Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura irlandzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura irlandzka. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 lutego 2022

Portret Doriana Graya: studium pięknego zbrodniarza


Dorian Gray staje się muzą dla malarza. Podziwiając swój portret, prosi o jedno: aby zawsze pozostać pięknym i młodym. Z czasem zauważa, że choć sam się nie starzeje, obraz zaczyna wyglądać coraz gorzej.



„Portret Doriana Graya” to trzeci z klasyków literatury grozy, który ostatnio postanowiłam poznać. Ta kultowa książka Oscara Wilde okazała się zaś – z tych trzech tytułów – najbardziej tym, czego się spodziewałam. Sam koncept był mi więc jak najbardziej znany i pod tym względem po prostu się nie zaskoczyłam. Jednak o ile „Dracula” był moim zdaniem najciekawszy pod kątem rozrywkowym, o tyle „Portret Doriana Graya” wydaje mi się zdecydowanie bardziej intrygujący, jeśli chodzi o możliwość bardziej naukowej analizy dzieła, zarówno pod kątem psychologii postaci, języka, czy też ukrytego przekazu. 

Portret Doriana Graya
Oscar Wilde
wyd. Vesper, 2015

Oczywiście to nie jest współczesna powieść, co jak najbardziej widać. Wydana w 1890 roku, ma typowy dla tamtego czasu styl. Nie chodzi o to, że taka literatura jest szczególnie trudna, a raczej o to, że skupia się na ogóle, nie wchodzi aż tak bardzo we wnętrze bohatera, a postacie częściej deklamują frazy, niż naturalnie rozmawiają. Osobiście lubię to od czasu do czasu, ale nie będę oszukiwać: na co dzień po prostu preferuje współczesne podejście do kreacji postaci, która dla mnie jako czytelnika jest naprawdę ważna.

Nie zmienia to oczywiście faktu, że Wilde stworzył unikatową postać. Studium zbrodniarza zawsze było czymś interesującym, a to przecież, nomen omen, właśnie tu się dzieje. Dorian Gray jest postacią, która szybko zaczyna zmierzać w niekoniecznie dobrą stronę. To sprawia, że nie jest to bohater, którego chce się mieć za przyjaciela, ale na przykład osobiście czuje do niego więcej sympatii czy współczucia, niż do bohatera powieści Mary Shelley. Wiktor Frankenstein jest po prostu zupełnie antypaytczny.

Z takich zupełnie osobistych spostrzeżeń, nie uszło mojej uwadze to, jak początkowo wszyscy chwalą Graya. Autor na siłę wbija czytelnikowi do głowy to, jak piękny, wspaniały i dobry jest jego główny bohater. Jaki z niego wspaniały charakter, który chce tylko dobra innych! Rozumiem, że w XIX wieku tak często się po prostu pisało, ale na szczęście współcześnie wiele powieści jest dużo bardziej subtelnych. I na całe szczęście!

Mogłabym spróbować prowadzić głęboką analizę książki Oscara Wilde, ale prawda jest taka, że nie czuje się ku temu kompetentna. W tej chwili zbyt mało znam XIX-wiecznych powieści gotyckich, nie jestem żadnym badaczem czy specem od literatury klasycznej. Niemniej, to nie jest ani powieść długa, ani szczególnie trudna. Jeśli więc wahacie się i nie wiecie, czy sięgnąć – to ja polecam. Warto sprawdzać, skąd wzięły się niektóre tropy w popkulturze, choćby do rozszerzenia swojej świadomości. A takie książki to też prawdziwa kopalnia inspiracji i  różnorodnych cytatów, które naprawdę mogą przydać się nawet w życiu codziennym.



czwartek, 3 lutego 2022

Dracula: jak pokonać potwora?



Johnanat, młody prawnik, wyrusza do Transylwanii, aby pomóc szlachetnie urodzonemu Draculi w zakupie nieruchomości w Anglii. Wkrótce odkrywa, że ten skrywa mroczny sekret. W tym czasie jego narzeczona, Mina, oraz jej przyjaciółka Lucy wybierają się na wakacje na wieś.



