Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennik. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lutego 2023

Antyspołeczny: dobry temat, kiepski autor

Takie to miało być zabawne (pojawia się na okładce ze trzy razy) i pouczające, a w praktyce wyszła z tego bardzo niekompetentna książka. „Antyspołeczny” może porusza istotne tematy, ale niestety, bardzo wiele mu brakuje do tego, aby naprawdę być czymś wyjątkowym.

Nie bez powodu najlepsze reportaże piszą profesjonalni dziennikarze, którzy latami uczyli się zbierać materiał, przerabiać go, a potem przemieniać w książkę, czy film dokumentalny. Nie wystarczy mieć wiedzy na dany temat czy specyficznych doświadczeń, aby być w stanie przekazać to innym w satysfakcjonujący sposób. I niestety, ale Nick Pettigrew jest tego doskonałym przykładem. 

Antyspołeczny
Nick Pettigrew
wyd. Insignis, 2021

Aby sprawa była jasna, najpierw warto wyjaśnić, kim ten pan w ogóle jest. To pracownik społeczny, który zajmuje się rozwiązywaniem spraw lokalnych mieszkańców, np. związanych z przeszkadzającymi sąsiadami, czy z osobami chorymi fizycznie/psychicznie i pozbawionymi pomocy.

Ta książka ma formę po prostu dziennika. Takiego, który z powodzeniem mógłby być publikowany na blogu, czy w mediach społecznościowych. Język jest lekki i wręcz potoczny. Przedstawiane przez autora historie zwykle dotyczą jednego dnia. Czasem wracają, ale nie w jakiś ustrukturyzowany sposób, więc nim człowiek do nich dotrze, to zwykle już zapomni, że w ogóle o tym czytał. 

Sama forma dziennika prowadzonego właściwie dzień po dniu też jest w przypadku książki problemem, dlatego że wiąże się z brakiem selekcji spraw. Nie są one posegregowane tematycznie, autor nie wgłębia się w żaden konkretny rodzaj prowadzonych dochodzeń, a wiele z nich jest bardzo do siebie podobnych, więc łatwo zlewają się w całość. Przy okazji regularnie dostajemy wstawki związane ze zdrowiem psychicznym autora, co oczywiście jest tematem ważnym, ale nie dotyczącym tematu tej książki, więc nie wiem, dlaczego redaktor postanowił je zostawić. 

Wróćmy jeszcze na chwilę do humoru. To autor, który próbuje mieć cięty język, ale kompletnie mu to nie wychodzi, przynajmniej nie w wersji polskiej. Przez co wielokrotnie jego docinki brzmią wrednie, zdają się być pozbawione szacunku do osób, którym autor próbuje pomóc, i to wcale nie wzbudziło we mnie ciepłych emocji w stosunku do niego, co wydaje mi się, że jest zrozumiałe.

„Antyspołeczny” to bez wątpienia książka poruszająca ważny temat i opowiadająca o ciekawym stanowisku. Ale w tej formie to materiał na artykuł albo wywiad, ewentualnie prywatny i nieodpłatny dziennik w sieci, nie na książkę, którą należy sprzedawać w księgarni. Szkoda, bo liczyłam na coś lepszego.


piątek, 24 kwietnia 2020

Nowości na półce + "rzeczy do robienia" na kwarantannie



Jako, że ogólnopolska kwarantanna trwa w najlepsze, ja jakże mądrze i spontanicznie robię kolejne książkowe zapasy. Tym razem nie ma tego może aż tak dużo, ale chwilowo się wstrzymuje, by jednak wyczytać to, co mam. Dziś więc parę słów o nowościach na mojej półce, a także może o kilku rzeczach które robię/do robienia w trakcie siedzenia w domu.


Zacznijmy jednak od książek! Tym razem dotarły do mnie same nowe rzeczy, nie kupowałam używanych.
·       Gar'Ingawi Wyspa Szczęśliwa. Tom 1 Oczekiwanie, Anna Borkowska – akurat gdy robiłam zakupy, na Biblioteczce Ciekawych Książek pojawił się wpis o tej. Więc uznałam, że co mi tam: to tylko 14 złotych, dorzucę do zakupu. A teraz nie wiem, co z tym cudem zrobić. Dopóki nie mam wszystkich trzech, nie mam zamiaru wystawiać powieści podzielonej na części opinii. Może sobie po prostu znajdę jeszcze jakieś stare wydanie? Zobaczymy.
·       Seryjni mordercy, Michelle Kaminsky – prebook od wydawnictwa Muza, który zamówiłam po części z myślą o pewnym radiowym projekcie, o którym z resztą będzie jeszcze później. Przeczytam, zobaczę, aczkolwiek mam pewne wątpliwości co do samej formy tej książki. Ale o tym w swoim czasie.
·       Przedksiężycowi II-III, Anny Kańtoch – właściwie główny powód moich zakupów. O tomie pierwszym już niedługo tu będzie (sprytni z resztą znajdą moją pełną opinię w sieci już teraz), ale teraz kluczowe jest to, że podobała mi się na tyle, abym kupiła dwie kolejne.
·       451° Fahrenheita, Ray Bradbury – gdy robiłam zakupy, w mojej głowie panowała kompletna pustka; jakimś cudem, nie miałam pojęcia co mam wziąć. Więc postawiłam na klasykę, której nie znam. Niedługa i mam nadzieję: dobra.
·       Bogowie muszą być szaleni, Aneta Jadowska – książka, której na stosiku nie znajdziecie, bo dotarła do mnie chwilę wcześniej. To rzecz wzięta z Czytam Pierwszy (mam punkty, to korzystam, choć nie maniakalnie). Już przeczytana, opinia niedługo się pojawi. Ale jest tak no… co tu kryć, średniawo.

