Pokazywanie postów oznaczonych etykietą angel fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą angel fantasy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 listopada 2023

Dobry omen: niekompetentni aniołowie i demony vs żart Pratchetta i Gaimana


Crowley jest demonem odpowiedzialnym za sprawowanie opieki nad Antychrystem. Gdy chłopiec dorośnie, nastąpi koniec świata, a dobro i zło stoczą ostateczną walkę. Z tym że Crowley całkiem ceni sobie życie wśród ludzi i wcale nie chce opuszczać ziemskiego padołu. Dlatego ze swoim (nie)przyjacielem oraz aniołem piątej kategorii, Azirafalem, próbuje jakoś temu zaradzić.


Ta książka miała zadatek na powieść, przy której będę się wybornie bawić. Ale ostatecznie wypadła moim zdaniem przede wszystkim dość chaotycznie. „Doby omen” został napisany przez dwóch popularnych i cenionych pisarzy. Neil Gaiman i Terry Pratchett w jednym projekcie brzmi jak przepis na sukces. Aczkolwiek nawet żartobliwe, lekkie fantasy powinno mieć przecież odpowiedni rytm i strukturę.

Dobry omen
Terry Pratchett, Neil Gaiman
wyd. Prószyński i s-ka, 2019

„Dobry omen” ma swoje momenty. Niektóre akapity, czy nawet zdania potrafią być jednocześnie trafne i zabawne. Jednocześnie to żarty raczej eleganckie, całkiem inteligentne i puchate, w żadnym razie nie sprośne/obleśne. I to jest chyba największa siła tej książki.

Druga największa siła to duet Crowley’a oraz Azirafala. To postacie, które niby się nie lubią, ale tak naprawdę łączy je po prostu głęboka przyjaźń. Moim zdaniem jest pomiędzy nimi dobra chemia, a i demon, i anioł, dają się po prostu lubić. 

To w ogóle jedno z tych urban fantasy, w której i piekło, i niebo są po prostu niekompetentnymi organizacjami, które nie radzą sobie z podstawowymi zadaniami. Anioły nie tańczą, a diabły wciąż są mentalnie w średniowieczu, zaś to ludzie odpowiadają w największej mierze za dobro i zło tego świata. To w gruncie rzeczy typowy zabieg dla angel fantasy, ale w tym przypadku po prostu jest to wyciągnięte do granic absurdu. W końcu bądź co bądź to po prostu komedia. 

Z tym że w momencie, kiedy odchodzimy od głównych bohaterów, to ta historia naprawdę robi się po prostu chaotyczna. Skaczemy pomiędzy postaciami, scenkami, momentami w życiu i historii i choć to wszystko prowadzi do prostego zakończenia, to mnie konstrukcja tej powieści potrafiła po prostu męczyć. Oczywiście, trochę ją rozumiem: więcej postaci to więcej stereotypów do przerobienia i więcej żartów do opowiedzenia. Ale gdyby tak to wszystko trochę uporządkować to z „Dobrego omenu” mogłaby wyjść naprawdę znacznie lepsza powieść. Zwłaszcza że drugoplanowe postacie, tak czy siak, nie dorównują głównym protagonistom, dlatego osobiście po prostu wolałabym się trzymać właśnie ich.

Dobrze było się z tą historią zapoznać i na pewno same postacie są na tyle charakterystyczne, że zapadną mi w pamięć na dłużej. Ale przyznaję, po tym duecie liczyłam na coś więcej. Na historię o lepszym rytmie, która przy tym bardziej mnie zaskoczy fabularnie. Bo niestety, i historia wydaje się tutaj trochę klejona na ślinę, bez zwrotów akcji, których bym się nie spodziewała. Choć może po prostu przeczytałam już trochę za dużo podobnej fantastyki, by komediowa książka stworzona w latach 90. robiła na mnie efekt „wow”.

Aczkolwiek jeśli ktoś z Was szuka lekkiego urban/angel fantasy, które jest żartobliwe i lekkie, a nie zna jeszcze tej powieści Gaimana i Pratchetta to być może warto dać jej szansę.



piątek, 23 sierpnia 2019

Bramy Światłości. Tom 3: Przygoda wraca na dobry tor


Powodzenie wyprawy do Stref poza Czasem wisi na włosku. Sereda, zrozpaczona utratą Abaddona, popada w odrętwienie i niewiele brakuje, aby zawróciła całą ekspedycje w stronę królestwa. Jednocześnie Razjel, pełniący chwilowo rolę Imperatora Głębi, popada w tarapaty. Szef bezpieki, Nergal, odkrywa, że z „Lucyferem” coś jest nie tak i robi wszystko, by ujawnić jego sekrety.




