Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wokół portali. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wokół portali. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Czytam Pierwszy - recenzja portalu po 1,5 roku użytkowania


Gdy portal Czytam Pierwszy pojawił się we wrześniu 2017, wywołał w blogsferze niemałe zamieszanie. Część osób bardzo się ucieszyła. Druga część przekonywała, że to najgorszy z możliwych pomysłów. A jak się ten stan rzeczy ma po 1,5 roku? Czym tak naprawdę stało się to miejsce?

Czym z definicji jest portal Czytam Pierwszy?
To portal, wyglądający jak zwykły sklep internetowy, w którym pojawiają się książki. Dodając do portalu swoje recenzje, dostajemy punkty (tzw. ISBNy), za które możemy później kupować pozycje. Te są nam dostarczane w wersji elektronicznej lub papierowej, zależnie od tego, co portal w danym momencie oferuje.
Czytam Pierwszy został stworzony z myślą o osobach początkujących w pisaniu recenzji: przede wszystkim miał zapewnić im rozwój w postaci dostępu do książek oraz motywacji do tworzenia coraz do lepszych rzeczy i poszerzania zakresu działań poprzez system punktowy.

Na początku było niedowierzanie
Nim przejdę do portalu „dzisiaj”, pozwólcie, że opowiem Wam moją historię z tym portalem. Wpadłam na niego kilka dni po założeniu. Natychmiast się zarejestrowałam i zakupiłam dwie książki od wydawnictwa SQN, które od dawna chciałam przeczytać. Bez pomyślunku, ot tak, BO MOGĘ. Dopiero po czasie zorientowałam się, że kupiłam egzemplarze elektroniczne (nawet nie e-booki, które mogę ściągnąć na mój dysk!). To mocno mnie w tamtej chwili rozczarowało i sprawiło, że portal „odstawiłam”.
W międzyczasie pamiętam, że wypowiadałam się w dyskusjach na ten temat: niekoniecznie przychylnie, nie podobało mi się to, że „zostałam zrobiona w konia” (choć właściwie sama po prostu nie doczytałam, o co chodzi). Byłam jednak daleka do krytykowania regulaminów, czy uznawania tego za najgorszy pomysł świata.
Do portalu wróciłam około października, czy listopada, kiedy to udało mi się upolować za 50 ISBNów pierwszą papierową książkę, czyli „Warkot”. Wtedy okazało się, że… właściwie to cała ta idea bardzo mi się podoba. Lubię „polować” na rzeczy, lubię zbierać punkty, lubię wklejać linki i pilnować tego wszystkiego, co portal kazał mi robić. Tak już mam: „układanie” rzeczy jest dla mnie po prostu przyjemne.
Ponadto początkowo na CP dostępne było wiele książek od wydawnictwa SQN (bo portal jest bezpośrednio z nim powiązany), dzięki czemu mogłam zapoznać się z książkami, na których zależało mi od dawna, ale nie potrafiłam zmusić się, aby w końcu je kupić. Tak poznałam choćby „Piątą porę roku”, czy „Królów Dary”. Prędko zauważyłam też, że właściwie cały czas mam nadmiar punktów. Dodając recenzję na bloga, lubimyczytać oraz instagrama nie miałam problemów, aby je zdobywać, a początkowo portal akceptował „recenzje” z różnych losowych miejsc (np. oznaczanie na Mapie Książek, o której pisałam tutaj).

