Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 października 2021

Arsene Lupin. Dżentelmen włamywacz: w uniwersum Sherlocka Holmesa

 

Arsene Lupin to ktoś więcej, niż tylko wytworny dżentelmen. To również włamywacz, który doskonale zna się na swoim fachu. Nieuchwytny i arogancki, kryje jednak w sobie również dobro i współczucie dla drugiej osoby.

 

Uwielbiam Sherlocka Holmesa. Przeczytałam wszystkie historie o nim jeszcze w trzeciej klasie gimnazjum (nim poznałam serial „Sherlock”) i do dziś, gdy je otwieram po prostu dobrze się bawię. To prywatnie mój ulubiony typ kryminału, w którym to nie zagadka jest najważniejsza, a właśnie wybitny detektyw – wiem, że wiele osób woli jednak odwrotną sytuację, ale to moje osobiste preferencje.

Dlatego „Arsene Lupin. Dżentelmen włamywacz”, będący swoistą odpowiedzią na twórczość Doyle’a, wydała mi się książką co najmniej intrygującą. Ten zbiór francuskiego pisarza, wydany po raz pierwszy w 1907 roku (pierwsze opowiadanie w 1905 roku) jest parodią, czy też odwróceniem tropów z Sherlocka Holmesa. Zamiast ekscentrycznego detektywa dostajemy wybitnego włamywacza, który wodzi policję za nos. Nawet patrząc na to, co lubi się współcześnie, Arsene Lupin wydaje się być postacią, która powinna dobrze się sprzedać. W końcu „wszyscy lubimy złoczyńców”, zwłaszcza jeśli mają w sobie coś sympatycznego.

Arsene Lupin. Dżentelmen włamywacz
Maurice Leblanc
wyd. Świat książki, 2021
Arsene Lupin, t. 1

Niestety, spotkanie z tym zbiorem opowiadań – bo to powiązane ze sobą fabularnie, ale jednak opowiadania – nie okazało się dla mnie czymś nadzwyczajnym. Czemu? Już tłumaczę!

Przede wszystkim – ja po prostu nie kupuję Arsene Lupina jako postaci. Jego podstawowe założenia nie są złe. To niby włamywacz, ale w gruncie rzeczy dobry człowiek. Niby okrada ludzi, ale właściwie na łamach opowiadań jego czyny wydają się być bardziej dziecięcą zabawą. Tu się włamie i zostawi karteczkę „ukradnę to, jak się zestarzeje”. Tam pomoże złapać faktycznego złoczyńcę, innym razem odnajdzie jakieś złoto, czy biżuterię i przekaże ją właścicielowi.  Tego jest po prostu zbyt dużo, abym uwierzyła w to, że Lupin jest naprawdę poważnym włamywaczem.

Kolejna sprawa jest taka, że te opowiadania, będące bądź co bądź zagadkami kryminalnymi, moim zdaniem nie są wcale najlepiej poprowadzone. Przynajmniej mnie nieszczególnie wciągały, nie interesowały, były dość… mdłe, nijakie. A im dalej w las, tym było gorzej. Mam przy tym wrażenie, że one są po prostu niezbyt sprawnie napisane. Historie o Sherlocku Holmesie to nie jest żadna literatura wysokich lotów, ale moim zdaniem są po prostu porządnie napisane. W przypadku zbioru Leblanca mam co do tego bardzo poważne wątpliwości.

Mimo tego zbiór czyta się lekko i szybko. To nie jest wymagająca lektura, mimo że data wydania pozornie może odstraszać. Ale naprawdę, nie każda powieść sprzed lat to „Nad Niemnem” – wtedy też ludzie potrafili tworzyć rozrywkowe historie. Może więc okazać się, że to dobra książka dla osób, które właśnie nie chcą wymagającej lektury i sam koncept na takiego włamywacza po prostu im się spodoba. Ponadto Lupin to ten typ bohatera, który może świetnie sprawdzić się w ekranizacji. Odpowiednio osadzony aktor może zrobić z niego prawdziwą perełkę, ale przyznaję, że żadnej adaptacji jeszcze nie poznałam.

Warto chyba dodać, że akcja tych opowieści rozgrywa się w tym samym „uniwersum”, co historie o Sherlocku Holmesie, z tym że autor (być może?) nie mógł (nie chciał?) użyć tego zlepku słów. Dlatego w „Dżentelmeni włamywaczu” dostajemy postać, która nazywa się… Herlock Sholmes.