Tytuł: Bramy światłości. Tom 3
Tytuł serii: Zastępy anielskie
Numer tomu: 7
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Liczba stron: 658
Gatunek: angel fantasy
Wydanie: Fabryka Słów, Lublin 2018
Doskonale pamiętam, gdy w 2016 roku pisałam moją pierwszą opinię na temat książki z cyklu „Zastępy anielskie”. Był to pierwszy tom „Zbieracza burz”, w którego podsumowaniu pisałam, że choć to przyjemna powieść, dająca sporo rozrywki to jednak nie jest dziełem sztuki. Minęło parę lat, zmieniły się nieco moje gusta i upodobania, poznałam wiele nowych książek… i dalej podtrzymuję tamtą tezę. Seria o aniołkach Kossakowskiej to nie jest najbardziej ambitna literatura, ale jednak po prostu potrafi dać trochę radości.
Co prawda drugi tom „Bram światłości” wyraźnie odstawał od reszty, jednak – jak się na szczęście okazało – był częścią mocno przejściową, mająca na celu jedynie wydłużenie poszukiwań Jasności. Nie pochwalam tego (mogłoby jej po prostu nie być), ale jednocześnie Kossakowską czyta się na tyle lekko i przyjemnie, że nie mam tego autorce mocno za złe. Szczególnie, że zakończenie tej podróżniczej trylogii jest naprawdę niezłym domknięciem końca.
Kossakowska dobrze przemyślała konstrukcje całości. W trakcie obserwujemy poczynania Razjela w Głębi oraz losy wyprawy Seredy, skacząc pomiędzy dwoma wątkami. Jednocześnie autorka sprawnie operuje narracją, nie skupiając się jedynie na jednym bohaterze, a pozwalając nam spojrzeć na świat z różnych perspektyw. Robi to jednak na tyle klarownie, że czytając trzeci tom „Bram światłości” po prostu nie da się zgubić, a to jest nie lada wyzwanie.
Styl tej autorki ma w sobie coś unikatowego. Z jednej strony jest potoczny, lekki i „szybki”, skupiony na akcji. Z drugiej ma w sobie nieco z poetyckości. Porównania Kossakowskiej i jej odwołania do różnorakich mitologii i literatury pokazują, jak dużą wiedzę ma ta kobieta. To ciekawe połączenie, choć przynajmniej w tym tomie irytowała mnie jej pewna drobna maniera. Narrator regularnie zapowiada nam, co się wkrótce stanie. Na przykład: postać A robi coś i jest przekonana, że udało jej się dopiąć celu. Wtedy jednak czytamy tekst pokroju „nawet nie wiedział, jak bardzo się mylił”. Takie wtrącenia pojawiają się regularnie i w pewnym momencie potrafiły mnie nieco drażnić.
Pod kątem fabularnym czuje się po prostu usatysfakcjonowana. Co prawda końcówka powieści wydaje się niemiłosiernie wręcz pędzić, jednak poza tym całość utrzymuje przyjemne tempo. Chyba każdy z naszych bohaterów czegoś się uczy i wyciąga lekcje z całej tej potężnej ekspedycji. Nie jest to wprawdzie najbardziej zaskakująca historia, jaką przeczytałam w życiu, ale to przecież powieść drogi. Historia przygodowa, a nie zagadka kryminalna. Wystarczy, że sam świat Kossakowskiej jest po prostu kolorowy i ciekawy.
Dobrze wiem, że wielu czytelników uznaje tylko „Siewcę wiatru”, nie przepadając ani za „Zbieraczem burz” ani „Bramami światłości”. Sama jednak czytałam tę serię tak długo, że po prostu pewnych różnic pomiędzy tomami mogę nie dostrzegać. Z resztą, po serii Kossakowskiej oczekuje dobrej rozrywki, przyjemnej przygody i zabawy mitologiami, a nie wybitnie dobrej literatury. To z resztą zwykle też od niej dostaje. „Bramy światłości. Tom 3” nie jest wyjątkiem. Dobrze się bawiłam w trakcie lektury, szybko pochłaniając całą powieść Kossakowskiej.

  

* * *

Razjel siedział w samotni Lucyfera, pijąc wino i patrząc w gwiazdy. Nefer, który bezbłędnie wyczuwał, że opiekun jest zasmucony i niepewny, trącił łebkiem jego dłoń.
– Nie martw się – mruknął. – Razem damy radę!
Książę Magów pogłaskał pasmo mgły między uszami zwierzątka.
– Jasne, mały – przytaknął. – Pewnie, że damy.
Nie wiedział, niestety, jak niesłychanie trudno będzie spełnić tę obietnicę.
Fragment „Bram światłości. Tom 3” Mai Lidii Kossakowskiej

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Bramy Światłości. Tom 2: Odcinek bardzo przejściowy


Wyprawa do Stref Poza Czasem w poszukiwaniu Jasności już na początku wiązała się z dużym ryzykiem, zarówno dla podróżników, jak i tych, którzy zostali, strzegąc bram Królestwa oraz Głębi. Im jednak ta dłużej trwa, tym bardziej wzmaga się związane z nią niebezpieczeństwo.


Gdy został wydany drugi tom „Bram Światłości” opinie o nim niekoniecznie były bardzo pochlebne. Nie zmieniło to jednak faktu, że po książkę sięgnąć bardzo chciałam, bo najzwyczajniej w świecie lubię czytać o przygodach Świetlistych Kossakowskiej. W trakcie jednak okazało się, że mimo wszystko, krytyczne głosy mają w sobie sporo racji.
Tytuł: Bramy Światłości. Tom 2
Tytuł serii: Zastępy anielskie
Numer tomu: 6
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Liczba stron: 560
Gatunek: angel fantasy
Wydanie: Fabryka Słów, Lublin 2018
Zacznijmy od tego, że ja dalej po prostu lubię styl tej autorki. Fakt, w tym tomie bardziej, niż w poprzednich rzuciło mi się w oczy jej dość specyficzne prowadzenie narracji. Mianowicie, z jednej strony Kossakowska raczy nas poetyckimi wręcz porównaniami, a z drugiej chwilę później wrzuca do tekstu takie słowa jak „fajnie”, co po prostu kontrastuje z całością. Niemniej, mi akurat w jej przypadku to odpowiada. Zwłaszcza, że całość czyta się wręcz błyskawicznie, chociaż przyznam, że tu po prostu swój wkład ma sam układ tekstu. Niestety, jak na Fabrykę Słów przystało marginesy i czcionka są wręcz olbrzymie, co sprawia, że te pięćset stron pewnie spokojnie dałoby się zmieścić na dwustu.
Bohaterowie – jak zawsze w tej serii – są po prostu sympatyczni. Lubię ich obserwować, choć jednocześnie żałuję, że dalej wątek Razjela spychany jest na zdecydowanie dalszy plan, niż ten dotyczący Daimona. Niemniej, rozumiem to: w końcu Pan Tajemnic na wyprawę w poszukiwaniu Jasności się nie wybrał, a to przecież o niej jest ta lektura. Brakowało mi jednak też Piołuna, który w tomie pierwszym wiódł prym: w przypadku kontynuacji spotykamy się z nim zaledwie na samym początku, a potem zupełnie znika z kart powieści.
Niemniej, wiele z głosów uznało, że tom drugi jest tomem zupełnie niepotrzebnym i… po części muszę się z tym zrobić. Mimo że książka wydaje się bardzo obszerna to tak naprawdę opisuje jedną przygodę z trasy, którą swobodnie można byłoby skrócić, albo podzielić na pół, robiąc dwa, a nie trzy tomy „Bram Światłości”. Zwłaszcza, że szczerze mówiąc… ona sama w sobie nie jest wyjątkowo porywająca. Gdyby nie bohaterowie i styl Kossakowskiej zapewne prędko bym się całością znudziła.
Tym razem jeszcze jedna rzecz zwróciła moją uwagę w ten negatywny sposób, a mianowicie: wykłady prezentujące nam nowe postacie. Naprawdę, co najmniej dwa razy jeden z bohaterów dostaje monolog na temat istot zamieszkujących Strefy Poza Czasem i po prostu łopatologicznie wyjaśnia nam, kim to stworzenie jest. Przyznam, że w moim odczuciu nie było to do końca wyważone.
Niemniej, by nie kończyć negatywnym tonem, muszę znów oddać Kossakowskiej sięganie do tych mniej znanych mitologii. W „Rudej sforze” sięgnęła do wierzeń ludów syberyjskich, w poprzednim tomie – do wierzeń hinduskich. Tym razem zaś dostajemy mitologie Azteków, która moim zdaniem wielu osobom może przypaść do gustu.
Choć dla fanów serii „Bramy Światłości. Tom 2” to pozycja obowiązkowa i choć sama bawiłam się przy niej nieźle to muszę przyznać, że Kossakowska ma na swoim koncie ciekawsze powieści z tej serii. Cóż, przychodzi mi czekać tylko na tom trzeci, by zorientować się, czy zakończenie wypadnie lepiej od środkowej, przejściowej części.