Coraz mniej kolorowo?
Z czasem z portalem zaczęło dziać się coś, co właściwie musiało się stać. Regulamin zaczął być coraz bardziej restrykcyjny. Wiadomo, że tak szczytna idea jak darmowe książki dla początkujących recenzentów nie przynosi zysków i w tej formie CP nie mógł długo przetrwać. Pojawiły się mocniejsze limity, większe bonusy dla większych zasięgów. Początkowo nie było żadnych ograniczeń co do czasu recenzji starych książek – z czasem jednak twórczynie uznały, że każda pozycja będzie „wisiała” na portalu przez trzy miesiące, nie dłużej. To naprawdę zrozumiałe ruchy: w końcu wydawcy nie będą oddawać książek byle-komu i zupełnie za darmo, a bez nich portal nie ma szans na istnienie, prawda?
Problem polega na tym, że zaostrzenie limitów nie skutkowało wzrostem „jakości” książek, które pojawiały się na portalu. SQN wrzucało na niego coraz mniej swoich tytułów, jakby „odcinając się” od swojego dziecka. Obecnie wydawnictwo-matka wrzuca na niego tylko pojedyncze tytuły, które jednocześnie reklamują portal – i właściwie tyle. Początkowo na portalu pojawiły się choćby takie wydawnictwa jak Fabryka Słów, czy Uroboros, jednak chyba szybko zrezygnowały ze współpracy z nim.
Z czasem na CP zaczął się wysyp książek-śmieci. Naprawdę, trudno mi to inaczej nazwać. Książki od mało znanych wydawców, poradniki wzięte z kosmosu, tytuły dla dzieci, powieści wydawane metodami vanity czy self-publishingu. Z jednej strony osobiście początkowo byłam z tego trochę zadowolona, bo miałam łatwy dostęp do tytułów, po które normalnie bym nie sięgnęła i nawet o tym nie pomyślała, z drugiej… ile można? Owszem, cały czas na CP czasem pojawiają się ciekawe pozycje, ale by je poznać, należy zebrać punkty, a więc – najpierw trzeba przerobić kilka tych kiepskich „śmieciowych” książek, które po kilku miesiącach od wydania pewnie pojawią się w biedronkowych koszach z podniszczonymi tytułami za 10 złotych.

Dla kogo ten portal?
W ostatnim czasie pojawiła się kolejna restrykcja dotycząca wrzucania recenzji. Wcześniej osoby, które mają 500 obserwujących na Instagramie dostawały za zdjęcie dodatkowe 20 punktów (cena książki papierowej to obecnie ok. 200): coś takiego wydaje mi się jak najbardziej sensowne, biorąc pod uwagę, że ta liczba to takie „minimum” sugerujące, że profilu nie obserwują tylko znajomi recenzenta. Obecnie 500 zostało podwyższone do 2 000 – sama jestem w tym pułapie, ale z doświadczenia wiem, że do takiej ilości wcale nie tak łatwo dojść…
W związku z tym pojawia się pytanie: czy portal cały czas spełnia swoją funkcję? Czy cały czas działa jak portal rozwojowy dla początkujących recenzentów…? Wydaje mi się, że niestety, ale odpowiedź brzmi: właściwie to… nie. Wprawdzie cały czas można na nim trafić na coś ciekawego, ale wydaje mi się, że zdecydowanie łatwiej nawet początkującej osobie napisać maile do ciekawych wydawców (z których X z kolei w końcu zaryzykuje i wyśle nam tytuł), niż polować na książki niekoniecznie dobrej jakości.
A szkoda. Bo CP to naprawdę szlachetny pomysł.
Czy portal ma szansę się podnieść? Jasne, że tak, choć zastanawia mnie, jaką opinię mają o nim obecnie wydawcy. Po współpracach mam osobiste wrażenie, że nie najlepszą. W związku z czym CP musiałby zupełnie zmienić swoją formułę i po prostu przemyśleć to, czym chce być zupełnie od podstaw, aby znów odbudować początkową społeczność.

