Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka historyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka historyczna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 października 2023

Pieśń o Achillesie: była sobie popularna książka, która jest OK

Patroklos nigdy nie był dumą ojca. Dlatego gdy trafia na wygnanie i zaczyna interesować się nim syn bogini Tetydy, Achilles, chłopiec początkowo nie chce w to uwierzyć. Wkrótce pomiędzy nimi zaczyna rodzić się uczucie.

Pieśń o Achillesie
Madeline Miller
wyd. Albatros, 2021


Od kiedy „Pieśń o Achillesie” ukazała się ponownie w 2021 (wcześniej pojawiła się w Polsce w 2014 pod tytułem „Achilles. W pułapce przeznaczenia”) widywałam ją regularnie i nawet dostawałam zapytania, co o niej sądzę. W końcu więc przyszedł na nią czas, choć przyznaję, raczej z powodu zapytań, niż mojej wewnętrznej chęci. Jak wypada moja opinia po tym spotkaniu? Cóż, było nawet miło.

Ta historia settingiem przypomina nieco historię o Percym Jacksonie, tylko osadzoną w starożytnej Grecji. Madeline Miller moim zdaniem nie stara się wcale oddać ducha starożytnego świata, a raczej pokazuje popkulturowo przerobiony świat dawnych mitów. Osobiście wolałabym, by jednak historia wchodziła nieco głębiej i nieco poważniej w klimat starożytnej Grecji, ale też nie uważam, aby samo podejście autorki było kategorycznie złe.

Pod względem fabuły i stylu pisania powieść przypomina mi zaś książkę „Arystoteles i Dante odkrywają sekrety wszechświata”. Obydwie te historie łączy homoseksualny romans (tu z większym natężeniem), tematyka dorastania bohaterów oraz styl, który wygląda, jakby te powieści były wstępem do literatury pięknej dla młodzieży, mimo że w przypadku „Pieśni o Achillesie” wahałabym się, czy aby na pewno jest to historia scricte dla tego targetu. 

Przy tym wydaje mi się, że książka Madeline Miller wszystko, co może, robi jednak gorzej od „Arystotelesa i Dantego”. Mam wrażenie, że porusza mniej istotne tematy lub w mniejszym natężeniu. Skupia się znacznie bardziej na romansie, ale jednocześnie osobiście nie czułam ani chemii pomiędzy tymi bohaterami, ani nie byłam zainteresowana samymi postaciami w jakiś szczególny sposób. Styl był ładny, ale często sprawiał wrażenie wydmuszki, a im bliżej było końca, tym bardziej osobiście na lekturze się nudziłam. 

To powieść, o której trochę czytałam. Słyszałam o niezwykłych emocjach, jakie wywołuje i potężnych „wzruszkach”, ale… ja tego absolutnie nie poczułam. To nie była wcale bardzo zła czy męcząca powieść, czytało mi się ją całkiem miło, ale raczej trafia u mnie do szufladki „wkrótce zapomnę”, a nie „jakie to jest piękne!”. Nie znalazłam tu nic szczególnego dla siebie, ani w kwestii relacji pomiędzy bohaterami, ani tworzenia fantastycznego świata. 

Koniec końców, dla mnie to po prostu neutralna lektura. Ot, miła, niby nie potrafię znaleźć tego jednego, konkretnego punktu, o który mogę się czepić, ale z drugiej strony zdecydowanie nie jest to w pełni moja książka. Ale jednocześnie wiem, że jeśli ktoś szuka stosunkowo lekkiej opowieści, nawiązującej do mitologii i z raczej dość delikatnie rozpisanym romansem to może akurat znaleźć tu coś dla siebie.


wtorek, 3 października 2023

Córka lasu: najbardziej męczące 10/10 w ostatnim czasie


Sorcha mieszka wraz z szóstką braci w zaczarowanym królestwie, którym włada ich ojciec. Gdy ten znajduje sobie nową żonę, rodzeństwo zauważa, że coś z nią jest nie tak. Szybko okazuje się, że kobieta nie ma względem nich dobrych zamiarów. Nakłada na braci klątwę, zmieniając ich w łabędzia. Trzynastoletniej dziewczynie udaje się uciec, a lud lasu daje jej szansę na odzyskanie rodziny. Cena, którą jednak będzie musiała zapłacić, jest jednak niewyobrażalnie wysoka.

Córka lasu
Juliet Marillier
wyd. Papierowy Księżyc, 2019
Cykl Siedmiorzecze, t. 1



„Córka lasu” jest powieścią, która styrała mnie jak dawno żadna powieść. To naprawdę unikatowy przypadek: nie dzieje się tu niby zbyt dużo, a jednocześnie w tych słowach czai się tyle treści i emocji, że w trakcie lektury naprawdę warto zadbać o skupienie.

Powieść Juliet Marillier jest w pewnym sensie podobna do historii tworzonych przez Annę Brzezińską. Z jednej strony jest bardzo baśniowa, napisana w pięknym stylu, nawiązując do opowieści o sześciu braciach, czy irlandzkiej mitologii. Jednak pod tą piękną otoczką kryje się realny świat, który często po prostu jest okrutny i brutalny. 

Styl autorki jest przy tym gęsty, mimo tego, że opowieść snuje się powoli. Tu istotne są drobne gesty, szczegóły, pojedyncze słowa. Dlatego też ani przez chwilę „Córka lasu” nie wydaje się tzw. laniem wody, które tak często widzę w pisanej dzisiaj fantastyce. Warto tu chyba dodać, że premiera tej powieści miała miejsce w 1999 roku — pozornie nie aż tak dawno, jednak nie da się ukryć, że rynek książki od końca lat 90. znacznie się zmienił.

Biorąc pod uwagę aktualny wysp powieści fantasy dla młodzieży, które często są również retellingami, wydaje mi się, że warto tu dodać, że ta historia ani przez chwilę nawet nie stoi koło takowych. To dość ciężka emocjonalnie powieść, w której protagonistka nie raz i nie dwa przeżywa naprawdę okrutne rzeczy i choć nie chce powiedzieć, że młodsza osoba się w niej nie odnajdzie, to na pewno po prostu nie jest jej targetem.

To, co mnie w tej powieści urzekło to relacje między Sorchą a otaczającymi ją osobami. Nie zawsze są pozytywne i nie zawsze są w pełni zdrowe, ale są zbudowane z naprawdę bardzo dobrym wyczuciem. Ponadto to nie jest też tak, że autorka w tej powieści epatuje przemocą. Przeciwnie, raczej panuje tu pewien balans, w związku z tym mamy tu też dość dużo pozytywnych relacji. Nie brakuje rodzinnego ciepła, czy przyjaźni.

