Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urban fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urban fantasy. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 grudnia 2023

Minas Warsaw: trzecia szansa dla Magdaleny Kozak


W Warszawie pojawił się potężny mag oraz jego smok. Jednostki specjalne próbują poradzić sobie z magicznym cholerstwem, ale jak się okazuje, nie jest to wcale takie proste. Z kolei w innym, zaczarowanym świecie pewien Wędrowiec ratuje z sideł demona i wyrusza wraz z nim w podróż.

Minas Warsaw
Magdalena Kozak
wyd. Fabryka Słów, 2020


Zgodnie z regułą, że do trzech razy sztuka, postanowiłam dać kolejną szansę Magdalenie Kozak, licząc, że jej „Minas Warsaw” to powieść, która po prostu w końcu mi się spodoba. Od dnia wydania kusiła mnie bowiem okładka i miałam nadzieję, że tym razem autorka pójdzie w magiczne klimaty, nie skupiając się aż tak bardzo na technicznych kwestiach związanych z wojskiem. Teraz mogę jednak oficjalnie stwierdzić: no nie polubię się chyba za bardzo z tą jej twórczością.

Ta powieść składa się z dwóch linii fabularnych, z których jedna rozgrywa się we współczesnej Warszawie, a druga w fantastycznym świecie. Z czasem oczywiście obydwie historie zazębiają się, choć nie powiem, by sposób, w jaki do tego dochodzi, jakkolwiek mnie zdziwił: dość szybko zaczęłam spodziewać się właśnie takiego rozwiązania akcji. Zabieg, po który sięgnęła tu Kozak, jest dość popularny w podobnej literaturze i jeśli po tę książkę sięgnie oczytany czytelnik fantastyki, to raczej nie będzie miał powodów do zachwytów nad kreatywnością autorki pod tym względem.

Sam klimat historii jest jasny od samego początku: to nie ma być żadna poważna fantastyka, a coś lekkiego i komediowego, czasem zahaczającego wręcz o satyrę gatunku. Mój problem polega jednak na tym, że do mnie żart Magdaleny Kozak w ogóle nie trafia. Autorka próbuje komentować rzeczywistość, ale przed nią w podobny sposób zrobiło to wielu pisarzy, toteż nie są to dla mnie jakoś szczególnie celne czy zaskakujące spostrzeżenia i podobnie jest z samymi żartami. To przerobione już na milion sposobów teksty, które nie wybijają się dla mnie niczym szczególnym. Czytając, miałam wrażenie, że Kozak chce żartować, tak jak robi to Marta Kisiel, Martyna Raduchowska czy choćby Aleksandra Janusz, ale po prostu brakuje jej umiejętności, by te żarty były tak lekkie i trafne, jak udaje się to innym. Tak, jakby pisała tę powieść trochę na siłę, bo hej, taka lekka i żartobliwa fantastyka przecież dobrze się sprzedaje. 

A że to niby żartem ta powieść stoi, to kiedy ten element do mnie nie trafił, nie trafiła do mnie cała reszta. Fabuła nieszczególnie mnie interesowała. Wątek w świecie fantasy wydawał mi się bardzo toporny, a ten warszawski jakiś niemrawy. Poza tym jeśli ktoś spodziewał się, że w tej książce Kozak odetnie się od swoich wojskowych korzeni to niestety, to nie jest ta powieść. Autorka jednak dość mocno skupia się na działaniach służb specjalnych, które być może są rozpisane realistycznie (nie znam się na tym), ale w jej wydaniu kompletnie mnie nie interesują.

Muszę jednak dodać parę milszych słów na temat samej oprawy graficznej książki. Jak już wspominałam, okładka chwyciła mnie za oko, ale to nie wszystko. Wewnątrz znajdują się naprawdę dobre ilustracje, a same rozdziały mają też grafiki dostosowane do tego, gdzie rozgrywa się akcja: gdy dany rozdział ma miejsce w Warszawie, pojawia się tam bardziej miejska ilustracja, a gdy w magicznym świecie — magiczna, ze smokiem. To akurat naprawdę uroczy detal.

Nie wiem, czego spodziewałam się po tej lekturze, ale naprawdę miałam nadzieję, że będę się po prostu lepiej bawić. Niestety, nie wciągnęła mnie ta opowieść i nie sprawiła, że jednak mam ochotę na więcej powieści Magdaleny Kozak, w związku z czym teraz chyba naprawdę twórczość tej polskiej autorki sobie odpuszczę. Pod warunkiem że znów nie kupię książki przez miłą dla oka okładkę.



poniedziałek, 20 listopada 2023

Elfy Londynu: najgorsza powieść przeczytana w 2023?


Londyn. Elfy i ludzie żyją razem. Dawniej toczyli wojny, lecz obecnie żyją w pokoju. Arianrhod infiltruje organizację terrorystyczną, chcąc sama dokonać zemsty.



Czytam sporo złych książek. Często narzekam nawet na te, które są po prostu przeciętne, co może sprawiać wrażenie, że ostro je krytykuje. Ale prawda jest taka, że mimo błędów, sporo z tych tytułów to kompetentnie napisane powieści, mające wstęp, rozwinięcie i zakończenie. „Elfy Londynu” nie można tak niestety nazwać. W moim odczuciu to co najwyżej amatorski twór powieściopodobny, który nie wiedzieć czemu został wydany przez profesjonalne wydawnictwo. Czyżby Marta Dziok-Kaczyńska (której przed przeczytaniem nie kojarzyłam) była AŻ TAK popularna, aby taka publikacja się po prostu opłacała? 

Elfy Londynu
Marta Dziok-Kaczyńska
wyd. Uroboros, 2023

To książka, w której przede wszystkim nie wiadomo, o co chodzi. Jest jakiś współczesny Londyn, w którym są elfy. Jak się tam znalazły? A kogo to obchodzi. Są rody i zasady dworskie wzięte prosto z jakiejś kostiumowej telenoweli, w których autorka momentami zdaje się rozpływać. Jednocześnie dostajemy jakieś wątki niby rasistowskie i niby terrorystyczne, wpada też romans. Ale naprawdę trudno się w ogóle połapać, o co tu w ogóle chodzi i jaki był na tę historię zamysł. Naprawdę bardzo dawno się z czymś takim nie spotkałam, a przecież tego typu lekkiego fantasy czytam sporo.