Moje małe doświadczenia…
By nie było wątpliwości: z CP mam sporo doświadczeń, z których większość jest mimo wszystko pozytywna. Naprawdę lubię ten pomysł zbierania punktów i polowania na książki, dlatego nawet mogąc pisać do wydawcy, czasem więcej radości sprawia mi forma zamawiania przez portal. To dodaje wszystkiemu dreszczyku emocji, a przy okazji jest często bardziej klarowne, niż wysyłanie maila do wydawcy z toną linków potwierdzających zrecenzowanie danej pozycji. Nie muszę też się tłumaczyć z tego, czemu daną książkę chcę, nie jest mi źle na serduszku, gdy tytuł mi się nie spodoba. Takie rozwiązanie jest dla mnie jako introwertyka, który nie lubi „się prosić” jest po prostu łatwiejsze. Ale jak już napisałam wyżej: portal zaczął iść w złym (moim zdaniem) kierunku.
A co jeśli chodzi o samą obsługę portalu? Dziewczyny, które go prowadzą, zwykle są naprawdę w porządku. Na przestrzeni tego 1,5 roku wspominam współprace z nimi pozytywnie. Na moje zapytania od razu otrzymuje odpowiedź, zwykle w sposób grzeczny… choć zdarzyło mi się chyba raz, że nie byłam zadowolona z tonu odpowiedzi – ale bywa i tak. Każdy może mieć gorszy dzień. Jednocześnie mimo wszystko portal miał kilka wpadek. Dwa, albo trzy razy okazało się, że książka do mnie nie dotarła, bo „wydawca przesłał za mało książek” (więc albo czekałam kolejny miesiąc, albo dostawałam zastępczą książkę, bądź zwrot punktów). Czasem ktoś coś źle zaznaczył w systemie, w trakcie przeprowadzek miałam problemy z adresem, pod który tytuły przychodziły.
Ponadto na samo akceptowanie recenzji czeka się obecnie coraz dłużej, co sprawia, że punkty dostajemy po tygodniu czy dwóch od publikacji w sieci, a z ostatniej zmiany sprawdzającego chyba nie jestem do końca zadowolona. 
Niemniej, na to ostatecznie przymykam oko, bo mimo wszystko: pod tym względem było dobrze. Problem CP polega przede wszystkim – moim zdaniem – na wzroście wymagań nieadekwatnym do jakości pozycji na portalu. Po prostu za dużo trzeba robić… za zbyt słabe książki. I tyle.



Korzystacie z CP? Jakie są/były wasze odczucia?

piątek, 5 października 2018

Bilbo, czyli biblioteka w Twoim własnym domu


  
Zastanawialiście się kiedyś, jak to byłoby mieć własną bibliotekę? Jakie to uczucie móc pożyczać innym książki, dobierać dla nich lektury, a potem z nimi o tym rozmawiać? Ja – jak najbardziej. Choć nigdy nie chciałam być bibliotekarką to takie myśli nie raz przechodziły mi przez myśl: w końcu pożyczałabym nie byle-jakie książki, a te przeczytane, moje, ukochane. Możliwość udostępniania ich innym i dzielenia się nimi zawsze było dla mnie czymś miłym, choć jak na razie – nie robiłam tego zbyt często. Teraz jednak może to ulec zmianie, zarówno dla mnie, jak i Was, jeśli taka forma kontaktu z książkoholikami Was interesuje. Dlaczego?
Niedawno w polskiej części sieci pojawił się nowy, książkowy portal. Portal, który właśnie do pożyczania sobie nawzajem książek ma służyć. Mowa o Bilbo, o którego istnieniu dowiedziałam się całkiem niedawno.
Na wstępie jednak musze dodać, że wpis ten powstaje z mojej chęci podzielenia się z Wami kolejnym książkowym projektem (tak samo, jak było przy Mapie Książek). Nikt mnie o niego nie prosił, nikt mi tego nawet nie proponował. Skoro to jest jasne – zacznijmy!

Czym jest Bilbo?
Bilbo jest portalem, który ma służyć czytelnikom do wspólnego wypożyczania sobie książek. Pod pewnymi względami przypomina strony pokroju Lubimy Czytać, czy Good Readers – tak samo, jak tam, tak i tutaj możemy dodać swoje książki na półkę. W przeciwieństwie jednak do tamtych portali, tutaj nie chodzi o dodawanie opinii książek, czy ocenianiu ich. Bilbo jest swoistym katalogiem „bibliotecznym”, tyle tylko, że dostępne tam książki należą do osób prywatnych, czyli właśnie nas.
Screen mojego profilu. Tak, jakby ktoś chciał mnie znaleźć - proszę bardzo. :)