Bardzo podoba mi się również to, że Sorcha jest dobrze wyważoną postacią. Z jednej strony jest bardzo młoda i czasem woli skryć się za plecami kogoś starszego, czy spytać o radę. Z drugiej jest naprawdę silną osobą, która jest w stanie wiele znieść, a kiedy ktoś nie traktuje jej odpowiednio, jest w stanie to zauważyć. Dba o samą siebie, na ile jest to możliwe, a to jest coś, czego w wielu historiach mi brakuje. 

Warto tu też dodać, że chociaż to historyczne fantasy to jednak historię czyta się bardziej jak high fantasy. Akcja osadzona jest gdzieś, kiedyś, niby w Irlandii, niby pojawiają się Brytowie, ale nie ma to w gruncie rzeczy większego znaczenia. To trochę jak z bajkami Disney’a. Niby wiemy, że akcja „Krainy lodu” rozgrywa się w Skandynawii, widzimy nawiązania, ale wiemy, że to w gruncie rzeczy jakiś świat obok naszego, tylko przypominający realną rzeczywistość.

Pierwsze kilka rozdziałów przyprawiały mnie o ból głowy, mimo że widziałam, że ta historia jest napisana w naprawdę piękny sposób. W kolejne naprawdę mocno się wciągnęłam, ale po każdej „sesji czytelniczej” czułam się po prostu zmęczona. Jednak mimo tego mam wrażenie, że to jak na razie najlepsza książka fantasy, którą przeczytałam od dłuższego czasu, a już na pewno w tym roku. Jednocześnie należy zaznaczyć: nie będzie to na pewno odpowiednia lektura dla każdego.


poniedziałek, 24 kwietnia 2023

Fryne Hetera: unikatowa fantastyczna podróż do antyku

 



Aleksandria, lata 20. XX wieku. Do pewnego poety dotarła informacja, że pewna piękna artystka podaje się za najbardziej znaną ateńską heterę. Spotyka się z nią i w trakcie rozmowy odkrywa, że to naprawdę Fryne. Ta zaś opowiada mu, jak zdobyła nieśmiertelność.


Nazwisko Witolda Jabłońskiego obijało mi się o uszy to tu, to tam, więc w końcu w moje ręce wpadła jego „Fryne hetera” – powieść, której tytuł w pierwszej chwili niewiele mi powiedział, bo jakoś te słowa umknęły mi na lekcjach z antyku w szkole, a nie jestem przecież historykiem. Dzięki tej lekturze poznałam bez wątpienia unikatową powieść wśród innych znanych mi książek fantastycznych, choć jednocześnie niepozbawioną wad.

Fryne Hetera
Witold Jabłoński
wyd. SuperNowa, 2008

Czym w ogóle więc ta powieść jest? Bez wątpienia najwięcej tu historii. Fryne opowiada o swoim życiu. O tym, jak się narodziła i jak stała się heterą, a potem o tym, co w trakcie przeżywała. Jest to więc w lwiej mierze historyczna powieść skupiona wokół obrazu hetery (antycznej kurtyzany) oraz intryg, które rozgrywały się wokół nich. Mamy tu też oczywiście element fantastyczny, jednak nie ma on większego wpływu na fabułę i w gruncie rzeczy, gdyby go nie było, powieść wiele by nie straciła.

Jabłoński ma całkiem sprawny warsztat. W języku ma pewien przyjemny ciężar, nie jest zupełnie lekki, ale w przypadku historii rozgrywającej się w antyku jest to jak najbardziej zrozumiane i wręcz pożądane. W kilku momentach miałam jednak wrażenie, że autor używa pojedynczych, niepasujących słów, choć to mogę zwalić na karb opowieści, którą snuje Fryne żyjąca we współczesności. Część słów po prostu mogła przejść.

Mój największy problem z tą książką polega jednak na tym, że Jabłoński, sięgając po postać kobiecą i robiąc z niej protagonistkę… kompletnie nie potrafi pisać kobiet. Fryne ma takie myśli, jakie raczej nie powstałyby w babskiej głowie. Autor potyka się też gdzieniegdzie na opisach związanych z biologią kobiecego ciała. A to w przypadku książki o żeńskiej bohaterce, i to silnej bohaterce, po prostu bardzo mocno się gryzie. 

Miałam też wrażenie, że autor wciska jakby na siłę pouczenia na temat homoseksualizmu, np. Fryne regularnie wyjaśnia współczesnemu poecie, jak to fajnie było pod tym względem w antyku. Tylko po co? Dużo bardziej wolałabym to widzieć, a nie czytać pouczeń Jabłońskiego, włożonych w usta bohaterki. Ponadto autor jakby nie mógł się powstrzymać przez chrześcijańskimi wstawkami, w historii, która rozgrywa się kilkaset lat przed narodzinami tejże religii. Po raz kolejny spytam: po co? To nie było potrzebne.

Koniec końców, nie była to może najbardziej poruszająca powieść. Nie bawiłam się przy niej jakoś szczególnie dobrze, kilka elementów po prostu nieco mnie drażniło, a tego typu quasi-historyczna literatura to nie jest do końca moja bajka. Niemniej, tematyka jest bez wątpienia ciekawa i naprawdę unikatowa jak na polską fantastykę, dlatego szukając lektury, warto ją wziąć pod uwagę.



piątek, 3 marca 2023

Królestwo Miedzi: gdy intrygi polityczne wchodzą za bardzo

 

Minęło pięć lat. Ukochany Nahri nie żyje, a ona została zmuszona do małżeństwa z synem znienawidzonego władcy, który ślepo podąża za swoim ojcem. Młoda uzdrowicielka wpada coraz głębiej w sieć pałacowych intryg.




Byłam gotowa zarówno na to, że „Królestwo miedzi” okaże się przyjemną lekturą, jak i na to, że to będzie książka, która nie będzie miała zbyt wiele sensu. Nie spodziewałam się jednak, że będzie jednocześnie tak poważna i… nudna!

„Miasto mosiądzu” stało dla mnie relacjami: Dara i Nahri stanowili przyjemny do obserwowania duet. Za to nie kupowałam politycznego aspektu: podział na dobrych i złych wydawał mi się dosyć prostatki, a strony konfliktu nie zostały dla mnie zbyt klarownie opisane. W drugim tomie sprawa jest już jaśniejsza, ale… no właśnie, jest „ale”.