Ostatnio po klasykach spodziewam się czegoś innego, niż ostatecznie dostaje. Tak było z „Frankensteinem” i tak stało się również z „Draculą”. Tylko w tym przypadku było to raczej pozytywne zaskoczenie. Spodziewałam się mrocznej powieści grozy, której akcja będzie rozgrywać się w mrocznym zamku w Transylwanii (a niekoniecznie lubię grozę w czystej postaci), zaś dostałam… przygodówkę. Mroczną, owszem, ale jednak przygodówkę ze zbieraniem drużyny i zagadką do rozwiązania.

Dracula
Bram Stoker
wyd. Vesper, 2018

Dzięki temu, że stosunkowo niedawno czytałam powieść Mary Shelley, mogę bez większego problemu te dwie książki po prostu porównać. „Frankenstain” ukazał się w 1818 roku, a „Dracula” w 1897. Książki te dzieli więc właściwie 80 lat, w których trakcie literatura gwałtownie się rozwijała. I to zdecydowanie widać.

„Dracula” ma znacznie więcej wątków. Jest pisana z różnych perspektyw (w formie dzienników i innych zapisków), dzięki czemu niektóre informacje nie trafiają do czytelnika od razu. Dzięki temu ta historia jest naprawdę dość dynamiczna i po prostu zdecydowanie ciekawsza. To też znacznie bardziej samoświadoma opowieść, która zdaje się nie traktować siebie samej w pełni poważnie.

Poza tym zdziwiło mnie trochę, o ile ciekawszą żeńską postać stworzył Bram Stroker, niż Mary Shelley, gdzie teoretycznie to po niej spodziewałabym się lepszego wejścia w kobiece ja. Jej Elżbieta to po prostu wyidealizowany obrazek, który niewiele do fabuły wnosi. W tym przypadku Mina to po prostu ważna bohaterka, która jest w pewnych momentach wręcz mózgiem całej operacji.

„Dracula” oczywiście trochę się zestarzał. Nie dziw. To klasyka literatury, która przy okazji ma po prostu klasyczną fabułę (ale zdziwienie, prawda?) i w tym momencie już po prostu nie bardzo zaskakuje. Poza tym choć nigdy nie oglądałam w całości żadnej ekranizacji tej powieści, to ona była przerabiana już tyle razy, że ja tę historię po prostu znam. Niemniej, to nie jest w żadnym razie wada. Po prostu gdyby nie te cechy to bardziej współczesna literatura nie byłaby taka, jaka jest. Te dziś powielane klisze, które wypromowała książka Strokera są niezmiernie ważne dla naszej popkultury.

Ta powieść pomogła mi też lepiej zrozumieć, skąd wzięły się konkretne wampirze cechy. To powrót do źródła (który nomen omen jest przerobieniem innych źródeł…), który pozwala zrozumieć, co z klasycznego obrazu wampira pochodzi z tej opowieści, a co zostało dodane w inny sposób (podpowiedź: większość jednak pochodzi z niej).

To było udane spotkanie z klasyką literatury grozy. Oczywiście pewnie mogłabym tę powieść analizować nie jako czytelnik, a jako ktoś, kto powieści próbuje badać, ale raz, że specjalistką od klasyków nie jestem (w końcu dopiero je poznaje!), a dwa – od tego raczej są inne przestrzenie, niż opinia gdzieś tam w sieci. Niemniej, jeśli szukacie sympatycznej i jednocześnie stosunkowo mrocznej przygody, która jest wartościową dla literatury powieścią to po „Draculę” sięgnijcie koniecznie. 



poniedziałek, 22 października 2018

Pokój: Ucieczka na wolność oczami dziecka


Jack ma pięć lat i od urodzenia mieszka razem z Mamą w Pokoju. Ta została porwana jako nastolatka: od lat jest więziona i gwałcona. Wkrótce po piątych urodzinach Jacka tworzy plan, który ma pomóc im wydostać się na wolność.