* * *

Stojąc w oknie, w obliczu chłodnej, obojętnej nocy, czuł, że nic już do niego nie należy. Nic nie potrafi zdziałać, niczemu zaradzić. Stał się drobiną życia, rzuconą w kosmiczny wir zdarzeń. Iskrą, która zaraz może zgasnąć.
Fragment „Bram Światłości. Tomu 2” Mai Lidii Kossakowskiej

środa, 26 kwietnia 2017

Bramy Światłości: Tom 1: Jasność powraca?

Gdy pisałam recenzje drugiego tomu „Zbieracza burz” przekonana byłam, że moja przygoda z Abadonem oraz całą resztą niebiańskiej zgrai Kossakowskiej dobiegła końca. Możecie więc sobie wyobrazić, jak wielki przypływ radości poczułam, gdy okazało się, że autorka wróciła do serii. Trafiła do mnie jeszcze w styczniu, a na jej lekturę poświęciłam ostatnie dni tegoż miesiąca. Jeśli chcecie wiedzieć, jak odebrałam „Bramy światłości” zapraszam do recenzji.

Tytuł: Bramy Światłości: Tom 1
Tytuł serii:  Zastępy Anielskie
Numer tomu: 5
Autor: Maja Lidia Kossakowska
 Liczba stron: 512
Gatunek: angel fantasy, przygodowe fantasy

Do Królestwa powraca Serada niosąc wielkie wieści: Jasność jest w królestwie. W Sferach Poza czasem, odległych, niebezpiecznych, ale jednak – dostępnych. Regent królestwa nie traci ani chwili: natychmiast organizuje wyprawę, która ma nawiązać kontakt z Bogiem. Oczywiście, tak trudna wyprawa nie może odbyć się bez Tańczącego na Zgliszczach. Ten na razie po ostatnich przygodach nie jest w najlepszych relacjach ze swoimi przyjaciółmi...

Czytasz książkę. A przynajmniej niby to robisz, ale w praktyce masz wrażenie, jakbyś siedział właśnie w barze, wysłuchując opowieści kogoś sobie bliskiego, lekko podchmielonego, ale jednak w dobrym nastroju i z wielkim talentem do snucia opowieści. A o czym słuchasz? Oczywiście, że o olbrzymich przygodach już niekoniecznie tak wielkich Skrzydlatych. I choć chcesz, by ta chwila trwała jeszcze długo to prędzej, niż Ci się wydaje możliwe noc jest już późna, piwa brakuje, a opowieść się kończy. Cóż, mniej więcej tak czułam się czytając „Bramy Światłości”.
Pewna, że już więcej nie spotkam moich ukochanych postaci niezwykle uradowałam się tym, że mogę znów wrócić do ich świata, zwłaszcza, że bardzo lubię styl Kossakowskiej. Nie pisze może w najpiękniejszy z możliwych sposobów (mimo, że chwilami opisy potrafią zachwycać), ale jej głos jest tak przyjemny dla ucha, że po prostu nie chce się książki odkładać. Czasem jej pomysły są absurdalne, czasem – po prostu zabawne. Innym razem mrożą krew w żyłach w chwili, w której naszym bohaterom może coś się stać, a jeszcze kiedy indziej sprawia, że zachwycamy się pięknem otaczającego nas świata. Często puszcza oko do czytelnika i sprawia, że ten po prostu czuje się częścią historii. Zdaje sobie sprawę, że znam wiele autorów, którzy piszą ładniej, ale przecież nie zawsze musi być najpiękniej. Wystarczy, by było ludzko i... ciekawie. A styl Kossakowskiej właśnie taki jest.
„Bramy Światłości” to fantasy drogi, przygody: większa część akcji skupia się na podróży Abadona z grupą Serady. Sprawiło to, że Gabriela, czy mojego ukochanego Razjela nie było w niej zbyt wiele, a większość postaci drugoplanowych raczej więcej na kartach powieści się nie pojawi, ale nie narzekam. Kolejne spotkanie ze Skrzydlatymi było jak najbardziej owocne.
Bo może i nie miałam Razjela, ale za to autorka postawiła na dwie inne, dość ciekawe, postacie. Przede wszystkim na Piołuna: ukochanego konia Abadona, który jeszcze nigdy nie odgrywał aż tak ważnej roli. A to bardzo ciepła postać, która chwilami potrafi przerazić swoimi absurdalnymi myślami (które dla niej są oczywistością), by chwilę później rzec coś w zadziwiająco mądrego. W ogóle, mam wrażenie, że Kossakowska niezwykle ciepło opisuje wszystkie zwierzęta będące związane z jej postaciami, nie ważne, czy są to koty, czy mantikory.
Druga postać, Serada, to dość typowy charakter: podróżniczka, pragnąca poznać świat jak najlepiej. Opisać go, dotknąć, zobaczyć, poczuć. I mimo, że nie ma w niej niemal nic zaskakującego to siła jej charakteru ma w sobie coś przyciągającego.
Nie chcę zbyt wiele zdradzać co do treści, ale fanom naszego kochanego Niosącego Światło, czy też Lampki, zwanego Lucyferem niosę dobrą nowinę: pan romantyczny buntownik w tej części również występuje i jak zawsze, musi wtrącić do swojej sprawy trzy grosze. Wydaje mi się jednak, że jego wątek zostanie bardziej rozwinięty w kolejnych tomach.
Na koniec muszę dodać kilka słów dotyczących samego wydania. Choć okładka nie do końca mi się podoba (jak z resztą prawie każda z tej serii) to ilustracje wewnątrz są niezwykle klimatyczne, co naprawdę zasługuje na uznanie.

„Zastępy anielskie” polubiłam już jakiś czas temu i nie mam zamiaru przestać. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom „Bram Światłości”, a wszystkich innych zachęcam do czytania, bo to jest po prostu bardzo przyjemna przygoda.

