Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 września 2022

Golem: spodziewałam się czegoś innego


Przełom XIX i XX w. Atanazy Pernat, mieszkający w praskim getcie, zajmuje się wycinaniem kamei. Pewnego dnia w jego ręce trafia tajemnicza książka.




To, że jakaś książka jest klasykiem, wcale nie oznacza, że jest literaturą, która będzie mi się szczerze podobać. Na przykład doskonale wiem, że z twórczością takiego Witolda Gombrowicza nie jest mi kompletnie po drodze i nawet nie będę udawać, że mam ochotę po niego sięgać. Jak się okazało, do grona takich klasycznych twórców dołącza również Gustav Meyrink. Jego „Golem” zdecydowanie nie jest czymś dla mnie.

Przyznaję, że o tym twórcy w ogóle dowiedziałam się czystym przypadkiem. Wydawnictwo Vesper oferowało na stronie swojej księgarni paczkę z klasykami grozy, a że trzy na pięć miałam w planach, to po prostu wzięłam, uznając, że mogę taką literaturę sprawdzić. I niestety, po prostu nie trafiłam na coś, co mnie interesuje.

Golem
Gustaw Meyrnik
wyd. Vesper, 2014

Zacznijmy jednak od rzeczy, które w „Golemie” doceniam. Przede wszystkim: styl. W moje ręce trafiło pierwsze polskie tłumaczenie z 1919 roku autorstwa naszego poety, Antoniego Lange. I zdecydowanie widać, że słowa poukładane są zręcznie, a krótkie scenki same w sobie przynajmniej mi czytało się dobrze. To jest ładnie napisana i przetłumaczona powieść.

Drugą rzeczą jest nawiązanie do żydowskiej kabały. Acz nawiązanie samo w sobie, niekoniecznie już wykonanie, bo po prostu powieść w całości była dla mnie męcząca. Trzecią rzeczą są pojedyncze sceny, relacje między postaciami, opisy niektórych wydarzeń: te naprawdę momentami potrafiły mnie zainteresować.

Niestety, jak już wspomniałam, całościowo to nie jest kompletnie coś dla mnie. Być może dlatego, że najzwyczajniej w świecie spodziewałam się czegoś innego? Co prawda o autorze nie wiedziałam wcześniej właściwie nic, ale patrząc na tytuł i inne dzieła z podobnego okresu, miałam chyba nadzieję na opowieść o potworze i obserwację jego drogi. A jednak tego po prostu kompletnie nie dostałam. Za to dostałam opowieść, która docierała do mnie jak przez mgłę, a im bardziej próbowałam się na treści skupić, tym mniej docierał do mnie sens fabuły i po prostu traciłam zainteresowanie. 

Zdecydowanie, nie polubiliśmy się. I w gruncie rzeczy nawet nie jestem w stanie wskazać jakiś bardzo konkretnych powodów. To po prostu nie jest lektura dla mnie.


 

czwartek, 18 lutego 2021

Silver. Trzecia księga snów: To mogła być kreatywna przygoda.


Nikt w szkole, do której chodzi Liv, nie ma pojęcia, jakim cudem anonimowa blogerka wie coraz to więcej i więcej szczegółów na temat uczniów. Na dodatek, Arthur cały czas rośnie w siłę i zachowuje się coraz bardziej

 

Jeśli dobrze pamiętam, „Trylogia czasu” Kerstin Gier zaczynała się całkiem dobrze. Była całkiem kreatywna, nieźle tworzyła świat przedstawiony i mogła być czymś naprawdę całkiem unikatowym. Niestety, ten cykl został niemal dosłownie „zjedzony” przez romans. Fabuła trzech tomów trwała tydzień (!), a bohaterka non stop jedynie schodziła się i rozchodziła z głównym męskim protagonistom. Dlatego liczyłam, że w „Trylogii snów” autorka nauczona już poprzednim tomem stworzy coś lepszego. Może podobnego konstrukcyjnie, ale wykorzystującego w pełni potencjał pomysłu.

Silver. Trzecia księga snów
Kerstin Gier
Wyd. Media Rodzina, 2017
Trylogia snów, t. 3

Po „Silver. Księdze trzeciej snów” stwierdzam jednak, że i tym razem do końca jej to nie wyszło. Owszem, nie zmieniam zdania co do całokształtu: to dalej porządna warsztatowo powieść dla młodzieży, która przedstawia dobre wzorce, jest sympatyczna i ogółem w swojej kategorii naprawdę zasługuje na posiadaną popularność. Nie mam co do tego wątpliwości.

Musze też dodać, że element romantyczny wypada tu odrobinę lepiej. Co prawda główny – nazwijmy to – wątek – który ciągnie się od tomu drugiego, czyli „pierwszy raz”, o którym Liv regularnie myśli, był nieco męczący, ale jej sama relacja z Henrym jest po prostu wiarygodna. Co najważniejsze, trwa dość długo i stopniowo się rozwija, co w przypadku „Trylogii czasu” nie miało miejsca.

Problem niestety leży w samej konstrukcji głównej intrygi (która i tak schodzi na dalszy plan na rzecz szkolno-rodzinnych dramatów) oraz pomysłu autorki na śnienie. W tamtej serii element tworzenia świata był całkiem dobrze uzasadniony i choć wypadał raczej bardziej, niż mniej sztampowo to na tej podstawowej bazie miało to jakiś sens i mogło działać. I gdy w przypadku „Trylogii snów” pierwszy tom nie dał dobrych odpowiedzi, liczyłam, że da je w tomie drugim lub trzecim. Chciałam dowiedzieć się, W JAKI SPOSÓB to działa, kto za tym stoi, chciałam ciekawej intrygi z tym związanej. A dostałam… właściwie nic.