Autorka dodatkowo strzela sobie w stopę raz za razem, np. regularnie robiąc przeskoki czasowe. Dostajemy więc 100 lat temu, 98 lat temu, rok później, 5 lat później… a potem kawałek współczesności i znów przeskok o 50 lat do tyłu. Do tego dodajmy imiona, które trudno spamiętać, opisy rodów, które nic nie wnoszą, bardzo bezpłciowo rozpisane sceny erotyczne i dostajemy książkowy horror roku. Naprawdę jestem niemal pewna, że ta książka trafi do mojego TOP 10, jeśli nie TOP 5 najgorszych powieści przeczytanych w 2023 roku. A szkoda, bo chętnie poczytałabym trochę o magicznym Londynie. 

Zwykle gdy książka mi się nie podoba i tak widzę jakiś target, któremu mogłabym ją polecić. Ale nie w tym przypadku. Ta powieść w tej formie nigdy nie powinna opuścić szuflady autorki. Absolutnie nigdy. A już tym bardziej nie powinna ukazać się nakładem profesjonalnego wydawnictwa. Nie kupujcie, nie czytajcie – szkoda czasu i pieniędzy.


piątek, 17 listopada 2023

Onyks: teen drama na pełnej


W Katy coś się zmieniło, od kiedy Daemon ją uleczył. Dziewczyna nie jest jednak wciąż pewna jego uczuć i nie potrafi mu wybaczyć złego traktowania. Gdy w szkole pojawia się nowy chłopak, wybiera się z nim na randkę, co wzbudza zazdrość Luksjanina. Powoli zaczyna się jednak okazywać, że prawdziwym wrogiem kosmitów nie są Arumianie, a Departament Obrony.

Onyks
Jennifer L. Armentrout
wyd. Filia, 2019
cykl Lux, t. 2


Pierwszy tom cyklu „Lux” wzbudził we mnie trochę nostalgii. Druga część, „Onyks”, była jednak dla mnie głównie męczącą teen dramą. Niestety, Jennifer L. Armentrout raczej nie ma predyspozycji, aby stać się moją ulubioną pisarką.

Mniej więcej do pierwszej połowy w tej historii dostajemy głównie nastoletnie problemy. Od czasu do czasu zapowiadane są problemy, które pojawią się w finale, ale akcja skupia się przede wszystkim na życiu miłosnym Katy. Wydawałoby się, że zakończenie pierwszej części jasno dało do zrozumienia, że bohaterowie będą pełnoprawną parą, ale nie. Protagonistka dalej nie jest pewna uczuć Daemona, mimo że ten regularnie mówi, że ją lubi. Pojawia się nam trójkąt, który nie ma zbyt wiele sensu, bo Katy do tego bohatera naprawdę nic nie czuje – to Daemon jest najprzystojniejszy i najlepszy, choć cały czas ją drażni. Protagonistka regularnie miewa zaś wewnętrzne rozkminy na temat tego, jak bardzo lubi/nielubi/kocha/nienawidzi brata swojej najlepszej przyjaciółki i kosmitę w jednym. Na Merlina, to było po prostu męczące.

Ach, Daemon ma traity toksycznego człowieka, który musu dużo kontrolować, ale zdarza mu się za to przepraszać. Ponadto sam o sobie mówi, że jest mądrzejszy, niż typowy 18-latek z powodu swojego kosmicznego pochodzenia, ale osobiście jakoś mu w to nie wierzę. 

W drugiej połowie książki dostajemy trochę więcej akcji i odrobinę plot twistów, przez co robi się łatwiejsza do strawienia. Poczułam odrobinę satysfakcji z wybranych przez autorkę rozwiązań, ale w dalszym ciągu właściwie wszystko, co się dzieje w tej części, jest bardzo łatwe do przewidzenia i było wręcz zapowiadane w pierwszej połowie. Sam motyw Departamentu Obrony moim zdaniem jest przedstawiony dość naiwnie i choć rozumiem, że jest to młodzieżówka, to jako dorosły czytelnik nie jestem w stanie w pełni w to uwierzyć. 

Jako moja książka „do poduszki” powieść Armentrout spełniła swoje zadanie: po chwili czytania naprawdę ją odkładałam, bo nie miałam szczególnej ochoty się w tę teen dramę dłużej bawić. I jeśli ktoś szuka tego typu lekkiej lektury, nie zwracając szczególnej uwagi na jej wady to cóż, proszę bardzo. Ale czy „Onyks” jest dobrą książką? No cóż, moim zdaniem nie bardzo.


wtorek, 14 listopada 2023

Obsydian: nostalgiczny powrót do paranormalnych romansów


Katy przeprowadza się z Florydy do niewielkiej miejscowości wraz ze swoją mamą. Szybko znajduje przyjaciółkę w mieszkającej naprzeciwko Dee. Jej przystojny brat, Daemon, nie zachowuje się jednak względem niej zbyt przyjaźnie. Nastolatka szybko zauważa, że rodzeństwo coś ukrywa.

Obsydian
Jennifer L. Armentrout
wyd. Filia, 2019
cykl Lux, t. 1


Nie sądziłam, że nowo przeczytana książka może wywołać u mnie tyle nostalgii, nawet mimo tego, że obiektywnie wcale nie jest szczególnie dobra. „Obsydian” Armentrout pojawił się za granicą w 2012, a w Polsce w 2014 roku, czyli już chwilę po mojej fazie na paranormalne romanse. Nie dotarł więc do mnie w odpowiednim czasie, ale to tak typowa powieść dla tej wcześniejszej fazy rozwoju romantasy, że naprawdę nie jestem w stanie mieć w stosunku do niej żadnych negatywnych emocji.

