postrzegam go jako człowieka ciepłego i bardzo przywiązanego do tych, którzy go otaczali. Potrafił być jednak względem nich krytyczny i choć zawsze grzeczny, nie wahał się użyć ostrzejszych słów nawet względem obcych sobie osób.

Zafascynowała mnie swoboda jego wypowiedzi. To znaczy, oczywistym jest, że pisarz i profesor uniwersytecki będzie potrafił pisać, ale wydawca nie bez powodu używa słowa „gawędziarz” w stosunku do Tolkiena. Mam wrażenie, że w prywatnej rozmowie mógłby być doskonałym kompanem do dyskusji. Ten niezwykły Brytyjczyk miał też wielką świadomość pisanego przez siebie gatunku, nawet mimo tego, że gdy zaczynał tworzyć swój świat, fantasy dopiero raczkowało.

Ta książka jest właściwie studiom wielu tematów. Znajdziemy tu zarówno relacje rodzica z dziećmi, opis procesu wydawniczego (który w tamtym czasie był o wiele trudniejszy!) z korektą i przygotowaniem ilustracji. Sam opis procesu twórczego powieści, czy też rozważania na tematy religijne oraz społeczne. Z tego powodu „Listy” są absolutną kopalnią dla tych, którzy chcą w sposób bardziej naukowy zająć się jednym z tych tematów. Ba, to może być po prostu bardzo dobra inspiracja dla tych, którzy po prosty chcą napisać jakiś artykuł, albo poszukują wskazówek, jak mają pisać i pracować nad swoimi umiejętnościami.

Mimo tego to na pewno nie jest pozycja „dla każdego”. Rzecz jasna, można to powiedzieć o każdej książce, ale wydaje mi się, że ta szczególnie jest przeznaczona dla konkretnej grupy odbiorców. Aby cos z niej wyciągnąć przede wszystkim trzeba znać samą postać J. R. R. Tolkiena z jego innych książek (niekoniecznie wszystkich) i być nim zainteresowanym – a to dość mocno ogranicza osoby, do których „Listy” trafią. Niemniej, ja sama na pewno będę do niej wielokrotnie wracać i na pewno po prostu przyda mi się w praktyce. Jeśli ktoś, tak jak ja, po godzinach zajmuje się „badaniem” fantastyki taka lektura to wręcz „must have” na półce.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!

poniedziałek, 21 września 2020

Wcierki rtęciowe i obcęgi: pamiętnik lekarza z Międzywojnia

 


Zaraz po studiach rozpoczęła praktykę na polskiej wsi i przez lata walczyła po równi z systemem zdrowia oraz z lokalnymi zabobonami. Zofia Karaś działała zawodowo w dwudziestoleciu międzywojennym, a w swoim pamiętniku opisywała co ciekawsze, zabawniejsze bądź bardziej emocjonujące chwile ze swojej pracy.

 

„Wcierki rtęciowe i obcęgi” to pamiętnik wydany przez wcześniej nieznane mi Wydawnictwo Nawias. Nie dziwię się jednak, że trafiłam na nie dopiero teraz. Nie dość, że wygląda mi na stosunkowo nowe to na dodatek jego książki, przynajmniej w chwili pisania tego tekstu, są dostępne jedynie na ich stronie. Jeśli więc ktoś przypadkiem nie zainteresuje się ich książkami i nie odwiedzi ich własnej księgarni to nie natrafi na nie w żadnym z popularnych miejsc, w których sprzedaje się literaturę. A szkoda, bo ta niedługa książka to naprawdę ciekawy wycinek z polskiej historii, przedstawionej w ciekawy sposób i na dodatek z pierwszej ręki.