Bo Gier nie wyjaśnia, jakim cudem jej bohaterowie mogą dostawać się do snów. Mogą i już. Opisuje zasady, które w nich obowiązują, ale nie tłumaczy, jak to zjawisko wkrada się do naszego świata. Nie dostajemy też żadnej większej organizacji, czy dorosłej osoby, będącej specjalistą od tego typu działań. Wszystkie czyny i działania należą do nastolatków, którzy – jak na osoby w tym wieku przystało – zachowują się często melodramatycznie, emocjonalnie i irracjonalnie. Z tego powodu śmiem też twierdzić, że główny złoczyńca tej historii jest jednym z najgorzej skonstruowanych i najnudniejszych antagonistów, z jakimi ostatnio się zetknęłam.

Naprawdę im dalej brnęłam w lekturę, tym mniejszą miałam na nią ochotę. Mam poczucie, jakbym przeczytała trzy razy tę samą powieść, zamiast trzech tomów jednego cyklu. Ich schematy są do siebie naprawdę bardzo podobne i nie wprowadzają wcale nic nowego, a przynajmniej: dla mnie tego nie robią. Bo nastoletni czytelnik, do którego będzie bardziej przemawiać typowa „teen drama” pewnie łyknie to wszystko, jak na młodego pelikana przystało. I właściwie dobrze, bo pod tym względem to nie jest najgorsza książka. Niestety, jednak ja szukam na pierwszym miejscu ciekawej historii oraz kreatywnego podejścia do tworzenia fantastycznych światów, a nie powieści dla konkretnej grupy wiekowej.


piątek, 5 lutego 2021

Silver. Druga księga snów: Ciąg dalszy szkolno-rodzinnych dramatów z dodatkiem magii

 

Gdy Anabel trafiła do szpitala psychiatrycznego, Liv oraz jej bliscy w końcu mogli odetchnąć z ulgą. Wszystko w życiu nastolatki wydaje się układać. Jej mama jest szczęśliwie zakochana, wraz z siostrą coraz lepiej odnajdują się w szkole, a Henry zdaje się być chłopakiem marzeń. Na dodatek wciąż mogą spędzać całe noce we wspólnych snach na jawie! Sielanka jednak kończy się, gdy Liv odkrywa, że jej ukochany coś przed nią ukrywa.

 

Silver. Druga księga snów
Kerstin Gier
wyd. Media Rodzina, 2016
Trylogia Snów, t. 2

Bardzo często w sieci widzę „Trylogię snów” Gier ocenianą od razu w całości. Osobiście nie lubię tego robić, bo każdy tom może mieć różny poziom i różne wątki. Rozwijać inne tematy. Jednak odnoszę wrażenie, że w przypadku tego cyklu to jednak mogło być uzasadnione. O „Silver. Drugiej księdze snów” właściwie nie mam bowiem co pisać. To w całości powtórka z rozrywki.

Ponownie główny nacisk położony jest na sytuację szkolno-rodzinną głównej bohaterki. To niesnaski wynikające z połączenia dwóch rodzin są tu najważniejsze. Liv właściwie cały czas myśli o swoich bliskich, o tym co powinni, a czego nie powinni robić. Oczywiście młoda bohaterka wiele czasu spędza również ze swoim nowym chłopakiem, który jest miły, kochany i dobry. Z resztą, tę książkę Gier cechuje spora dawka ciepła. Wszyscy otaczający naszą główną bohaterkę to ludzie mili, którzy są względem siebie dobrzy, wyłączając te wyraźnie czarne charaktery.

A sny? One są tylko pewnym dodatkiem. To trochę jak z serialem „H2O – wystarczy kropla". Niby główne bohaterki zamieniają się w syreny, gdy tylko ich ciała dotknie woda, ale w gruncie rzeczy serial opowiadał raczej o codziennym życiu. Ogony jedynie czasem pomagały im te problemy rozwiązać, lub je powodowały, ale w gruncie rzeczy była to pewna metafora dla zwyczajnych, nastoletnich „dram”. Tu mamy to samo. Liv wykorzystuje sny np. po to, aby spotkać się ze swoim ukochanym, gdy ten w ciągu dnia z jakichś powodów nie może tego zrobić.

Intryga, czy cała zagadka wiążąca główną fabułę jest dość podobna w swoim tempie i klimacie, jak ta z pierwszej części. To znaczy, niby jest, ale ani wiele nie wyjaśnia, ani nie jest szczególnie interesująca, czy kreatywna. Ot, grupa dzieciaków zyskała umiejętność świadomego śnienia oraz odwiedzania się w snach z jakiegoś powodu. Jakiego? Nie wiemy. To z resztą zdaje się nie być zbyt istotne dla fabuły.

Naprawdę chyba nie mam już nic do dodania. „Silver. Druga księga snów” daje czytelnikowi dokładnie to samo, co tom pierwszy. Jest przy tym porządną literaturą młodzieżową, z którą pewnie nieźle utożsami się wiele nastolatek. Ale sny to tak ciekawy motyw, że jednak czuję się nieco zawiedziona. Liczyłam na masę szaleństwa, na feerię barw, na kreatywne wykorzystanie nocnych mar, a tego wewnątrz po prostu nie ma.


niedziela, 24 stycznia 2021

Silver. Pierwsza księga snów: sympatycznie dla młodzieży, choć nie bez wad

 Rodzina Liv od lat regularnie się przeprowadza. Tym razem wraz z szesnastolatką przemieszczają się do Londynu. Wraz z młodszą siostrą dziewczyna trafia do bardzo dobrej szkoły, gdzie poznaje czwórkę starszych chłopców, którzy wyraźnie coś ukrywają.