No właśnie, romantasy, bo choć w tej powieści występują kosmiczne istoty, to dla mnie w dalszym ciągu jest to fantasy. Co z tego, czy mamy wampira, czy kosmitę, skoro nikt i tak niczego nawet nie próbuje naukowo wyjaśniać? Bohaterzy równie dobrze mogliby przybyć z magicznej przeszłości Ziemi i to naprawdę niczego by fabule nie zmieniło. Oczywiście nowsze romantasy jest trochę inne, np. rozgrywa się zazwyczaj w odrębnych światach, ale te historie, tak czy siak, spełniają te same potrzeby młodej czytelniczki. 

Ta historia jest pod każdym względem tak sztampowa, jak tylko możliwe. Mamy zwykłą dziewczynkę, która nie uważa się za ładną. Przy okazji jest nudna, bo lubi czytać książki i robić grządki w ogrodzie. W jej okolicy jest zaś nieziemsko przystojny chłopak, co będzie przypominane w każdym możliwym momencie. No bo po co zakochać się w cechach charakteru, jak można pięć razy na stronę wspomnieć o pięknych ustach ciemnowłosego ciacha? Mamy do tego zakazaną miłość i bardzo prosty konflikt.

Mam jednak wrażenie, że Armentrout była trochę świadoma tego, co pisze i że momentami specjalnie wszystkie te głupiutkie cechy romansu eksponowała wręcz nadmiernie. Bohaterowie się nienawidzą, ale jednak czują do siebie pociąg? OK, będziemy o tym wspominać milion razy w trakcie każdego ich spotkania! Gość coś ukrywa? Oczywiście, że to też będzie podkreślane, tak żeby nikomu nie umknęło. Ktoś protagonistki nie lubi? No to będzie nie lubił jej aż do chęci mordu. Dosłownie.

Nie jest to jednak parodia (a szkoda, bo aż by się momentami prosiło) i w związku z tym muszę traktować tę powieść przynajmniej trochę poważnie. I gdy patrzę na „Obsydian” pod takim kątem, to naprawdę niewiele by trzeba było, aby tę książkę trochę jakościowo podciągnąć. Gdyby ograniczyć te wszystkie wspominki o pięknie bohaterów, skupić się bardziej na ich odczuciach i może troszkę subtelniej poprowadzić całą linię fabularną to wyszedłby z tego prosty, ale po prostu lepszy fantastyczny romans. A tak ta lektura bawiła mnie przez poczucie nostalgii oraz swoje głupotki, a nie dlatego, że jest po prostu dobrym/przyzwoitym romansem. 

Ponownie powtórzę, obiektywnie to nie jest dobra powieść. Dużo jej do tego tytułu brakuje. Ale ja też dobrej powieści się nie spodziewałam i nie tego przecież od tej książki chciałam. A nostalgiczne powroty do czasów nastoletnich bywają również miłe.


sobota, 11 listopada 2023

Dobry omen: niekompetentni aniołowie i demony vs żart Pratchetta i Gaimana


Crowley jest demonem odpowiedzialnym za sprawowanie opieki nad Antychrystem. Gdy chłopiec dorośnie, nastąpi koniec świata, a dobro i zło stoczą ostateczną walkę. Z tym że Crowley całkiem ceni sobie życie wśród ludzi i wcale nie chce opuszczać ziemskiego padołu. Dlatego ze swoim (nie)przyjacielem oraz aniołem piątej kategorii, Azirafalem, próbuje jakoś temu zaradzić.


Ta książka miała zadatek na powieść, przy której będę się wybornie bawić. Ale ostatecznie wypadła moim zdaniem przede wszystkim dość chaotycznie. „Doby omen” został napisany przez dwóch popularnych i cenionych pisarzy. Neil Gaiman i Terry Pratchett w jednym projekcie brzmi jak przepis na sukces. Aczkolwiek nawet żartobliwe, lekkie fantasy powinno mieć przecież odpowiedni rytm i strukturę.

Dobry omen
Terry Pratchett, Neil Gaiman
wyd. Prószyński i s-ka, 2019

„Dobry omen” ma swoje momenty. Niektóre akapity, czy nawet zdania potrafią być jednocześnie trafne i zabawne. Jednocześnie to żarty raczej eleganckie, całkiem inteligentne i puchate, w żadnym razie nie sprośne/obleśne. I to jest chyba największa siła tej książki.

Druga największa siła to duet Crowley’a oraz Azirafala. To postacie, które niby się nie lubią, ale tak naprawdę łączy je po prostu głęboka przyjaźń. Moim zdaniem jest pomiędzy nimi dobra chemia, a i demon, i anioł, dają się po prostu lubić. 

To w ogóle jedno z tych urban fantasy, w której i piekło, i niebo są po prostu niekompetentnymi organizacjami, które nie radzą sobie z podstawowymi zadaniami. Anioły nie tańczą, a diabły wciąż są mentalnie w średniowieczu, zaś to ludzie odpowiadają w największej mierze za dobro i zło tego świata. To w gruncie rzeczy typowy zabieg dla angel fantasy, ale w tym przypadku po prostu jest to wyciągnięte do granic absurdu. W końcu bądź co bądź to po prostu komedia. 

Z tym że w momencie, kiedy odchodzimy od głównych bohaterów, to ta historia naprawdę robi się po prostu chaotyczna. Skaczemy pomiędzy postaciami, scenkami, momentami w życiu i historii i choć to wszystko prowadzi do prostego zakończenia, to mnie konstrukcja tej powieści potrafiła po prostu męczyć. Oczywiście, trochę ją rozumiem: więcej postaci to więcej stereotypów do przerobienia i więcej żartów do opowiedzenia. Ale gdyby tak to wszystko trochę uporządkować to z „Dobrego omenu” mogłaby wyjść naprawdę znacznie lepsza powieść. Zwłaszcza że drugoplanowe postacie, tak czy siak, nie dorównują głównym protagonistom, dlatego osobiście po prostu wolałabym się trzymać właśnie ich.