Zofia Karaś była osobą wykształcona. Miała wiedzę niedostępną mieszkańcom wsi. Nic więc dziwnego, że często załamywała ręce na widok kłód, które pod nogi rzucała jej zarówno mentalność lokalsów, jak i ówczesny system zdrowia. Sama nie zarabiała fortuny, pracując niemalże bez przerwy, a na dodatek nie raz przychodziło jej opłacać leczenie własnych pacjentów, bo ich po prostu nie było na to stać. Mimo tego nie brakowało jej poczucia humoru. „Wcierki rtęciowe i obcęgi” to książka pełna zabawnych porównań oraz ironii, chociaż należy dodać, że często to po prostu śmiech przez łzy. Czasem po prostu trudno reagować w inny sposób, mając wokół siebie tak wiele chorób i śmierci.

Mimo że to bardzo krótka książka (niecałe 150 stron) to zawiera bardzo dużo treści. Osoby piszące przed laty miały w swoim stylu coś, co pozwalało unikać im nadmiernego rozwlekania i to jest coś, co bardzo sobie cenię. Na dodatek, choć autorka tej książki nie była z zawodu pisarką to jest w jej stylu pewne naturalne wyczucie i po prostu bardzo dobrze się jej wspomnienia przyswaja.



Dodatkowo, to jeden z tych „autobusowych” tytułów. Stosunkowo duża czcionka, niewielki format oraz krótkie rozdziały sprawiają, że jeśli lubicie czytać w krótkich fragmentach albo macie na to czas tylko przez chwilkę w ciągu dnia to „Wcierki rtęciowe i obcęgi” powinny się dla Was sprawdzić. Zwłaszcza, że to lektura jednocześnie stosunkowo lekka (pod kątem stylu a nie opisu chorób oraz sposobów leczenia) i pozwalająca liznąć czytelnikowi odrobinę z polskiej historii.

Samo wydanie prezentuje się nienagannie, ale mam z nim pewien drobny problem. Wydawnictwo Nawias dodało jedynie krótką notkę o autorce, nie wspominając na przykład o tym, w jaki sposób ta straciła życie. Wydaje mi się zaś, że w przypadku tego typu postaci przydałby się jakiś esej, który szerzej przedstawiłby pisarkę oraz jej życiorys i praktykę. To na pewno ubogaciłoby tę lekturę. Zwłaszcza, że sama w sobie jest naprawdę krótka i dodanie kilku dodatkowych stron wcale by jej nie zaszkodziło. Przeciwnie!

Mimo tej drobnej wady, naprawdę polecam spróbować ten tytuł upolować każdemu, kto jest zainteresowany taką tematyką. Albo nawet nie: w końcu ze mnie ani żaden historyk, ani wielki fan dwudziestolecia czy medycyny. A jednak naprawdę szczerze dobrze się przy tej lekturze bawiłam i mam wrażenie, że sporo z niej wyniosłam. Zwłaszcza, ze Zofia Karaś wydaje mi się po prostu taką dobrą, „swoją” kobietą: silną i inteligentną, która jednak nie zapomina o tym, że czasem trzeba po prostu pomóc innym. Nawet, jeśli „pomoc” oznacza wejście w ich życie z butami, bo czasem najzwyczajniej w świecie nie ma innego wyjścia.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

środa, 19 grudnia 2018

Odłamki: Sceny z wojny domowej w Bośni i Hercegowinie


Jak młody chłopak Ismet przeszedł przez piekło wojny domowej. Po emigracji do Ameryki boryka się z biedą i traumą. Na polecenie psychologa zaczyna pisać dziennik, który ma pomóc mu poradzić sobie z przeszłością.