Tak, podpaliła sobie wąsa z własnej woli. I tak: przez kolejną godzinę nienawidziła stołu.
Jeśli o inne rzeczy i wieści chodzi. Po pierwsze, moje ptaki dostały szelki. Iorweth się ich panicznie boi i raczej nie ma ochoty nawet przy nich pracować. Z Merą jest lepiej. Pozwala je sobie już zakładać, tylko boi się w nich poruszać i irytuje ją, że ma coś w zasięgu dzioba. Niemniej, w międzyczasie nauczyła się też klikać niczym klikier do treningu zwierząt. Może myślała, że jeśli będzie wydawać z siebie dźwięk nagradzania to smakołyki będą jej się sypać ot tak, bez zakładania strasznych szelków. Cóż.
Po drugie, jak wspominałam – „Seryjnych morderców” nie wzięłam do recenzji ot tak. Jeszcze przed całą tą kwarantanną nagrałyśmy ze studentkami kryminologii pierwszą część naszej audycji w Radiu Studenckim MORS. „Godzina zbrodni”, bo taką nosi nazwę, wyszła na razie tylko w jednym odcinku i chwilowo produkcja jest wstrzymana, ale jeśli kogoś tutaj interesuje ta tematyka to zachęcam do wysłuchania. Audycje możecie znaleźć TUTAJ. Myślę, że warto, bo dziewczyny mówią o sporej ilości ciekawych oraz ważnych tematów, a i książka w międzyczasie się przewija.
No i trzecia sprawa na koniec. Jak część z Was wie (albo i nie) od dawien dawna bawię się w gry typu Play By Forum. Gdy zaczynałam, miałam chyba jedenaście lat, więc to naprawdę nie jest w moim przypadku żadna nowość. W każdym razie, jeśli ktoś tutaj miałby ochotę w czasie kwarantanny (a może i po niej!) przenieść się do lat 50. i porzucać trochę zaklęć z „Harry’ego Pottera” zapraszam na Morsmordre. Jestem tam graczem już od ponad roku, więc w razie czego możecie się do mnie zgłaszać. Na pewno pomogę i wyjaśnię co i jak. A jak mnie nie ma tutaj to pewnie dlatego, że nie czytam, bo… biorę udział w sesjach. Mimo wszystko, prowadzenie własnych postaci czasem jest nieco bardziej emocjonujące niż czytanie historii, na których wpływu się po prostu nie ma.
By nie było wątpliwości: dalej nie przepadam za książkowym Potterem. Ale jednak gra to nie książka, a mechanika sprawia, że dziurawy świat Rowling przestaje być aż tak dziurawy. 

środa, 8 kwietnia 2020

Haul książkowy + trochę dziennik


Kwarantanna trwa w najlepsze. Ja chwilowo „utknęłam” w domu rodzinnym, z tylko kilkoma książkami w zanadrzu. To znaczy – mam tu swoje zbiory, ale wzięłam ze sobą zaledwie kilka pozycji do przeczytania. W związku z tym musiałam poczynić małe zakupy, by mieć co robić w razie czego.
Więc… cóż, poczyniłam największe z zakupów książkowych od dawna. W moje ręce trafiło w sumie jedenaście książek, z czego jednej na zdjęciu nie ma, bo po prostu przyszła dzień później. Siedem z nich to rzeczy używane, w większości w całkiem niezłym stanie, z jednym wyjątkiem. Pozostałe cztery to nowe książki, bo cóż, kolekcje trzeba zbierać!



Co do mnie przyszło?


· „Co to jest fantastyka naukowa”, Julij Kagarlicki – używana pozycja z lat 80. Ponieważ piszę pracę magisterską na fantastyczny temat, może mi się przydać jako obiekt badawczy.
· „Opowieść piasków” tomy 1-2, Krzysztof Piskorski – dwa używane, pobliblioteczne tomy, bo w księgarniach ich już praktycznie nie ma. Od dawna chciałam się zapoznać z kolejnymi książki Piskorskiego, a że pisać na razie nie będzie to mam zamiar poznać jego starszą twórczość.
·  „List Pożegnalny” i „Feniks”, Janusz A. Zajdel – pierwsze wydania z lat 80. takiego autora po prostu mają dla mnie wartość sentymentalną. A że na razie znam tylko jego powieści to i z opowiadaniami chętnie się zapoznam.
·  „Smoczy jeździec”, Cornelia Funke – używana książka w najgorszym stanie; twarda oprawa po prostu się rozkleiła. Ale nie ma tego złego! Przeczytać przeczytam. I sprawdzę swoją pamięć, bo kojarzę, że autorka nieźle dawała sobie radę w światotworzeniu, mimo że jej twórczość skierowana jest dl młodzieży.
·  „W stronę życia”, Pearl S. Buck – używana, choć wcale na taką nie wygląda! Autorkę kolekcjonuję, bardziej dla własnej satysfakcji, niż z powodu jej wielkiego uwielbienia. Niemniej, przeczytam chętnie.
· „The Expanse”, t. 5-6, James S. A. Corey – jak wiecie, po prostu lubię tę serię. I absolutnie uwielbiam te wydania Maga. Po prostu kolekcjonuje dalej, by cała seria mogła pięknie prezentować się na półce. Oczywiście, czytać też będę!
· „Przedksiężycowi t. 1”, Anna Kańtoch – to chyba jedna z nielicznych polskich autorek, która wydaje regularnie, jest ceniona, a ja jeszcze niczego od niej nie czytałam. No, prawie niczego; lata temu poznałam jedno z jej opowiadań, ale pamiętam je jak przez mgłę. W każdym razie, czas się z nią zapoznać i liczę, że się nie zawiodę.
·   Martwy sezon”, Aneta Jadowska – to ta książka, której nie ma na zdjęciu. Okazało się, że jestem słabym człowiekiem. Ta powieść jest kontynuacją „Trupa na plaży”, który był przyjemny, ale raczej nie wybitny. I nie czuje wielkiej presji, by czytać tę serię dalej. Ale wiecie, była promocja, będzie ładnie wyglądać na półce, SQN ogółem po prostu lubię i tak jakoś… powieść trafiła do koszyka. Przypadkiem zupełnie!

Trochę tego jest, choć mam nadzieje, że czytanie pójdzie mi raczej szybko. To w większości nie są bardzo długie lub ciężkie książki.
Poza tym wiecie jaki jest mój największy ból kwarantanny? Chciałam czytać Wegnera. I nawet go ze sobą wzięłam… Tyle tylko, że chwyciłam za zły tom i nie mam jak się za niego porządnie zabrać.

Kot w naturalnym, alkoholowo-pudełkowym środowisku. Bo nikt nie będzie mówił Kotu, że ma spać w posłaniu ze sklepu, jak Kot nie chce.

Jeśli chodzi o inne, nie-książkowe sprawy… cóż, sytuacja w kraju nie jest prosta, ale mam to szczęście, że jeszcze studiuje (czyli tak czy siak jestem częściowo na „cudzym” utrzymaniu) i przy okazji jestem na wsi. Mam więc ogródek i zwierzaczki, na dodatek jestem rasowym introwertykiem. Właściwie całkiem mi dobrze z tym, że nikt nie próbuje mnie wyganiać z domu. A pieski, kotki, owieczki i papużki mogę głaskać, mi to generalnie po prostu wystarcza. I uwaga, tak – „kotki”! Ten zwierzak na zdjęciu powyżej to Rota, zwana też Kotem bądź Nieruszajtegodługopisu. Jest stworzeniem przypadkowo domowym, wychowanym gdzieś na klatce schodowej. Wprosiła się w łaski łaszeniem podczas pobytu u weterynarza, przybyła do domu i nagle okazało się, że wcale miziać się nie chce. Ale za to poluje. Na wszystko co się rusza. Jej własny ogon też się rusza, więc na niego też trzeba polować. Jest kociakiem z motorkiem w czterech literach, który jest wszędzie tam, gdzie ludzie, choć lepiej na odległość. Niemniej, nie ma w sobie agresji czy wredności. Jak człowiek chce podnieść czy trzymać to może, byle nie zbyt długo bo się Kot zaczyna wyrywać.