Dobrze było się z tą historią zapoznać i na pewno same postacie są na tyle charakterystyczne, że zapadną mi w pamięć na dłużej. Ale przyznaję, po tym duecie liczyłam na coś więcej. Na historię o lepszym rytmie, która przy tym bardziej mnie zaskoczy fabularnie. Bo niestety, i historia wydaje się tutaj trochę klejona na ślinę, bez zwrotów akcji, których bym się nie spodziewała. Choć może po prostu przeczytałam już trochę za dużo podobnej fantastyki, by komediowa książka stworzona w latach 90. robiła na mnie efekt „wow”.

Aczkolwiek jeśli ktoś z Was szuka lekkiego urban/angel fantasy, które jest żartobliwe i lekkie, a nie zna jeszcze tej powieści Gaimana i Pratchetta to być może warto dać jej szansę.



piątek, 27 października 2023

Klątwa dla demona: powrót do statusu quo


Warszawskiej enklawie magów zagraża poważne niebezpieczeństwo: ktoś próbuje utknąć zakazaną, potężną klątwę, pozbawiając życia czarodziejów. Jagoda Wilczek zostaje wezwana jako specjalistka na miejsce zbrodni, ale sama nie ma pojęcia, co takiego dzieje się w stolicy.

Klątwa dla demona
Magdalena Kubasiewicz
wyd. SQN, 2023
cykl Wilcza Jagoda, t. 3


Trzeci tom cyklu „Wilcza Jagoda”, czyli „Klątwa dla demona”, moim zdaniem jakością dorównuje tomowi pierwszemu. Jest poprawny, lekko napisany, ale brakuje mi w nim czegoś więcej, co sprawiłoby, że nie mogę odłożyć lektury.

Mam wrażenie, że pierwszy i trzeci tom są lepszymi kryminałami, jednak to przy drugim, który skupiał się na budowaniu relacji Jagody i Caleba odczułam najwięcej emocji. Co prawda był on spoilerem sam dla siebie, ale nie jestem czytelniczką, która w kryminale szuka kryminału, a ciekawych postaci i kreatywnych rozwiązań. Tych drugich nie było tam zbyt wiele, ale bohaterowie w moim odczuciu mieli swój moment. W „Klątwie dla demona” wracamy trochę do statusu quo: to przede wszystkim raczej przeciętny kryminał, który przy okazji próbuje przedstawić nam relację protagonistki z otoczeniem, ale robi to jakoś trochę mdło.

Dla mnie ta powieść jest po prostu całkiem przyjemnym, rozrywkowym przeciętniakiem, który fajnie „wchodzi” w trudniejsze dni, zresztą to może być spokojnie lektura na jeden dłuższy wieczór, ale nie widzę w niej nic więcej, a o takich książkach najtrudniej się mówi/pisze. Bo tu niby wszystko gra: bohaterowie są OK, fabuła jest rozplanowana całkiem zgrabnie. To też dość bezpieczny wybór, w którym nie ma ani nadmiaru romansu, ani nadmiaru ckliwości, scen dla dorosłych też tu nie uświadczycie, a z bohaterami łatwo można się utożsamić. Autorka korzysta ze znanych motywów, układając je po swojemu, ale raczej nie zaskakując jakoś szczególnie. W związku z tym ta powieść powinna odpowiadać wielu czytelnikom i jak najbardziej rozumiem, jeśli komuś „Klątwa dla demona” po prostu „siądzie”.

Mnie w tym tomie jednak ponownie brakuje „czegoś”. W drugim tym „czymś” była relacja Jagody i Caleba. W tym nieszczególnie mnie już interesowała, tak samo jak inne znajomości protagonistki. Styl Magdaleny Kubasiewicz jest poprawny i rzemieślniczy, ale nie wybija się niczym ponad przeciętność, nie ma w sobie nic bardzo charakterystycznego. Fabuła również nie jest dla mnie niczym nowym.

Tu warto dodać, że o ile poprzednie części są zamkniętymi sprawami, tak ta książka to maksymalnie połowa opowieści. Także warto mieć to na uwadze i np. z lekturą tomu trzeciego poczekać na premierę czwartego. 

W związku ze wszystkim powyższym, o ile uważam, że jak najbardziej warto ten cykl, z trzecim tomie włącznie, wcisnąć w swoje czytelnicze plany, właśnie jako „rozluźniacz” w trakcie ciężkiego tygodnia albo w przerwie pomiędzy cięższymi książkami to ja zdecydowanie nie czytałam jej z zapartym tchem i choć po kolejną część pewnie sięgnę, to nie będzie mi się jakoś szczególnie do niej palić.


piątek, 1 września 2023

Władca dżinnów: ciekawy setting, ale...


Gdy ginie istotna w Kairze osoba, Fatma rozpoczyna śledztwo. W tym czasie zostaje jej przypisana nowa partnerka, z którą młoda kobieta musi dojść do porozumienia.

Władca dżinnów
P. Djèlí Clark
wyd. Mag, 2022
cykl Dead Djinn Universe, t. 1


Biorąc pod uwagę styl i jakość opowiadań P. Djèlí Clarka spodziewałam się po „Władcy dżinnów” raczej generycznego urban fantasy, ale miałam nadzieję, że, tak czy siak, będę się przy tej historii dobrze bawić. Niestety, przede wszystkim ta przygoda była dla mnie po prostu naprawdę nudna. 

Nawet nie umiem do końca określić, gdzie pojawił się problem. Może to było coś w stylu autora, może coś w samym śledztwie. Po prostu nie złapałam bakcyla, nudziła mnie ta historia i nie zachęcała do poznawania jej dalej. 

Nie pomógł chyba też przerysowany feminizm. W tej historii główne role grają wyłącznie kobiety. Takie, które są silne, wyzwolone i nawzajem muszą się spierać o to, która jest silniejsza i bardziej wyzwolona. I to nie tak, że nie lubię silnych, kobiecych postaci. Po prostu w wykonaniu Clarka to po prostu sprawiało, że czułam dyskomfort i brak naturalności całej sytuacji. Ponadto autor próbuje tu budować między swoimi heroinami ciekawe relacje, ale ponownie, to wydaje się budowane na siłę. Zabrakło mi w wymianach zdań chemii, nie interesowały mnie ich spory, nie zainteresował mnie też przedstawiony romans.