Moje spotkanie z tą francuską książką nie okazało się wybitnie pasjonujące, bo naprawdę spodziewałam się większej przygody, lepszej zagadki, buzujących emocji, ciekawszej historii samej w sobie, a dostałam coś, co w moim odczuciu wygląda trochę jak wydmuszka. Niemniej, nie jest to ani książka trudna, ani długa, ani ciężka, w związku z czym nie dziwię się, że swojego czytelnika cały czas znajduje.

środa, 6 lutego 2019

W 80. dni dookoła świata: Skrócona wersja klasycznej książki


Pan Fogg, brytyjski dżentelmen, przyjmuje zakład: ma wybrać się w podróż dookoła świata i wrócić w osiemdziesiąt dni. Natychmiast wyrusza w podróż razem ze swoim wiernym sługą, Obieżyświatem.

Tytuł: W 80. dni dookoła świata
Autor: Juliusz Verne
Liczba stron: 172
Gatunek: powieść przygodowa
Wydanie: Olesiejuk, Warszawa 2018
„W 80 dni dookoła świata” to powieść dla dzieci i młodzieży, która swoją premierę miała w 1872 roku. Mimo jednak, że od jej premiery minęło tyle czasu to dalej jest to tytuł obecny w popkulturze. Mało tego – to książka, która pomimo upływu lat dalej jest niezwykle przyjemną, przygodową lekturą. Do moich rąk nie trafiła jednak oryginalna wersja, a wersja skrócona, stworzona na podstawie wydania Gebethnera i Wolffa, o czym dowiedziałam się dopiero po przeczytaniu całości.
To, że jest to książka dla młodszego czytelnika nie ulega wątpliwości. Nie dość, że główny bohater, pan Fogg, jest postacią dość przerysowaną to na dodatek „W 80 dni dookoła świata” jest książką zaskakująco krótką. Moje wydanie nie ma nawet dwustu stron, a przecież opisuje podróż z Anglii przez Francję, Indie, Hong Kong, Japonię i USA. To właśnie temu zawdzięcza swoją lekkość: autor nie spędza zbyt wiele czasu na opisywaniu mijanych w podróży państw. Wprawdzie każde z miejsc ma jakąś swoją cechę charakterystyczną, czy opisaną przygodę, dzięki czemu czytelnik ma okazję dowiedzieć się nieco o kulturze danego kraju, jednak nie jest to tekst, który wnikliwie bada rzeczywistość.
Ciekawi mnie, jak ten aspekt wypada w oryginalnym tekście, dlatego że jako dorosły czytelnik odczuwałam jednak spory niedosyt. Wprawdzie lektura w żadnym razie mi się nie dłużyła i czytanie tej powieści było nadzwyczaj płynne, jednak brakowało mi wewnątrz choćby odrobiny opisów, które w lepszy sposób budowałyby atmosferę, czy przedstawiałyby bohaterów. Jednocześnie mam wrażenie, że target tego wydania – czyli raczej młodsza młodzież, jeśli nie dzieci – zdecydowanie lepiej przyswoi tego typu treść, niż bardziej rozbudowany oryginał.
Jak już wspominałam, główny bohater, pan Fogg, jest postacią mocno przerysowaną: ten elegancki, cichy mężczyzna wydaje się być często przedstawiony w krzywym zwierciadle. Jednak nie on jeden. Także czarny charakter tej historii, czy sługa Fogga, Obieżyswiat, to postacie, których przez uwypuklenie niektórych cech charakteru nie da się z nikim, ani niczym pomylić. Niestety, brakowało mi jakiegokolwiek zarysowania jedynej kobiecej postaci występującej w tej historii. Aouda jest damą, która właściwie nie robi absolutnie nic poza podążaniem za pozostałymi postaciami… a szkoda.
Zdecydowanie muszę pochwalić wydanie, które trafiło w moje ręce. Choć ubolewam nad faktem, że nie jest to wersja oryginalna to na pewno piękne i liczne ilustracje umiliły mi czytanie.
Jeśli z jakiś powodów boicie się sięgnąć po oryginalną wersje, albo szukacie książki dla młodszych członków rodziny naprawdę polecam poszukanie tego wydania z 2018 roku. Nie dość, że to naprawdę pięknie wyglądająca książka to na pewno dzięki uproszczeniom treści nie będzie doskwierała Wam nuda i na pewno też samo czytanie książki nie zajmie Wam zbyt wiele czasu. Oczywiście uważam, że oryginalna wersja zawsze jest lepszym wyjściem, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę z zalet tego typy edycji.