Problemem oczywiście, są papugi. Których tu zazwyczaj nie ma,  które przyjechały wraz ze mną. Także generalnie mają areszt pokojowy, chyba że Kot zostaje zamknięty. Niestety, to małe ptaki i Rota bardzo łatwo mogłaby im zrobić krzywdę. A na zdjęciu tyranosaurus Iorwreth na drzewie, które dostały w ramach rekompensaty za małą, „tymczasową” (bo kto wie, ile ten tymczas teraz potrwa) klatkę.

sobota, 7 września 2019

Zapowiedziane zwierzaki, czyli dżungla w moim domu



Cześć. Nie wiem, czy pamiętacie, ale gdy odzywałam się do Was poza recenzjami w czerwcu, wspominałam, że  w moim domu w sierpniu pojawią się zwierzaki. Tak też się z resztą stało: moich pupili przedstawiłam już na Instagramie i Ci, którzy mnie tam obserwują, pewnie mieli okazje się z nimi już zapoznać.
Nie każdy jednak tam zagląda, więc uznałam, że w końcu nadszedł czas, aby powiedzieć o nich trochę tutaj. Są też ze mną nieco dłużej, więc mogę też więcej o nich powiedzieć. Po zdjęciach już pewnie widzicie, co to za maluchy – do mojego domu trafiły dwie amazonki białoczelne.

Czemu akurat takie zwierzaki? Cóż… po pierwsze, jestem szalona. Po drugie, z psem trzeba wychodzić rano na spacer. A mi się nie chce.
No dobrze, może nieco bardziej na poważnie. Naprawdę nie wyobrażałabym sobie psa w mieszkaniu pozbawionym ogródka. Choć je uwielbiam i lubię z nimi spacerować to jednak po prostu wydało mi się to zbyt problematyczne, zwłaszcza na małej, mieszkalnej przestrzeni. No i… lubię duże psy. Wolę z zakupem poczekać, aż będę miała do dyspozycji większą przestrzeń.
Nie chciałam kota. Nie dlatego, że ich nie lubię, a dlatego, że wolę mieć pod swoją opieką stadne zwierzęta. Takie, które chcą za mną podążać, chcą się uczyć i uczestniczyć w tym, co robię. Kot więc odpadł, podobnie jak gady. Prędko odpadły też gryzonie: większość z nich żyje krótko, a ja nie lubię, gdy mój podopieczny ma przewidywaną długość życia w okolicy trzech lat. To po prostu zbyt bolesne.
I w ten sposób w zeszłe wakacje doszłam do wniosku, że… chcę papugę. Nie wiedziałam jeszcze jaką, ale… papugę. Miałam już takie zwierzęta, więc wiem, z czym to się je. Papugi żyją długo. Chętnie się uczą. Są bardzo aktywne i przywiązujące się. Jednocześnie śmiecą, hałasują i są jednymi z najtrudniejszych pupili domowych, ale po prostu wydało mi się, że najlepiej wpasowują się w moje „zachcianki”.
Spędziłam rok na edukacji, wybieraniu odpowiedniego gatunku i innych takich. No i w końcu stało się, pod mój dach trafiły dwie papugi. Dwie – bo to stadne zwierzęta, dla których katorgą jest życie w samotności. Serio, nie kupujcie jednej papugi. Generalnie, nie kupujcie papugi wcale (to naprawdę trudne zwierzęta), ale jeśli już musicie, weźcie dwie. Albo cztery, sześć, osiem. Byle nie jedną.

Obecne pod moim dachem papugi to – jak wspominałam – amazonki białoczelne. Jedne z najmniejszych przedstawicieli swojego rodzaju. Żyjące 30-40 lat, dominujące, aktywne, często też gadające, choć to nie jest dla mnie kluczowe.  Psujące i wariujące, ale hej, to amazonki. One tak mają. Ten konkretny gatunek wydał mi się dobry z kilku powodów, ale wśród nich był fakt, że to ptaki krótkoogonowe, które raczej wspinają się, niż latają. Drugą istotną kwestią był właśnie ich rozmiar. Są dość małe, ale jednocześnie mają dusze większych ptaków. Ponadto są mniej fobiczne od na przykład całkiem popularnych żako.

Mój duet to Mera i Iorweth. Są ptakami z drugiej ręki. Jak podają właściciele Birdtrick.com, papugi są trzecim najpopularniejszym typem pupila, ale pierwszym, który najczęściej szuka nowego domu i cóż… przy odpowiedniej ilości wiedzy chyba jednak lepiej dać im drugi dom, niż kupować zwierzę od hodowcy. Ale to analiza na zupełnie inny wpis. W każdym razie, zakup nawet 5 letniego ptaka to nic przy przewidywanej długości życia większych gatunków, czego na przykład nie można powiedzieć o psie, którzy przeżyje może 10, może 15, a może i 20 lat, ale jednak – istnieje opcja, że połowę życia ma już za sobą.

A moje maluchy nawet tylu nie mają. O Merze wiem mniej. Prawdopodobnie wykluła się w 2016/2017 roku. To samica, dużo mniejsza od Iorwetha. Ma też na głowie mniej białych, a więcej niebieskich piórek. Prawdopodobnie nie jest ręcznie karmiona, ale w praktyce… nie mam pojęcia, czy jest, czy nie. W każdym razie jest stosunkowo nerwowym ptakiem, który raczej unika bezpośrednich starć z ludźmi. Niemniej, jest łasa na jedzenie i szybko się uczy. Po prostu potrzebuje więcej czasu od swojego towarzysza, by się do kogoś lub czegoś przekonać.

Iorweth wykluł się na wiosnę 2018. To młodziutki chłopak, który zdążył się już do mnie przykleić i przywłaszczyć. Cóż, papugi pod tym względem są trochę jak koty. Wciąż pracujemy nad współpracą, ale na pewno jest dużo odważniejszy i bardziej żywiołowy od Mery. Jest też od niej głośniejszy, chociaż właściwie ani on, ani ona nie przesadzają za bardzo z krzykiem. Potrafi wydawać z siebie dźwięki zbliżone do ludzkiego śmiechu, ale tak jak jego koleżanka, nie mówi. Jak wspominałam, nie jest to dla mnie kluczowe, ale wiem, że dla wielu osób postronnych to ważna informacja.