* * *

Razjelu, wróciłam... wróciłam, Razjelu.
Ten głos, spokojny, pozbawiony emocji, huczał mu w głowie niczym ryk burzy, przelewał się przez kolejne warstwy sennych koszmarów, drążył pokłady wspomnień, spływał  w głąb serca, palącymi kroplami żaru, które były gorzkie i słone. Zupełnie jak łzy.
To już tak dawno, tyle czasu minęło, uświadomił sobie, lecz upływ lat nijak nie zdołał naprawić tego,  co pozostało trwale złamane, potrzaskane w drzazgi niczym stara skorodowana kość. A odłamki, och, te cholerne odłamki, wciąż były tak samo ostre jak w dniu, w którym pozwolił, żeby odeszła na zawsze.
Fragment „Bram Światłości: Tomu 1” Mai Lidii Kossakowskiej


piątek, 8 lipca 2016

Zbieracz Burz. Tom II: Kończymy i dorastamy!

Przygodę z Zastępami Anielskimi zaczęłam prawie od końca o czym przeczytać możecie tutaj. Link poprowadzi Was do recenzji przedostatniej części serii, a poniżej znajdziecie część ostatnią :) Moja przygoda z historią o Daimonie Freyu dobiega końca, ale oczywiście chce się z Wami podzielić moimi spostrzeżeniami. 
Chce też przypomnieć, że blog żyje tylko połowicznie w chwili obecnej ;) Generalnie chwilowo od siódmej do osiemnastej nie mam nawet dostępu do komputera, ewentualnie - do telefonu, jak mi się chce. Na pewno wrócę w połowie sierpnia, być może nieco wcześniej, ale... cóż, zobaczy się.

Tytuł: Zbieracz Burz. Tom II
Tytuł serii: Zastępy Anielskie
Numer tomu: 4
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Liczba stron: 416
Gatunek: angel fantasy

Daimon Frey ukrył się na ziemi przed okiem swych byłych przyjaciół, pragnących jego zagłady.
Michał totalnie oszalał, zaślepiony chęcią zabicia Abaddon
Lampka próbuje ogarnąć Głębie. Razjel próbuje poradzić sobie z ginącymi członkami Służb Specjalnych. Mod zaś się zakochuje.
A nad wszystkimi wisi pewna straszliwa myśl... czy Burzyciel Światów na prawdę dostał od Jasności rozkaz zniszczenia Ziemi? Czy może to Cień mąci mu w głowie?

Jeśli miałabym wybrać jedno słowo, które opisałoby ostatni tom Zastępów Anielskich niewątpliwie brzmiałoby: dorastanie.
Bo tak, w ostatnim tomie właściwie wszystkie postacie, które dane było nam poznać zmieniają się i ewoluują, zaczynając dostrzegać to, czego nie widziały wcześniej. I choć może wydawać się to nieco nachalne, mnie taki zabieg w żadnym razie nie przeszkadzał.
Mimo ogromnej ilości bohaterów wszyscy zostali w odpowiedni sposób rozwinięci, a ich wątki zostały porządnie domknięte. Oczywiście, nie ma się co spodziewać w tej serii portretów psychologicznych, ale postacie jak były, tak są, porządnie zarysowane. Cały czas ja lubię, uwielbiam i rozumiem, nawet, jeśli mówimy o panu Głębi, Lucyferze. Bo wiecie, tak szczerze, Lucek to na prawdę porządny facet. W historii Kossakowskiej chyba nie ma bohaterów, których bym nie polubiła... Gdybym jednak miała wybierać swoich faworytów w dalszym ciągu byłby to Daimon Frey oraz Pan Tajemnic, Razjel. 
źródło
Autorka w ostatnim tomie zaczęła nieco kombinować z narracją, nieco ją zmieniając. Czy wyszło jej to na dobre...? Trudno mi to ocenić. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, niemniej, wielką fanką zastosowanego przez nią zabiegu (o którym nie będę więcej mówić, aby Wam niczego nie spopoilerować) nie jestem. Muszę jednak przyznać, że niektóre opisy potrafiły mnie nieco nudzić... Na całe jednak szczęście akcja która pojawiała się chwilę później wszystko ładnie nadrabiała.
Zakończenie serii jest dokładnie takie, jakiego się spodziewałam, choć nie powiem, autorka ładnie ubrała wszystko w słowa. Nie czepiam się jego, szczególnie, że sama nie widzę innego rozwiązania dla tego typu historii, niemniej na pewno nie udało się jej mnie zaskoczyć. Jest dobre i takie, jakie powinno być - ni mniej, ni więcej.
Zakończenie Zastępów Anielskich powinno zadowolić sympatyków serii, a inni... cóż, inni nie mają po co sięgać po tą książkę ;) W końcu to ostatni tom. Bez znajomości poprzednich nie ma po co do niego zaglądać. Mimo wszystko, samą serię polecam każdemu, kto tylko czuje się zainteresowany: to dobra, choć dość lekka fantastyka, która na pewno umili wieczór sporej rzeszy fanów tego gatunku. Muszę też przyznać, że seria nieźle sprawdzi się w przypadku pań: bo choć nie jest to najdelikatniejsza historia, to jednak jej autorką jest kobieta, która chyba dobrze wie, jakich postaci chcą inne przedstawicielki jaj płci :D O ile oczywiście czytelniczki nie mają nic przeciwko odrobinie brutalności....


poniedziałek, 6 czerwca 2016

Siewca Wiatru: Antykreator nadchodzi


Moje już trzecie spotkanie z Zastępami Anielskimi zakończone. W końcu nadrobiłam zaległości po przeczytaniu częsci trzeciej jako pierwszej i jestem z tego powodu jak najbardziej zadowolona. Ale jak wypadła powieść sama w sobie...?
Tytuł: Siewca Wiatru
Tytuł serii: Zastępy Anielskie
Numer tomu: 2
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Liczba stron: 656
Gatunek: angel fantasy

Pan odszedł. W Królestwie nastały niepewne czasy, a jakby tego było mało, ktoś kradnie Księgę Tajemnic Razjela. Zaczyna się bunt, zaczyna się rewolucja... W tym samym czasie Daimon Frey, Anioł Zagłady wpada na Jagnię, istotę mającą obwieścić Koniec Świata.
Wszystko wskazuje na to, że już wkrótce nadejdzie Antykreator, który już niedługo pochłonie każde żywe i nieżywe stworzenie.