Królestwo miedzi
S. A. Chakraborty
wyd. We Need YA, 2021
Cykl Dewbad, t. 2

Tom pierwszy był przede wszystkim przygodówką, z odkrywaniem nowego świata i stosunkowo subtelnym romansem na pierwszym planie. Niestety, „Królestwo miedzi” nie skupia się już wcale na relacji Dary i Nahri, bo ta z przyczyn fabularnych właściwie w tym tomie nie istnieje. Za to autorka skupiła się na pisaniu „poważnej” fantastyki, skupionej na pałacowych intrygach. Niestety, moim zdaniem to po prostu w tym przypadku nie działa. Między innymi dlatego, że zabrakło tu na tyle charyzmatycznych postaci, które te intrygi mogłyby ciągnąć. To, wraz ze wspomnianym już wcześniej klarownym podziałem na dobro i zło sprawia, że całość łatwo da się przewidzieć i właściwie czytelnik nie ma dylematu, komu kibicować. Zaś te postacie, którym kibicować się powinno, nie są na tyle dobrze rozpisane, by to kibicowanie było szczególnie emocjonujące.

Właściwie całość skupia się na obserwowaniu Nahri, która wymyka się niechcianemu mężowi, odkrywa jego pojedyncze (niezbyt zaskakujące) sekrety i próbuje zbudować coś własnego, wbrew woli władcy. Mamy oczywiście wątki poboczne: jeden związany z (powiedzmy, aby nie spoilerować) tajnym ugrupowaniem oraz jeden związany z księciem Alim. Z tym że ten pierwszy skupia się na snuciu planów, które efekty dają dopiero pod koniec książki i właściwie moim zdaniem lepiej byłoby, gdyby autorka nie odkrywała wszystkich kart od razu. Ten drugi jest ciekawszy, ale jednocześnie mam wrażenie, że ta postać w drugim tomie jest mniej sympatyczna, niż w pierwszym i szczerze mówiąc, trochę mnie drażniła.

Z jednej więc strony fajnie, że autorka zaczęła cykl jako coś dla starszej młodzieży, a następnie postarzyła nieco bohaterów i spróbowała sił w poważniejszym fantasy, ale mam wrażenie, że ta historia ma po prostu zbyt słabe fundamenty, by budować na niej polityczne intrygi. I dlatego cóż, wyszło, jak wyszło.

Niemniej, muszę oddać Chakraborty, że ma całkiem niezły styl i naprawdę sporo potencjału. Najpewniej sięgnę po trzeci tom, by po prostu tę historię zakończyć, ale szczerze przyznam: chętniej wezmę się za jakiś jej inny cykl, który będzie pisała ze świeżą głową i nowymi umiejętnościami, jakie bez wątpienia nabyła w trakcie pisania „Dewbadu”.



poniedziałek, 21 listopada 2022

Puste niebo: przygoda, w której coś nie gra?

Tołpi mieszka w niewielkiej wsi pod Lublinem na ziemiach przedwojennej Polski. Chcąc zaimponować dziewczynie, wyławia z Bugu księżyc i przypadkiem go rozwija. Dlatego wyrusza do miasta w poszukiwaniu Żyda, który podobno jest w stanie stworzyć nowy.



Tak samo jak „Baśń o wężowym sercu”, tak i „Puste niebo” Radka Raka nie jest książką w pełni dla mnie, ale jednocześnie, choć to ten pierwszy tytuł zdobył Nike… mi dużo lepiej czytało się ten drugi. Dlaczego? Już wyjaśniam, ale po kolei!

W Radku Raku widzę wielką pasję do wschodnich terenów polski, ich klimatu i mitologii. Tak samo jak widzę pasję do klasyki literatury, często tej z pogranicza absurdu. To jest rzecz bez wątpienia wspaniała i unikatowa, ale jednocześnie właśnie to, w połączeniu z realizmem oraz dość przytłaczającym klimatem sprawia, że obydwie te książki nie są do końca dla mnie. Nie mogę jednak odmówić autorowi naprawdę pięknego języka połączonego z dużą dawki wiedzy. 

Puste niebo
Radek Rak
wyd. Powergraph, 2016

„Puste niebo” wolę od „Baśni…” przez ogólne podejście do prowadzenia historii. Mam wrażenie, że ta historia jest bardziej skupiona na przygodzie i bohaterach. Jest tu trochę absurdu, ale zwłaszcza na początku akcja jest przyjemnie wartka. Dobrze płynie i całość pochłania się jak film akcji, z tym że mający w sobie też trochę artyzmu. 

Niestety, to dotyczy tylko tej historii mniej więcej tak do pierwszej połowy. Po tym czasie wszystko zaczyna się trochę rozjeżdżać, robi się bardziej obyczajowe i jeszcze bardziej realistyczne w opisach, co zaczęło mnie męczyć, zważając na osobistą ogólną niechęć do samego klimatu opowieści. Ale z tego, co pamiętam, „Baśń…” miała podobny problem: z czasem również coś zaczynało się w niej rozjeżdżać fabularnie. A należy pamiętać, że „Puste niebo” jest dziełem wcześniejszym.

Opis książki stworzony przez wydawcę mówi o erotyzmie. I choć nie jest to romans, to warto wspomnieć, że takie elementy faktycznie się w tej historii pojawiają, na dodatek niekoniecznie zgodnie z ogólnie przyjętą moralnością. Narracja daje oczywiście wyraźnie znak, że działania bohatera nie są w porządku, ale osoby szczególnie wrażliwe na tę tematykę powinny zdawać sobie z tego sprawę przed sięgnięciem po tę historię.

Cieszę się, że „Puste niebo” do mnie trafiło. Rak to naprawdę utalentowany pisarz, choć dwie z czterech dotychczas wydanych powieści jego autorstwa po prostu nie są w pełni moje. Jednak na pewno będę próbować dalej, zwłaszcza że najnowsza „Agla” już na mnie czeka, a jej tematyka kręci mnie zdecydowanie bardziej, niż te dwie powieści, które przeczytałam do tej pory. 



sobota, 12 lutego 2022

Miasto mosiądzu: dżiny, dewy i masterplan z kreskówki


Nahri jest młodą złodziejką o niezwykłym talencie uzdrawiania. Żyje na ulicach zatłoczonego, XVII-wiecznego Kairu. Nie zna swojej rodziny, ani pochodzenia. Pewnego dnia, w trakcie magicznego rytuału, przywołuje tajemniczego mężczyznę. Wraz z nim, dżinem o imieniu Dara, musi uciekać z miasta, w którym się wychowała.



„Miasto miedzi” regularnie pojawia się w książkowych mediach społecznościowych. Nie zwróciło jednak uwagi mojej, a mojego świątecznego Mikołaja i tak też trafiło do mnie. Nie wiedzieć czemu z góry założyłam, że to typowe high fantasy i gdy zaczęłam lekturę, trochę się zdziwiłam. Kair, czasy Napoleona, jakaś magia i kultura Bliskiego Wschodu? Oho, to wydawał się bardzo interesujący setting!