Świat przedstawiony zdecydowanie ma w sobie potencjał. Setting w Kairze, w dwudziestoleciu międzywojennym, w alternatywnej wersji historii, gdzie dżinny dołączyły do ludzkiego świata to zdecydowanie zaleta tej historii. Ale kiedy wszystko inne mnie nie interesuje to i same te motywy również… Niestety, ale by historia grała, wszystkie elementy muszą być przynajmniej na jakimś poziomie.

Źle się czuję, oceniając tę historię, bo najzwyczajniej w świecie czuje zniechęcenie i znużenie, a nie jakąś głębszą chęć do analizy, co poszło tu nie tak. Ot, wynudziłam się na przeciętnej, rozrywkowej książce, która nie dała mi tego, czego od niej chciałam. Z drugiej strony jak najbardziej rozumiem, że „Władca dżinnów” może znaleźć swojego czytelnika. Tylko najwyraźniej nie jestem nim ja.


piątek, 4 sierpnia 2023

Panie czarowne: czarownice męskim okiem


W jednym z polskich miast, w okolicy Głuchołazów panoszą się panie czarowne. Polski kościół próbuje namierzyć chronioną przez magię miejscowość. Czarownice zaś muszą poradzić sobie ze swoimi problemami.

Panie czarowne
Jakub Ćwiek
wyd. SQN, 2021


Bez wątpienia w ostatnich latach czarownice odnotowują wzrost popularności. Ale zwykle są to wiedźmy w wydaniu bardziej kobiecym. Albo baśniowo-obrzydliwym, albo puchatym i dziewczęcym, a czasem łączące obydwa te tropy. Dlatego książka Jakuba Ćwieka, „Panie czarowne”, jest nieco innym podejściem do tematu i to nie tylko przez samą płeć autora. W końcu nic nie stoi na przeszkodzie, by i mężczyzna napisał puchatą, radosną historię. Czy to jednak oznacza, że dobrze bawiłam się w trakcie lektury? Cóż, niestety nie.

Jak najbardziej widać, że Ćwiek to wprawiony pisarz. On już swoje literki wystukał w tę klawiaturę, jego styl jest raczej wprawny, dlatego początkowo myślałam, że mi się po prostu ta książka spodoba. Ale im dalej w las, tym było gorzej.

Swego czasu regularnie czytałam literaturę tworzoną przez tego autora. Przestałam jednak, bo nie podobało mi się, w jaką stronę poszedł. Zawsze widziałam w nim zamiłowanie do amerykańskiej, męskiej pulpy, brutalności i przedstawiania świata w niekoniecznie pozytywnych barwach, ale mam wrażenie, że w jego późniejszych książkach jest tego więcej (ewentualnie mi się zmieniło postrzeganie i przestało mi to odpowiadać). Nie inaczej jest w tym przypadku. O ile kobiety są tu przedstawiane pozytywnie, o tyle mężczyźni są wielcy, męsko męscy, często obleśni, źli i zepsuci do szpiku kości. A ja takiego podejścia po prostu nie lubię, odrzuca mnie ono. Jednocześnie to osobiste wrażenie i mam pełną świadomość, że niektórym może to po prostu pasować.

Mam jednak wrażenie, że Ćwiek zawodzi też na innej, być może nieco bardziej obiektywnej, płaszczyźnie. Mianowicie na konstrukcji tej książki. Po ciekawym wstępie dostajemy jakieś różne scenki, zawiązania akcji, rozmowy między postaciami, jakieś scenki erotyczne, ale nie konkretną fabułę. Miałam wrażenie, że ta powieść jest dziwnie rwana, nie klei się i w sumie wszystko na siłę zmierza do tego wielkiego finału, który we mnie nie wzbudził żadnych większych emocji. Dlaczego? 

Nic tu nie jest odpowiednio zbudowane. Ani postacie, ani świat, ani fabuła. Całość ma pewne elementy, z których dałoby się coś wyciągnąć (nawet jeśli np. kościół polujący na czarownice naprawdę jedzie pulpą – no ale pulpa też może być fajna!), ale po prostu to wszystko nie łączy się w moim odczuciu w spójną całość, którą dobrze się przyswaja. A że to zdecydowanie rozrywkowa powieść to chyba jednak powinna…

Na pewno „Panie czarowne” to ciekawy reprezentant książek urban fantasy z wiedźmami w rolach głównych, bo naprawdę niewiele jest takich z nieco bardziej męską perspektywą. To pod tym względem powiew świeżości i być może, jeśli komuś opisane przeze mnie klimaty pasują, warto ją sprawdzić. A tak poza tym? To nie, niekoniecznie. To co najwyżej dość przeciętna rozrywka.


piątek, 21 lipca 2023

Tarnowskie Góry. Miejskie opowieści: ciekawa inicjatywa fantastyczna



Takie książki jak „Tarnowskie Góry. Miejskie opowieści” to przede wszystkim bardzo ciekawe inicjatywy. To w końcu antologia osadzona lokalnie, stworzona przez niewielkie (i również lokalne) wydawnictwo, która pozwala zebrać nie tylko utalentowanych, popularnych autorów, ale również daje szanse mniej znanym twórcom. Wewnątrz można w końcu znaleźć opowiadania naprawdę różnorodnych pisarzy, a ponadto ilustracje stworzyli uczniowie lokalnej szkoły. Uważam, że takie inicjatywy to naprawdę kawał dobrej roboty sam w sobie i po prostu potrzebujemy ich więcej, tak samo, jak potrzebujemy więcej o nich mówić.

Tarnowskie Góry. Miejskie opowieści
antologia wielu autorów
Wyd. Almaz, 2022

Jak jednak wypada sama antologia? Cóż, nierówno, momentami teksty wręcz sprawiają wrażenie nieco amatorskich, ale dla tych kilku dobrych – warto ją sprawdzić.