Tytuł: Pokój
Autor: Emma Donoghue
Tłumaczenie: Ewa Borówka
Liczba stron: 408
Gatunek: dramat
Wydanie: Sonia Draga, Katowice 2016
„Pokój” nie jest historią dla mnie obcą: przed lekturą książki zdążyłam poznać film na jej podstawie, a że scenariusz do niego pisała sama Emma Donoghue dość wiernie ją oddał. Dlatego na pewno zabrakło mi w trakcie czytania tych emocji, które powinnam mieć w sobie w trakcie. Nie zmienia to jednak faktu, że ta powieść mimo bardzo trudnego tematu jest jednocześnie niezwykle lekka i sympatyczna, a to wszystko przez głównego narratora.
Opowieść snuje nam Jack: ten pięcioletni chłopiec jest z jednej strony wyjątkowo inteligentny, jak na swój wiek (potrafi czytać i dobrze liczyć, jest bystry i szybko łączy fakty). Z drugiej strony wychował się w izolacji od reszty świata, co oznacza, że jego umiejętności społeczne, czy samo pojmowanie najbardziej oczywistych rzeczy jest mocno ograniczone. Sprawia to, że tekst jest często wręcz uroczo naiwny, ale wydaje mi się też, że w pewnym sensie pozwala też czytelnikowi poczuć się dzieckiem.
Na dodatek sama narracja sprawia, że historia jest po prostu ciekawsza. Zawiera więcej niedopowiedzeń; w końcu dziecko nie rozumie wszystkiego. Nie wie, dlaczego coś dzieje się tak, a nie inaczej, często też nie próbuje wcale tego wyjaśniać, bo nie jest to dla niego istotne. Wprawdzie te niedopowiedzenia nie są raczej tajemnicą dla dorosłego czytelnika, ale na pewno mocniej pobudzają wyobraźnię.
Przy tym wszystkim „Pokój” to naprawdę dramatyczna historia rodziny składającej się z dwóch osób, które mierzą się z traumą, każde na swój własny sposób. Ciekawa jest sama relacja pomiędzy bohaterami. Mama próbuje być odpowiedzialna i robi wszystko, by zapewnić swojemu synkowi lepszy żywot. Nie zawsze jej to jednak wychodzi: miewa chwile zwątpienia i załamania. Wtedy tą „dorosłą” rolę przejmuje pięciolatek, który stara się o nią troszczyć. Mimo tego jednak i on, i ona są cały czas w pewnym sensie dziećmi. Mama nigdy nie zaznała dorosłego życia, na dodatek Jack jest jej jedyną pociechą i mimo tragicznej sytuacji potrafią się razem po prostu dobrze bawić.
Trudno mi powiedzieć, czy historii jest zaskakująca, bo… po prostu poznałam ją wcześniej, w nieco innej formie. Niemniej, „Pokój” czyta się bardzo szybko i na pewno nie brakuje w nim emocji. Poza tym i samych zdarzeń nie brakuje, chociaż większość z nich to małe odkrycia pięciolatka, który po prostu cały czas poznaje świat.
„Pokój” Donghue to naprawdę ciekawa pozycja. Z jednej strony lekka, z drugiej – wnosząca ciekawe spojrzenie na tematykę porwań, a także relacji między matką i dzieckiem. Absolutnie nie dziwie się temu, jaką zdobyła popularność.



* * *

Myślę, że czas się rozprowadza po świecie cienko jak masło, po drogach i domach i placach zabaw i sklepach, tak że na każdym miejscu jest tylko troszkę rozsmarowanego czasu, a potem każdy musi pędzić do następnej porcji.
Fragment „Pokoju” Emmy Donoghue





Tę książkę oraz wiele innych w świetnych cenach znajdziesz w księgarni niePrzeczytane.pl!

niedziela, 15 lipca 2018

Wieczny dwór: Klątwa drugiego tomu



Denzin szkoli się na Rycerza Pożyczonego Mroku, osobę chroniącą świat przed przybywającym z innego świata złem. Niespodziewanie cały jego Zakon dostaje list od Bezkresnego Króla, który chce odwdzięczyć się chłopcu za to, że pół roku wcześniej uratował jego córkę.