Miasto mosiądzu
S. A. Chakraborty
wyd. We need YA, 2021
Dewabad, t. 1

I choć książka – głównie przez wydawcę oraz opis – miała być młodzieżówką, początkowo uznałam, że to być może lekkie, ale jednak chyba dość neutralne targetowo fantasy. W końcu główna bohaterka ma około 20 lat. Nie jest więc dzieckiem. I kilka pierwszych rozdziałów naprawdę zrobiło mi nadzieję na coś więcej, niż zwykłą młodzieżówkę.

Przyznaję, że owszem, ostatecznie coś nieco więcej niż zwykle dostałam to tak czy siak – to jest po prostu młodzieżówka. Niezła, ale w której widać problemy, które mogą sugerować, że to powieściowy debiut.

Setting tej powieści naprawdę jest ciekawy. Autorka miesza mitologię arabską z indyjską, co wydaje mi się dobrym zabiegiem: w praktyce przecież systemy tego typu faktycznie się przenikają. Nie jest to idealny świat, ale sam jego klimat i umiejscowienie historii to ciekawy wybór. Niestety, S. A. Chakraborty nie jest zbyt doświadczona w pisaniu i to trochę wychodzi. Być może częściowo to kwestia tłumaczenia, ale np. mieszanie słów „dewa” i „dżin” nie wychodzi książce na dobrze (czasem są używane zamiennie, a czasem w odniesieniu do konkretnych grup społecznych). Ponadto autorka w toporny sposób podaje ekspozycje. Przykładowo, Nahri początkowo po prostu przychodzi do Dary, mówiąc „opowiedz mi o…”, a on spełnia jej prośbę.

Poza tym trochę jednak ubolewam nad tym, że to niby historyczne fantasy, ale w praktyce klimatem przypomina high fantasy. Z Kairu szybko uciekamy, a sam historyczny setting w moim odczuciu został podany dość pobieżnie.

Kolejną sprawą jest młodzieżowość cyklu. To samo w sobie nie jest oczywiście złe, ale to sprawia, że nie jestem w stanie traktować tej historii w pełni poważnie. Intrygi polityczne przypominają czasem masterplan złoli z kreskówek dla dzieci (pokroju: idź zaprzyjaźnić się z więźniarką, by ta mogła zostać żoną twojego kuzyna), a główna bohaterka potrafi rzucać się o coś, co było jasne od początku dla wszystkich, tylko eeee… nie dla niej? Z jakiegoś tajemniczego powodu, mimo że wszyscy jej o tym przecież mówili.

Młodzieżowość widać też w konstrukcji świata. Chakraborty tworzy struktury społeczne oparte na prostym motywie złych złoli oraz biednych dobrych, którzy chcą po prostu przeżyć. Niby to trochę komplikuje, ale w praktyce po prostu o to chodzi.

Ale jak pominiemy te problemy – które szczerze mówiąc, aż tak bardzo mnie w oczy nie kuły – to dostajemy całkiem przyjemne, rozrywkowe fantasy. Z lekkim romansem, ale zdecydowanie nie gra on pierwszych skrzypiec, z przyjemną relacją pomiędzy Nahri i Darą, wcale nie słodkim i właściwie dość poważnym zakończeniem. Nie jest to nic nadzwyczajnego, ale jako rozrywka, zwłaszcza dla osób nieco mniej oczytanych powinna sprawdzić się nieźle.

Jednocześnie przy lekturze tej książki po raz kolejny dotarł do mnie smutny fakt. Większość powieści fantasy dla nastolatek jest po prostu kiepska, ale to nie jest żadna tajemnica. Ale gdy już pojawi się dzieło, które właściwie jest przeciętną, ale przyjemną rozrywką i w miarę solidnym debiutem, nagle okazuje się wielkim odkryciem. Dlaczego? Dlatego, że osoby działające w mediach społecznościowych to często osoby młode, które bardzo często czytają głównie te kiepskie warsztatowo powieści. Więc gdy pojawi się coś ciut lepszego, to okazuje się odkryciem życia. A naprawdę dobre fantasy często przechodzi bez większego echa. 

W ostatnim czasie czytałam książkę kierowaną do podobnego targetu – „Wampirze Cesarstwo” Jaya Kristoffa. Przy tamtej powieści po prostu się nudziłam: to przegadana i mocno schematyczna historia, która trochę mnie wymęczyła. Za to „Miasto Mosiądzu” dostarczyło mi mniej-wiecej tego, co chciałam od tamtego tytułu: przyjemnej rozrywki. Gdyby tylko tę książkę trochę dopracować!



czwartek, 4 listopada 2021

Nawia: szeptuchy opanowują polskie słowiańskie fantasy

 

Gdy myślę o tym, w jaki sposób można byłoby zorganizować konkurs artystyczny przychodzi mi na myśl, aby kazać twórcom stworzyć treści związane z bardzo konkretnymi wytycznymi. Tak, aby można było zobaczyć, co w ramach bardzo konkretnej konwencji, czy fabuły potrafią wyciągnąć i aby porównanie ich warsztatu było po prostu łatwiejsze. Z tym że tego typu forma dla zwyczajnego odbiorcy byłaby po prostu nudna – no bo ileż można czytać o tym samym, jeśli wgłębiasz się w kulturę po to, by naprawdę przeżyć przygodę?

    Nawia.  Szamanki. Septuchy. Demony
antologia (wielu autorów)
wyd. Uroboros, 2021

„Nawia. Szamanki. Septuchy. Demony” to przykład antologii stworzonej jakby właśnie w ten sposób. Jakby właśnie, bo nie wiem, jakie wytyczne dostali autorzy. Być może po prostu ogólny zamysł zainspirował ich do stworzenia bardzo podobnych tekstów, ale szczerze mówiąc… o ile pojedyncze opowiadania były raczej rozrywkowe i dość przeciętne, o tyle jako całość, ta antologia jest chyba jedną z najmniej kreatywnych, jaką miałam w rękach.

Na osiem opowiadań sześć to teksty o wiedźmie/zielarce/uzdrowicielce (w gruncie rzeczy to bardzo zbliżone motywy), które mają do rozwiązania jakiś problem i to po prostu robią. Niektórzy z twórców podeszli do tematu bardziej kreatywnie, inni mniej, ale żaden z tekstów w „Nawii” nie zrobił na mnie nadzwyczajnego wrażenia (a opowiadania potrafię naprawdę uwielbiać!) i moim zdaniem żaden nie wniósł do polskiego nurtu literatury okołosłowiańskiego fantasy niczego nowatorskiego. Koniec końców przy lekturze zaczęłam więc się po prostu nudzić.