Antologię otwiera wstęp Arkadiusza Późniaka, „Miasto przyjezdnych” opowiadający o samych Tarnowskich Górach, a następnie przechodzimy już do fantastyki. Marta Kisiel zaserwowała czytelnikom powrót do Matyldy Bolesnej, bohaterki „Trylogii wrocławskiej”. „Studium martwoty” było tekstem dobrym, zwłaszcza na tle całej antologii, ale dla mnie trochę niepotrzebnym. Choć lubię i protagonistkę, i wampira Romana, tak osobiście uważam, że nie potrzebowałam czytać o przeszłości tych bohaterów. Niemniej, wiem, że wielu osobom ten tekst po prostu się sposobu, bo niewielu jest takich jak ja, co narzekają na powrót lubianych postaci.

Później mamy „Czarną wieżę z Lasu” Kozakowskiego, która nie wzbudziła we mnie żadnych więcej emocji. „Dokąd idą świstunki?” Magdaleny Świerszczek-Gryboś to tekst solidny warsztatowo, acz nie w mojej (dość „dziwacznej”) estetyce, aczkolwiek dobrze wiem, że tu się trochę z autorką „rozjeżdżam, więc to mnie kompletnie nie dziwi.

Opowiadanie „Ta wspaniałą rzecz, która czeka w mroku” Marcina Majchrzaka to post-apo, które początkowo wydawało mi się całkiem fascynujące, ale mam wrażenie, że ostatecznie zabrakło tu trochę umiejętności, by tekst zapadł mi w pamięć na dłużej. Podobnie jest z Izabelą Grabdą i jej opowiadaniem „On”. W tym przypadku mamy do czynienia z drobnym kryminałem, który ponownie, gra wokół ciekawego konceptu, ale jednak brakuje mi w nim CZEGOŚ.

Na etapie opowiadania Artura Olchowego „Galena” byłam już po prostu trochę zmęczona samą antologią i przyznaję, kompletnie mnie nie zainteresowało. Następnie przyszedł czas na tekst Tomasza Maruszewskiego, „Przedświtanie” . Tu znów było nieco lepiej, ale podobnie jak w przypadku tekstów Grabdy i Majchrzaka. Opowiadanie skupiało się wokół, powiedzmy, takiej dziecięcej magii miasta.

Następne trzy teksty są wyraźnie lepsze, a każdy kolejny przebija poprzednika. Tekst Eugeniusza Dębskiego „Wampir bez matury” to kryminał, w którym być może czegoś mi brakło, ale był solidny i wyraźnie napisany przez człowieka z wprawą. 

„Niebo nad nami” rosyjskiej pisarki Marii Glainy to mój ulubiony scircte rozrywkowy tekst z tego zbioru. Choć nie ma chyba nic wspólnego z Tarnowskimi Górami, to maluje ciekawy świat przedstawiony z nastoletnią, lecz wyrazistą główną bohaterką, młodą astrolog. Gdybym mogła przeczytać więcej opowieści z tego świata, to naprawdę z chęcią bym się za nie zabrała.

Z kolei najlepszym moim zdaniem tekstem w tym zbiorze ogólnie rzecz ujmując jest… opowiadanie o zombie. A przypominam, że ja za zombie nie przepadam. „Inni, my, inni” Krzysztofa Matkowskiego ma ciekawą konstrukcję, w ciekawy sposób buduje bohaterów i jest po prostu naprawdę solidnym tekstem.

Antologię zamyka „Nie ma gór w Tarnowskich Górach” Iny Goldin, tekst ograny wokół konceptu „co by było, gdyby pisarka X postanowiła napisać opowieść o…”. Osobiście najzwyczajniej w świecie nie kupuję tej formy.

Jak więc widać, moim zdaniem sporo jest tu tekstów, którym czegoś brakuje, nawet jeśli nie są kategorycznie złe. Ale szczególnie tekst Galiny i Matkowskiego trochę mi to wynagrodziły, a uważam, że nawet dla poznania pojedynczych interesujących nas nazwisk (bo tej dwójki wcześniej nie znałam) warto dawać antologiom szansę. Zwłaszcza tak interesującym koncepcyjnie.



wtorek, 27 czerwca 2023

Córka dymu i kości: wprawka pisarska przed "Marzycielem"


Życie Karou ma dwa oblicza. Na co dzień jest utalentowaną siedemnastolatką, która uczęszcza do artystycznej szkoły w Pradze. Po szkole jednak, na zlecenie swojego przybranego ojca i chimery w jednym, skupuje od ludzi z całego świata zęby. Wbrew pozorom, jej życie jest jednak zaskakująco stabilne, aż do momentu, w którym dziewczyna zostaje zaatakowana przez serafina.



Laini Taylor to bez wątpienia pisarka z niezwykłą wrażliwością i wyobraźnią. Przekonałam się już o tym w „Marzycielu”, który po prostu czaruje słowem i kreacją świata. Dlatego naprawdę miałam nadzieję, że „Córka dymu i kości” również mnie zachwyci. Niestety… To powieść, która wygląda jak wprawka pisarska przed „Marzycielem” i wypada w moim odczuciu dużo, dużo słabiej.

Córka dymu i kości
Laini Taylor
wyd. Amber, 2012
Cykl Córka dymu i kości, t. 1

Jak najbardziej widać, że to jest książka TEJ autorki. Mamy tu ciekawy koncept na świat przedstawiony, zwłaszcza w tej pierwszej połowie. Handlowanie zębami za marzenia to już sam w sobie interesujący pomysł, a tutaj dostajemy jeszcze dziwne istoty, które wcale nie są wymuskanymi elfikami, a także masę tajemnicy, która zdaje się obiecywać, że odkrywanie jej będzie naprawdę soczyste. 

Ponadto Taylor jest naprawdę dobra w budowaniu klimatu słowem, a niektóre dialogi czy po prostu cytaty albo brzmią magicznie, albo mądrze, albo zaskakują, albo wszystko to naraz. To osoba, która potrafi malować słowem i co do tego nie mam wątpliwości.