Opis brzmi nieźle. I nic dziwnego, fabuła też jest na prawdę dobra. Mamy dużo Daimona Freya, całkiem sporo bohaterów z opowiadań, Archaniołów, masę akcji i kilka niekoniecznie poważnych scenek, wprowadzających do całości fajny klimat. Czego chcieć więcej od dobrej rozrywkowej historii?
Styl Kossakowskiej jest godny pozazdroszczenia. Prosty, mroczny, ale jednocześnie niepozbawiony kobiecej ręki i kobiecego spoglądania na mężczyzn, co paniom powinno przypaść do gustu. Ale, ale! Nie jest to literatura kobieca, w żadnym wypadku. Panom ta historia powinna spodobać się zdecydowanie bardziej. W końcu mamy wojnę, szlachetne i mniej szlachetne wybory. Męskie przyjaźnie. Dużo męskich przyjaźni. Mimo to, ta kobiecość w tym tomie zdecydowanie gdzieś tam się przebija. W Siewcy mamy przynajmniej trzy dość istotne postacie kobiece, które mają wpływ na dwóch z bohaterów i myślę, że obserwowanie ich będzie dla pań czymś jak najbardziej przyjemnym.
O ile w tomie pierwszym i trzecim Ziemia jako taka odgrywa główną rolę, tak w tym akcja toczy się głównie w Królestwie oraz jako okolicach, zaś na naszej planecie miejsce ma ledwie kilka scenek. Nie skupiamy się wcale na różnicach życia ludzi, a aniołów, co przy tak wielkim wydarzeniu, jakim jest pojawienie się Antykreatora i jego owocu, Siewcy Wiatru, jest zabiegiem dobrym i jak najbardziej zrozumiałym.
Zarówno postacie Skrzydlatych, jak i Głębian są na prawdę ludzkie. Początkowo na to narzekałam - tak, wiem - jednak teraz nie wyobrażam sobie świata wykreowanego przez Kossakowską z aniołami i demonami, które miałyby w sobie więcej boskości, niż sam Bóg. Są potężni, owszem. Mają przewagę nad ludźmi, bo wiedzą, że Pan istnieje. Nie muszą w niego wierzyć. Ale poza tym cechami charakteru nie różnią się od nas, dzięki czemu bez problemu możemy wczuć się w ich wybory.
Co ciekawe, po zakończeniu czytania przeżyłam bardzo przyjemne zaskoczenie. Mianowicie, autorka po epilogu umieściła wyjaśnienie skąd wzięła się jaka postać i nazwa, wyjaśniając, z jakich wierzeń pochodzi i co dodała sama od siebie. To na prawdę ciekawa lekcja, dzięki której można łatwo zapamiętać kilka ciekawostek. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby taka notka pojawiała się przy wszystkich powieściach czerpiących mocno z mitologii, czy jakiś wierzeń.
Siewca Wiatru to bardzo dobry akcyjniak z fajnymi bohaterami i kreatywnymi wyjściami z sytuacji. Warto się z nim zapoznać, wcześniej oczywiście sięgając po tom pierwszy ;)

źródło

czwartek, 19 maja 2016

Żarna Niebios: Co słychać w Królestwie?


Serię Zastępy Anielskie zaczęłam z wielkim wejściem, od trzeciego tomu, bo jakby inaczej. Ale jako, że tamten - którego recenzje znajdziecie tutaj - przypadł mi go gustu, postanowiłam zapoznać się z tomem pierwszym. Czy dobrze zrobiłam? :)
Ach, i dzięki temu tomowi zorientowałam się, że możemy wyróżnić coś takiego jak angel fantasy... Hmm... nie sądziłam, że to aż tak duży ruch. Cóż, człowiek uczy się całe życie!

Tytuł: Żarna Niebios
Tytuł serii: Zastępy Anielskie
Numer tomu: 1
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Liczba stron: 512
Gatunek: angel fantasy

Nic co anielskie nie jest nam diabelnie obce...
Dziesięć opowiadań. Każde inne. Ale każde - o istotach stworzenia boskiego.

Pewien człowiek widzi Światło w tunelu i trafia do Nieba. Przez, wydawałoby się, zbieg okoliczności, poznaje dwóch aniołów, którzy potrzebują pomocy Syna Adama.
***
Dopuszczalne Straty w szeregach anielskich nie są zbyt duże, szczególnie, gdy Pan postanowił odejść z tego świata. Archaniołowie robią wszystko, aby utrzymać porządek w nowym ładzie.
***
Czasem zdarza się, że twój klient to Sól na pastwiskach niebieskich, szczególnie, gdy wykonujesz robotę anioła stróża. A co, gdyby tak z tej pracy zrezygnować...?
***
Zobaczyć czerwień nie trudno, gdy twoją matką jest wściekła na ciebie Lilith... oj, nie trudno! Tylko jak poradzić sobie z tą jędzą, gdy służy jej pół Głębi?
***
Czasem tak rysujesz, rysujesz... i wyrzucasz kartki do Kosza na Śmierci. A potem okazuje się, że dzięki temu (oraz gadającej toalecie) poznajesz tożsamość jednego z największych aniołów w Królestwie...
***
Nawet w świecie Boga można poczuć spływającą po ciele Smugę Krwi, szczególnie, gdy wędrujesz samotnie, szukając pracy i wpadasz na biedną, młodą demonicę.
***
Jeden anioł umiera, a drugi jakimś cudem przeprowadza młodą kobietę na Drugą Stronę, mimo, że ta jeszcze żyje... dzięki czemu będzie miała okazje obserwować, jak pracują Żarna niebios
***
Jak nawrócić złego człowieka, gdy jest się jego aniołem stróżem...? Podobno działania zbliżone do budowania Wieży zapałek są najskuteczniejsze.
***
Gdy demon się nudzi, czasem wpada, by pomóc biednemu wieśniakowi wspiąć się na szczyt. Któż zabroni, skoro może, a w roli seniora Gringo sprawdza się całkiem nieźle?
***
Kiedyś w świecie rozbrzmiewała legenda o Beznogim Tancerzu, który mimo braku nóg, dalej potrafił zachwycać swym kunsztem. Jak jednak ma się to do Daimona Freya?