No więc tak. Mam papugi. Dwie. Jakby pojawiały się gdzieś na zdjęciach – to po prostu miejsce świadomość, że to nie przypadek.

piątek, 24 maja 2019

Gwoli wyjaśnienia


Ostatnio trochę tu cicho. Najpierw przestałam się tak często odzywać w komentarzach, a następnie – przestały pojawiać się posty. Nie skłamię chyba, gdy powiem, że miało na to wpływ kilka różnych czynników, głównym chyba jest jednak: chwilowo tak dużo nie czytam. A jak nie czytam to nie piszę recenzji, to zaś skutkuje brakiem motywacji, by tu zaglądać.
Po prostu trochę się u mnie ostatnio dzieje. Obrona, praca i trochę innej prywaty złożyły się od lutego, a jak do tego dodacie przestój czytelniczy (bo trafiłam na parę pozycji, które się długo czytały) oraz fakt, że znów uciekłam trochę w świat „tekstowych RPG” (choć w sumie powinnam raczej napisać PBF) to okaże się, że po prostu na bloga najzwyczajniej czasu nie ma i nie było. Nie przewiduje szczególnie wielkich zmian do sierpnia, bo w lipcu jak właściwie co roku po prostu mnie nie ma.
Nie oszukujmy się, przerwa w końcu musiała nastąpić. Od paru lat posty pojawiały się zawsze co najmniej raz na trzy dni, choć częściej – raz na dwa. Tak po prostu nie można przez wieki, szczególnie, jeśli nie jest to forma na której w jakikolwiek sposób zarabiam.
Mam jednak nadzieję, że właśnie od sierpnia uda mi się na poważnie DM ruszyć i niekoniecznie mówię tu o samych postach. Mam ochoty na zmiany. Może własna domena, może przeniesienie się z blogspotu na coś innego – zobaczymy, co mi z tym wyjdzie, na nic się nie nakręcam, ale KTO WIE. Poza tym liczę, że w końcu będę miała „pod ręką” własne zwierzaki i to raczej inne, niż typowy piesek czy kotek, także może okazać się, że i o nich sporo tu będzie. Bo jeśli wszystko wyjdzie tak, jakbym chciała to pewnie będę miała ochotę się nimi chwalić.
Podejrzewam, że na dniach pojawią się recenzje przynajmniej dwóch książek; mam je przeczytane i dosłownie za chwilę chcę na szybko zabrać się za opisanie przynajmniej jednej z nich. Poza tym przypominam, że zaglądam cały czas na swojego instagrama. Możecie mnie też znaleźć na Morsmordre, czyli PBFie właśnie. A jakby ktoś z Was chciał wiedzieć, czym ten PBF jest to zapraszam do przesłuchania audycji na ten temat, którą nagrałyśmy jakiś czas temu ze znajomą.
Cóż… trzymajcie się ciepło, a ja lecę spróbować napisać dla Was te dwa kolejne teksty!

poniedziałek, 23 lipca 2018

Wyjazdowy „update”


 
Cześć! Jak część z Was wie (bo pisałam o tym TUTAJ) przebywam obecnie w pracy wakacyjnej za granicą (o której dokładniej zaś pisałam TUTAJ). Mam bardzo ograniczony czas: dziennie zostają mi może dwie godziny dla siebie, w trakcie których jestem zwykle zbyt zmęczona, by robić cokolwiek sensownego, a co za tym idzie: nie mam ani jak czytać, ani jak spokojnie zająć się blogiem, czy Instagramem.
Na całe szczęście dla mojej internetowej działalności prawdopodobnie już w najbliższy weekend będę w domu. Osobiście zaś nie wiem do końca, czy się cieszyć. Z jednej strony dłuższy pobyt oznacza większy zarobek, a o to w tym wyjeździe chodzi. Z drugiej… cóż…
Praca na taśmie przez tyle godzin dziennie to naprawdę nic przyjemnego. Wprawdzie po pierwszych dwóch tygodniach trochę przywykłam do tego trybu i nie mam ochoty bezustannie gdzieś iść, drapać się, zmieniać pozycji itd., ale nie zmienia to faktu, że przez kurz mam nieustający kaszel, zaś moje plecy też zaczynają się buntować. Nie jest to zdecydowanie zajęcie na dłuższą metę, choć ma swoje zalety. Tak unormowanego trybu życia jak tutaj nie mam nigdy i nigdzie. Nawet z pokoju codziennie rano wychodzę dokładnie w tych samych godzinach, bo zawsze robię to w „towarzystwie” tych samych osób. Niemniej, widzę, że też wszystkim współpracownikom powoli zaczynają puszczać nerwy, bo spięcia z dnia na dzień zdają się być coraz częstsze.
Najbardziej boli mnie obecnie brak czasu na czytanie. Głównie dlatego, że do mojego domu cały czas przychodzą nowe tytuły i zastanawiam się, kiedy po prostu to wszystko nadgonię (biorąc pod uwagę, że od połowy maja mam zastój czytelniczy). Na całe szczęście sierpień mam praktycznie wolny i liczę, że wtedy i wyczytam sporą część tego co mam, i zabiorę się porządnie za licencjat (który dotyczy fantastyki, więc… czytanie uznajmy za reascherch).
W ogóle, macie ochotę na post z książkami, które przyszły pod moją nieobecność? Moglibyśmy „razem” zobaczyć, co do mnie przyszło. Ponadto od czerwca mam sporo pomysłów na nowe posty, tylko niestety – brak czasu nie pomaga w napisaniu ich.
Mam nadzieję, że taki „update” Wam nie przeszkadza. W każdym razie, zapraszam na DM już za dwa dni, bo zgodnie z harmonogramem pojawi się tu moja opinia na temat jednej z ciekawszych książek Aghaty Christie.

środa, 20 czerwca 2018

Co w mojej trawie beczy? Przerwa, książki i owce.



Cześć. Dzisiejszy wpis będzie jednym z tych nieco dziennikowo-wyjaśniających, pisany nieco spontanicznie. Jeśli więc nie tego szukacie, zapraszam na DM już jutro, na kolejny „zwykły” wpis.
Jak mogliście zauważyć, obecnie moja aktywność i tutaj, i na Instagramie mocno spadła. Głównie dlatego, że… po prostu czułam się trochę zmęczona. Skupiłam się na innych rzeczach, nie miałam ochoty na czytanie. Co gorsza, wszystko stało się w dość felernym momencie, bo już w sobotę wyjeżdżam na ponad miesiąc do pracy, więc raczej moja aktywność w dalszym ciągu nie będzie najlepsza. Niemniej, posty są zaplanowane i jak najbardziej będą się pojawiać, a ja może do tego czasu po prostu znów odżyje pod względem czytelniczo-blogowym.
A co z prywatny? Cóż, od niedzieli jestem w domu rodzinnym, lipiec to praca, a sierpień/wrzesień praktyki. Po przybyciu do domu po dwóch miesiącach nieobecności czekały na mnie dwie nowości: skończona garderoba, na którą czekałam od 2012 roku oraz… barany. A właściwie cztery barany i jedna owca.
Zacznijmy może od zwierzątek. Stado jagniątek trafiło do nas z bardzo prozaicznego powodu: mamy duży plac, a na jego części jest bardzo wilgotno, co sprawia, że koszenie trawy tam jest i trudne, i musi być często powtarzane. Stąd zwierzęta, które mają się tym zająć. Zwłaszcza, że – z tego, co wiem od rodziców – są to stworzenia niezbyt wymagające. Latem potrzebują jedynie placu z cieniem i trawą oraz – ewentualnie – siana, jeśli akurat pada deszcz. Przy tym owce dobrze dogadują się z psami: te ich nie atakują i raczej się przy nich wyciszają, zamiast wariować. Generalnie są stworzeniami uroczymi, ale stosunkowo biernymi i cichymi. Trudno też mówić przy nich o jakimś budowaniu relacji: raczej nie są chętne do kontaktu.
Nie wiem, jak według Was, ale w moich oczach to fajna alternatywa na ekologiczne utrzymanie gospodarstwa domowego. A teraz co powiedzie na kilka zdjęć?