Z tym że niestety, pozostałe aspekty tej książki jednak trochę kuleją. Taylor szybko zaczyna skupiać się na romansie (z wymuskanym prawieElfikiem) i nie miałabym nic przeciwko, gdyby pomiędzy bohaterami było więcej chemii. A tej niestety nie ma. Ponadto fabuły jako takiej też tu trochę brakuje. Po zawiązaniu akcji, autorka nie skupia się na przygodzie (a tu naprawdę mogłoby być jej sporo), tylko na romansie, który przy okazji ma dość przewidywalny (i dla mnie niesatysfakcjonujący) zwrot akcji. Książka wygląda właściwie jak wstęp do powieści i dalszej przygody, a jednak pierwszy tom powinien przynajmniej COŚ zawierać.

Przy okazji z czasem miałam wrażenie, że magia świata zaczyna znikać i wszystko z fajnego i ciekawego robi się takie… rozmemłane i niemrawe. Tak, jakby Taylor miała wizję na sam wstęp, a potem nie wiedziała, jak to sensownie pociągnąć.

Cóż, przynajmniej mogę się cieszyć z tego, że Laini Taylor rozwinęła się w trakcie pisania tej książki (i cyklu) na tyle, by później dać nam wszystkim „Marzyciela”. Bo „Córka dymu i kości” jednak swoje dość poważne niedomagania ma.


sobota, 24 czerwca 2023

Przysługa dla czarnoksiężnika: więcej życia w historii o Wilczej Jagodzie

 



Gdy na progu Jagody zjawa się ranny Uczeń Czarnoksiężnika i prosi o przysługę, ta nie ma wyboru. Wpuszcza mężczyznę do środka, obiecując mu ochronę, która ma być wypełnieniem magicznego przyrzeczenia. Mężczyzna nie chce jednak zdradzić, co takiego mu się stało i co mu zagraża. W tym czasie w mieście zaczynają ginąć samotne czarownice.


Być może „Kołysanka dla czarownicy” nie wychodziła poza bycie solidną, poprawną powieścią to jednak była na tyle przyjemna, że nie wahałam się z sięgnięciem po „Przysługę dla czarnoksiężnika”. Mimo wszystko nie mamy obecnie na rynku wielu tego typu książek. Większość rozrywkowego fantasy jest niestety i tak na znacznie niższym poziomie. I okazało się, że w trakcie lektury drugiego tomu mogłam miło się zaskoczyć.

Przysługa dla czarnoksiężnika
Magdalena Kubasiewicz
wyd. SQN, 2022
Cykl Wilcza Jagoda, t. 2

Nie zrozumcie mnie źle. Ta książka to dalej przede wszystkim solidna i nie wychodząca ponad przeciętność rozrywka. Ona absolutnie nie jest i nawet nie próbuje być czymś więcej. Styl Kubasiewcz dalej jest tym rzemieślniczym i poprawnym, a świat przedstawiony nie staje się nagle jakiś wyjątkowo ciekawy i oryginalny. Jednakże ten tom ma dwie zalety, które moim zdaniem sprawiają, że (zwłaszcza dla mnie, na osobistym poziomie) jest lepszy od poprzedniego.

Po pierwsze fabuła. „Kołysanka dla czarownicy” była tak sztampowym kryminałem urban fantasy jak to tylko jest możliwe. Poprawnie rozpisanym, ale bez niczego więcej. Tutaj dalej krążymy wokół popularnych motywów, ale jednak dostajemy więcej tajemnicy, więcej jakiś drobnych twistów. Historia jest jakby gęstsza i lepiej nabudowana, choć książka wcale nie jest dłuższa.

Po drugie bohater. I to akurat jest scricte moja osobista słabość. Za każdym razem, gdy myślę, że jednak z tego typu postaci „wyrosłam” to okazuje się, że jednak kompletnie nie. [drobne spoilery] Nasz Uczeń Czarnoksiężnika, czyli Caleb to wypisz wymaluj Kruchy z „Szamanki od umarlaków”, tylko wsadzony w nieco inny setting. To w teorii szary bohater, który w gruncie rzeczy jest dobrym, choć nieco ironicznym typem. I z powodu mojej sympatii do tego typu bohaterów, ta historia po prostu dla mnie ma w sobie nieco więcej życia.

Wydaje mi się jednak, że Kubasiewicz strzeliła sobie w stopę jednym wyborem fabularnym, który sprawia, że zakończenie historii dość szybko staje się właściwie jasne. [spoiler] W którymś momencie Sonia, uczennica Jagody, wpada na młodego chłopaka o przezwisku Neo  i zaczyna się z nim spotykać. Chwilę później główna protagonistka dostaje informację, że w magicznej wersji policji pracuje osoba, której przezwisko również ma coś ze słowem „neo” wspólnego. I to niestety jest po prostu zbyt oczywisty trop, podany zbyt wcześnie, co może zepsuć zabawę tym, którzy głowią się nad fabularnym rozwiązaniem.

Cóż mogę więcej? Miło było. Bez szału, ale miło i w końcu mam wrażenie, że z życiem. Oby w dalszych tomach Kubasiewicz pokazywała tylko coraz lepszą jakość.



czwartek, 15 czerwca 2023

Martwy Dżinn w Kairze i inne opowiadania: widać niedociągnięcia



Początek „Dewbadu” sprawił, że zaczęłam mieć ochotę na magiczny Kair. Niestety, tamten cykl mi tego absolutnie nie dał. W swoim niezaspokojeniu od razu kupiłam więc dwa domu z uniwersum P. Djèlí Clarka, które rozpoczyna zbiór trzech opowiadań „Martwi dżin w Kirze i inne opowiadania”. W końcu, jeśli on nie dałby mi magii i Kairu, to już nie wiedziałabym chyba, gdzie go szukać. 

Martwy Dżinn w Kairze i inne opowiadania
 Djèlí Clark
wyd. Mag, 2022

I owszem, dostałam niby te tropy, których chciałam, ale sama jakość tekstów nie dostarczyła mi na tyle, jak bardzo bym chciała. Przyznaje: miałam ochotę na coś znacznie bardziej kreatywnego i lepszego, zwłaszcza wiedząc, co wydawnictwo Mag potrafi wybierać i wydawać.

