Wróciłam
do domu. Przejrzałam na szybko sieć, robiąc herbatę, bo przecież na dworze
panuje minusowa temperatura i trzeba było się czymś rozgrzać. Potem przyszedł
czas na „Wiedźmina 3”, na którego od tygodnia „marnuje” swoje wolne chwilę. W
końcu zasiadłam, by skończyć post dla Was o jednotomowych powieściach
science-fiction: był już napisany, musiałam tylko przygotować go do publikacji.
Jest gotowy, pojawi się pewnie w okresie letnim. Więc w końcu, gdy trochę
ochłonęłam, mogę usiąść i spokojnie dla Was napisać kilka słów „prywaty”. Bo
mam na to ochotę. Jest przed jedenastą. Ciekawe, o której skończę?
Dane
było mi dziś odwiedzić pierwsze targi książkowe w moim życiu. Z resztą, dla
nich to też był w pewnym sensie „debiut” – Gdańskie Targi Książki odbyły się po
raz pierwszy. Szczerze przyznam, nie miałam większej ochoty na nie iść. Przede
wszystkim sama idea nie do końca do mnie przemawia. Książek i tak mam za dużo,
a w rynku orientuje się na tyle, by wiedzieć, że wyjątkowo tanio niczego tam
raczej nie kupię. Poza tym miałam po prostu kiepski tydzień: pełen marudzenia i
tych drobnych rzeczy, które mój zły nastrój po prostu potęgowały. Jakby tego
było mało na te targi nie miał przybyć żaden interesujący mnie autor, więc nawet
nie miałam ochoty wpaść po autograf.
Och,
zapomniałam o herbacie. Jest prawie zimna. Cóż, trudno. Zdarza się.
Ale
wracając… na targi iść musiałam: już wcześniej obiecałam, że się na nie wybiorę
i odmowa w ostatniej chwili z tak błahego powodu jak „nie chce mi się” jest
czymś, czego po prostu nie robię. Poza tym miałam tam iść jako radiowiec, po
części – do pracy. Co tam, że nieodpłatnej, w końcu to radio studenckie. Ale
takich rzeczy się nie zawala, bo – jak sobie wmawiam – gdy nie dam rady teraz,
to nie dam rady w poważnej instytucji. Więc jak mam coś zrobić… to mam zrobić.
I już.
Nie
zmienia to faktu, że nie miałam absolutnie żadnego pomysłu na to, co na tych
targach robić. Umówiłam się z kilkoma blogerkami na krótkie wywiady i właściwie
na tym moja idea się kończyła. Wyszłam z domu o jedenastej rano, chciałam tam
być około dwunastej – niby powinnam być od otwarcia, ale nie potrafiłam się
zmusić, by wstać na tą dziesiątą.
I
tu zaczęły się schody. Widzicie, studiuje w Trójmieście już drugi rok, ale to
nie zmienia faktu, że Gdańska zupełnie nie znam. Standardowo pojechałam więc z
Sopotu na Dworzec Główny i na miejscu ustawiłam Google Maps na adres targów.
Zawsze się gubię w tym centrum i nie mogę dojść do Starego Miasta, bo nie bywam
tam zbyt często, więc wolałam nie ryzykować.
Z
tym, że… mapa albo źle mnie poprowadziła, albo ja skręciłam w złą stronę. I tak
z dwudziestu minut drogi zrobiło mi się co najmniej czterdzieści. Na zewnątrz
panowała minusowa temperatura, ja szłam bez rękawiczek, bo w końcu musiałam
trzymać ten cholerny telefon. Gdy w końcu dotarłam byłam więc zziębnięta, z
oczami załzawionymi od wiatru i jeszcze bardziej dobita tymi całymi głupimi
targami.
Choć
o akredytacje pisałam, nie dostałam od organizacji targów maila zwrotnego.
Uznałam więc, że mi jej nie udzielili… czy coś. Kupiłam więc normalny bilet,
płacąc te 5zł, bo co mi szkodzi. Ruszyłam na poszukiwanie dziewczyn, z którymi
byłam umówiona. Z rozmowy z nimi wyszło, że one również pisały o akredytacje. Dostały
odpowiedź. Mają plakietki. Zrobiło mi się więc głupio: hej, ja tu mam latać z
mikrofonem i nie mam oznaczenia? A co, jak ktoś mnie zaczepi? I powie, że mam
nie nagrywać? Zrobiło mi się jeszcze
gorzej. Wszystko szło nie tak, jak powinno.
Gdy
kończyłyśmy nagranie wpadł na mnie kolega z mojego radia, który razem ze mną
miał ogarniać całość. I tu okazało się, że ma dla mnie dobrą wiadomość: jemu na
zgłoszenie też nie odpisali, ale plakietkę dostał, jest na liście. Z jednej
strony kamień spadł mi z serca. Z drugiej: poczułam ukłucie żalu, bo… już sobie
wymyśliłam, że skoro nie mam plakietki to nie mogę nagrywać, więc idę do domu.
A bardzo chciałam wrócić jak najszybciej.
Następnie
przyszło się nam pokręcić trochę po targach. Szukałam jakiś dyskontów, czy
tanich książek, by poprawić sobie humor znajdą za dwa złote, ale niczego
ciekawego nie wypatrzyłam. Ech, cholerne, głupie targi, no nie?
Na
kolejną blogerkę chwilę czekaliśmy, ale i z nią rozmowa się odbyła. I… od niej
było już lepiej. Naprawdę! Dziewczyna miała znajomą z biblioteki w Gdyni, więc
podeszłam z nią na stoisko, by porozmawiać kimś z ich stoiska. Okazało się, że
chwilę mam poczekać, więc uznałam, że nie będę stać bezczynnie i czekać.