Tytuł: Wieczny dwór
Tytuł serii: Rycerze pożyczonego mroku
Numer tomu: 2
Autor: Dave Rudden
Tłumaczenie: Dominika Rzepeczko
Liczba stron: 351
Gatunek: młodzieżowe fantasy
Wydanie: Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018
Powieści fantasy dla tej młodszej młodzieży rzadko kiedy są wybitnymi dziełami: zwykle powtarzają znane schematy i nie wnoszą nic nowego do gatunku. Drugi tom „Rycerzy pożyczonego mroku”, czyli „Wieczny dwór” nie jest od tej reguły wyjątkiem. Na dodatek niewątpliwie cierpi na coś, co często przydarza się trylogiom: jest częścią mocno przejściową.
W drugiej części powieści jednocześnie obserwujemy dwa wątki: ten dotyczący Denzina oraz jego szkolenia i perypetii oraz inny, zupełnie nowy w serii. Dotyczy on pary bliźniąt, wychowywanych w zamknięciu i szkolonych przez Dziadka, będącego fantatycznym wyznawców Łaski. I choć obydwa wątki zazębiają się, a w końcu łączą to naprawdę nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że ten tom jest po prostu mocno chaotyczny. Dlaczego?
Z jednej strony opowieść dotycząca Denzina nie jest już tak konkretna jak w tomie pierwszym. Bohater wraz z sojusznikami ma spotkać się z przedstawicielami odwiecznych wrogów Zakonu, jednocześnie przeżywa pierwsze młodzieńcze zakochanie i… właściwie to byłoby na tyle. Drugi wątek zaś próbuje być tym „mrocznym”, tajemniczym, niemniej, całość łatwo da się przewidzieć, mimo że autor usilnie stara się trzymać ile się da w sekrecie, tworząc sporą ilość niedopowiedzeń. Zakończenie zaś niekoniecznie wyjaśnia wszystko w sposób zupełnie dosłowny i sprawia, że z wątku Denzina w gruncie rzeczy absolutnie nic nie wynika: równie dobrze chłopiec mógłby pojawić się tylko w pierwszym rozdziale i w finale, a w środku powieści mogliby istnieć jedynie nowi bohaterowie.
Muszę jednak przy okazji przyznać, że w takiej sytuacji mogłabym skończyć lekturę mocno zirytowana: ta tworzona na siłę tajemniczość nie była czymś dla mnie przyjemnym, a sielskie życie Denzina miało w sobie jakiś urok.
Rudden zaskoczył mnie jednak jedną rzeczą: opisami. W niektórych fragmentach rzeczywistość kreuje naprawdę elegancko. Niestety, raczej na tym się nie skupia, woląc opisywać, jak Denzin wymyśla kolejne „Zmarszczenie brwi nr X” – co pojawia się od tomu pierwszego i teoretycznie jest żartem, ale… mnie osobiście absolutnie „nie rusza”. Niemniej, jego styl w dalszym ciągu jest prosty i lekki, przez co tę lekturę można niemal dosłownie połknąć. Jej przeczytanie dla dorosłej osoby to co najwyżej kilka godzin.
Muszę dodać, że dość dużo chaosu do tekstu wprowadzają myśli bohaterów: zapisane kursywą, skutecznie wytrącają z lektury, a na domiar złego jest tu ich naprawdę dużo. Ponadto mam wrażenie, że w oryginale tekst wypada lepiej: wiele tłumaczonych na język polski „magicznych” nazw wypada wręcz śmiesznie i głupio.
Moje „ogólne” zdanie na temat „Rycerzy pożyczonego mroku” jako serii nie ulega zmianie: to książka dla młodszej młodzieży, która jako taka prawdopodobnie sprawdzi się całkiem nieźle. Niestety, zamiast po debiucie napisać lepszą powieść, Rudden nie najlepiej rozplanował akcję tomu drugiego, przez co tak zwana „klątwa drugiego tomu” dotknęła także „Wieczny dwór”.