Jak to działa?
Aby zobaczyć cokolwiek na stronie musimy najpierw się zalogować. Osobiście polecam logowanie przez Facebooka – dzięki temu najłatwiej połączyć się ze znajomymi. Następnie strona prosi nas o dodanie do biblioteczki co najmniej trzech swoich książek, które chcielibyśmy komuś pożyczyć i od tego czasu zaczyna się cała „zabawa”.
Jeśli chcecie przeczytać jakąś książkę, a nie ma jej akurat w Waszej bibliotece swobodnie możecie sprawdzić, kto z portalu też ją posiada i napisać do tej osoby pytanie o pożyczenie tytułu. Oczywiście, działa to w dwie strony – druga osoba również może napisać do Was z taką samą prośbą.

Po co?
Po to, by… pożyczać. Dzielić się swoją pasją. Poznawać innych czytelników. Z tego, co się orientuje to właśnie na poznawanie innych twórcy portalu się skupiają. To przede wszystkim ma być miejsce pozwalające na spotkanie się obcych ludzi o podobnych zainteresowaniach, których ma szansę połączyć wspólna pasja.

Strona główna z książkami, które czekają u innych na wypożyczenie oraz rozwiniętą listą lokalizacji, pod którą przynajmniej teoretycznie powinny znajdować się jakieś książki (niestety, nie jest to regułą).

Wszystko fajnie, ale…
No właśnie, zawsze musi być jakieś „ale”! Przyznaję – sam pomysł naprawdę mi się podoba. To może być świetna alternatywa zwłaszcza dla osób, które mieszkają w niewielkich miejscowościach, z nie najlepiej zaopatrzonymi bibliotekami. Tyle tylko, że założenie tego typu portalu, który faktycznie by działał i spełniał swoją funkcję nie jest takie proste.
Przede wszystkim strona cały czas jest w budowie i w chwili, gdy pisze ten wpis (a na pewno zobaczycie go nieco później) nie wszystko działa jak należy. Nie ma możliwości poukładania półek na swoim profilu. Użytkownicy nie mogą napisać ani słowa o sobie (choćby wyjaśniając komu i na jakich warunkach pożyczają książki). Brakuje mi też ujednoliconej lokalizacji. Wprawdzie w swoim profilu możemy wpisać miasto, ale portal chyba nie jest podłączony do Google Maps, a to jest rzecz, która naprawdę ułatwiłaby sprawę.
Moje drugie zastrzeżenie jest nie mniej istotne: aby taka strona mogła działać potrzeba naprawdę wielu użytkowników, a to oznacza olbrzymią promocję. Tej jak na razie nie widać, przez co Bilbo świeci pustkami. Jak można cokolwiek pożyczać, skoro na portalu jest tak mało osób i tak mało książek? Mam nadzieję, że twórcy jakoś sobie z tym problemem poradzą, ale to, jak obecnie portal wygląda nie nastawia mnie do jego przyszłości szczególnie optymistycznie.
Przykładowa strona książki, którą chcemy wypożyczyć.

A więc… co zrobić?
Cóż, jeśli podoba Wam się ta idea – na pewno zarejestrować się. Każdy nowy użytkownik to szansa, że portal stopniowo się rozrusza. Że coś w nim faktycznie zacznie zmieniać się na lepsze. Jeśli nie, albo nie jesteście przekonani – poczekajcie. Sprawdźcie. Może kiedyś Bilbo faktycznie będzie cudownym miejscem spotkań. A może umrze śmiercią naturalną, jak to z resztą stało się z Mapą Książek. Wierzę jednak, że w tym pomyśle tkwi o wiele większy potencjał, niż w oznaczaniu na mapie świata punktów z przeczytanej literatury.