Druga sprawa pewnie bardziej zainteresuje Was pod kątem książkowym. Musicie wiedzieć, że mój pokój w domu rodzinnym jest raczej dość ciemny. Dlatego, aby światło nie rozpraszało się jeszcze bardziej, mam wydzielone osobne pomieszczenie, zwane garderobą. Tylko zwane, bo obecnie poza ubraniami są tam przede wszystkim książki.
Poza książkami uzbieranymi przez kilka ostatnich lat są tam też pozycje z mojego dzieciństwa, które do tej pory leżały zapomniane w kartonach.
Wybaczcie mi za jakość zdjęć, ale to ciasne pomieszczenie bez okna, dlatego trudno tam zrobić cokolwiek lepszego. Już Wam tłumacze, jak to wszystko sobie zorganizowałam.

Na górnej półce po lewej jest literatura faktu i beletrystyka, ale bez elementów fantastycznych: kryminały, powieści obyczajowe, jakieś przygodówki i książki dla dzieci. Obok po prawej znajduje się fantastyka wszelkiej maści: książki ustawione są w trzech rzędach, także nie myślcie, że to, co widzicie, to wszystko. Poniżej po lewej są poradniki, słowniki, jakieś encyklopedie (głównie dla dzieci) i inne tego typu pozycje. Gdy byłam dzieckiem moja mama bardzo często kupowała rzeczy tego typu, dlatego trochę się ich uzbierało.
Po prawej zaś półka odbiegająca od innych: tu znajduje się moja dość niewielka kolekcja magazynów i gazet. Kupka po lewej stronie to w ok. 90% „Nowa Fantastyka”. Po prawej, w woluminach, są zaś roczniki „Fantastyki”, o której już Wam pisałam.
Trzeci rząd od góry po lewej to różnego typu klasyka literatury, albo książki w jakiś sposób docenione. Większość to lektury szkolne, uzbierane przez lata, ale nie wszystkie. Po prawej znajduje się prawie pusta półka (zajęty jest niecały jeden rząd) z resztą fantastyki, która nie zmieściła mi się na półce u góry.
Ostatnia zajęta przez książki półka to półka po lewej, w której znajduje się kolekcja encyklopedii, należąca do moich rodziców.
Wcześniej spora część z tych książek leżała u mnie w szufladach, dlatego cieszy mnie, że w końcu mogą sobie elegancko stać na półce.
Przy okazji mam pomysł, aby zrobić dla Was post z najbardziej zużytymi książkami z mojego dzieciństwa. Co Wy na to? W końcu mogę to zrobić, bo mam bezproblemowy dostęp do wszystkich moich zasobów.
Dodam jeszcze, aby nie było wątpliwości, że to nie jest cały mój zbiór. W dalszym ciągu moje ulubione pozycje i ładnie wyglądające serie cieszą moje oko w biblioteczce przy łóżku, a w moim magiczny kufrze wciąż leży część książek.

Mam nadzieję, że tymczasowo panujący tu zastój sprawi, że po powrocie będę miała więcej ochoty na pisanie. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