* * *

Tymczasem pan Fogg zwrócił się do pani Aoudy.
 — Czy nie boi się pani?
 — Z panem niczego się nie boję.
Fragment „W 80 dni dookoła świata” Juliusza Verne’a

czwartek, 29 marca 2018

Planeta małp: Gdyby to ONE rządziły

Rok 2500. Dwóch naukowców i dziennikarz, Ulisses, wyruszają w podróż na odległą planetę. Lądują w dżungli: świat, który odkrywają jest niezmiernie podobny do ziemskiego. Atmosfera i flora pozwalają im swobodnie się poruszać. Odkrywają też ludzi, zachowujących się jak zwierzęta, oraz małpy, które wytworzyły na planecie cywilizacje.
Gdy otworzyłam „Planetę małp” nie miałam pojęcia, za jaki typ książki się biorę. Nie oglądałam wcześniej filmu, ani z nikim na jej temat nie rozmawiałam. Dzięki temu tę francuską powieść mogłam odkrywać sama, zupełnie po swojemu.
To nie jest długa książka: bez problemu da się ją przeczytać w ciągu jednego dnia. Nieco ponad dwieście stron czyta się jednym tchem. „Planeta małp” przypominała mi w swojej formie nieco bardziej absurdalną, niż zwykle, powieść Zajdla: krótka, ale konkretna, miała za zadanie przede wszystkim pokazać nam system działania pewnego społeczeństwa. Przy tym miałam wrażenie, że to lektura nieco lżejsza, niż twórczość naszego rodzimego twórcy.
Tytuł: Planeta małp
Autor: Pierre Boulle
Tłumaczenie: Krystyna i Krzysztof Pruscy
Liczba stron: 208
Gatunek: science-fiction
Wydanie: Amber, Warszawa 2014
Czemu lżejsza? Bo, jak już wspominałam, jest bardziej absurdalna. To science-fiction powstało w 1963 roku i jak najbardziej jest to widoczne. Autor nie próbuje nam wyjaśniać mechanizmów lotu w kosmos, ani powodów ich wycieczki: ot, lecą sobie, bo mogą. Jeśli wyjaśnia jakieś mechanizmy to tylko dlatego, że są niezbędne dla linii fabularnej. Z resztą, nie sądzę, by miały jakiś większy sens: w końcu to nie jest sedno tej książki. Nim jest sama idea: idea świata, w którym to małpy, nie ludzie, wyewoluowały na władców planety.
Po spotkaniu z książką prędko zabrałam się za ekranizacje z 2001 roku, bardzo szybko ją wyłączając: jeśli oglądaliście ją, wiedźcie, że przedstawione tam społeczeństwo zwierząt nie ma kompletnie nic wspólnego z oryginałem. Tu ludzie nie mówią. Tu ludzie są zwierzętami i jak takowe są traktowane; małpa oznacza człowiek, zaś człowiek jest jej odpowiednikiem w społeczeństwie. Traktowany jest z pewną dozą szacunku, jednak wykorzystuje się go do badań. Miałam wrażenie, że autor zastanawia się przede wszystkim nad traktowaniem zwierząt na Ziemi: dzięki odwróceniu ról zostajemy zmuszeni, by  nad tym pomyśleć i nad tym się zastanowić.
Naszym głównym bohaterem jest Ulisses i to jego oczyma obserwujemy świat przedstawiony. To całkiem sympatyczny i odważny człowiek, który próbuje poradzić sobie w obcnym, niekoniecznie przyjaznym świecie. Poza nim bardzo istotna jest jego małpia powierniczka, Zira, bez której fabuła stałaby w miejscu: tak samo jak on, jest dość bystra i miła. Jednocześnie nie brakuje jej oddania w przyjaźni, przez co chyba trudno nie poczuć do niej nici sympatii. Poza tą dwójką postaci pozostałe pojawiają się raczej sporadycznie, w czym z resztą nie ma nic dziwnego: to w końcu niedługa książka i trudno byłoby porządnie scharakteryzować ogromną ilość bohaterów. Mimo to postacie drugoplanowe także występują i są na tyle klarowne, że nie sposób ich ze sobą pomylić.
Nie powiedziałabym, że „Planeta małp” Boulle’ego to nadzwyczajna powieść, niemniej, wpisała się już w kanon science-fiction. A że jest krótka, przyjemna w odbiorze i poruszająca ciekawy motyw wydaje mi się, że warto zajrzeć do jej wnętrza, by przekonać się, co takiego skrywa.

* * *

Widziałem już wiele dziwnych rzeczy do czasu przybycia na planetę Soror. Sądziłem, że jestem do tego stopnia oswojony z obecnością małp i z ich zachowaniem, że już nic nie będzie w stanie mnie zaskoczyć. Tymczasem wobec niesamowitości widoku, który roztaczał się przed moimi oczami, doznałem zawrotu głowy i znowu wydawało mi się, że śnię.