Tytuł: Odłamki
Autor: Ismet Precic
Tłumaczenie: Jarosław Rybski
Liczba stron: 432
Gatunek: autobiografia, literatura wojenna
Wydanie: SQN, Kraków 2015
O wojnie w Bośni i Hercegowinie, która miała miejsce w latach 90. ubiegłego stulecia nie wiem raczej zbyt wiele: kojarzy mi się z bardzo krwawym konfliktem i wielkimi zniszczeniami, ale nigdy nie wgłębiałam się w jego szczegóły. Dlatego gdy w moje ręce wpadły „Odłamki” Ismeta Pricica byłam zadowolona, że w końcu dowiem się czegoś więcej o tym konflikcie. W trakcie lektury okazało się jednak, że ta książka skupia się zdecydowanie bardziej na samym obrazie wojny, niż na jego politycznych aspektach. 
Zacznijmy jednak od tytułu. W tym przypadku oddaje on w doskonały sposób wnętrze książki, bo to jest swoistymi odłamkami z życia alter-ego autora, zmieszanymi ze wspomnieniami Mustafy Nalić, bośniackiego żołnierza. W „Odłamkach” nie mamy jednej, konkretnej linii fabularnej – to dość chaotyczna pozycja, która często skacze po chronologii, skupiając się raczej na pojedynczych scenkach, a nie na całości historii jako takiej.
Właściwie muszę stwierdzić, że coś takiego całkiem do tej pozycji pasuje: w końcu wojna jest chaosem. Przy tym mimo wszystko to nie jest książka, w której czytelnik się gubi: całość dość dobrze się składa.
Niemniej, nie jest to przy tym bardzo lekka książka. Już sam fakt, że opowiada o wojnie i jest w gruncie rzeczy biografią człowieka, który ją przeżył sprawia, że sam klimat „Odłamków” po prostu nie może być radosny. Jeśli wewnątrz znajdziecie humor to raczej ten czarny. Na dodatek styl autora czasem jest dość mocno opisowy, niekoniecznie wyważony: to w końcu zapiski jego własnych wspomnień, a nie dzieło autora, który pisze, zastanawiając się, jak sprawić, by całość miała dobry rytm.
Przy tym jeśli szukacie książki, która po prostu poinformuje Was o tym, co działo się w Bośni i Hercegowinie to… nie jest dobra pozycja. To znaczy, oczywiście autor częściowo to wyjaśnia, jednak raczej pobieżnie, skupiając się tylko na własnych doświadczeniach. To w końcu nie jest ani reportaż, ani książka historyczna, naukowa: to rzecz, po którą można sięgnąć po to, by poczuć wojnę i ból imigranta, a nie coś, co doskonale sprawdzi się jako podręcznik, zawierający wszystkie istotne informacje.
Chociaż spotkania z „Odłamkami” absolutnie nie żałuję to myślę, że raczej do niej nie wrócę: jednak osobiście wolę konkretne historie, a tego typu urywki z życia po prostu w pewnym momencie mają zwyczaj zaczynać mnie irytować. Niemniej, to naprawdę dobry debiut, zwłaszcza, jeśli szukacie czegoś w takiej tematyce i w takim przypadku warto się tą lekturą zainteresować.


* * *

Wszyscy pochodziliśmy z tego samego miasteczka, ale uciekaliśmy z trzech zupełnie różnych krajów. Bego uciekał z Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców. Irfan uciekał z Socjalistyucznej Federacji Republiki Jugosławii. Ja natomiast – z nowo utworzonego, niezależnego państwa Bośni i Hercegowiny. To coś mówiło o Bałkanach. Reżimy się zmieniają, ale nie trwają długo i po jakimś czasie ludzie chcą uciekać.
Fragment „Odłamków” Ismeta Precica

niedziela, 9 grudnia 2018

O matko i córko: Czy znane youtuberki mają faktycznie coś do powiedzenia?


Od kilku lat prowadzą razem popularny kanał. Katarzyna i Paulina Błędowskie, czyli matka z córką pokazują, jak cudownie jest być razem. W swojej książce przedstawiają kulisy swojego życia i codziennych problemów.
  