Zbiór otwiera tytułowe opowiadanie. Główna bohaterka, Fatma, to ta typowa-nietypowa protagonistka. Jest inna niż wszyscy, nosi melonik, garnitur i jest jedyną kobietą w zespole, co w Kairze na początku XX wieku czyni z niej białego kruka. Szybko odkryłam, że mam tu do czynienia z bardzo typowym urban fantasy, co już spowodowało u mnie zawód, tym bardziej potęgowany, im głębiej wchodziłam w to opowiadanie.

Bo coś mi w nim wyraźnie nie grało. Styl był toporny, pojawiały się powtórzenia i wszystko brzmiało jakoś nienaturalnie, niewprawnie. Nie wiem, w jakim stopniu to kwestia tłumaczenia, a jak bardzo oryginalnego stylu autora, ale coś tu zdecydowanie nie gra. Sam setting, choć niby nietypowy, też mnie nieszczególnie zaskakiwał, a fabuła szybko zaczęła nużyć. 

Na szczęście drugi tekst wypadł lepiej. „Anioł z Chanu al-Chalili” jest bardzo krótkim opowiadaniem, traktującym o pewnej nastolatce, która poszukuje tytułowej istoty, prosząc o coś dla siostry. Nie jest to być może nic nadzwyczajnego, ale jest bardziej kreatywne i koncepcyjne, dlatego miałam nadzieje, że być może ten zbiór jeszcze pójdzie w tę stronę. Ale niestety, „Nawiedzony tramwaj numer 15” to ponownie typowe kryminalne urban fantasy, choć mimo wszystko, lepsze od pierwszego.

W tym przypadku bohaterzy to towarzysze Fatmy z biura, choć ona sama pojawia się tylko jako piątoplanowa postać. Mają do rozwiązania problem: jeden z tramwajów nawiedziło i muszą odkryć, cóż to takiego. To prosty, ale sympatyczny pomysł. Jego wykonanie zaś jest poprawne, w przygodowym klimacie, choć również ma toporne momenty (ekspozycja wygląda, jakby bohaterzy cytowali encyklopedie). Nic nadzwyczajnego, ale gdyby tekst znalazł się w antologii wielu autorów, pewnie uznałabym, że było OK, szybko zapomnę, i poszłabym dalej.

Jako że mam już na półce powieść to na pewno po nią sięgnę, ale przyznaję, że ten początek z cyklem był dla mnie średniozachęcający. Nastawiłam się na więcej, niż dostałam. Ale jeśli ktoś szuka po prostu kryminału urban fantasy w niekoniecznie typowym settingu to jak najbardziej, można tym historiom dać szansę.



wtorek, 6 czerwca 2023

Armadillo: weird west, który nie wyszedł


W trakcie napadu na bank Armadillo zostaje zniszczone, a jeden z napastników, Tom, staje się upiorem z ogniem w oczach, opanowanym przez magię Czarnej Księgi. Jest przywiązany do miasta, które nie może opuścić przez kilkaset lat. W XXI wieku pan Czarnej Księgi umiera i w końcu dawny cowboy może opuścić swoje więzienie.


Otwarcie zapowiedziało mi całkiem miłą lekturę. Nie było może idealnie, coś tam jednak zgrzytało, ale sam bazowy pomysł na „Armadillo” wydał mi się całkiem ciekawy. Nie mamy w Polsce zbyt wiele książek osadzonych w klimatach weird west i miałam nadzieję, że dokonam odkrycia czegoś sympatycznego. Jednak im dalej w las, tym było gorzej.

Armadillo
Bartosz Orlewski
wyd. Genius Creations, 2017

To przede wszystkim bardzo chaotyczna książka. Często nie wiadomo kto z kim i dlaczego, przez co fabuła po prostu się rozmywa. Ta książka też nie do końca wie, czym chce być. Niby klimatycznym westernem, ale jednak trochę cringową komedią (żarty z bycia tankiem z MMORPG – serio? Skąd pomysł, że to pasuje?), ale trochę też erotykiem (do tego wrócę). Jest tu trochę z przygody, niby mamy czarny charakter w roli protagonisty, ale jakoś to wszystko się nie klei.

Ponadto z jednej strony widać, że autor coś tam nad swoim pisaniem pracował, z drugiej jednak brakuje mu zachowania balansu. Te rzeczy, które wymagają rozpisania, protagonista streszcza innym postaciom w dialogach, zaś nieistotne rzeczy są rozpisywane. Podejrzewam, że to też między innymi właśnie sprawia, że ten tekst wydaje się być tak chaotyczny.

Wróćmy do erotyki. Ta książka pod tym względem (i nie tylko pod tym) wygląda trochę jak dzika fantazja nastolatka. Tom na widok kobiety musi pomyśleć albo rzucić jakimś głupim tekstem. I to nawet by może pasowało do postaci, gdyby otoczka była lepiej rozpisana. Ale nie jest. Upiór widzi dwie lesbijki? Oczywiście, że musi rzucić do nich sprośny tekst niczym wujek z wesela! A główna kochanka Toma to babka, która jest „światem” z innego wymiaru i może przyjmować dowolną postać, ale jakoś tak wychodzi, że najczęściej przyjmuje wygląd aktualnych fantazji seksualnych bohatera i pozwala mu je realizować. No po co to?

Dodajmy do tego fakt, że (spoiler) mroczna Czarna Księga ostatecznie okazuje się biedną, zazdrosną dziewczyną (ale w formie książki), która lubi tworzyć komiksy i tworzy jeden o Tomie. Ponownie, to mogłoby być nawet zabawne… Tylko nie w takim otoczeniu.

Ostatecznie „Armadillo” to książka, która mnie rozczarowała i zniesmaczyła. Spodziewałam się przynajmniej przyjemnego przeciętniaka, a dostałam… w gruncie rzeczy, sama nie wiem co. A szkoda, bo weird west pozwala na wykorzystanie wielu ciekawych motywów.


Nomida zaczarowane-szablony