poniedziałek, 19 marca 2018

Gdańskie Targi Książki z mikrofonem z ręku


 
Wróciłam do domu. Przejrzałam na szybko sieć, robiąc herbatę, bo przecież na dworze panuje minusowa temperatura i trzeba było się czymś rozgrzać. Potem przyszedł czas na „Wiedźmina 3”, na którego od tygodnia „marnuje” swoje wolne chwilę. W końcu zasiadłam, by skończyć post dla Was o jednotomowych powieściach science-fiction: był już napisany, musiałam tylko przygotować go do publikacji. Jest gotowy, pojawi się pewnie w okresie letnim. Więc w końcu, gdy trochę ochłonęłam, mogę usiąść i spokojnie dla Was napisać kilka słów „prywaty”. Bo mam na to ochotę. Jest przed jedenastą. Ciekawe, o której skończę?
Dane było mi dziś odwiedzić pierwsze targi książkowe w moim życiu. Z resztą, dla nich to też był w pewnym sensie „debiut” – Gdańskie Targi Książki odbyły się po raz pierwszy. Szczerze przyznam, nie miałam większej ochoty na nie iść. Przede wszystkim sama idea nie do końca do mnie przemawia. Książek i tak mam za dużo, a w rynku orientuje się na tyle, by wiedzieć, że wyjątkowo tanio niczego tam raczej nie kupię. Poza tym miałam po prostu kiepski tydzień: pełen marudzenia i tych drobnych rzeczy, które mój zły nastrój po prostu potęgowały. Jakby tego było mało na te targi nie miał przybyć żaden interesujący mnie autor, więc nawet nie miałam ochoty wpaść po autograf.
Och, zapomniałam o herbacie. Jest prawie zimna. Cóż, trudno. Zdarza się.
Ale wracając… na targi iść musiałam: już wcześniej obiecałam, że się na nie wybiorę i odmowa w ostatniej chwili z tak błahego powodu jak „nie chce mi się” jest czymś, czego po prostu nie robię. Poza tym miałam tam iść jako radiowiec, po części – do pracy. Co tam, że nieodpłatnej, w końcu to radio studenckie. Ale takich rzeczy się nie zawala, bo – jak sobie wmawiam – gdy nie dam rady teraz, to nie dam rady w poważnej instytucji. Więc jak mam coś zrobić… to mam zrobić. I już.
Nie zmienia to faktu, że nie miałam absolutnie żadnego pomysłu na to, co na tych targach robić. Umówiłam się z kilkoma blogerkami na krótkie wywiady i właściwie na tym moja idea się kończyła. Wyszłam z domu o jedenastej rano, chciałam tam być około dwunastej – niby powinnam być od otwarcia, ale nie potrafiłam się zmusić, by wstać na tą dziesiątą.
I tu zaczęły się schody. Widzicie, studiuje w Trójmieście już drugi rok, ale to nie zmienia faktu, że Gdańska zupełnie nie znam. Standardowo pojechałam więc z Sopotu na Dworzec Główny i na miejscu ustawiłam Google Maps na adres targów. Zawsze się gubię w tym centrum i nie mogę dojść do Starego Miasta, bo nie bywam tam zbyt często, więc wolałam nie ryzykować.
Z tym, że… mapa albo źle mnie poprowadziła, albo ja skręciłam w złą stronę. I tak z dwudziestu minut drogi zrobiło mi się co najmniej czterdzieści. Na zewnątrz panowała minusowa temperatura, ja szłam bez rękawiczek, bo w końcu musiałam trzymać ten cholerny telefon. Gdy w końcu dotarłam byłam więc zziębnięta, z oczami załzawionymi od wiatru i jeszcze bardziej dobita tymi całymi głupimi targami.
Choć o akredytacje pisałam, nie dostałam od organizacji targów maila zwrotnego. Uznałam więc, że mi jej nie udzielili… czy coś. Kupiłam więc normalny bilet, płacąc te 5zł, bo co mi szkodzi. Ruszyłam na poszukiwanie dziewczyn, z którymi byłam umówiona. Z rozmowy z nimi wyszło, że one również pisały o akredytacje. Dostały odpowiedź. Mają plakietki. Zrobiło mi się więc głupio: hej, ja tu mam latać z mikrofonem i nie mam oznaczenia? A co, jak ktoś mnie zaczepi? I powie, że mam nie nagrywać?  Zrobiło mi się jeszcze gorzej. Wszystko szło nie tak, jak powinno.
Gdy kończyłyśmy nagranie wpadł na mnie kolega z mojego radia, który razem ze mną miał ogarniać całość. I tu okazało się, że ma dla mnie dobrą wiadomość: jemu na zgłoszenie też nie odpisali, ale plakietkę dostał, jest na liście. Z jednej strony kamień spadł mi z serca. Z drugiej: poczułam ukłucie żalu, bo… już sobie wymyśliłam, że skoro nie mam plakietki to nie mogę nagrywać, więc idę do domu. A bardzo chciałam wrócić jak najszybciej.
Następnie przyszło się nam pokręcić trochę po targach. Szukałam jakiś dyskontów, czy tanich książek, by poprawić sobie humor znajdą za dwa złote, ale niczego ciekawego nie wypatrzyłam. Ech, cholerne, głupie targi, no nie?
Na kolejną blogerkę chwilę czekaliśmy, ale i z nią rozmowa się odbyła. I… od niej było już lepiej. Naprawdę! Dziewczyna miała znajomą z biblioteki w Gdyni, więc podeszłam z nią na stoisko, by porozmawiać kimś z ich stoiska. Okazało się, że chwilę mam poczekać, więc uznałam, że nie będę stać bezczynnie i czekać. Poszłam szukać jakiś wystawców, z którymi mogę pogadać. Bo materiał w końcu sam się nie zrobi.
Dotarłam do stoiska, które było dość mocno osaczone przez gości, przez co nikt z niego nie miał czasu, aby zamienić ze mną kilka słów. Czekałam więc grzecznie, nie mając ochoty znów biegać. Obok, przy stoliku dla autorów, siedział starszy pan. Właściwie z nikim nie rozmawiał, nic nie podpisywał, więc zagadałam. Jest pan autorem? Nie? Ach, tłumaczem. Z islandzkiego! Porozmawia pan ze mną? Oczywiście!
I… wkręciłam się. Wiecie, czasem ludzie boją się mikrofonu: zdarzają się nieśmiałe osoby, albo takie, które „nadmiernie” chronią swoją prywatność, lub takie, które mają wadę wymowy, albo po prostu uznają, że nie potrafią sklecić zdania. I takie osoby trzeba zachęcać do rozmowy, ciągnąć za język, a i tak nie zawsze się zgodzą. Ale… to targi. Wystawa. Na wystawie każdy jest po to, by podzielić się tym, co ma. Więc akurat w tym przypadków problemu z rozmową z ludźmi nie było. Poza pojedynczymi przypadkami, każdy zgadzał się na rozmowę, po nagraniu zwykle też zamieniał kilka słów. Czasami byłam wysyłana od jednej, do drugiej osoby, czasem sama podchodziłam. I zrobiło się po prostu miło.
Nie powiem, często tak mam: gdy wchodzę gdzieś, niby przygotowana, niby z pytaniami, jestem po prostu cholernie spięta i całość nagrania wychodzi sztucznie. Jestem introwertykiem i chwilę zajmuje mi  zwykle dostosowanie się do takiej sytuacji. Ale gdy trochę się rozruszam, pogadam z ludźmi, pójdę na spontan, przestanę planować: to robi się lepiej. W pracy radiowej najtrudniejszy jest dla mnie ten pierwszy odruch, który każe mi nie zbliżać się do nieznajomych. Bo co oni o mnie pomyślą? Bo przecież nie chcę nikomu przeszkadzać! Ale gdy już trochę popracuje naprawdę często robi się sympatycznie. Zwłaszcza, gdy ludzie – tak jak w tym przypadku – współpracują i pozwalają mi zbierać dźwięki.
Nie czekałam do końca targów. Około szesnastej zebrałam się do domu. I tak powrót zajął mi godzinę, a najzwyczajniej w świecie nie czułam potrzeby, by siedzieć tam dłużej, tak po prostu. Zwłaszcza, że trzeba było jeszcze zrobić zakupy. Na szczęście robienie obiadu mnie ominęło – uznałam, że gotować mi się nie chce i dawno nie byłam w żadnym fast-foodzie, więc po drodze zahaczyłam o Maca na Monte Casino. W końcu prawie go mijam, idąc do mieszkania. Koniec końców… był to więc całkiem dobry dzień.