Tytuł: O matko i córko
Autor: Katarzyna i Paulina Błędowskie
Liczba stron: 336
Gatunek: autobiografia
Wydanie: SQN, Kraków 2018
Chyba nie jestem jedyną osobą, która widząc, jak jakiś youtuber wydaje swoją książkę związaną ze swoim własnym życiem zastanawiam się, czy ta pozycja w ogóle ma jakiś sens, cel w istnieniu? Poza – oczywiście – sprawieniu radości fanom? Dlatego sięgnęłam po „O matko i córko”: książkę dwóch youtuberek, które obserwowałam przez pewien czas, gdy zaczynały swoją przygodę. Dziś wprawdzie raczej do nich nie wracam, ale dzięki tamtemu epizodowi po prostu rozumiem mniej więcej i pomysł na kanał, i same charaktery autorek.
W przypadku tej książki przed przejściem do samej treści myślę, że warto powiedzieć trochę o samym wydaniu. „O matko i córko” to książka tak ładna, jak ładna może być pozycja w miękkiej oprawie i raczej przeciętnej cenie. Szata graficzna książki jest miła dla oka, a wewnątrz znajdziemy naprawdę bardzo ładną sesję zdjęciową. Ubolewam nad faktem, że ta wydrukowana jest na zwykłych kartkach, a nie na śliskim papierze (który podniósłby jakość wydruków), ale rozumiem, że pojawia się tu kwestia związana z końcową ceną książki, która w takim wypadku musiałaby pewnie kosztować o wiele więcej.
A jak wygląda ta najważniejsza część książki, czyli właśnie jej treść? Cóż… muszę niestety przyznać: „O matko i córko” to książka, która w moim odczuciu nie broni się jako samodzielny twór. To dzieło wręcz stworzone dla fanów kanału i właściwie nie sądzę, aby wniosło coś więcej w życie dorosłego czytelnika.
Nie chcę być źle zrozumiana. „O matko i córko” czyta się bardzo lekko i szybko (głównie przez potoczny język używany przez autorki oraz stosunkowo małą ilość treści). Przez to osoby niezaznajomione z literaturą, które po nią sięgną, mogą poczuć, że ta książka sprawia im i przyjemność, i pewną radość, ale po prostu sama treść książki nie jest czymś w żadnym razie odkrywczym, czy nowatorskim.
Książka pań Błędowskich to właściwie „pamiętnik” napisany w formie swoistego dialogu matki i córki: obydwie mówią na przemian, choć mam wrażenie, że Katarzyna miała trochę więcej do powiedzenia. Youtuberki w książce streszczają swoje życie: opowiadają o całym procesie edukacji Pauliny i o trudnościach, jakie w trakcie niego przeżywały. Problem polega na tym, że obydwie są osobami bardzo… zwykłymi, przeciętnymi. Z jednej strony pozwala to na utożsamianie się z nimi (stąd pewnie popularność na kanale Youtube), z drugiej… treść tej książki właściwie niczego nie uczy. Co najwyżej może przywołać pewną nostalgię za czasami szkolnymi, jeśli czytelnik ma już je za sobą. Poza tym całość utrzymana jest w bardzo pozytywnym tonie. Katarzyna bezustannie powtarza, jak dojrzała jest jej córka, a Paulina również raczej chwali swoją mamę. W tej książce nie ma żadnego dramatu, nie ma opisu sytuacji wykraczającej poza codzienność zwykłego, przeciętnego rodzica i dziecka. Przez to książka przypomina formą dostępnego w sieci za darmo bloga, czy właśnie – vloga, a nie coś, za co miałabym ochotę zapłacić.
W trakcie czytania nasunęła mi się też pewna drobna „refleksja”. Poza zdjęciami z sesji wewnątrz książki możemy znaleźć dość dużo fotografii z albumu rodzinnego. Większość z nich jest podpisana… ale podpisana tak, jakby wykonała to mama, nie córka. Zaczęło mnie zastanawiać… czy aby Paulinie nie jest trochę „głupio” przez coś takiego? Mnie chyba by było, nawet gdybym miała ze swoimi rodzicami aż tak bliską relację.
Jak najbardziej rozumiem fanów Pauliny i Katarzyny, które po tę książkę sięgną i którzy ją polubią – w końcu to raczej sympatyczne osoby, z którymi przeciętny człowiek może się utożsamić. Dzięki dość ładnemu wydaniu ta pozycja będzie też niezłym prezentem dla obserwatorów kanału tych pań. Innym raczej nie polecam; podejrzewam, że o relacji rodzica z dzieckiem powstało wiele ciekawszych reportaży, czy nawet powieści, które po prostu wniosą do życia czytelnika coś więcej.