Ale może po kolei! Antologię otwiera „Płacz cichą nocą się niesie” Katarzyny Bereniki Miszczuk – autorki, której twórczości raczej nie znam, ale słyszałam o niej na tyle dużo, że naprawdę byłam ciekawa, co pokaże w „Nawii”. I pokazała… cóż, niewiele. Jej opowiadanie jest raczej poprawne i bardzo proste w konstrukcji. Główną bohaterką jest szeptucha, która musi poradzić sobie z porońcem. Podchodzi przy tym do tematu bardzo klasycznie i przynajmniej mnie niczym ten tekst nie zaskoczył. Sam warsztat zaprezentowany w tym opowiadaniu nie należy do najlepszych. Narracja jest dość współczesna, słabo stylizowana i czasem w języku coś mi nie grało, a z kolei dialogi to sepleniący, „wiejski” polski – nie dość, że nieprzyjemny w odbiorze, to jeszcze niepasujący do warstwy opisowej.

Pozytywnie zaskoczyła mnie Marta Krajewska ze swoim tekstem „Jezioro cię kocha”, bo o samej autorce słyszałam bardzo mieszane opinie. Ponownie mamy tu tekst o wioskowej wiedźmie, która ma do rozwiązania problem, ale w porównaniu do Miszczuk, Krajewska ma dużo lepszy warsztat, a tekst miał nostalgiczno-romantyczno-gorzki klimat. Przyznaję, lubię takie. Niemniej, opowiadanie kojarzy mi się z „Pożeraczem szarości” Tadeusza Meszki, ale moim zdaniem wypada jednak słabiej od niego.

„Dziewanna i księżyc” Anny Szumacher to jeden z dwóch tekstów, który trochę od schematu typowego dla „Nawii” odchodzi. Traktuje o studentach archeologii. Ci dobrze się bawią i przeżywają słowiańską przygodę w trakcie. Nie było to nic ani zaskakującego, ani w jakikolwiek sposób zapadającego w pamięć, ale przynajmniej autorka sięgnęła po trochę inny koncept, dlatego z całego serca dziękuję za podjęcie próby zrobienia z  tematem czegoś innego.

„Szeptucha” Jagny Rolskiej pojonowanie jest tekstem osadzonym w czasach współczesnych i w naszej rzeczywistości. Jednocześnie to dalej opowiadanie trzymające się szeptuchowego klimatu. Jest lżejsze w tonie, niż Krajewska i Miszczuk, skupia się raczej na relacjach między mieszkańcami okolicy, ale właściwie to tyle, co je wyróżnia. Na pewno go nie zapamiętam na dłużej.

Kolejnym tekstem, który pozytywnie się wybija, jest „Ostatnia noc” Rafała Dębskiego. Ponownie nie znam za dobrze tego autora (jak właściwie wszystkich pozostałych), ale jego warsztat wyróżnia się na tle pozostałych tekstów i chętnie coś kiedyś od tego pisarza sprawdzę. To opowiadanie jest podobne do tekstu Krajewskiej. Ponownie dostajemy więc opowiadanie o tej, która wie, ale jego nostalgiczny, smutny klimat, a także całkiem przyjemne zakończenie sprawiają, że po prostu wyróżnia się na tle innych.

I tu dochodzimy do właściwie jedynej autorki, której opowiadanie znajduje się w tym zbiorze i którą znam nieco lepiej. Martyna Raduchowska i jej „Śmierć wody” była dla mnie niestety dość dużym zawodem. Co prawda, nie tak dużym, jak w antologii „Harda horda”, gdzie po prostu zostały przepisane fragmenty z „Szamanki od umarlaków”, ale… na Merlina, to było po prostu pójście po najmniejszej linii oporu. To tekst opisujący jedną z akcji Idy i Kruchego (bohaterzy wspomnianej już „Szamanki…”). Osobiście tych bohaterów naprawdę bardzo, bardzo lubię i z jednej strony cieszę się, że mogłam z nimi ponownie poobcować. Z drugiej niestety tekst ponownie wpisuje się w schemat szeptuchowy, a samo w sobie podane w jakiś szczególnie kreatywny sposób, zaś bohaterowie wydawali mi się pisani odrobinę na siłę. Wolałabym, aby Raduchowska zostawiła te postacie na książki z cyklu (nawet w formie luźnego zbioru opowiadań), a do „Nawii” napisała coś unikalnego, albo chociaż aby podeszła do tematu bardziej kreatywnie, np. zmieniła perspektywę, nie trzymając się tylko Idy i Kruchego.

Drugim opowiadaniem, które wybija się pod względem nawiowego schematu jest „Konsultantka” Marcina Podlewskiego. Tekst raczej lekki, bawiący się trochę konwencją, nie w pełni poważny. Z jednej strony w związku z tym jest trochę lepszy od innych, z drugiej – jakoś nie do końca potrafię ten koncept „kupić”. Ale ponownie: dziękuję autorowi za wprowadzenie, choć odrobiny kreatywności do tej ogólnie rzecz biorąc poprawnej, ale nudnej antologii.

Ostatni tekst to „Wichura” Marcina Mortki. On też wyróżnia się pozytywnie, jeśli chodzi o jego styl, ale przyznaję, że byłam już tak zmęczona tekstami o szeptuchach, że po prostu nie miałam siły, by się z tego opowiadania cieszyć.

Koniec końców, jak cieszę, się, że powstają kolejne antologie, tak mam raczej mieszane uczucia w stosunku do „Nawii”. Jest poprawna i pewnie spodoba się tym, którzy szukają lekkich tekstów w tematyce słowiańsko-szeptuchowej, ale ja chciałabym, by choćby jeden z tekstów zrobił na mnie duże wrażenie. A nie zrobił. No trudno – przynajmniej sprawdziłam nowych dla mnie polskich autorów i kilku z nich na pewno będę miała na oku w przyszłości.


Za wykonanie zdjęć odpowiedzialna jest Kinga z profilu Fantykk. Obróbką zajęłam się sama.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Uroboros!

środa, 6 października 2021

Niewidzialna Korona: to nie był udany powrót do Cherezińskiej

 

Przemysław II został zamordowany. Nie jest jasne, kto ma objąć po nim tron. Na terenach Polski rozpoczyna się walka o władzę.