Poszłam szukać jakiś wystawców, z którymi mogę pogadać. Bo materiał w końcu sam
się nie zrobi.
Dotarłam
do stoiska, które było dość mocno osaczone przez gości, przez co nikt z niego
nie miał czasu, aby zamienić ze mną kilka słów. Czekałam więc grzecznie, nie
mając ochoty znów biegać. Obok, przy stoliku dla autorów, siedział starszy pan.
Właściwie z nikim nie rozmawiał, nic nie podpisywał, więc zagadałam. Jest pan
autorem? Nie? Ach, tłumaczem. Z islandzkiego! Porozmawia pan ze mną? Oczywiście!
I…
wkręciłam się. Wiecie, czasem ludzie boją się mikrofonu: zdarzają się nieśmiałe
osoby, albo takie, które „nadmiernie” chronią swoją prywatność, lub takie,
które mają wadę wymowy, albo po prostu uznają, że nie potrafią sklecić zdania.
I takie osoby trzeba zachęcać do rozmowy, ciągnąć za język, a i tak nie zawsze
się zgodzą. Ale… to targi. Wystawa. Na wystawie każdy jest po to, by podzielić
się tym, co ma. Więc akurat w tym przypadków problemu z rozmową z ludźmi nie
było. Poza pojedynczymi przypadkami, każdy zgadzał się na rozmowę, po nagraniu
zwykle też zamieniał kilka słów. Czasami byłam wysyłana od jednej, do drugiej
osoby, czasem sama podchodziłam. I zrobiło się po prostu miło.
Nie
powiem, często tak mam: gdy wchodzę gdzieś, niby przygotowana, niby z
pytaniami, jestem po prostu cholernie spięta i całość nagrania wychodzi sztucznie.
Jestem introwertykiem i chwilę zajmuje mi
zwykle dostosowanie się do takiej sytuacji. Ale gdy trochę się
rozruszam, pogadam z ludźmi, pójdę na spontan, przestanę planować: to robi się
lepiej. W pracy radiowej najtrudniejszy jest dla mnie ten pierwszy odruch,
który każe mi nie zbliżać się do nieznajomych. Bo co oni o mnie pomyślą? Bo
przecież nie chcę nikomu przeszkadzać! Ale gdy już trochę popracuje naprawdę często
robi się sympatycznie. Zwłaszcza, gdy ludzie – tak jak w tym przypadku – współpracują
i pozwalają mi zbierać dźwięki.
Nie
czekałam do końca targów. Około szesnastej zebrałam się do domu. I tak powrót zajął
mi godzinę, a najzwyczajniej w świecie nie czułam potrzeby, by siedzieć tam
dłużej, tak po prostu. Zwłaszcza, że trzeba było jeszcze zrobić zakupy. Na
szczęście robienie obiadu mnie ominęło – uznałam, że gotować mi się nie chce i
dawno nie byłam w żadnym fast-foodzie, więc po drodze zahaczyłam o Maca na Monte
Casino. W końcu prawie go mijam, idąc do mieszkania. Koniec końców… był to więc
całkiem dobry dzień.
To,
że moja wycieczka w końcu była raczej pozytywna nie zmienia faktu, że same targi…
jako idea, dalej nie do końca do mnie przemawiają.
Ze
wspomnianych przeze mnie wcześniej kwestii wszystko okazało się prawdą: tak jak
przypuszczałam, ceny wcale nie były szczególnie rewelacyjne. W księgarniach internetowych
kupię książki taniej. Na miejscu nie było ciekawych autorów, ani nawet
szczególnie interesujących mnie prelekcji. Gdyby nie mikrofon, po piętnastu
minutach nie miałabym co tam robić. Niemniej, same targi wydawały się udane.
Ludzi było dużo, a wystawcy raczej chwalili sobie imprezę. Samo miejsce było i
dobre, i złe zarazem. Dobre: bo piękne. W bardzo dobrej lokacji i w przepięknej
filharmonii, miejscu o naprawdę niezwykłym klimacie. Złe: bo ciasne i z toną
schodów, które na pewno przeszkadzały i niepełnosprawnym, i matkom, i starszym
osobom. Ale chyba nie można mieć wszystkiego, prawda?
A
co lokacji jeszcze… zbierając materiał, zauważyłam pana z małym pieskiem pod
pachą. Oświeciło mnie, że hej, skoro można tu wprowadzać psy to może niech mi
się ta osoba wypowie właśnie o tym? Bo przecież zawsze jest miło móc wejść gdzieś
z czworonogiem, gdy na zewnątrz panuje takie zimno. Podeszłam. Zaczęłam
rozmawiać. I nagle okazało się, że pan, poza możliwością wnoszenia psów, nie
widzi w targach żadnych zalet. Ciasno tu, bardzo ciasno, a na dodatek tak tłoczno,
że przecisnąć się nie da! Poza tym nie wszędzie da się płacić kartą i jest po
prostu źle. Cóż… zdarza się i tak.
Jest
za dwadzieścia północ. Miałam jeszcze czytać drugi tom „Bram Światłości” Kossakowskiej, a w moim pliku z tym tekstem ponad dziewięć tysięcy
znaków. Chyba na ten raz książkowo-dziennikarskich zwierzeń już wystarczy. A
więc… powiedziałabym: dobranoc, ale prawda jest taka, że pewnie i tak
zobaczycie te moje wypociny dopiero za kilka dni.
PS
Zdjęć nie ma. Przepraszam, zbierałam dźwięki, nie fotografie. Relacja pewnie
pojawi się 26.03 w Raporcie Literackim. I pewnie jeśli tak będzie, dam Wam
znać.