Co sądzicie o tym pomyśle? Zarejestrowaliście się już na Bilbo?

piątek, 1 grudnia 2017

Ciekawy, choć niezbyt użyteczny pomysł - o Mapie Książek

Obecnie nie łatwo jest żyć bez social mediów i tym raczej Ameryki nie odkryłam. Nawet spora część z ksiązkoholików nie jest w stanie żyć bez Lubimy Czytać, czy Goodreads. Nie dziwię się temu: takie strony po prostu pozwalają w wygodny sposób zorientować się, co człowiek przeczytał. Jakiś czas temu powstał jednak inny książkowy portal, raczej obecnie niezbyt znany. Mowa o Mapie Książek, o której sobie dziś „porozmawiamy”. A cóż to takiego? Już wyjaśniam.


Czym jest Mapa Książek?
To portal, a właściwie strona z mapą, na której po zarejestrowaniu możemy umieścić miejsca z książek, podając komentarz oraz ewentualnie cytat z wybranej pozycji. Poza tym możemy oczywiście sprawdzać już te oznaczone miejsca. Za dodatnie czegoś dostajemy punkty i jeśli mamy ich wystarczająco dużo, lądujemy w rankingu.


Pomysł ciekawy, ale... po co?
Z tego co wiem, założeniem Mapy Książek było stworzenie bazy miejsc z której można korzystać na przykład w trakcie podróżny. Dzięki temu jadąc gdzieś, czy nawet chodząc po własnym mieście możemy znaleźć miejsca z naszych ulubionych lektur. W końcu trudno o tym wszystkim pamiętać, prawda? Poza tym osobiście widzę jeszcze jedno miejsce, w którym Mapa Książek może być przydatna (poza, oczywiście, ciekawością użytkownika): doskonale sprawdzi się do pisania różnego rodzaju artykułów. Chcemy napisać o książkach dziejących się w ciepłych krajach? Mamy je na Mapie Książek. Chcemy napisać o książkach, których akcja ma miejsce w naszym mieście? Proszę bardzo, jest jak znalazł! Nie musimy szukać.
Ale... no właśnie, mam „ale” do Mapy Książek. I to całkiem duże: poza tymi dwiema funkcjami Mapa Książek jest co najwyżej ciekawostką. Nie jest nam potrzebna na co dzień, nie jest czymś, co możemy wykorzystać w zwyczajnym, czytelniczym życiu. Bym naprawdę uznała go za „coś ekstra” przynajmniej kilka rzeczy w tym projekcie musiałoby ulec zmianie.

Po pierwsze: rozwój strony!
Mapa Książek nie jest ani leciwym, ani wysokobudżetowym przedsięwzięciem. Nie znajdziemy na niej reklam, a na Facebooku ma nieco ponad tysiąc polubień. Przy okazji jej fanpage jest obecnie raczej martwy. To wszystko sprawia, że strona, odkąd powstała, właściwie się nie rozwija. Brakuje mi na niej między innymi panelu użytkownika. Brakuje kontroli moderatorów (bo w spisie figurują źle zapisane nazwiska autorów, których nikt poza administracją od ręki nie zmieni). Nie ma też możliwości ustawienia okładki książki, co czasem byłoby przydatne.  Po prostu strona wypada dość biednie i zdecydowanie wymaga dopracowania.


Po drugie: współpraca (na przykład z Lubimy Czytać)!
Jak już wspomniałam wcześniej, Mapa Książek jako odrębny twór jest po prostu ciekawostką... i tyle. Niewiele do naszych żyć wnosi. Wydaje mi się, że może naprawdę rozwinąć się przede wszystkim jeśli zostałaby podłączona do takich portali jak Lubimy Czytać. Dzięki temu ja, jako czytelnik, miałabym pod ręką wszystko: informacje o książce, miejsca, w których mogę ją zakupić i/lub wypożyczyć, opinie innych oraz miejscówki z książki. Nie muszę tego nigdzie indziej szukać, a więc choćby z ciekawości je przejrzę i może dodam coś od siebie. Jednocześnie mapa mogłaby się otwierać osobno, jako mapa wszystkich miejsc z książek, co dałoby nam ciekawy pogląd na to, gdzie Polacy najczęściej odbywają swoje książkowe podróże.
Poza tym kiedyś fajną opcją mogłaby okazać się aplikacja „podróżnicza”, która informowałaby nas, czy w okolicy jest jakieś miejsce z danej książki. Dzięki niej mielibyśmy zawsze pod ręką informacje dotyczące takowych, jeśli wybieralibyśmy się na wycieczkę, myśląc o zwiedzeniu miejsc, w których byli nasi ukochani bohaterowie.