 

Kerstin Gier to niemiecka pisarka, która do tej pory była mi znana z „Trylogii czasu”. To cykl dla młodzieży z całkiem dobrym pomysłem wyjściowym, ale koniec końców wykonany trochę „na szybko” i ze zbyt dużym skupieniem się na romansie. Niemniej, wspominam ją lepiej niż większość na przykład amerykańskich powieści fantasy dla młodzieży i mimo wszystko byłam trochę ciekawa drugiej trylogii tej autorki. W końcu jestem po pierwszej części, czyli „Silver. Pierwszej księdze snów” i faktycznie moje zdanie zdaje się potwierdzać. Mianowicie, Amerykanie może i piszą najwięcej tego typu książek, ale robią to jednocześnie chyba najgorzej. Bo choć początek tej serii ideałem nie jest to ma w sobie coś naprawdę uroczego.

Ową uroczość widać już na pierwszy rzut oka, bo właściwie cała książka jest wydana w absurdalnie słodki sposób. Twarda oprawa z posrebrzanymi elementami, śliczna wklejka wewnątrz, ilustracje kwiatów co kilka stron… To trochę książka-zabawka, którą aż przyjemnie trzyma się w ręce.

Silver. Pierwsza księga snów
Kerstin Gier
wyd. Media Rodzina
Trylogia snów, t. 1

Jak jednak wypada treść? Na pewno sam język Gier jest przystępny i lekki. Miły, ale nie nadmiernie infantylny. Nie jest przy tym wybitnie kreatywny czy poetycki, ale jak najbardziej: poprawny. Jeśli to jest dla kogoś istotne: w przypadku tego cyklu mamy narracje pierwszoosobową. Nie mamy tu też wulgaryzmów, ale za to treść w pewnym momencie fabuły zaczyna mocno kręcić się wokół seksualności, czy średniego wieku bycia dziewicą. Szczerze mówiąc, zawsze mnie to dziwi w przypadku książek dla młodzieży, zwłaszcza tych wycelowanych w nieco młodsze dziewczyny. Liv ma 16 lat: to naprawdę nie jest aż tak dużo! Niemniej, w tym wypadku do pewnego stopnia ten temat jest uzasadniony fabułą.

Pierwsza część „Silver” i z resztą cały ten cykl zawsze kojarzył mi się z czymś BARDZO mocno skupionym na śnie. Nawiązuje do niego okładka czy tytuł, a czytane przeze mnie recenzje zawsze zachwycały się tym elementem. Dla mnie jednak ta książka właściwie bardziej przypomina obyczaj z dodatkiem fantastyki. Lwia część tej historii to opisy przeprowadzki, problemów życiowych czy szkolnych głównej bohaterki. Te elementy magiczne oczywiście tu występują, ale nie są ani wprowadzone w jakiś wyjątkowo kreatywny sposób, a na to skrycie liczyłam. Niestety, o ile więc targetowi tej książki być może taki podział naprawdę się spodoba, o tyle mnie perypetie szkolno-sercowe już niekoniecznie interesują, a świat przedstawiony mógłby wyglądać znacznie lepiej.

Szczególnie, że przynajmniej w tym tomie nie mamy jakiejś szczególnej ilości akcji pod kątem głównej osi fabularnej. Gier rysuje nam obraz złego, tworzy nawet jakąś intrygę, ale koniec końców to nie ona gra w tej książce pierwsze skrzypce. Naprawdę znacznie istotniejsze są problemy nastolatek i choć wiem, że to ważny element powieści młodzieżowych to ja po tego typu powieści nie sięgam dla nich.

Mam też kilka myśli związanych z tą powieścią ogólnie. Po pierwsze, matka Liv to wykładowczyni literatury, która co rok przenosi się do innego państwa. Wydawało mi się to dość niewiarygodne, choć jednocześnie jestem w stanie przymknąć na to oko w przypadku powieści dla młodzieży. Po drugie, trochę boli mnie to, że w powieściach tego typu główna bohaterka niemal zawsze wpada w środowisko, które samo w sobie jest dość toksyczne. Co prawda autorka powieści nie normalizuje tego faktu (co robi wiele współczesnych powieści… niestety), ale jednak jestem trochę tym trendem zmęczona. Po trzecie, sam wątek romantyczny (który tu oczywiście jest) wypada bardzo uroczo i trzymam kciuki, aby autorka zostawiła go w dalszych tomach w takim statusie, w jakim jest. Liczę, że postawi na dobrą linię fabularną, a element romantyczny będzie jedynie istniejącym w tle dodatkiem, który czasem popycha historię do przodu. Ale to się jeszcze okaże.

Choć uważam, że Gier naprawdę mogła wyciągnąć z konceptu snu znacznie więcej to koniec końców pierwszy tom „Silver” wydaje mi się naprawdę porządną propozycją dla młodzieży. Pięknie wydany, sympatyczny i jednak bardziej kreatywny niż amerykańskie powieści jest po prostu powieścią napisaną przez osobę, która dobrze wiedziała, co robi.


piątek, 8 stycznia 2021

Dramat zwierząt domowych: co dzieje się z naszymi pupilami?

 

Ludzkie niedopatrzenie, okrucieństwo czy nieprawidłowa hodowla to jedynie niektóre z powodów licznych cierpień domowych pupili. Co najbardziej krzywdzi naszych podopiecznych i w jaki sposób doprowadza do ich zgonu? Achim Gruber, weterynarz patolog, dzieli się swoimi doświadczeniami.