 

W 2015 roku „Korona śniegu i krwi” Elżbiety Cherezińskiej była moim małym książkowym marzeniem. Jako uczennica szkoły średniej nie mogłam sobie pozwolić na zakupy zbyt często, a ta gruba książka nie należała do bardzo tanich. Dlatego gdy udało mi się wygrać konkurs fotograficzny i dostałam bon do księgarni to oczywiście, że musiałam ją zamówić. Po przeczytaniu okazało się, że książka być może nie była wybitna, ale zauroczyła mnie swoim stylem i delikatnym dodatkiem fantastyki. Pamiętam, że nawet uczyłam się z niej do kartkówek z historii, bo „opowiadając sobie” co się wówczas działo, łatwiej mi było zapamiętać wszystkie daty.

Niewidzialna korona
Elżbieta Cherezińska
wyd. Zysk i s-ka, 2014
Odrodzone królestwo, t. 2

Przez lata powieść urosła w mojej pamięci do tej bardzo dobrej, przepięknie napisanej książki, której czytanie zaniechałam… właściwie bez powodu. No dobrze, powód był – nie tak łatwo mogłam pozwolić sobie na kolejne części. Dlatego gdy w końcu po 6 latach dotarła do mnie kolejna część cyklu – „Niewidzialna korona” – byłam arcyciekawa, jak odbiorę tę powieść po czasie. Zwłaszcza, że z wielu stron cały czas docierają do mnie zachwyty nad piórem Cherezińskiej.

Niestety. Czas nie okazał się dla tego cyklu łaskawy, przynajmniej w moim przypadku.

Zacznijmy może od tego, że według posłowia autorki, tę część można czytać osobno. Ma to jakiś sens: co prawda to bezpośrednia kontynuacja poprzedniej powieści, ale to przecież książki historyczne, dość mocno czerpiące z przeszłości i zmieniające niewiele. Więc niewiadome można sobie po prostu doczytać. Dlatego też zresztą liczyłam, że w tę opowieść najzwyczajniej w świecie wsiąknę. Ale nie udało się.

W pewnym sensie „Niedziałalna korona” kojarzy mi się z czytanym w tym roku „Piasem” Grzegorza Gajeka. Tak jak i on, składa się ze scenek, które niby sią łączą, ale nie do końca. Na dodatek autorka bezustannie skacze pomiędzy różnymi postaciami, nie wchodząc zbyt głęboko w ich charaktery. Cherezińska zdaje się odhaczać ważne dla fabuły sceny, bez większych emocji i bez wniknięcia w to, co faktycznie robią i czują jej postacie. Dostajemy więc  coś w stylu rozpisanego podręcznika do historii.

Jednocześnie jej styl pisania oceniłabym jako bardzo, bardzo mocno komercyjny. Brakuje tu opisów, przeważają dialogi. Styl również zdecydowanie do najlepszych nie należy (i to dobrze pokazuje, jak X przeczytanych książek potem wpływa na ich ocenę –  wcześniej mi się przecież podobał!). Nie powiedziałabym, że jest tragiczny, bo widywałam gorsze, ale Cherezińska była po prostu dla mnie niezwykle nużąca w swojej płytkości i powierzchowności.

Jeśli ktoś spodziewał się w tej części fantastyki to raczej nie może na nią za bardzo liczyć. Ot, w tle przewijają się ożywione herby, są jacyś magiczni ludzie z lasu, ale ogółem – w tej części właściwie nic do robienia nie mają. To mógłby być fajny dodatek (np. jak wizje w pierwszym sezonie „Wikingów”), ale w tym przypadku to jest po prostu zbyteczne.

To, co mnie również negatywnie zdziwiło to… seksualność obecna w tej powieści. Dlaczego? Bo z jednej strony dostajemy powieść, która jest wręcz pustą wydmuszką. Ale gdy pojawia się akt seksualny to Cherezińska nagle zaczyna go rozpisywać i tłumaczyć. Trochę tak, jakby realizowała jakąś fantazję. I na te krótkie sceny z powieści o historii polski robi się nam tani romans historyczny. Podkradałam kiedyś, jako młodsza nastolatka, z półki rodziców cykl „Królowe wikingów” Frid Ingulstad i jakość opisu tych scenek kojarzy mi się właśnie z nim.  Być może autorka nie jest w tym obleśna, ale do pewnego stopnia niesmaczna – jak najbardziej.


Nie jest to najgorsza powieść, jaką znam. Tegoroczny „Piast” mimo wszystko był książką słabszą. Ale „Niewidzialna korona” nie jest też niczym dobrym, ciekawym, interesującym. Być może sprawdzi się jako czytało, bądź jako książka dla osoby niezbyt oczytanej (przykładem mogę być ja sprzed lat), ale ja na pewno do tego cyklu wracać nie będę. Na całe szczęście kolejnych tomów „Odrodzonego królestwa” jeszcze nie kupiłam, mimo że już kilkukrotnie mnie korciło.

niedziela, 11 lipca 2021

Diabeł w maszynie: Doyle w fantastycznym wydaniu?


Domenic Jordan jeszcze nie do końca pogodził się ze stratą bliskiej sobie osoby, a już stoją przed nim kolejne zagadki, które musi rozwiązać. Zarówno te magiczne, jak i zwyczajne, ludzkie. W końcu czasem najgorsze demony tkwią w człowieku, nie w potworach z innych wymiarów.

 

„Diabeł w maszynie” jest trzecim i przynajmniej na razie ostatnim tomem z cyklu Anny Kańtoch o Domenicu Jordanie. I choć początek opowieści o tym bohaterze nie był szczególnie porywający, to dwa kolejne tomy są kawałkiem naprawdę bardzo dobrej fantastyki z mocnymi, kryminalnymi akcentami.

Diabeł w maszynie
Anna Kańtoch
wyd. Powergraph, 2019
Domenic Jordan, t. 3

O ile w tomie drugim autorka skupiała się mocno na samym Domenicu i jego charakterystycznych cechach to w ostatniej części skupia się już na zagadce. I w tej części fakt, że mamy do czynienia z opowiadaniami coraz bardziej się zaciera. Choć każdy „rozdział” to odrębna sprawa, pewne elementy się przenikają i łączą. Aby znaleźć pełną odpowiedź na pytania nawet z poprzednich tomów, trzeba po prostu przeczytać całość. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że właściwe „Diabeł w maszynie” najzwyczajniej w świecie jest powieścią, jednak taką, która udaje krótszą formę.