To, że moja wycieczka w końcu była raczej pozytywna nie zmienia faktu, że same targi… jako idea, dalej nie do końca do mnie przemawiają.
Ze wspomnianych przeze mnie wcześniej kwestii wszystko okazało się prawdą: tak jak przypuszczałam, ceny wcale nie były szczególnie rewelacyjne. W księgarniach internetowych kupię książki taniej. Na miejscu nie było ciekawych autorów, ani nawet szczególnie interesujących mnie prelekcji. Gdyby nie mikrofon, po piętnastu minutach nie miałabym co tam robić. Niemniej, same targi wydawały się udane. Ludzi było dużo, a wystawcy raczej chwalili sobie imprezę. Samo miejsce było i dobre, i złe zarazem. Dobre: bo piękne. W bardzo dobrej lokacji i w przepięknej filharmonii, miejscu o naprawdę niezwykłym klimacie. Złe: bo ciasne i z toną schodów, które na pewno przeszkadzały i niepełnosprawnym, i matkom, i starszym osobom. Ale chyba nie można mieć wszystkiego, prawda?
A co lokacji jeszcze… zbierając materiał, zauważyłam pana z małym pieskiem pod pachą. Oświeciło mnie, że hej, skoro można tu wprowadzać psy to może niech mi się ta osoba wypowie właśnie o tym? Bo przecież zawsze jest miło móc wejść gdzieś z czworonogiem, gdy na zewnątrz panuje takie zimno. Podeszłam. Zaczęłam rozmawiać. I nagle okazało się, że pan, poza możliwością wnoszenia psów, nie widzi w targach żadnych zalet. Ciasno tu, bardzo ciasno, a na dodatek tak tłoczno, że przecisnąć się nie da! Poza tym nie wszędzie da się płacić kartą i jest po prostu źle. Cóż… zdarza się i tak.
Jest za dwadzieścia północ. Miałam jeszcze czytać drugi tom „Bram Światłości” Kossakowskiej, a  w moim pliku z tym tekstem ponad dziewięć tysięcy znaków. Chyba na ten raz książkowo-dziennikarskich zwierzeń już wystarczy. A więc… powiedziałabym: dobranoc, ale prawda jest taka, że pewnie i tak zobaczycie te moje wypociny dopiero za kilka dni.

PS Zdjęć nie ma. Przepraszam, zbierałam dźwięki, nie fotografie. Relacja pewnie pojawi się 26.03 w Raporcie Literackim. I pewnie jeśli tak będzie, dam Wam znać.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Z wizytą we wrocławskim zoo


Początkiem sierpnia tego odwiedziłam Zoo we Wrocławiu. Ostatnim razem byłam tam jako dziecko, z resztą, niewiele z tej wycieczki pamiętam. Szczerze przyznam, po tylu pozytywnych opiniach, które dane mi było słyszeć spodziewałam się czegoś niezwykłego... a dostałam właściwie zwyczajny ogród zoologiczny, tyle, że z nowym Afrykanarium.
Wygląd samych wybiegów nie różni się szczególnie od tych, które widziałam w innych obiektach tego typu. Zwierzęta mają dobre warunki, ale nie zachwycają wizualnie. Przeciwnie, powiedziałabym, że opolski ogród pod tym względem wypada o niebo lepiej: jest po prostu ładniej zaprojektowany. Zoo we Wrocławiu jest zwyczajne i dość szare.
Afrykanarium jest nowiutkie, a więc: ładne. Przyjemnie się po nim spaceruje (mimo panującego tam upału), same akwaria są czyste. Ale... szczerze mówiąc, miałam większe oczekiwania. Sam tunel podwodny jest dość krótki, na dodatek zanurzony na tyle płytko, że od góry widzimy sufit, co niszczy całą magię tamtego miejsca. Wiem, że w polskich warunkach nie łatwo coś takiego zrobić i utrzymać, niemniej, naprawdę spodziewałam się czegoś więcej. A dostałam zdecydowanie biedną wersje tego, co możemy zobaczyć w filmach. Nie mogę jednak powiedzieć: wielkim atutem tego miejsca jest fakt, że innego podobnego w naszym kraju nie znajdziemy. To jednak najlepsze, co można u nas znaleźć.
To, co zawsze irytuje mnie w placówkach tego typu, a co we Wrocławiu jest szczególnie widoczne to... nagonka na bycie eko. Już pomijam wszechobecne plakaty z informacjami, jak to źli ludzie niszczą środowiska naturalne zwierząt. W jednym z budynków znaleźliśmy lodówkę, na której napisy... zabraniały kupować pomidorów zimą, bo pochodzą z szklarni, a szklarnie to przecież zło tego świata. Ech, ludzie, nie przesadzajmy może, co?
Wrocławskie zoo to połączenie nowego i starego: przy typowych sprzed kilku-kilkunastu lat wybiegach mamy parę nowoczesnych budynków. Przez to obiekt sam w sobie nie wypada zbyt niezwykle, ale na spacer, czy wycieczkę z  dziećmi powinien się sprawdzić. Zwłaszcza, że większość ludzi jest jednak mniej wymagająca w ocenianiu ode mnie :D

Poniżej łapcie zdjęcia: dysponowałam obiektywem 50mm, poza tym nie miałam w wielu miejscach czasu, by na spokojnie zrobić zdjęcia, dlatego potraktujcie to po prostu jako moje fotografie z „albumu rodzinnego”, a nie profesjonalne prace :D Najwięcej jest rybek, bo te po prostu najlepiej mi wychodziły.

Takie akwarium to ja chce mieć w domu!










Magia 50mm: nóżka ucięta, ostrość uciekła z końskiej głowy...

Tak mieszkają wrocławskie konie

Niestety, ktoś zapomniał o słomie w boksie...


sobota, 24 czerwca 2017

Wyjazdowe informacje i „wakacyjny” stosik

Hej :) Piszę dziś do Was, bo jutro wyjeżdżam, o czym z resztą już informowałam w poprzednim poście. Dziś jednak to po prostu wpis typowo informacyjny :)
Nie będzie mnie w kraju do początku sierpnia i do tego czasu moja aktywność pewnie będzie mniejsza, choć w ostatnim czasie była ogólnie mała: od bloga trochę się odcięłam. Sesja, nadmiar terminów i inne takie po prostu zbyt mnie zestresowały, bym miała ochotę na czytanie, a co za tym idzie: nie miałam ochoty na bloga. Jakoś tak to u mnie wychodzi: jak czytam, mam motywacje, by tu wchodzić. Jak nie – czuje się trochę głupio i zaczynam go olewać :D
W każdym razie w ogóle zauważyłam, że w miesiącach letnich Wasza aktywność spada: nie dziwię się, lepiej jest siedzieć teraz na dworze, niż przed komputerem. W końcu ja sama też zrzuciłam DM na drugi plan. No ale nie ma tego złego.
Wracając do mojego wyjazdu: dostęp do Internetu będę miała, więc nie znikam zupełnie. Po prostu pewnie będę zbyt padnięta, by do Was pisać. Posty są zaplanowane co dwa dni, więc ani Wy, ani tym bardziej ja nie muszę się o to martwić. Tylko błagam, czytając moje wpisy (wszystkie, nie tylko te z niedługiej przyszłości) bierzcie poprawkę na to, że ja zwykle pisze je na zapas :) I często znam już całą serie, gdy na blogu pojawia się recenzja tomu pierwszego. Jeśli chcecie sprawdzić, jakie książki już mam za sobą zapraszam na mój profil na LC (gadżet po prawej).