 

Gdy sięgam po tego typu tytuł raczej spodziewam się prozy popularnonaukowej, która wyłoży mi pewną problematykę w sposób lekki i z dodatkiem odrobiny ciekawostek. Achim Gruber podszedł jednak do swojej książki w sposób nieco inny. Jego „Dramat zwierząt domowych” to najpierw literatura faktu, zbierająca jego historie, anegdotki i opinie. Dopiero później wiedzę, która może przydać się posiadaczowi zwierzęcia lub zwierząt. Co prawda robi to w sposób całkiem interesujący, jednak przyznaję, że nie jest to lektura pozbawiona wad.

Dramat zwierząt domowych
Achim Gruber
wyd. Feeria, 2020
„Dramat zwierząt domowych” rozpoczyna się od opisów spraw, nad którymi pracował autor. Przedstawia nam historie z ogrodów zoologicznych; opisuje sekcje zwłok rasowych zwierząt, czy postrzelonych w lesie psów. Skupia się na ciekawostkach, opisując czasem niedorzeczne lub wręcz okrutne przypadki. Nie zachowuje jednak przy tym obiektywizmu, naprawdę chętnie dzieląc się swoimi opiniami. Nie dziwię się: jest przecież weterynarzem, a nie dziennikarzem piszącym profesjonalny reportaż. Gdy jedna trzeba wyjaśnić kwestie medyczną robi to w sposób jasny i interesujący, a wydaje mi się, że w tego typu książkach to jest mimo wszystko najważniejsze.

Przyznaję, że generalnie to tej pierwszej części książki nie miałam większych zarzutów. Ot, dostałam od autora garść całkiem ciekawych historii kryminalnych, przy okazji dowiadując się kilku ciekawostek ze świata zwierząt, który przecież jak najbardziej mnie interesuje. A potem Gruber postanowił przejść do kwestii hodowli zwierząt rasowych...

Początek rozdziału o zwierzętach rasowych to właściwie wykład opinii autora na temat hodowców. Według niego tworzenie ras jest procederem zupełnie sztucznym i złym; jego kundel jest istotą przewyższającą genetycznie każdego rasowego psa czy kota, bo został stworzony w sposób naturalny. I choć w dalszej części zdanie Grubera mięknie to jako weterynarz będzie dla wielu osób autorytetem i może mocno zniechęcić innych do idei hodowania zwierząt w ogóle. A przecież chcemy mieć wokół siebie psy, koty czy inne żywe stworzenia: w końcu to daje nam radość.  W jaki więc sposób mamy je pozyskiwać? „Naturalnie”? Może biorąc psy do parku dla zwierząt, spuszczając je ze smyczy i hulaj dusza – niech się dzieje co chce! To na pewno jest bardziej odpowiedzialne podejście, niż staranny dobór osobników, połączony z genetycznymi badaniami, co robi się w dobrych hodowlach psów czy kotów.

Na szczęście, jak wspominałam, po tym wstępnie autor mięknie i skupia się po prostu na konkretnych problemach, które w hodowlach faktycznie występują. Są one być może z tych bardziej, niż mniej znanych (psy z krótkimi pyskami, geny merle, kwestia chowu wsobnego itd.), ale biorąc pod uwagę, że taka lektura ma z założenia trafić do jak najszerszego grona czytelników: nie dziwi mnie to, ani też nie gorszy.

Koniec końców, jestem z lektury zadowolona, choć absolutnie nie zachwycona. To na pewno tytuł, który ma szansę poszerzyć wiedzę i świadomość czytelnika, zwłaszcza jeśli ten zwykle o zwierzętach nie czyta. Być może nawet dzięki tej lekturze niektóre zwierzęta zostaną szybciej zdiagnozowane, a w przypadku innych: poprawi się ich poziom życia, co jest zawsze jak najbardziej dużą zaletą tego typu książek. Czy jednak „Dramat zwierząt domowych” jest przełomem i czymś, co każdy miłośnik zwierząt powinien przeczytać? Ku temu mam wątpliwości: wiele wiedzy zawartej w książce swobodnie da znaleźć się w sieci w bardziej skondensowanej wersji. Mimo wszystko, zbyt wiele jest w tym tytule samego autora oraz jego wspomnień, aby uznawać „Dramat zwierząt domowych” za kompendium wiedzy albo przełomowe dzieło, przedstawiające ciekawe badania czy fakty.


środa, 22 kwietnia 2020

Smoczy jeździec: Ben w baśniowej podróży do Skraju Nieba



Gdy ludzie poszerzają swoje siedziby, smoki nie mają gdzie się ukryć. Młody Lung wyrusza więc na wyprawę w poszukiwaniu legendarnego Skraju Nieba, które od tysięcy lat miało być ostoją dla jego gatunku. W wyprawie towarzyszy mu samotny chłopiec, Ben, oraz oddana przyjaciółka Siarczynka.