* * *

Moja córka ma wiele zalet i kilka niewątpliwych wad. Jedną z nich jest wrodzone, nienaruszalne skąpstwo w zakresie dzielenia się słodyczami z najbliższymi. Druga jej wielka wada polega na nadmiernej egzaltacji podczas chorowania.
Fragment „O matko i córko” Katarzyny i Pauliny Błędowskich


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

niedziela, 19 lutego 2017

Podróże z Herodotem: Dwóch wielkich w podróży


Gdy czytam, bo muszę, a nie: bo mam ochotę to nie raz jestem nawet po fajnej lekturze bardzo wykończona. Zmuszanie się do tej czynności to zdecydowanie nie jest miła sprawa. Niestety, poniższa książka właśnie jest jedną z tego typu lektur. Ale cóż, przynajmniej mogłam wybrać sobie dowolny tytuł: miałam po prostu zapoznać się z dowolnym reportażem Kapuścińskiego.

Tytuł: Podróże z Herodotem
Autor: Ryszard Kapuściński
Liczba stron: 210
Gatunek: autobiografia, reportaż

Jedna z ostatnich książek Kapuścińskiego.
Wielki, polski reporter wspomina po latach swoje pierwsze wyprawy za granicę i opisuje, jaki wpływ na jego twórczość miały Dzieje Herodota.

Podróże z Herodotem to już moje trzecie spotkanie z Ryszardem Kapuścińskim. O ile jednak poprzednio było dość lekko i przyjemnie, tak tym razem trafiłam na lekturę nieco cięższą w odbiorze, niż te, które dane było mi poznać wcześniej.
Nie jest to ani typowy reportaż, ani typowa autobiografia. W tej pracy Kapuściński opowiada nam o swoich pierwszych podróżach już z perspektywy czasu, tłumacząc czytelnikowi jak wielki wpływ miał na niego Herodot i dlaczego. Czytając, obserwujemy właściwie dwie historie: pierwszą, będącą życiem autora i drugą, opisywaną lata temu przez greckiego historyka, obdarzoną komentarzami naszego polskiego reportera.
Muszę przyznać, że mam co do tej lektury bardzo mieszane uczucia.
Początkowo po prostu mnie zafascynowała: Kapuściński posługuje się naprawdę piękną polszczyzną, a to, w połączeniu ze wspomnieniami z czasów PRLu momentami przyprawiało mnie o dreszcze. Jak to musiało wtedy być? Tak wyjechać w nieznane, nie mając pojęcia, gdzie tak naprawdę się jedzie, a jednak jechać i musieć o tym pisać. Początkowo autor wplatał gdzieś tam Herodota, nawiązując do niego w trakcie, co było naprawdę ciekawym zabiegiem. Niestety, im więcej stron upływało, tym bardziej autor skupiał się na Greku, a nie na sobie, co powoli, powolutku zaczęło mnie irytować i po prostu nudzić.
Nie chcę powiedzieć, że był to zły zabieg. Co to, to nie! Jeśli ktoś jest zainteresowany historią Grecji na pewno odnajdzie się w tej książce Kapuścińskiego, zwłaszcza, że jak wspominałam wcześniej, autor doskonale posługuje się naszym językiem. Jakby tego było mało jest zwięzły i konkretny, przez co dla wielu ta pozycja będzie naprawdę zbawienna. Świat widziany oczyma autora jest bardzo ciekawy i barwny, a jego komentarz do tekstów Herodota często zmusza do krótkiej refleksji. Niemniej, mi tak bardzo spodobały się początkowe opisy życia Kapuścińskiego, że chciałam czytać o nim, a nie o Herodocie.
By nie było niedomówień, pozwólcie, że wyjaśnię kilka podstawowych spraw. W tym dziele nie mamy typowego bohatera: choć Kapuściński i Herodot odkrywają taką rolę to nie mogę powiedzieć, że zostali w jakiś sposób wykreowani. W końcu to reportaż, nie powieść. Przy tym w Podróżach z Herodotem roi się od rozmyślań i opisów, a ewentualne dialogi to pojedyncze zdania, nic więcej. Niemniej, to książka, która została napisana do masowego odbiorcy, a nie do elity społeczeństwa: reportaż jest po części literaturą rozrywkową i o ile temat interesuje odbiorcę to naprawdę może dostarczyć wrażeń i emocji.
Podróże z Herodotem choć naprawdę mocno próbowały, to ostatecznie mnie nie porwały. Nie mogę jednak nie docenić warsztatu i osobowości Kapuścińskiego oraz nie polecić tej pozycji. Każdy zainteresowany powinien po nią sięgnąć, bo czemu nie? :) Polecam ją zwłaszcza tym, który uwielbiają podróże oraz interesuje ich, choć trochę, historia starożytnej Grecji.