Kańtoch bawi się typowymi dla kryminałów motywami, jednak w dalszym ciągu jest tu jednak raczej jak Doyle, a nie Christie. To bohater oraz sposób narracji w dużej mierze „sprzedaje” te opowieści, choć nie będę ukrywać – do samej fabuły historii też raczej wielkich zarzutów nie mam. Opowiadania mają dobre puenty, są fajnymi miniaturami w ramach większej całości, a przy okazji nie sprawiają wrażenia jedynie czystej rozrywki. Mają w sobie typową dla Kańtoch klasę.

Ta autorka ma w swoim stylu coś pociągającego. Jej tekstu czyta się doskonale. Wciągają i chcą być czytane (naprawdę, kończąc książkę miałam zamiar przeczytać 5 stron… a przeczytałam wszystkie pozostałe 100). Ale jednocześnie nie brakuje u niej ani dobrego spojrzenia we wnętrze bohatera, analizy otaczającego Jordana społeczeństwa, bystrych spostrzeżeń, ładnych metafor. Przez to opisywany świat z jednej strony jest całkiem wiarygodny, a postacie pełnokrwiste. Z drugiej zaś opowieści mają w sobie pewną baśniowość, nawet jeśli nie ma w nich zbyt wiele magii.

Jedyny większy problem, jaki zaczęłam zauważać, tyczy się kreacji świata przedstawionego. Mimo wszystko te realia są trochę… niejasne. Rzecz dzieje się w Europie, ale przy tym – zdaje mi się – w jakimś fikcyjnym państwie. Niby tu jest magia – ale nie jest właściwie do końca sprecyzowana. To znaczy, rozumiem, że taki był pomysł i że magiczne moce są tu raczej stworzone w bardzo „miękki” sposób, ale brak odpowiedniego zdefiniowania ich może nieco przeszkadzać, gdy to one są głównym rozwiązaniem przedstawionej w tekście zagadki.

Aby już więcej nie narzekać, muszę dodać, że ten ostatni tom naprawdę dobrze spina całość. Choć z radością przygarnęłabym więcej opowieści o Domenicu to jednocześnie te trzy książki stanowią spójną, zamkniętą całość. Więcej tu po prostu nie potrzeba, a jeśli chciałabym czegoś od Kańtoch związanego z jej detektywem to chyba wolałabym, by przepisała tom pierwszy tak, by dorównywał jakościom kolejnym. Ale z drugiej strony, to debiut. Niech będzie, jaki jest; przynajmniej dobrze świadczy o autorce, bo dzięki niemu widać, jak bardzo się rozwinęła w trakcie swojej pisarskiej kariery.

Rzecz jasna „Diabeł w maszynie” to nie są „Przedksiężycowi”. To znacznie łatwiejsza opowieść, zarówno jeśli chodzi o sam koncept, czy kreacje świata. Ale o ile klasyczny kryminał potrafi mnie nużyć, o tyle wmieszanie go do fantastyki, wraz ze świetnym bohaterem, to jest coś, czego chce. Zwłaszcza gdy robione jest tak, jak w tym przypadku.


środa, 24 lutego 2021

Inne światy: Antologia inspirowana "1920+" Jakuba Różalskiego

 

Dziesiątka pisarzy, zainspirowana pracami Jakuba Różalskiego ma zamiar przenieść czytelnika w „Inne światy”. Nie znam innej takiej fantastycznej antologii. W 2018 roku SQN spróbowało połączyć świat obrazu ze słowem, tworząc piękne (choć nie bez wad) wydanie z tekstami znanych polskich pisarzy. Trafiło do mnie już w okolicy premiery, ale choć zaczęłam ja czytać, długo nie mogłam go skończyć.

„Pomiędzy” przeczytałam za to dwie książki, które są rozwiniętą wersją treści z „Innych światów”. „Zgasić słońce. Szpony smoka” Szmidta to powieść na bazie opowiadania, która nieszczególnie mi się spodobała, a „Imperium chmur” Dukaja jest jedynie trochę rozwiniętą powieścią, która w tym zbiorze się znalazła. Choć jest piękna językowo, nie za bardzo intryguje mnie pod kątem fabularnym.

Inne światy
antologia
wyd. SQN, 2018

W końcu jednak udało mi się tę antologię przeczytać w całości. Na dziesięć opowiadań okazało się, że mam w gruncie rzeczy dwa typy, które naprawdę mi się podobały. Bo o ile Dukaj jest mistrzowski, jeśli chodzi o język, o tyle, jak już napisałam, ta konkretna historia mnie nie fascynuje, po prostu. Za to opowiadania Anny Kańtoch i Łukasza Orbitowskiego są naprawdę dobrymi opowiadaniami, które przy okazji w znacznej mierze do mnie przemawiają.

Przyznaję, że z tej dwójki wolę Kańtoch. Ta pisarka swoim stylem świetnie buduje pewną baśniowość i magię, a sam tekst ma pod koniec dobrą puentę i dla mnie jest po prostu opowiadaniem kompletnym. Orbitowski jest zaś znacznie bardziej horrorowy w ten brudny, szary i smutny sposób. Przedstawia Polskę przez wiele dekad, opowiadając w krótkim tekście historię naszego kraju aż do współczesności. I niestety, o ile ten tekst naprawdę bardzo cenię to najzwyczajniej w świecie: horror nie jest „mój”. Dlatego wolę Kańtoch, jednak w tym przypadku to jest rzecz zupełnie subiektywna, bo obydwa opowiadania są bardzo dobre.

Nastepnie mamy „paczkę” tekstów, która właściwie nie do końca mnie obeszła. Co prawda Małeckiego zapamiętałam na dłużej, ale koniec końców, nie było w tym tekście niczego, co by mnie szczególnie poruszyło. Jadowska, Zielińska i Chutnik napisały „po prostu teksty” – no były, dały się czytać, ale już powoli ulatują mi z głowy. Mróz, jak na Mroza, był zaskakująco ciekawy, ale to, tak czy siak, raczej dość przeciętny poziom. Szmidt? Ponownie, nie obszedł mnie zupełnie. Żulczyk zaś wyróżnił się, sięgając po inny koncept, niż pozostali twórcy, ale że już się, z czym podobnym spotykałam, to nie zrobiło na mnie nie wiadomo jak wielkiego wrażenia.

Gatunkowo króluje tu fantastyka historyczna i alternatywna historia. Nie dziw: w końcu prace Różalskiego to często połączenie polskości z mechami. Dwa z tekstów nawiązują do Dalekiego Wschodu (Dukaj, Szmidt), jeden – do arabskiego świata (Jadowska). Jest momentami bardziej horrorowo (Orbitowski), nie brakuje post-apokalipsy (Zielińska, Małecki) czy zabaw z podróżami w czasie (Mróz). Mimo wszystko całość utrzymana jest w niezbyt kolorowym, raczej smutnym niż radosnym i baśniowym settingu. Autorzy nie zawsze trzymają się bezpośrednio ilustracji, odbijając w różne kierunki, ale klimat prac Różalskiego jest mniej-więcej oddany. 