* * *

– Och, przepraszam, nic ci nie jest?
Niestety, nauka niektórych lekcji przychodziła łatwiej, niż innych.
– Nie – mruknął w podłogę. – Tylko daj mi chwilę.
Nie widział, jak Darcie rusza stopą. Dlaczego ludzie mają tyle kończyn?
Ogień warczał i szczerzył kły w jego sercu, Denzin wyobrażał sobie jak zlizuje krople bólu. To trochę pomogło, choć jutro w tych miejscach i tak zakwitną sińce.
Fragment „Wiecznego Dworu” Dave’a Ruddena



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

wtorek, 5 czerwca 2018

Rycerze pożyczonego mroku: Sierota, który stał się rycerzem



Denzin niedawno skończył trzynaście lat, a od drugiego roku życia mieszka w sierocińcu. Dlatego gdy niespodziewanie zostaje zaproszony przez ciotkę do jej domu, nie potrafi ukryć zdziwienia. Tym bardziej, że prędko wychodzi na jaw to, czym ona i jej przyjaciele się zajmują: są Rycerzami  Pożyczonego Mroku, którzy walczą z istotami przybyłymi z innego wymiaru. I wszystko wskazuje na to, że Denzin jest także jednym z nich.

Tytuł: Rycerze Pożyczonego Mroku
Tytuł serii: Rycerze Pożyczonego Mroku
Numer tomu: 2
Autor: Dave Rudden
Tłumaczenie: Dominika Repeczko
Liczba stron: 311
Gatunek: przygodowe fantasy dla młodzieży
Wydanie: Jaguar, Warszawa 2017
Typowo młodzieżowe, przygodowe fantasy to coś, co kojarzy mi się z często dość prostackim humorem i ogromną ilością schematów. Dlatego też „Rycerze pożyczonego mroku”, książka z tytułem, który już sam w sobie wydaje się żartem, wzbudzili we mnie lęk przed tym, co zastanę wewnątrz. Na całe szczęście – niepotrzebnie. Wprawdzie to dalej typowo młodzieżowa fantastyka, ale w jej treści jednak możemy znaleźć coś nieco lepszego, niż mógłby sugerować tytuł i stosunkowo kiczowata okładka.
Nie będę tu nikogo oszukiwać: ta książka to naprawdę dość zwyczajne fantasy tego pokroju. Absolutnie niczym szczególnym nie zaskakuje: dostajemy młodego bohatera, który jest na swój sposób wyjątkowy i który musi nauczyć się obchodzić ze swoimi umiejętnościami, aby walczyć z siłami zła. Niemniej, na tle innych podobnych dzieł wcale nie wypada źle.
Przede wszystkim nasz Denzin nie jest tym jedynym wyjątkowym, który od początku ma umiejętności wyróżniające go od absolutnie wszystkich: jest raczej zwykłym wśród niezwykłych. Co prawda jego przeszłość osnuta jest pewną tajemnicą, jednak nie wpływa bezpośrednio na niego.
Ponad to wymyślony przez Ruddena świat po dopracowaniu mógłby spokojnie funkcjonować jako podstawa do stworzenia książki urban fantasy skierowanej do starszego czytelnika. Oczywiście, jak na literaturę młodzieżową przystało, mamy wewnątrz liczne uproszczenia, wiele rzeczy jest nieodpowiedzialnych, dziurawych, albo przerysowanych, ale sam motyw, który wymyślił nie razi i myślę, że mogłoby się z tego urodzić coś nieco więcej, gdyby tylko autor miał na to ochotę.
Nie mam się też co przyczepić samego stylu autora. Całość czyta się bardzo lekko i szybko. Na szczęście nie spełniły się też moje obawy co do wręcz żenującego humoru: książka wbrew pozorom traktuje siebie stosunkowo poważnie i głupich żartów wewnątrz, ku mojej uldze, raczej nie ma. „Rycerze pożyczonego mroku” nie próbują być komedią i osobiście naprawdę na to nie narzekam.
Nie ma jednak co ukrywać: ta powieść jest debiutem, na dodatek skierowanym do młodszej publiczności. Dlatego mimo wszystko sama narracja nie była idealna, a przynajmniej nie w moim odczuciu. Mniej więcej do połowy książki mamy głównie dość prostą ekspozycje, w której główny bohater rozmawia z przedstawicielami Zakonu Rycerzy Pożyczonego Mroku i dowiaduje się wszystkiego, co jest potrzebne i czytelnikom, i jemu, do zrozumienia świata przedstawionego. Nie jest to czymś w pełni złym: mam wrażenie, że młody czytelnik właśnie tego często oczekuje, a że styl Ruddona jest bardzo lekki to te fragmenty nie dłużą się jakoś szczególnie. Niemniej, trudno to też nazwać dobrym sposobem na przedstawienie czytelnikowi świata. Zdecydowanie można to było zrobić lepiej.
O ile więc pierwsza połowa powieści to właśnie ekspozycja, tak w drugiej całość mocno rusza z kopyta: wtedy zaczyna się i przygoda, i akcja, która wypada całkiem pozytywnie, choć skłamałabym mówiąc, że kompletnie w niej zatonęłam.
„Rycerze pożyczonego mroku” to książka, która spełnia swoje zadanie jako młodzieżowa powieść przygodowa z gatunku fantasy. Jest lekka i przyjemna w odbiorze, przy okazji nie ma w sobie szczególnie rzucających się w oczy dziur fabularnych, czy logicznych. Niemniej, to powieść skierowana przede wszystkim do tych młodszych czytelników: dla starego wyjadacza to jednak trochę za mało, by czytając ją, móc wybornie się bawić.