By nie było, że tylko na tym końce uznałam, że wrzucę Wam dziś mój stosik książek do przeczytania. Zwykle jest mały, poza tym nie mam też ochoty i czasu, by je robić, ale wyjeżdżam, a więc taki „rachunek sumienia” mi się przyda, a i Was może zainteresuje :)


Te dwie książki po prawej do „Lód” Dukaja i „Narrenturm” Sapkowskiego, które obecnie niby czytam. Niby: bo przez dość trudny okres nie umiem przez nie przebrnąć. Plan był taki, że przez tydzień przerwy do wyjazdu przeczytam tą pierwszą, zaś w drogę wezmę Sapkowskiego, ale punkt pierwszy planu raczej nie wypali. Jeśli kiedyś pojawi się recenzja „Lodu”, albo jeśli już go znacie pewnie zrozumiecie/rozumiecie dlaczego :D Najwyżej wezmę się za niego po powrocie, bo ja po prostu nie mam obecnie na tę lekturę siły.
Pozostałe książki to te czekające na przeczytanie. Nie licząc książek Żeromskiego to wszystkie książki w moim domu, których jeszcze nie ruszyłam i czuje się z tego zadowolona, bo aż tak dużo ich nie ma :D Większość z tego stosiku pochodzi z wyprzedaży, bo na parę fajnych okazji ostatnio trafiłam. No dobra, po kolei!
·         „Blondynka u Szamana” Beaty Pawlikowskiej – chyba wezmę ze sobą tę książkę na wyjazd :) Kupiłam ją na przecenie w Biedronce, za 5zł. Inaczej by do mnie pewnie nie trafiła. Zapowiada się podróżniczo, lekko, wczasowo: więc powinno być miło, mimo, że tego typu książek raczej nie czytam.
·         „Król Bezmiarów” Feliksa W. Kresa – tę pozycję wyłowiłam lata temu w jakimś wyprzedażowym koszyku. Długi jej nie ruszałam, bo to drugi tom, a ja nie miałam pierwszego.  Ale że w końcu go poznałam to niedługo przyjdzie pora i na tą pozycje (recenzja tomu pierwszego w kolejce).
·         „Polska, głupcze” Tomasza Lisa – kosztowała aż 2zł! Nie spodziewam się po tej książce kompletnie niczego szczególnego. Wzięłam ją głównie przez mój kierunek studiów: na dziennikarstwie warto wiedzieć coś o Tomaszu Lisie, nie? Aczkolwiek raczej nie mam z nim dobrych skojarzeń. Ale przeczytam.
·         „Agent JKF 4. Armie nieśmiertelnych” Miroslav Žamboch, Jiří Walker Procházka – kupiona za 5zł w Biedronce, „bo Fabryka Słów”. Powiedźcie mi, mogę ją czytać osobno? Bo Žamboch chętnie poznam, ale pozostałych części serii nie posiadam.
·         „Mistery” Stephena Kinga – jak wiecie, z Kingiem się nie lubimy. Ale jak mogłabym nie kupić książki znanego autora za 7zł w grubej oprawie...? W każdym razie, moje kolejne spotkanie z tym panem jest coraz bliżej.
·         „Motylek” Katarzyny Puzińskiej – a właściwie tom pierwszy; muszę poprosić kogoś w Polsce, by upolował mi drugi, bo nie zauważyłam w sklepie tego głupiego podziału. W każdym razie, to kolejna książka za grosze. Mam nadzieję, że w końcu trafię na dobry, polski kryminał.
·         „Shirek: Posłowie” Jeefa Vandemeera – książka z serii Uczta Wyobraźni. Gdy trafiłam na dwa tomy z serii po 10zł po prostu nie mogłam jej nie wziąć. Niestety, to drugi tom serii; gdy wrócę, będę musiała kupić pierwszy. Mam nadzieję, że uda mi się go upolować, bo nie jest dostępny w księgarni. W każdym razie czytałam już inną książkę tego pana (ta druga z serii; recenzja wkótce) i była specyficzna, choć magiczna zarazem. Liczę, że z tą będzie tak samo.
·         Trylogia „Arkadia” Kaya Meyera – tom pierwszy już za mną (recenzja czeka w kolejce), więc wiem, czego mogę się spodziewać; choć pomysł autora był ciekawy (włoska mafia i mitologia grecka w jednym) to sama książka trochę mnie wymęczyła. Ale zobaczymy... wezmę przynajmniej jeden tom na wyjazd, może będzie lepiej. Dwie książki kupione za 5zł w Biedronce, tom drugi za 10zł w Świecie Książki.
·         „Ukryty kwiat” Pearl S. Buck – Noblistka za 2zł?! Oczywiście, że kupiłam! Mam cztery inne książki tej pani i choć nie były najbardziej porywającymi lekturami na świecie to mają swoją magię. Tą kupiłam po części do kolekcji, po części z mojej pewnej sympatii do autorki.
·         Trylogia husycka Sapkowskiego – tu rozpowiadać się nie będę :) Mój prezent urodzinowy. Jak na razie... jest dobrze.
·         „The colour of magic” (pl: „Kolor magii”) Pratchetta – moja pierwsza książka po angielsku. Zdecydowałam się na nią, bo żarty brzmią najlepiej w oryginale, a ponieważ to młodzieżówka powinno mi się ją w miarę przyjemnie czytać. Ale och, jakie ja miałam przygody z tą książką! Zamówiłam ją na Amazonie jeszcze w kwietniu. Książka jest używana (ale w bardzo dobrym stanie), dlatego kosztowała grosze; z przesyłką wyszła mnie 20-30zł, ale sama kosztowała mniej niż jednego funta. Tyle, że... jakoś długo nie chciała dotrzeć. Już myślałam, że zaginęła w akcji, gdy przyjechałam do domu we wtorek i okazało się, że czeka na mnie od dwóch tygodni. Niemniej, i tak długo szła ;/ Ale jest, więc będę czytać :D
·         „Dwór cierni i róż” Sarah J. Maas – dwa tomy wygrane w konkursie u Charlotty :) Jak wiecie, jestem wielką przeciwniczką (XD) „Szklanego tronu” tejże pani i nie powiem, boje się tych książek. ALE cieszę się, że mam je u siebie, bo lubię poznawać znane rzeczy, by wiedzieć co w trawie piszczy. No i to dwa tomy, nie jeden; na półce będą dobrze wyglądać :D Mam nadzieję, że spodobają mi się bardziej, niż Tamta książka autorki. Na pewno biorę je ze sobą na wyjazd.


Oj, miał być krótki informacyjny post, a TO słowo jest tysiąc pięćdziesiąte ósme :D Cóż... lubię pisać o książkach, cóż ja poradzę. W każdym razie przekazałam Wam chyba wszystko co chciałam, także do napisania! Jutro pojawi się recenzja pewnego musicalu, czekajcie cierpliwie.
Nomida zaczarowane-szablony