Tytuł: Smoczy jeździec
Autor: Cornelia Funke
Tłumaczenie: Anna Urban, Miłosz Urban
Liczba stron: 448
Gatunek: fantasy
Wydanie: Media Rodzina, Poznań 2005
Gdy myślę o powieściach młodzieżowych ze smokami w roli głównej moimi pierwszymi skojarzeniami są „Eragon” Paoliniego i „Kroniki Świata Wynurzonego” Troisi. Nic dziwnego, że właśnie czegoś takiego się spodziewałam po „Smoczym jeźdźcu”. Nie wiem dlaczego, ale ubzdurałam sobie początkowo, że to high fantasy dla młodzieży. Powieść prędko wyprowadziła mnie jednak z błędu. Książka Funke to raczej dzieło skierowane dla tych starszych dzieci, które lada moment zostaną młodzieżą, ale jednak dalej szukają bajkowych elementach w lekturach.
Dlatego, że już na pierwszych kilku stronach dostajemy od autorki gadającego szczura i świat przedstawiony budowany właśnie w baśniowy, a nie fantastyczny sposób. Choć autorka stara się wszystko w miarę uzasadniać to ja, jako dorosły czytelnik, nie byłam w stanie w jej uniwersum uwierzyć. To z resztą wyraźnie nie było jej zamiarem. Ta powieść jest naprawdę dobrą, ale jednak – literaturą dziecięcą.
W gruncie rzeczy autorka przedstawia nam powieść drogi w najbardziej klasycznym wydaniu. Nasi bohaterowie tworzą drużynę, która wspólnie próbuje dotrzeć do celu i zmaga się z przeciwnościami losu. A właściwie z jedną przeciwnością. Funke kreuje bardzo czarno-biały świat, w którym po prostu nie mogło zabraknąć antagonisty. Główni bohaterowie zaś są po prostu z założenia dobrzy, nawet jeśli mają jakieś pojedyncze wady nad którymi muszą popracować.
Dość sympatyczny jest w tej powieści edukacyjny element. Bohaterowie przemierzają dość dużą część świata, co Funke wykorzystuje, aby opowiedzieć kilka słów o kulturze Indii, wyjaśnić, czym są Himalaje, czy też wyjaśnić, jakie pragnienia mieli w średniowieczu alchemicy. To wypada jednak niezmiernie naturalnie; jest po prostu integralną częścią opowieści Funke, a nie czymś wrzuconym w nią na siłę.
To nie jest moje pierwsze spotkanie z autorką. Cornelie Funke poznałam już w „Atramentowym sercu” oraz „Królu złodziei”. Po latach chciałam się przekonać, czy ta pisarka naprawdę jest tak dobra, jak ją wspominam i… muszę przyznać, że nie mm pojęcia. Nie potrafię tego określić po „Smoczym jeźdźcu”. Bo choć to dobra literatura dla swojego targetu to nie widzę w niej żadnych nadzwyczajnych innowacji czy ponadprzeciętnych zdolności autorki. Ot, to porządna książka w swojej kategorii.
Jeśli szukacie lektury dla swoich młodszych bliskich – myślę, że swobodnie możecie ten tytuł im polecić. Jeśli sami lubicie takie powieści też wydaje mi się, że się nie zawiedziecie. Niemniej, nie popełniajcie moich błędów i nie bierzcie tej powieści Funke za dzieło przeznaczone dl starszej młodzieży. Bo mimo wszystko „Smoczy jeździec” to bajka dla dzieci. Ładna, ale nieprzeznaczona dla starszego czytelnika.

* * *


– Nigdzie nie lecisz.
– A niby dlaczego? – Koboldka skrzyżowała ręce z urażoną miną.
– Bo to jest niebezpieczne.
– Wszystko mi jedno.
– Przecież nie cierpisz latania. Robi ci się niedobrze.
Przyzwyczaję się.
– Będziesz tęsknić za domem!
– Za czym? Myślisz, że będę czekać, aż mi ryby obgryzą łapki? O nie, lecę z tobą.
Lung westchnął.
– No dobrze – mruknął. – Możesz lecieć. Tylko nie narzekaj, że cię ze sobą wziąłem.
– To cię akurat nie ominie – powiedziała szczurzyca. Zachichotała i zeskoczyła ze skały na mokrą trawę. – Koboldy są szczęśliwe tylko wtedy, gdy mogą sobie ponarzekać.
Fragment „Smoczego jeźdźca” Corneli Funke

wtorek, 26 lutego 2019

Z psem przez stulecia: Gdy książka nie wie, czym chce być, ale ma dobrego tłumacza


Pies od lat jest uznawany za najlepszego przyjaciela człowieka. Co jednak złączyło nasze ścieżki?