Wiem, że z samym wydaniem były pewne kontrowersje. Niektóre prace Różalskiego są wklejone w dziwny sposób, albo np. są tylko kolorowymi ozdóbkami. Nie był to chyba najlepszy wybór SQNu i książka graficznie mogłaby wypadać lepiej, ale, tak czy siak, uważam, że taka próba zasługuje na uwagę. Nie miałabym nic przeciwko całej serii antologii, która brałaby na tapet jakiegoś twórcę dzieł plastycznych.

„Inne światy” to pięknie wydana i dość wyjątkowa pod kątem konceptu antologia. Niemniej, pod względem treści wypada dość… przeciętnie. Na dziesięciu autorów w moim odczuciu mocniej wyróżnia się trzech (z czego od Dukaja wiele osób może się odbić). Pozostałe teksty są często „do przeczytania”, nie mam na ich temat szczególnych krytycznych uwag, ale nie jestem w stanie uznać tego zbioru za coś absolutnie wyjątkowego.


sobota, 6 kwietnia 2019

Obudź się i śnij. Tchorosty i inne wy-tchnienia: Dobra książka, tylko nie dla mnie


Zbiór opowiadań i powieść MacLeoda w jednym tomie. Te fantastyczne teksty to triumf ludzkiej wyobraźni, traktujące między innymi alternatywną historię naszego świata, opowiadające o przyszłości zamieszkanej przez prawie same kobiety oraz o znalezionej w lesie, bezdomnej dziewczynie.

Tytuł: Obudź się i śnij. Tchorosty i inne wy-tchnienia
Autor: Ian MacLeod
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Liczba stron: 688
Gatunek: fantastyka
Wydanie: Wydawnictwo Mag, Warszawa 2015
Trafianie na książki złe nie jest przyjemne. Nie jest to jednak najgorsza rzecz, jaka może przytrafić się czytelnikowi: w końcu i z takiej lektury można czerpać radość (określenie guilty pleasure istnieje nie bez powodu) albo naukę. Dużo gorsze jest trafianie na książki dobre… ale takie, których się absolutnie nie lubi.
Zacznijmy jednak najpierw od tego, czym jest „Obudź się i śnij. Tchorosty i inne wy-tchnienia”. To tak naprawdę dwa dzieła zamknięte w jednej książce. To pierwsze jest powieścią osadzoną w alternatywnej rzeczywistości (lata 40. XX wieku, Hollywood. Ludzkość odkrywa specyficzny rodzaj kina), a drugie to po prostu zbiór opowiadań. Mamy tu do czynienia przede wszystkim z fantastyką naukową, ale pojawiają się też treści fantasy, choć nie mamy tu klasycznej historii o magach, czarach i przygodach.
Sam wstęp do tych historii naprawdę mi się spodobał. MacLeod cudownie pisze o fantastyce i powodach jej powstania, dlatego początkowo poczułam, że to naprawdę ciekawy człowiek, którego teksty chce poznać. Problem polegał na tym, że po prostu coś mi w jego opowieściach „nie siadło”. Może to przez to, że mimo wszystko moje serce należy bardziej do fantasy niż fantastyki naukowej?
MacLeod naprawdę pisze jasno. Jego język nie należy do tych najlżejszych, ale jednocześnie jest klarowny, „codzienny” i wydaje mi się, że czytelnikom nieco bardziej obytym nie powinien sprawiać najmniejszej trudności. Na dodatek wszystkie jego treści traktują fantastykę jako wymówkę do opowiedzenia historii postaci z krwi i kości. Autor skupia się na emocjach i uczuciach swoich postaci, opowiadając historie, które w gruncie rzeczy mogłyby się zdarzyć i nam, gdybyśmy tylko usunęli elementy nadprzyrodzone. Zwykle naprawdę lubię takie podejście twórców, ale… niestety, nie w tym przypadku.
Osobiście prędko poczułam się przez całą tę książkę niezwykle znudzona. Mimo że niby czytało mi się ją całkiem przyjemnie, gdy już ją otwarłam, to musiałam się zmuszać, by do niej wracać ponownie. A że z reguły czytam często, ale krótko (bo trudno mi się skupić) to automatycznie tydzień czytania przeciągnął się w dwa tygodnie… trzy… aż poczułam się zmęczona samym faktem, że cały czas jestem w trakcie tej samej książki. Zwykle tego typu tytułu połykam w weekend, albo maksymalnie „tydzień roboczy”.
MacLeod przedstawia nam naprawdę ciekawe wizje. „Tchorost” pokazuje nam świat pozbawiony mężczyzn z bohaterką, która uczy się, kim takowy jest. „Południowa sadzawka” to chyba jedyne opowiadanie, które naprawdę mnie wciągnęło: to delikatna historia muzyka, który przygarnia pod swój dach zagubioną, bezdomną, ale dziką dziewczynę. „Obudź się i śnij” jest zaś ciekawą wizją świata i przy okazji naprawdę niezłym kryminałem. Niestety, ja po prostu tej książki nie potrafię lubić.
Nie żałuję spotkania z MacLeodem, ale jednocześnie… naprawdę mam dosyć tej książki dosyć. Chciałabym, by było inaczej: to naprawdę dobre dzieło pod kątem technicznym. Ale po prostu najwyraźniej nie jest to ani książka, ani twórca dla mnie.

* * *

Skoro wszystkie opowieści są ciekawym kłamstwem i gdyby spróbować ustalić jedną, ogólną zasadę dla całego gatunku historii fantastycznych, mogłaby ona brzmieć: Jeżeli próbujesz kłamać, rób to na wielką skalę. Dlaczego osadzać wydarzenia we własnej wersji istniejącego miasta, skoro można wymyślić całe nowe miasto? A kiedy już zaczyna się sobie to nowe miasto wyobrażać, wydaje się niemal brakiem wyobraźni autora, jeżeli ograniczy się tylko do zwykłej architektury, tradycyjnych nazw ulic, tradycji i sklepowych witryn. Szkoda byłoby się tak zamykać. I gdy raz pójdzie się tą drogą, zawsze – jak sądzę – istnieje pragnienie, by posunąć się nieco dalej. Być może potrzeba owa rodzi się z czegoś tak pospolitego jak naturalna, ludzka tendencja do przesady.
Fragment „Obudź się i śnij. Tchorosty i inne wy-tchnienia” Iana MacLeoda


Nomida zaczarowane-szablony