Fragment „Planety małp” Pierre’a Boulle

czwartek, 20 kwietnia 2017

Kuzynka Bietka: Mój mały koszmarek



Boże drogi... kiedy ja się nauczę, że nie wszystko, co mi trafi na półkę jakimś cudem muszę przeczytać? Chyba nigdy: w końcu skoro zalega to muszę wiedzieć CO to jest, prawda...? Cóż, sama sobie robię pod górkę. A wynikiem tego jest czytanie... czegoś takiego.

Tytuł: Kuzynka Bietka
Autor: Honore de Balzac
Liczba stron: 424
Gatunek: klasyka literatury, powieść obyczajowa

Elizabeth Fischer, nazywana kuzynką Bietką to niezamężna chłopka, która w swoich oczach jest niezwykle pokrzywdzona przez los. Knując i planując postanawia zniszczyć rodzinę Hulotów ku którym kieruje swoje negatywne uczucia.


XIX-wieczna klasyka. Szanowany autor. Tłumaczenie? Mistrzowskie – w końcu Boy-Żeleński to nie byle kto. I czytelniczka fantastyki jako czytelnik. Cóż, to połączenie po prostu nie mogło skończyć się dobrze.
Poprzednią książką z XIX-wieku, którą dane było mi poznać była „Rozważna i romantyczna”. Nie porwała mnie, ale wytrwałam bez problemu do końca. Historia była prosta, styl ładny, narracja niczego sobie. Niestety, z „Kuzynką Bietką” już tak miło nie było. Balzac zdecydowanie nie jest osobą, którą chce czytać i przy tym choć chce, chyba po prostu nie potrafię go docenić.
Chciałabym, by mój największy problem z tą książką polegał na braku rozdziałów i przerw w tekście w chwili, w której autor zmieniał narracje. Niestety... mnie „Kuzynka Bieka” po prostu cholernie wynudziła. Częściowo wynika to po prostu z braku wystarczającej wiedzy: Balzac często odwołuje się do współczesnych mu wydarzeń i przemian w społeczeństwie, które dla niego były czymś oczywistym, a dla mnie kompletnie nic nie znaczą. Żaden ze mnie fan Francji: nie znam za dobrze historii tego kraju, a to o nim autor opowiada.
Moim drugim problemem jest linia fabularna powieści. Wydaje mi się, że dobrze rozumiem, co autor chciał w tej historii pokazać. Z jednej strony ukazuje nam kobietę, która po prostu czuje się niesprawiedliwie traktowana i w ramach tego planuje zemstę. Z drugiej obserwujemy dramat rodzinny, który nie wynika wcale z jej działań: choć matka i córka są po prostu bardzo niewinnymi istotami, to mężczyźni wokół nich zachowują się jak nieodpowiedzialne dzieci. Zwłaszcza głowa rodziny, która powinna być przecież źródłem stabilności. Tyle, że... historie rodzinne zawsze mnie nużyły, a co dopiero w chwili, w której mam do czynienia z narracją, którą odbieram po prostu jako toporną...? Ta książka zdecydowanie była dla mnie nie małą katorgą, zwłaszcza, że jeśli chodzi o relacje międzyludzkie nie odkrywa niczego nowego, przynajmniej nie dla mnie.

Nie wiem, czy moja niechęć do tej pozycji wynika tylko z mojego charakteru, czy może po prostu do niej jeszcze nie dojrzałam? A może ten styl jest dla mnie po prostu zbyt trudny, bym była w stanie go zrozumieć kiedykolwiek...? Może... ale niezależnie od tego w tym momencie „Kuzynka Bietka” jest po prostu moim małym koszmarkiem, którego nie chce nigdy więcej trzymać w rękach. Być może, jeśli ktoś interesuje się problemami rodzinnymi, Francją, czy po prostu – XIX-wiekiem odnajdzie w tej pozycji siebie i będzie w stanie się nią cieszyć. Ja niestety, nie potrafię.

* * *

Wśród naszych paryżan, rzekomo tak sprytnych, znajdują się tacy, którzy sądzą, że w mundurze jest im nieskończenie bardziej do twarzy, niż w zwykłym ubraniu, i posądzają kobiety o taką rozpustę smaku, aby sobie wyobrażać, iż widok włochatego kołpka oraz żołnierskiego rynsztoku nastroi przychylnie ich serce.
Fragment „Kuzynki Bietki” Honore de Balzaca

Nomida zaczarowane-szablony