Tytuł: Z psem przez stulecia
Autor: Hans Bauer
Tłumaczenie: Jan Żabiśki
Liczba stron: 239
Gatunek: literatura faktu
Wydanie: Wiedza Powszechna, Warszawa 1968
„Z psem przez stulecia” to książka specyficzna: ni to książka naukowa, ni to dziwna literatura faktu. Oryginalnie została wydana w latach 50. XX wieku, a w Polsce pojawiła się w 1968. Nie jest to więc pozycja wyjątkowo aktualna, chociaż przynajmniej teoretycznie jej historyczna część powinna być rzetelna i sprawdzona.
Problem polega na tym, że „Z psem przez stulecia” Hansa Bauera to książka absolutnie pozbawiona żadnych przypisów. Czytając, miałam wrażenie, że to trochę taki współczesny, blogowy wpis. Autor informuje nas o tym, co kiedyś usłyszał, lub wyczytał. Czasem podaje zdawkowe i niepotrzebne informacje (jakiś pies zrobił tak i tak w jakimś mieście w Europie).
Książka czasem też nie wie, czym chce być. Ma przedstawić czytelnikowi historię ludzko-psiej relacji od starożytności, a może pokazać, jak to wygląda teraz? A może jednak lepiej najpierw wyjaśnić czytelnikowi jak wygląda psia psychika, bo inaczej nie zrozumie treści? Czytając, miałam wrażenie, że autor w żaden sposób nie usystematyzował historii życia psa i człowieka, wrzucając dane w stosunkowo losowy sposób.
Nie zmienia to faktu, że „Z psem przez stulecia” bardzo dobrze się czyta. Choć to nie zaskoczenie, jeśli spojrzymy na tłumacza tego tytułu. Jan Żabiński to niezwykła postać wśród polskich zoologów: niegdyś dyrektor warszawskiego zoo, który w trakcie II wojny światowej troszczył się zarówno o zwierzęta, jak i o ludzi, potem radiowiec, odsunięty od prowadzenia swojego ukochanego ogrodu w związku z zatargami z ówczesną władzą. To człowiek z pasją, co chyba po prostu w tym tłumaczeniu widać.
            Czy samo wnętrze książki jednak cokolwiek wnosi? Tak, ale… nie dla kogoś, kto jest psiarzem od lat. O większości historii podawanych przez autora po prostu słyszałam; brakło mi wewnątrz konkretnej, dokładnej analizy relacji człowieka z psem. Ponadto zawsze w przypadku takich książek należy wziąć pod uwagę ich wiek. Wiele z faktów podawanych przez Bauera mogło się zdezaktualizować i nim wykorzystamy gdzieś jego dane to warto je dodatkowo zweryfikować, nie tylko przez wzgląd na brak przypisów.
Warto jeszcze w przypadku tej pozycji nadmienić, że wewnątrz nie brakuje czarno-białych zdjęć, które w ciekawy sposób mogą przenieść nas w przeszłość i pokazać, jak te kilkadziesiąt lat temu wyglądały psy konkretnych ras, a warto pamiętać, że niektóre z nich przez te dziesięciolecia naprawdę się zmieniły. Choć wzorce teoretycznie pozostały te same, zwierzęta potrafią naprawdę diametralnie różnić się od tych, które widzimy współcześnie na ringach wystawowych.
Jak w przypadku wielu starszych książek „poradnikowych”, tak i „Z psem przez stulecia” jest raczej ciekawostką, niż pozycją, po którą koniecznie trzeba sięgnąć. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że bardzo podoba mi się sam jej zamysł i bardzo chętnie sięgnęłabym po coś o tej samej tematyce, tylko współczesnego i lepiej opracowanego.


piątek, 12 stycznia 2018

Upadek Arkadii: Jest przyzwoicie.

Rosa i Alessandro zostają wrobieni w morderstwo sędzi. Od tej pory muszą poruszać się po Sycylii w ukryciu, jednocześnie próbując rozwiązać zagadkę Arkadii. Czy jednak uda się im uniknąć aresztowania, lub śmierci z ręki wrogów, których wciąż im przybywa?

Pierwszy tom dość mocno mnie wymęczył. Drugi był zdecydowanie lepszy, zwłaszcza w kontraście z poprzednikiem. Trzeci i ostatni wypadł prawdopodobnie na zbliżonym poziomie, jednak przez brak przeskoku, widocznego wcześniej, nie zrobił już na mnie aż takiego wrażenia.
Tytuł: Upadek Arkadii
Tytuł serii: Arkadia
Numer tomu: 3
Autor: Kai Meyer
Tłumaczenie: Emilia Kledzik
Liczba stron: 456
Gatunek: powieść młodzieżowa, fantasy, romans
Wydanie: Media Rodzina, Poznań 2014
Ta trylogia ma jeden, olbrzymi atut, który wyróżnia ją na tle innych książek młodzieżowych: jest od początku do końca bardzo dobrze zaplanowana. Często czytając takie powieści mam wrażenie, że autorka (bo zwykle są to jednak panie) nie wie, co chce zrobić z bohaterami, wciska do historii każdy swój pomysł i ostatecznie dostajemy jeden, wielki chaos. Kai Meyer jednak zaplanował swoją historię bardzo precyzyjnie. Każdy element w niej jest istotny, każdy coś wnosi do powieści. Tego naprawdę w powieściach dla młodzieży często brakuje, a szkoda!
Niestety, zaleta w tym przypadku przekłada się także na wadę „Upadku Arkadii”: całość jest po prostu dość sztuczna. W chwili, w której dosłownie wszystko łączy się w całość, w chwili, w której historia nie ma w sobie nic z przypadku traci na naturalności. Życie, mimo wszystko, ma zawsze w sobie odrobinkę chaosu, a tu nie znajdziecie go najmniejszej ilości. Miałam wrażenie, że Meyer trochę nie potrafił wyważyć planowania ze sprawieniem, aby historia wypadała realistycznie.
Wydaje mi się jednak, że osoba mniej krytyczna ode mnie tego braku naturalności nie zauważy. A poza tym to naprawdę ciekawa lektura, o ile oceniamy ją w „młodzieżowej” skali. Porusza ciekawa tematykę.  Być może jako historia przeznaczona dla dorosłego czytelnika nie sprawdziłaby się, głównie przez naiwność niektórych sytuacji (jednak nie wyobrażam sobie nastolatków, którzy rządziliby mafią), ale dopóki spogląda się na nią jako na młodzieżówkę osobiście nie widzę większych powodów do wytykania jej błędów. Gdyby tylko tom pierwszy był na takim samym poziomie...
Skłamałabym mówiąc, że czuje przywiązanie do bohaterów; że interesuje mnie wątek romansowy; że przejmuje się losem postaci. Niestety, powieść młodzieżowa to dla mnie już zwykle „za mało”, bym była w stanie to zrobić. Niemniej, postacie nie irytowały mnie, co można już uznać za zaletę.
„Upadek Arkadii” czyta się błyskawicznie. Styl Meyera nie wydaje się infantylny, jak to często z takimi powieściami bywa, jest też stosunkowo surowy, ale przy tym jest lekki. Tekst się nie dłuży i bez problemu można naprawdę szybko przebrnąć przez tę historię.
Nie uwielbiam i nie będę uwielbiała tej trylogii. Niemniej, uważam, że fani powieści młodzieżowych, których interesuje fantastyka mogą na nią zerknąć i sprawdzić, czy spodoba się im ta opowieść. Zwłaszcza, że sama konstrukcja fabuły jest naprawdę porządnie wykreowana jak na tego typu powieść.