* * *

Nim Herodot wyruszy w dalszą podróż, wspinając się po skalistych ścieżkach, płynąc statkiem po morzu, jadąc koniem po bezdrożach Azji, nim trafi do nieufnych Scytów, odkryje cuda Babilonu i zbada tajemnice Nilu, nim pozna sto innych miejsc i ujrzy tysiąc niepojętych rzeczy, pojawi się na chwilę w wykładzie o starożytnej Grecji, który profesor Bieżuńska–Małowist wygłasza dwa razy w tygodniu dla studentów pierwszego roku historii Uniwersytetu Warszawskiego.
Pojawi się i zaraz zniknie.
Zniknie momentalnie i tak zupełnie, że teraz, kiedy po latach przeglądam zapiski z tych zajęć, nie znajduję w nich jego nazwiska. Jest Ajschylos i Perykles, Safona i Sokrates, Heraklit i Platon, natomiast Herodota nie ma. A przecież te notatki robiliśmy starannie, były naszym jedynym źródłem wiedzy: ledwie pięć lat wcześniej skończyła się wojna, miasto leżało w gruzach, biblioteki pochłonął ogień, więc nie mieliśmy podręczników, brakowało nam książek.
Pani profesor ma spokojny, cichy, jednostajny glos. Jej ciemne, uważne oczy patrzą na nas przez grube szkła z wyraźnym zaciekawieniem. Siedząc za wysoką katedrą, ma przed sobą setkę młodych ludzi, z których większość nie miała pojęcia, że Solon był wielki, nie wiedziała, skąd bierze się rozpacz Antygony, ani nie umiałaby wytłumaczyć, w jaki sposób pod Salaminą Temistokles wciągnął Persów w pułapkę.
Prawdę mówiąc, nawet nie wiedzieliśmy dobrze, gdzie leży Grecja i że kraj o tej nazwie miał tak niebywałą, wyjątkową przeszłość, że warto było uczyć się o niej na uniwersytecie. Byliśmy dziećmi wojny, w latach wojny gimnazja były zamknięte i choć w dużych miastach spotykało się czasem tajne komplety, tu, na tej sali, siedzieli najczęściej dziewczęta i chłopcy z dalekich wiosek i małych miasteczek, nieoczytani, niedouczeni. Był rok 1951, na studia przyjmowano bez egzaminów wstępnych, bo głównie liczyło się to, kto z jakiego pochodził domu — dzieci robotników i chłopów miały najwięcej szans na indeks.

Fragment Podróży z Herodotem Ryszarda Kapuścińskiego

Nomida zaczarowane-szablony