Opis i owszem, długi, może nieco za długi - ale w końcu dostajemy od Kossaowskiej aż dziesięć opowiadań, które na dodatek traktują o zupełnie innych historiach, mimo pojawiających się w nich elementach wspólnych.
Jako, że miałam już okazję czytać trzeci tom serii, nie byłam jakoś zaskoczona światem przedstawionym. O ile jednak w tamtym tomie przybrana przez autorkę konwencja trochę mnie irytowała, to tym razem chyba po prostu do tego już przywykłam i anioły rzucające kolokwializmami wcale mnie nie irytowały, szczególnie, że pierwszy tom ma w sobie tak wiele różnorodnych historii, że po prostu nie miałam czasu, by zwracać na to uwagę.
Opowiadania Kossakowskiej są... po prostu dobre. To ciekawe, wciągające historie. Niektóre nieco chaotyczne - fakt - ale przyjemnie i szybko się je czyta, a świat przedstawiony trzyma się kupy. A o to chodzi.
Bohaterów mamy na prawdę ogrom, jednak dwójka szczególnie zapadła mi w pamięć. Przede wszystkim Daimon Frey, którego już dane było mi polubić. Nie ma go w tym tomie zbyt wiele, ale owszem, pojawia się, i jest na prawdę cudownym wojownikiem. Ma charakter, jest pomysłowy, ba, nawet żartobliwy, choć nie przesadnie. Bardzo dobre się go obserwuje. Drugą taką postacią jest Nuriel z Żarn Niebios. Nie został szczególnie rozwinięty przez formę przyjętą przez autorkę (bo cóż można zdziałać mając do dyspozycji pięćdziesiąt stron?), ale w jakiś sposób po prostu go polubiłam. Ot, tak, bo mogę, bo mi się podobał :)
Co rzuca się w tej serii w oczy, to fakt, że aniołowie nie różnią się wcale od demonów. To znaczy, owszem, mają konkretnie przydzielone funkcje, jednak mieszkańcy Nieba nie są wcale aż tacy święci, a diabły i demony potrafią być całkiem sympatyczne, na tyle, że aż człowiek chciałby się z nimi spotkać. Nic dziwnego z resztą, skoro nie tylko mają tego samego twórce, ale również razem piją, bawią się i paktują...
To, co jeszcze zwróciło moją uwagę to relacja aniołów - i nie tylko ich - z ludźmi. Synowie Adama i Córki Ewy traktowane są przez nich jak kumple. Tak po prostu. Z jakimś szacunkiem, ale raczej na luzie, tworzą bardzo przyjemne relacje, na które aż chce się patrzeć. Na prawdę, ja chce mieć takich przyjaciół w Niebiosach, jak ci ludzie w opowiadaniach Kossakowskiej! To postacie, którym spokojnie mogłabym zaufać, znacznie mi bliższe, niż te pozbawione pierwiastka zła stworzenia na obrazkach z obrazków dla dzieci.
Historie Kossakowskiej są na prawdę bardzo kreatywne, ciekawe. Wciągają i są napisane prostym stylem. To dobra pozycja - i jeśli tylko interesuje Was fantasy traktujące o (niekonieczne świętych) aniołach, warto po nią sięgnąć.

źródło

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Crescendo: Kontynuacja, która nie powinna zaistnieć

źródło
Nie wiem, czemu to zrobiłam. To znaczy, niby wiem, ale aż głupio mi się przyznać do tego, że sięgnęłam i po drugą część tej serii. Może po to, by sprawdzić, czy moje przypuszczenia odnośnie niepotrzebnej kontynuacji były słuszne? Chociaż ja raczej stawiałabym na brak książek w domu, nudę w szkole i niewielki czytnikotelefon niepozwalający na skupienie się na trudniejszej historii...
Moja opinię na temat poprzedniej części, Szeptem, znajdziecie TUTAJ.


Tytuł: Crescendo
Tytuł serii: Szeptem
Numer tomu: 2
Autor: Becca Fitzpatrick
Liczba stron: 400
Gatunek: fantastyka młodzieżowa, paranormal romance



Patchowi udało się uratować Norę. Upadły odzyskał honory w Niebiosach i teraz ma być jej aniołem stróżem. Nora nie dość więc, że jest chroniona, to na dodatek ma obok siebie najlepszego faceta na świecie. Czyż to nie cudowne? 
Niestety, los nie ułatwia życia dwójce nastolatków. Patch zaczyna zachowywać się nieco dziwnie, a tajemnice rodziny Nory powoli zaczynają się ujawniać... 
Co anioł ma wspólnego ze śmiercią ojca dziewczyny...?

Nie do końca lubię oceniać kontynuacje. Nie dlatego, że nie chcę nic zdradzić z poprzedniej części, a dlatego, że zwykle powiedziałam już wiele z tego, co miało zostać powiedziane. I tak jest w tym przypadku, przynajmniej w sporej mierze.
źródło
Znów dostajemy do ręki zupełnie nielogiczną historię, pełną irracjonalnych decyzji dość płaskich bohaterów. Niestety, o ile w Szeptem było to nawet nieco urocze, to w przypadku Crescendo Nora, Patch i cała ich ekipa zaczęła mnie po prostu drażnić. Mamy tu jeszcze mniej wspólnych scen i jeszcze więcej totalnie bezsensownego uganiania się ze sobą nawzajem. Nora jest zupełnie niezdecydowana: raz Patcha kocha, raz nienawidzi, raz chce go zabić, innym razem niemal woła o pomoc. Boże kochany, ile można, no ile? Nie mogliby tak w jednej scenie usiąść... porozmawiać normalnie...? Spokojnie? Przytulić się do siebie i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze?
No, najwyraźniej nie. Flizpatrick wyraźnie też zirytowała się zachowaniem swoich papierowych dzieci i w ramach kary, nie pozwoliła im nawet na chwilę uspokoić myśli. Oj, paskudna z niej mama! I może nawet pochwaliłabym jej zachowanie, gdyby nie fakt, że sama musiałam przez to wszystko przebrnąć.
By nie było, tak jak i poprzednio, styl autorki jest bardzo prosty i bardzo przystępny. Powieść się nie dłuży i znika w mgnieniu oka. Jednak podtrzymuje moją opinię, która powstała po zakończeniu czytania Szeptem - autorka nie powinna dopisywać kontunuacji. Niektóre wątki były bardzo naciągane, a o ile pierwsze część serii przypominała mi nieco nostalgiczny dla mnie Zmierzch Mayer, tak ten tom do bólu kojarzył mi się z irytującym cyklem Nieśmiertelni Noel. Tak jak i w nim, główna bohaterka nie ma pojęcia, gdzie mieszka jej ukochany. Ten zaś, co chwilę znika, w międzyczasie całując się z innymi i co chwilę pojawia się, aby ją w taki, czy inny sposób zirytować.
Podejrzewam, że jeśli spodobał Wam się pierwszy tom - i drugim nie będziecie zawiedzeni. Ja jednak może będę miała dla siebie litość i odpuszczę sobie poznanie ostatnich części...

źródło

sobota, 2 kwietnia 2016

Szeptem: zamiast wampirów, aniołki

źródło
Emmm taak, kolejna książka, na tyle popularna, bym po nią sięgnęła, jednocześnie nie mając większej ochoty, aby ją pożyczać. Szeptem już za mną... w sumie czytanie jej zajęło mi jeden wieczór, na swoje szczęście do długich nie należy.
I tak, post jest wrzucony wcześniej, bo jestem niecierpliwa, a lista po prawej za bardzo mi się wydłużyła XD Znów.