* * *

– Bez względu na to, co wybierzesz, będziesz musiał przejść pewne przeszkolenie… żeby się upewnić… że nie dojdzie do wypadków, jeśli stracisz panowanie nad sobą.
– Wypadków?
– Moc się w tobie obudziła – odpowiedziała Vivian. – Tego nie można zignorować. Musisz się nauczyć ją kontrolować. W przeciwnym wypadku może się ujawnić w najmniej spodziewanym momencie, gdy stracisz panowanie nad sobą, albo poczujesz silne emocje. Dlatego musieliśmy cię tu sprowadzić.

Fragment „Rycerzy pożyczonego mroku” Dave Ruddena


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

środa, 2 maja 2018

Zaginieni: Śmierć w katedrze


W katedrze zostają odnalezione zwłoki kobiety. Lottie Parker, detektyw inspektor, rozpoczyna poszukiwanie zabójcy, odkrywając tajemnice swojego miasta.

Dreszczowiec, zwłaszcza ten z zacięciem kryminalnym, to gatunek, który jest dla mnie trochę nieodgadniony. Zwykle – tak jak w przypadku książek Thomasa Harrisa – odbieram je po prostu jako kryminały. Nie wywołują u mnie poczucia niepokoju, czy właśnie dreszczy. W moim odbiorze to po prostu kryminał, który czasem na pojedyncze, nieco bardziej makabryczne opisy. „Zaginieni” Patrici Gibney nie okazali się tu wyjątkiem: choć spędziłam z lekturą miłe chwile to strachu w tracie czytania zdecydowanie się nie najadłam.
Tytuł: Zaginieni
Tytuł serii: Lottie Parker
Numer tomu: 1
Autor: Patcicia Gibney
Tłumaczenie: Bartosz Czech
Liczba stron: 420
Gatunek: kryminał, thiller
Wydanie: NieZwykłe, Oświęcim 2018
Zacznijmy jednak może od tego, że ta powieść to debiut i to moim zdaniem jednak trochę w tej książce widać. Nie wiem do końca ile jest w tym pracy tłumacza, a ile autorki, jednak widać, że czasami niektóre słowa, albo zdania są nie do końca tam, gdzie powinny, albo są po prostu zbędne i wypadają wręcz głupio. Niemniej, poza tym pod względem stylu książka nie wypada źle: to po prostu powieść napisana raczej prostym językiem, która w miarę dobrze „wchodzi”. Nie jest przy tym nadmiernie wciągająca: jasne, gdy człowiek się za nią zabierze łatwo i w chwilę przeczytać setkę stron, ale po odłożeniu jej nie miałam poczucia, że muszę do tej opowieści natychmiast wrócić.
Nasza główna bohaterka, Lottie, to postać, z którą będzie się mogła utożsamić spora grupa odbiorców. To samotna matka, która nie do końca radzi sobie z rodziną, a to za sprawą śmierci męża. Przy okazji jednak naprawdę mocno kocha swoje dzieci, ale też na poważnie traktuje swoją prace: jest bardzo zaangażowana w to, co robi. Próbuje pogodzić rzeczywistość wokół siebie co raczej nie jest proste.
Charaktery wokół niej są zarysowane raczej dobrze i wyraziście, lecz nie mistrzowsko: postaci mamy tu naprawdę wiele i osobiście nie czułam się z częścią związana, chociaż jednocześnie raczej większość z nich rozpoznawałam, nie gubiąc się w narracji. W każdym razie, to co dostajemy absolutnie wystarcza, by śledzić przebieg zdarzeń i snuć własne domysły co do podejrzanych o morderstwo.