* * *

Czasem – powiedziała – dwoje ludzi mija się, spogląda sobie przez chwilę w oczy i pozostaje tylko życzenie. Marzenie o tym, co mogłoby się wydarzyć. Odchodzą, z każdym krokiem dalej od siebie i od swoich snów.

Fragment „Upadku Arkadii” Kaia Meyera

wtorek, 10 października 2017

Przebudzenie Arkadii: Włoska mafia, fantastyka i romans

Biedronko, wszyscy ksiązkocholicy muszą Cię uwielbiać: tona książek po 5zł! A ja wśród nich wygrzebałam pierwszy i trzeci tom trylogii „Arcadia”. Szybko więc, płacąc dodatkowe 10zł dorwałam drugi i tak oto skompletowałam serie, nie mając tego w planach :) Także jeśli chcecie poczytać o pewnej powieści młodzieżowej zapraszam do czytania.


Tytuł: Przebudzenie Arkadii
Tytuł serii: Arkadia
Numer tomu: 1
Autor: Kai Meyer
Tłumaczenie: Emilia Kledzik
Liczba stron: 448
Gatunek: romans, fantasy młodzieżowe
Wydanie: Media Rodzina, 2013

Rosa ucieka z Nowego Jorku, by zamieszkać na jakiś czas u swojej ciotki, na Sycylii. Nie ma jednak pojęcia w co się pakuje. Jej rodzina to jedna z mafijnych rodzin, za którą kryje się mitologiczna tajemnica Arkadii.
Gdy w samolocie poznaje Alessandra nie ma pojęcia, że powinna nienawidzić tego tajemniczego młodzieńca, który prędko zaczyna ją interesować.

Miałam plan niezwykle radośnie zacząć ten tekst. Niestety, w czas się zorientowałam, że przez to zaspoilerowałabym połowę historii, a tego zdecydowanie nie chce. Cóż, taki los recenzenta! Dlatego wybaczcie, musimy zacząć dość sztampowo.
„Przebudzenie Arkadii” zdecydowanie nie jest najgorszą młodzieżówką jaką czytałam – za to jest jedną z tych, która niespodziewanie mnie po prostu wymęczyła. Niby styl autora jest lekki, niby powinno być przyjemnie, a jednak nie umiałam w tą historię się wgryźć aż do końca.
Autor – bo mimo tendencji, tę książkę napisał mężczyzna – wziął na tapet połączenie kilka ciężkich tematów. Włoska mafia, problemy rodzinne, wegetarianizm, dorastanie, romans, aborcja i gwałt z domieszką fantastyki, wrzucone do jednego wora to naprawdę wybuchowa mieszanka. Niestety, moim zdaniem nie do końca to wychodzi: przy tym wszystkim styl Meyera jest zbyt młodzieżowy, by całość mogła wybrzmieć, zaś młoda bohatera zbyt głupia i naiwna, by pasowała do tak brutalnego świata.
W pewnym sensie jest to typowa historia o emo-samotniczce, zakochującej się w tajemniczym chłopaku, tylko dla dramatyzmu podkoloryzowaną mocnymi dylematami bohaterki. Niestety, Rosa nie jest dojrzała jak na swój wiek: to kleptomanka, która ucieka od wszystkiego, zamiast wziąć sprawy  w swoje ręce. Jej naiwność często doprowadza do nieprzyjemnych sytuacji, a jak na nastolatkę przystało, zakochuje się niemal od ręki, [SPOILER] mimo że dopiero co była w depresji po stracie dziecka [KONIEC SPOILERA]. Przy tym wszystkim choć jest wegetarianką bardzo lubi szynkę, co w pewnym momencie nieźle mnie rozbawiło.
Ona po prostu nie pasuje do tak poważnego świata,  który przez młodzieżowość został niezwykle spłaszczony. Autor próbował wprawdzie oddać „mroczne” klimaty, ale jakoś nie byłam w stanie uwierzyć w tę mafię i powody, dla których w ogóle do niej dołączyła. Zaś sam wątek fantastyczny jest na moje oko dość naciągany i nijaki.
To chyba te rzeczy sprawiły, że wcale nie miałam ochoty po książkę sięgać po jej zamknięciu. Męczyła mnie ta cała poważna otoczka i próba wyciśnięcia z tematu czegoś więcej, niż „po prostu młodzieżówki”.
Niemniej, to wszystko do pewnego stopnia działa. Temat mafii ma prawo zaciekawić, a czająca się w tle zagadka i romans może pociągać. Wbrew pozorom, nie ma tu aż tylu absurdów, ile można znaleźć w innych dziełach tego typu, a za w ogóle próbę poruszenia trudniejszych kwestii należą się autorowi może niewielkie, ale jednak – gratulacje. Nie spodziewajcie się jednak realnie przedstawionego świata mafii i porządnej lektury. Na Boga, to w końcu młodzieżówka :)
Osoby lubiące młodzieżówki i zainteresowane tym tematem mogą ją sprawdzić: pewnie poczujecie się zadowoleni z lektury. Ja jednak po prostu chce czegoś innego od książki, a temat tej nie bardzo wpasował się w moje gusta.