Tytuł: Szeptem
Tytuł serii: Szeptem
Numer tomu: 1
Autor: Becca Fitzpatrick
Liczba stron: 328
Gatunek: fantastyka młodzieżowa, paranormal romance, angel fantasy

Nora, szkolna dziennikarka gdy tylko może, siedzi ze swoją przyjaciółką, Vee. Niestety, nauczyciel biologii postanawia rozsadzić uczniów i ku swojej wściekłości, trafia do ławki, w której siedzi Patch - tajemniczy chłopak, który wydaje się wiedzieć o niej zdecydowanie więcej, niż powinien... Od czasu ich spotkania, Norze zaczynają przydarzać się niewyjaśnione i nadnaturalne rzeczy. Jaką rolę odgrywa w tym dziwny nieznajomy?

Nostalgia. Tak, to chyba pierwsze, co przychodzi mi teraz na myśl, gdy teraz myślę o Szeptem. Czytając, miałam chwilami wrażenie, jakby jakaś odległa połowa mnie wróciła do czasów podstawówki, gdy uwielbiałam Zmierzch Mayer oraz inne tego typu historie. Ale, ale, skoro mam ocenić tą książkę, może pójdźmy po kolei.
Najpierw tytuł. Szeptem. Rozumiem, że jest chwytliwy, stąd jest, jaki jest, ale...  nijak ma się do samej historii. Gdyby bohaterzy powiedzieli chociaż coś o szeptaniu! Niestety, nikt o tym nawet nie wspomniał... a szkoda, bo ten zabieg przynajmniej nadałby tytułowi jakiś sens, a nie kosztowałby autorki zbyt wiele. Chyba, że jest to kwestia tłumaczenia? Nie przeczę, to całkiem możliwe.
źródło
Teraz przyjrzyjmy się samej fabule. Jest, szczerze mówiąc, prosta jak drut. Przewidywalna, ale przy tym, dość nielogiczna i czasem nawet nieco śmieszna pod tym względem. Na prawdę, przy pierwszej scenie, w prologu, przez jakiś czas zastanawiałam się, czy ja na prawdę czytam coś, co jest dopuszczoną do druku książką? [Uwaga, mówię o początku książki, dlatego nie jest to duży spoiler, ale jeśli nie chcecie kompletnie nic wiedzieć, nie czytajcie dalej] Idzie sobie chłopak. Pojawia się przed nim ciemny koleś i zaczynają rozmawiać. Ich rozmowa, w skrócie, brzmi mniej więcej tak:
- Ktoś ty? Nie zadzieraj z księciem!
- Jesteś bękartem!
- Księciem!
- BĘKARTEM!
- KSIĘCIEM!
- SYNEM UPADŁEGO ANIOŁA, CZYLI MASZ MI SŁUŻYĆ. KLĘKAJ I SKŁADAJ PRZYSIĘGĘ.
Iiii tak, to, przynajmniej w moim odczuciu, było nieco śmieszne. Nawet bardzo. 
Kolejna scenka też raczej należała do dość zabawnych. Mamy lekcje biologii o... uwaga, uwaga! SEXIE! No więc nasza kochana główna bohaterka, Nora wraz z swoją przyjaciółką, Vee, mają uczyć się na lekcji, jak robi się dzieci. Niestety, nauczyciel postanawia przesadzić uczniów i Nora trafia do mrocznego, tajemniczego Patcha, który od razu sprawia, że czuje się zagrożona, zakłopotana... ale przy okazji, zauroczona. Bo jak mogłoby być inaczej. Sytuacja i ich zachowanie jest tak irracjonalne, jak tylko może być irracjonalne zachowanie anioła i człowieka, zamkniętych w pełnej sali lekcyjnej z nagimi lalkami przyklejonymi do tablicy. 
Nie będę wytykać bezsensownych wątków fabularnych - zajęłoby  mi to zbyt wiele czasu i zdradziło zbyt wiele z treści. Poza tym, przy paranormal romance i tak, i tak chyba są nieuniknione, więc co ja tam będę się rozpisywać :)
Jak na młodzieżówkę, na dodatek, popularną, przystało, styl jest bardzo prosty i bardzo przystępny. Na prawdę, Szeptem nie zajęło mi więcej, niż trzy godziny, a może nawet mniej? Nie siedzę z zegarkiem, ale przeczytanie jednej części na prawdę nie jest żadnym wyczynem. Nie jest to żadne dzieło sztuki, ale styl pisania Fitzpatrick jest do przyjęcia.
Sami główny bohaterowie są po prostu zwyczajni. Autorka zrobiła wszystko, by rodziców nie było zbyt często w domu Nory, mamie dając pracę wyjazdową, a ojca [NIEISTOTNY SPOILER] uśmiercając. Dziewczyna jest tak trochę szarą myszką, ale autorka nie skupia się na tym za bardzo. Generalnie, nie wchodzimy zbyt głęboko w relacje z jej znajomymi w szkole, skupiając się tylko na postaciach, które jakoś mają przysłużyć się fabule. Nie irytuje, ale nie ma też jakiś konkretnych cech. Patch zaś jest mistrzem irracjonalnego zachowania, ale w tym jest bardziej śmieszny, niż denerwujący. Poza tym, też niczym się nie wyróżnia. Ot, Nora i Patche, typowi bohaterowie paranormal romance, na dodatek w książce, w której niektóre zwroty, czy czasem nawet wątki do bólu kojarzą mi się ze Zmierzchem.
źródło
Jedynie kreacja czarnego bohatera jest, moim skromnym zdaniem, totalną klęską, ale nie chcąc spoilerować, zamilknę ;)
Muszę Wam też powiedzieć, że spodziewałam się... zdecydowanie więcej obściskiwania się przez głównych bohaterów. Tak na prawdę, Nora i Patch nie mają aż tak wielu wspólnych scen, a podczas nich zwykle trzymają od siebie jakiś dystans. A szczerze powiem, trochę żałuje, bo mimo wszystko, ich wspólne sceny chyba jako jedyne miały jakiś konkretny klimat i sens: bo co jest mniej sensowne od dwójki nastolatków, którzy chcą pobyć sam na sam? No, chyba nic. I tak, tak, wiem, że Patch to niby strasznie stara istota, ale bądźmy szczerz, paranormal romance to zwykle historie dla nastolatków, o nastolatkach, nawet, jeśli teoretycznie jeden z bohaterów powstał wraz z tworzeniem świata. 
Szczerze mówiąc, jeśli nawet miałabym sięgnąć po kolejny tom - strasznie bym się go bała. Czemu? Bo uważam, że Szeptem to zamknięte historia, której nikt nie powinien nawet próbować kontynuować, bo może wyjść z tego coś na prawdę nieciekawego.
Podsumowując, powieść Fitzpatrick jest bardzo lekką, nielogiczną młodzieżówką, która nieco mnie rozśmieszyła swoją formułą, jednocześnie sprawiając, że poczułam się nieco nostalgicznie.  Na prawdę, to nie jest dobra literatura. Oczywiście, jeśli lubicie takie historię i jeszcze po nią nie sięgnęliście, mimo takiej ochoty - jasne, czytajcie. Nie jest szkodliwa. Niemniej... miejcie świadomość tego, co trafia Wam w ręce ;)