A gdzie w tym wszystkim ja?
Cóż... podróżować śladami bohaterów literackich raczej nie będę: to zdecydowanie nie jest coś, co bym robiła. Raczej też wiem, gdzie odbywa się akcja książek, które lubię, więc i w ten drugi wymieniony przeze mnie sposób raczej strony nie używam. Ale za to uwielbiam układać. Naprawdę: jeśli mogę ułożyć jakąś listę online to uwierzcie, że to zrobię bez zapraszania. I to w takiej formie stronę odwiedzam Mapę Książek: jako ktoś, kto uzupełnia miejscówki.  Bo mogę :D


środa, 15 listopada 2017

Pixabay okiem twórcy

Czym jest Pixabay prawdopodobnie wie każdy świadomy bloger, jak i każda osoba, która pisze jakiekolwiek artykuły zamieszczane w sieci. Bez stron tego typu nie da się żyć. W końcu jak napisać coś, nie mając ilustracji? A przecież nie zawsze jesteśmy w stanie samodzielnie zrobić własne, mając pełne prawa autorskie. Dziś chciałabym jednak spojrzeć na tę stronę z nieco innej perspektywy – od strony osoby, która nie tylko pobiera zdjęcia z Pixabaya, ale także je tam zamieszcza.

Czym jest Pixabay?
Dla świętego spokoju wolę to zagadnienie Wam wyjaśnić. Pixabay to strona internetowa na którą każdy może wrzucić dowolne zdjęcie, grafikę, czy rysunek  „zrzekając się” części praw autorskich. Po publikacji każdy może pobrać naszą pracę i wykorzystać ją do dowolnych celów (o ile nie obraża ludzi na zdjęciu). Jako osoba pobierająca zdjęcie bez obaw możesz wrzucić je do artykułu, do płatnej aplikacji z tapetami, czy na koszulki. Promowanie własnych stron tymi pracami również jest dozwolone. W skrócie: możesz wykorzystywać je jak tylko chcesz, zarówno komercyjnie, jak i do własnych potrzeb. Bajka, prawda? :D

Pobieranie zdjęć nigdy nie było prostsze
Pixabay jest zaprojektowany bardzo nowocześnie i bardzo intuicyjnie. Gdy szukamy zdjęcia wystarczy wejść na stronę, wpisać kluczowe słowa i szukać, czego potrzebujemy. Pamiętajcie jednak, by wpisywać frazy możliwie ogólne: wtedy dostaniemy większą pulę prac w danej tematyce. Gdy spodoba się nam zdjęcie, wchodzimy na nie, pobieramy w wybranej rozdzielczości i już, gotowe!

Gorzej z przesyłaniem ich na serwer strony...
Nie, nie, wcale nie dlatego, że ładowanie prac na serwer jest trudne! Gdy już zarejestrujemy się to bardzo intuicyjne zajęcie. Wrzucamy zdjęcie, dodajemy tagi... i wysyłamy. Problem może pojawić się później.
Pixabay nie akceptuje każdego zdjęcia po kolei. Ma wymagania względem prac i jeśli nie spełniają ich norm, zostają odrzucone. Niestety, nie zawsze fair, przynajmniej nie według mnie: wiele moich zdjęć zostało odrzuconych, bo woda była zabrudzona, albo wokół fotografii była „ramka” stworzona przez płot, która wpasowywała się w jego klimat. Przy okazji jeśli wrzucisz wiele złych jakościowo prac dostaniesz limit na wysyłanie ich.
O ile pierwszą kwestię w pełni rozumiem, o tyle druga... wydaje mi się już zbyt restrykcyjna, choć też nie brak jej logiki. Gdy wrzucimy zdjęcie na stronę i zostanie ono już zaakceptowane nie mamy prawa go usunąć. Po prostu nie da się. Nie ma przycisku „usuń”. Jak wrzucamy, to na wieczność. Nie ma „zmiłuj”.