* * *

– Będę, kiedy nadejdzie czas.
– Jaki czas?
– Kiedy przestaniesz patrzeć na ludzi, jakby właśnie wypowiedzieli ci wojnę. I kiedy zauważysz – wskazał ręką za przepaść – że niektóre rzeczy wyglądają na koniec świata, ale po drugiej stronie życie toczy się dalej. Być może potrzeba tylko dostatecznie dużego kroku, żeby się tam dostać.

Fragment „Przebudzenia Arkadii” Kaia Meyera


sobota, 9 września 2017

Kobieta w czerni: Po prostu głupia

Na Boga, cóż ja zrobiłam? Gdy kupowałam majowy numer Nowej Fantastyki zajrzałam na książki w kiosku. W oczy wpadł mi pierwszy tom tej serii. Kosztował 2zł, więc po prostu go wzięłam, tak z czystej ciekawości. Nie powiem, by to był najlepszy z możliwych pomysłów :D

Tytuł: Kobieta w czerni
Tytuł serii: Czarne perły
Numer tomu: 1
Autor: O. S. Winterfield
Tłumaczenie: Anna Just
Liczba stron: 192
Gatunek: literatura kobieca
Wydanie: Edipresse Polska S. A., Warszawa 2017

Odkąd skończyła dziesięć lat Stella mieszkała w internatach. Teraz ma osiemnaście i wraca do rodzinnego zamku na wieść o śmierci ojca. Dziedziczy po nim wielki majątek, jednak jednocześnie odkrywa, że jej rodzina skrywa większe tajemnice, niż mogłaby przypuszczać.

Raczej nie kupuje takich serii, do jakich zalicza się ta książeczka: tanich i dostępnych w kioskach. Dlatego już pierwsza styczność z tą książką wprawiła mnie w niezłe osłupienie. Nie dość, że „Kobieta w czerni” nie ma nawet dwustu stron to czcionka wewnątrz jest tak olbrzymia, jak w książkach dla dzieci. Biorąc pod uwagę, gdzie kupiłam książkę, reklamy na wewnętrznych stronach okładek oraz informacje o tekście „ułatwiającym czytanie” targetem tej książki niewątpliwie są starsze kobiety, mające już (prawdopodobnie) problemy ze wzrokiem. Niestety, wydawca wyraźnie nie wierzy w inteligencje czytelniczek, biorąc pod uwagę, co raczy im serwować.
Ta książka to po prostu głupawa, naiwna historyjka, w której kompletnie nic nie trzyma się kupy i poza tym, że czyta się ją błyskawicznie nie ma zbyt wielu zalet. „Kobieta w czerni” może i łatwo wchodzi, ale mam wrażenie, że nawet sławne „Pięćdziesiąt twarzy Greya” ma więcej sensu, niż ta opowiastka.
To nie miała być młodzieżówka, a lekka, pełna miłości i namiętności powieść dla dorosłej kobiety. Niestety, jej autor popełnił chyba wszystkie typowe błędy dla autorów new, czy young adult. Główna bohaterka ma dopiero osiemnaście lat. Powinna się uczyć i studiować, a przynajmniej chcieć to robić. Niestety, jej nawet nie przemknie to przez myśl. Stella jest głupiutką dziewczynką, której w głowie tylko otwieranie krypt i płacz, bo dwie osoby powiedziały jej coś niemiłego... Co ona oczywiście odbiera tak, jakby cały świat jej nienawidził.
„Kobieta w czerni” to nie jest książka, której fabuła trzyma się kupy. Wybaczcie za spoilery, które pojawią się za chwilę, ale to tak krótka historia, że po prostu nie mogę nie omówić jej wad, nie zdradzając pewnych szczegółów.
[SPOILER] Główny wątek książki dotyczy ucieczki Stelli z rodzinnych stron. Czemu dziewczyna ucieka? A no dlatego, że jakaś starucha powiedziała, że nad jej rodem wisi jakieś przekleństwo, a ona sama jakże mądrze otworzyła kryptę matki, przez co mieszkańcy okolicy mają ją za wariatkę/diabła/dziwaka. Dlatego też musi w tajemnicy uciekać z własnego domu, mając ogromną ilość funduszy i spore możliwości by się bronić. [KONIEC SPOILERA]. To tylko jeden przykład irracjonalności tej historii, a uwierzcie mi, na tych niespełna dwustu stronach jest ich więcej.
Tu nie ma żadnego porządnego bohatera. Nie ma też porządnego stylu: tłumaczenie zdaje się leżeć i kwiczeć, zaś narrator kilkukrotnie musi nas informować o tych samych rzeczach. Przez swoją irracjonalność ta opowieść nie uczy i nie wnosi kompletnie nic, przy okazji nie wiedząc, czym chce być. Romansem? Obyczajówką? Książką o podróżach nastolatki? A może jednak horrorem? To naprawdę nie jest dobra literatura.
„Kobietę w czerni” mogę „polecić” jedynie jako ostateczność: prosty język sprawi, że połkniecie tę książkę w pół godziny, może godzinę, albo półtora. Pod tym względem jest jak znalazł do pociągu, czy autobusu. Niestety, cała reszta pozostawia bardzo wiele do życzenia. Jeśli nie macie ochoty czytać książki, która nic do waszego życia nie wniesie po „Kobietę w czerni” nawet nie próbujcie sięgać.

* * *

Stella otworzyła oczy. Grabarz klęczał przy otwartej trumnie i z wykrzywioną twarzą wpatrywał się w jej wnętrze, potem wstał i rzucił się na Stellę. Chwycił ją z całych sił i przyciągnął do trumny. Trumna była pusta!
Fragment „Kobiety w czerni” O. S. Winterfielda

Nomida zaczarowane-szablony