źródło


Na koniec mam do Was pytanie.
Wpadłam na pomysł, by zrobić serię postów z motywami. O co mi dokładnie chodzi? O posty, w których będę brała pod lupę jakiś schemat, temat, czy gatunek fantasy (np. trójkąty miłosne, patriotyzm, albo smoki) i wrzucała wszystkie książki oraz inne prace artystyczne (film, może obraz, gra etc.) w której coś takiego występuje. Po co? Po pierwsze, wiem, że czasem się szuka książki z czymś konkretnym i to miałoby na celu pomóc Wam to znaleźć. Po drugie, to przydatna sprawa w przypadku egzaminu gimnazjalnego, maturalnego oraz pewnie - przy pracach badawczych/artykułach. 
Co o tym sądzicie? Przydałoby się Wam coś takiego? I jakie tematy by Was szczególnie interesowały?

wtorek, 15 marca 2016

Zbieracz Burz. Tom I: Gdy Burzyciel Światów zaczyna świrować...

 
Wiem, że większość z Was raczej planuje, co przeczyta ze sporym wyprzedzeniem. Ja się jednak do tej grupy nie zaliczam i zwykle sięgam po coś zupełnie spontanicznie, tak jak i tym razem :) Niestety, jak to ze mną bywa, mój spontan skończył się na zobaczeniu, że mam w ręku tom 3... i zabraniem książki z biblioteki do domu... Ale skoro już miałam, wypadałoby choćby sprawdzić, czy da się to czytać od środka...
  
Tytuł: Zbieracz Burz. Tom I
Tytuł serii: Zastępy Anielskie
Numer tomu: 3
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Liczba stron: 341
Gatunek: fantasy

Daimon Frey. Abaddon. Burzyciel Światów. Anioł, którego Jasność wskrzesiła z martwych, aby mógł godnie wypełniać swoje zadanie: niszczyć planety i uniwersa, których żywot według Pana należy ukrócić. Potężny i niezwyciężony, dostaje od swojego władcy przerażające zadanie - ma zniszczyć Ziemię. Ot, tak po prostu, wysadzić w powietrze. Daimon pragnie wykonać rozkaz, choćby był irracjonalny - niestety, trzem archaniołom wcale się to nie podoba...

Nie mając pojęcia, o czym były poprzednie serie, bałam się, że zgubie się w wątku, nie rozumiejąc go i po prostu jakiekolwiek czytanie Zbieracza Burz nie będzie miało sensu. Na całe szczęście, okazało się, że mimo kilku drobnych problemów, historia potrafiła nie tylko dać się zrozumieć, ale przy tym i wciągnąć. Ale od początku!
W pierwszej chwili historia przypominała mi nieco Kłamcę Ćwieka - jestem dość świeżo po lekturze, a w obydwu historiach mamy styczność z aniołami, na dodatek i tu, i tu, archaniołowie pełnią dość ważną rolę. Byłam więc nastawiona nieco sceptycznie, obawiając się kopii, albo czegoś bardzo podobnego i choć owszem, punktów wspólnych te historie mają niemało, to okazało się, że koncepcja Kossakowskiej jest jednak nieco inna. 
Bóg odszedł i aniołowie muszą radzić sobie sami. Sami, wraz z demonami, z którymi są w koalicji oraz licznymi mieszkańcami Uniwersum. Nie do końca przemawia do mnie mieszanie świata aniołów z naszym, nie potrafię do końca się w to wczuć, szczególnie, gdy boskim istotom przypisuje się zwykłe, ludzkie cechy. Gdy piją, palą, klną, zdradzają... I to chyba rzeczy, które najbardziej mnie w tej pozycji bolały... Gdyby tylko Kossakowska wymyśliła inny świat, kto wie, może Zbieracz Burz okazałby się jedną z moich ulubionych i ukochanych pozycji?
Niestety, świat jest jaki jest i nijak mi go zmieniać. Poza nim jednak, powieść jest na prawdę niezła. Mamy wartką akcję, prosty, ale składny styl oraz bohaterów, których bardzo przyjemnie mi się obserwowało. Ich relacje, ich wybory, ich perypetie i pomysły na prawdę mnie zainteresowały i im dłużej czytałam tą historię, tym bardziej wczuwałam się w świat Zbieracza Burz.
Główny bohater, Frey, to na prawdę porządnie skonstruowana, dobrze rozwinięta postać. Nie jest ideałem, ale ma wszelkie cechy potrzebne, aby służyć Jasności, będąc jednocześnie przerażającym niszczycielem. Bo musicie wiedzieć, że to wcale nie jest grzeczny aniołek. Daimon ma charakterek, oj ma. Podobnie z resztą, jak jego kumple - zarówno archaniołowie, jak i inni, na których wpada na swojej drodze. Wydaje mi się, że trudno nie polubić Freya, ale również do jego przyjaciół poczułam dość dużą sympatię.
Fabularnie wszystko trzyma się kupy, tekst raczej nie nudzi, bawi, a przy tym, mimo wszystko, spod tej całej krwi, którą Frey dość namiętnie rozlewa, widać coś więcej, niż typowy akcyjniak. Czego chcieć więcej od tego typu fantasy? 
Jedyna rzecz, do której jeszcze mogłabym się przyczepić, to nazewnictwo postaci. Podejrzewam, że przezwiska bohaterów były lepiej wyjaśnione w poprzednich częściach, ale nazywanie Lucyfera Lampką brzmi dla mnie zdecydowanie za mało poważnie, nawet, jak na tak lekką historię.
Zbieracz Burz nie jest dziełem sztuki. Nie zachwyca niezwykłą polszczyzną, ani bardzo głębokim przekazem. Linia fabularna jest dość prosta, a akcja mknie jak szalona. To zdecydowanie pozycja, przy której można nieźle się zabawić, dlatego jeśli tylko macie ochotę na coś takiego, polecam :)

źródło: traktorova.deviantart.com
Nomida zaczarowane-szablony