Dla jakiego twórcy jest Pixabay?
Dla takiego, który jest przekonany, że chce na wieki wieków udostępnić swoją pracę innym i nie dostać nic w zamian. Wydaje mi się, że dobrze sprawdzi się w dwóch kluczowych przypadkach.
Po pierwsze – gdy masz dużo zdjęć, których i tak nigdzie nie użyjesz. Może akurat komuś się przydadzą, a po co mają tkwić pochowane w folderach? To właściwie był jeden z moich powodów dołączenia do tej społeczności :)
Po drugie – gdy się uczysz. Wyświetlenia i pobieranie zawsze motywuje do dalszej pracy, a wymogi Pixbaya, choć czasem głupie, prędko nauczą Cię jakie zdjęcia są mniej-więcej technicznie poprawne. To znaczy: są ostre, mają dobre kolory, pokazują to, co miały pokazywać. Nie myśl tylko, że ta strona nauczy Cię o kompozycji fotografii: akurat tego musisz szukać gdzieś indziej.
Pamiętajcie, by na stronę ABSOLUTNIE nie wrzucać zdjęć na których można rozpoznać drugą osobę bez jej zgody (chyba, że mamy tłum i fotografia nie skupia się na jednej postaci). Przyczyn chyba nie muszę wyjaśniać.

Profity?
Moim głównym „profitem”, który dostaje od Pixabay jest możliwość śledzenia drogi moich zdjęć. Naprawdę, to fascynujące do jakich rzeczy ludzie potrafią wykorzystać leżące „w szufladzie” prace, które mi do niczego by się nie przydały.
Poza tym choć udostępnianie zdjęć jest darmowe i nikt nam za to nie zapłaci to jeśli połączymy konto z PayPal’em chętni będą mogli nam przesyłać jakieś pieniążki w ramach podziękowania za udostępnienie fotografii. Mi osobiście zdarzyło się to raz: dostałam całe 3$! I to w najmniej oczekiwanym momencie.

Jakie zdjęcia wrzucać?
Trudno odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie. Mnie osobiście zawsze zaskakuje to, jakie zdjęcia się „wybijają” na tle innych, bo zwykle to nie te obstawiam. W każdym razie podzieliłabym „przydatne” zdjęcia na dwie kategorie.
Pierwsza to po prostu ładne fotografie, które każdy chciałby mieć na blogu, czy stronie: jeśli coś jest przyjemne dla oka to zapewne inni będą chcieli to wykorzystać.
Druga to kategoria „specjalistyczna”: choć na Pixabay nie brakuje zdjęć to często niełatwo znaleźć na nim coś, gdy szukamy konkretów. Dlatego prace, które je przedstawiają, prawie na pewno się przyjmą, albo przynajmniej ktoś je chętnie wykorzysta. Mam tu na myśli np. drapiącego się psa, albo pejzaż przedstawiający znane miejsce.
Poza tym dość chętnie wykorzystywane są prace, na których można łatwo coś napisać. Takie, których główny obiekt znajduje się z boku, czy na górze. Albo te, na których jest po prostu biała kartka na której można coś „napisać”.

Doceń twórcę!

Artykuły pisze się raczej na szybko. Tak samo szuka się zdjęć do nich. Nie dziwię się temu i nie mam zamiaru nawoływać o to, by to zmienić. Ale... jeśli masz chwilę zarejestruj się na stronie, gdy ściągasz cudze prace. Polajkuj. Podziękuj. To tylko moment, a zdecydowanie zmotywuje osobę, która daną pracę zrobiła. Pamiętajcie, że twórcy na Pixabay to zwykli, szarzy ludzie, którzy udostępniają Wam za darmo efekty swojej pracy, na którą poświęcili trochę czasu i energii.

Nomida zaczarowane-szablony