Narracje Gibney możemy podzielić na jedną główną i dwie poboczne. Ta podstawowa to oczywiście śledzenie Lottie oraz jej poczynań w poszukiwaniu mordercy. To kryminalna część, która zachowuje dobry balans pomiędzy pracą bohaterki, a jej rodzinnym życiem, które dodaje do całości odrobiony oddechu i sprawia, że nasza bohaterka jest bardziej ludzka.
 Następnie, jak to często bywa w tego typu książkach, mamy narrację „mężczyzny”, czyli człowieka skrytego w cieniu, który teoretycznie buduje napięcie, ale jak już wspominałam na początku, naprawdę mnie po prostu takie zabiegi w książkach „nie ruszają”. Cóż, być może za dużo w życiu przeczytałam mrocznych rzeczy, by tak było? W każdym razie najciekawiej wypada trzecia narracja. Narracja z przeszłości, która opisuje naprawdę makabryczne sceny i chyba to przy niej moja wyobraźnia pracowała najmocniej.
Jako debiut, historia sama w sobie wypada naprawdę bardzo dobrze: myślę, że to jedna z tych książek, przy których można się doskonale bawić, próbując samemu rozwiązać zagadkę. Mam jednak z nią jeden drobny problem: powiązania i zbiegi okoliczności. Mimo że mamy do czynienia z raczej większym miastem (co sugeruje nam obecność katedry) to jednak wszyscy zdają się tu jakimś cudem znać i być ze sobą powiązani. Chwilami miałam po prostu wrażenie, że tego wszystkiego jest w „Zaginionych” za dużo, niemniej, nie jest to coś, co psuło mi radość z czytania.
Niestety, samo wydanie trochę mnie zawiodło. Ten, kto mnie choć trochę zna, ten wie, że jeśli chodzi o interpunkcje jestem ślepą kurką, która absolutnie niczego nie zauważa. Z jednym wyjątkiem, a nim są… dialogi. Dialogi, które w tym wydaniu wypadają naprawdę niechlujnie. Czasami po myślniku zamykającym wypowiedź nie mamy spacji i bardzo często nim bohater cokolwiek powiedział pojawiała się więcej, niż jedna przerwa, co w chwili, gdy mamy dialogi linijka pod linijką, jest mocno widoczne. Niby to drobna sprawa, ale mocno rzucająca się w oczy i pozwalająca mi sądzić, że z interpunkcją w samych zdaniach też może nie być najlepiej. Niemniej, tego nie jestem w stanie ocenić.
„Zaginieni” to książka, którą chyba mogę spokojnie polecić, jeśli tylko lubicie kryminały z dodatkiem thilleru (bo osobiście tego określić inaczej nie potrafię) i szukacie w literaturze konkretnych postaci kobiecych. Choć nie jest to moja książka idealna to sama całkiem dobrze bawiłam się przy jej lekturze i chętnie zobaczę, jak autorka rozwinęła się na przestrzeni kolejnych tomów, bo z tego co wiem w oryginale zostały wydane już cztery historie z Lottie Parker w roli głównej.


* * *

 Dół, który wykopali, miał mniej niż metr głębokości. Maleńkie ciało spoczywało w białym worku po mące, ciasno związanym sznurkami brudnego białego fartucha. Toczyli je po ziemi, pomimo że było dość lekkie. Szacunek dla zmarłych był im obcy. Jeden z nich kopnął zwłoki, wpychając je butem głębiej. Bez modlitwy, bez ostatniego namaszczenia zakopali je pod warstwą wilgotnej gliny. Pod jabłonią, która na wiosnę miała wypuścić białe pąki, a latem dojrzałe owoce, znajdowały się teraz dwa kopce ziemi. Jeden z nich – zbity i twardy, drugi – świeży i sypki.
Fragment „Zaginionych” Patricii Gibney



Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu NieZwykłe!

Nomida zaczarowane-szablony