Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thiller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thiller. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 lipca 2021

Kulawe konie: Sensowna sensacja, średnia książka o szpiegach

Gdy jesteś szpiegiem, wystarczy niewielki błąd, aby skutki były katastrofalne. Dlatego każdy takowy kończy wysłaniem niekompetentnego pracownika do Slough House – budynku, w którym pracują najniżej podstawione osoby, zajmujące się przede wszystkim pracą papierową. River nie ma jeszcze trzydziestu lat, ale przez swoją pomyłkę w trakcie testów, traci szansę na karierę. Ale szpieg przecież dalej pozostaje szpiegiem, nawet jeśli zmienia się w kulawego konia.

 

Mam na swoim koncie setki przeczytanych książek, ale do tej pory nie było wśród nich żadnej, która traktowałaby głównie o szpiegach. Dlatego „Kulawe konie” Micka Herrona wydały mi się co najmniej interesującą propozycją. Nie nazwałabym się może największą fanką Jamesa Bonda, ale jest coś klimatycznego w brytyjskich szpiegach. Poza tym skoro czysty thriller nie do końca mi odpowiada to pomyślałam, że być może książka będąca raczej sensacją będzie czymś dla mnie?

Kulawe konie
Mick Herron
wyd. Insignis, 2021
Slugh House, t. 1
I właściwie – nie ma co kryć – wyszło jak zwykle w takim przypadku, jeśli chodzi o moje odbieranie literatury. „Kulawe konie” są w porządku. Poprawnie napisane, raczej niezbyt problemowe technicznie, ale nie wywołały we mnie większych emocji.

Bez wątpienia nie pomógł tu początek książki. Sam wstęp jest naprawdę niezły. Nie dość, że to właśnie do niego kolorystycznie nawiązuje okładka (świetny pomysł!) to jeszcze ma w sobie prosty, pozornie oczywisty, ale przy tym kreatywny i wiarygodny koncept. Problem robi się zaraz za nim, gdy narrator próbuje przedstawić czytelnikowi wszystkie tytułowe kulawe konie. Co prawda to River pozostaje głównym bohaterem, ale jednak książka bazuje na grupie bohaterów, a Herron wprowadza ich w tak prosty i toporny sposób, jak tylko może.

Jak to robi? Po prostu zmienia perspektywę. W środku rozdziału, bez konkretnego powodu, czy sygnału, że zaraz to zrobi. Ot, najpierw główny bohater opowiada o swojej przeszłości, potem chwilę ma jego koleżanka, następnie kolega… Koniec końców, wszystkie postacie zlewają się ze sobą i nie wywołują większych emocji. Ta ekspozycja nie jest tragicznie przedstawiona i ma sens w kontekście historii, ale bez problemu można byłoby to zrobić ciekawiej, zgrabniej i klarowniej.

Dopiero po liczącym ok. 100 stron wstępie, przechodzimy do głównej akcji. Ta rozplanowana jest po prostu poprawnie. Nie jest to najbardziej skomplikowana czy zaskakująca fabuła, a nieco oczytany czytelnik szybko zrozumie, o co w tym wszystkim chodzi, ale całokształt jakoś trzyma się kupy i właściwie nie mam mu wiele do zarzucenia.

Problemem, niestety, jest dla mnie styl książki Herrona. A właściwie styl jej tłumaczenia. Jestem rozpieszczonym przez polskich autorów czytelnikiem i uwielbiam, gdy język ma w sobie coś wciągającego i charakterystycznego. Niestety, w przypadku tłumaczeń, zwłaszcza niefantastycznych (w których realizm jednak ogranicza twórcę) ta specyfika po prostu zanika. Być może oryginalny język Herrona jest fascynujący, może jest w nim brytyjski klimat (sugerują to niektóre nawiązania) – ale tłumaczenie po prostu to zabija. Niszczy. Daje kolejną, zwyczajną pod kątem stylu wydmuszkę. Oczywiście to da się czytać i to nawet całkiem sprawnie, a osoby skupiające się tylko na literaturze zagranicznej pewnie nawet nie zwrócą na to uwagi, ale cóż, jestem rozpieszczona i dlatego od książki jednak chcę czegoś więcej.

Wydaje mi się też, że ta książka po prostu trochę rozminęła się z moimi oczekiwaniami. Pomysł na wykorzystanie „potępionych” szpiegów nie jest zły, ale też daleko mu do oryginalności. Fabuła z kolei, choć poprawnie rozplanowana, jednak bardziej przypomina średniej klasy kryminał/sensacje, niż powieść szpiegowską. Więcej knucia i intryg jest choćby w „Grze o tron” Martina, a to przecież zaledwie początek cyklu, który jest tym naszpikowany. Tutaj to nie wybrzmiało dostatecznie, a historia raczej przypomina gonitwę za uciekinierem, niż coś, co dzieje się w ciszy, poza prawem, w spektakularny sposób dokonując istotnych dla całego kraju zmian.

„Kulawe konie” są porządnie warsztatową książką. Kto wie, być może nawet skuszę się na kolejny tom, aby sobie nieco urozmaicić czytane lektury? Nie zmienia to faktu, że chciałabym czegoś nieco lepszego. Ale to jestem ja – marudny czytelnik (przede wszystkim) polskiej fantastyki, który chce od autorów tylko więcej i lepiej. Osoba, która po prostu chce przeczytać coś rozrywkowego powinna być zadowolona z lektury.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

czwartek, 13 maja 2021

Zapłacisz mi za to: schematyczna eskalacja napięcia

Każda środa zmienia się w koszmar. Stalker Alice zdaje się wiedzieć o niej wszystko. Policja i prywatny detektyw są w kropce. Dziennikarka próbuje zachować spokój, ale sytuacja powoli zaczyna ją przerastać.

 

Moje pierwsze spotkanie z Teresą Driscoll odbyło się w 2018 roku, gdy recenzowałam przedpremierowo jej debiut, czyli „Obserwuje Cię”. Po czasie książka rozmyła się w mojej pamięci dość mocno, ale pamiętałam jedno: czytało się ją naprawdę szybko i lekko. A że lubię mieć na półce niefantastyczną odskocznię postanowiłam, że i kolejną powieść tej pisarki wydaną w Polsce sprawdzę. „Zapłacisz mi za to” łączy z poprzednią pozycją podobne brzmienie tytułu… i właściwie sporo części składowych.

Zapłacisz mi za to
Teresa Driscoll
Wyd. SQN, 2021

Jeśli dobrze pamiętam debiut Driscoll, pisany był głównie w narracji pierwszoosobowej. Wchodził lekko, fabularnie nie dało mu się właściwie nie zarzucić, a główną bohaterką była kobieta. Tak jest też i w tym przypadku. Widać, że „Zapłacisz mi za to” napisał ktoś „z głową”. Autorka była lub wciąż jest dziennikarką i potrafi konstruować tekst tak, by dobrze się go czytało.

Mój problem z tą książką polega jednak na tym, że poza tym… nie widzę w tej książce nic szczególnego. Nie zachwycił mnie styl, nie porwała fabuła, nie zaczęłam kibicować bohaterom. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy może być – paradoksalnie – zbyt duża kontrola Driscoll nad tekstem.

To powieść bardzo konkretnie skonstruowana. Historia skupia się wokół bezustannej eskalacji napięcia, które rośnie, i rośnie, i rośnie… By potem doprowadzić do raczej oczywistego rozwiązania. Autorka oczywiście w odpowiednich miejscach podrzuca inne tropy, ale wydaje mi się, że skoro ja przeczuwałam rozwiązanie to osoba, która tego typu tytuły wciąga na co dzień szybko załapie, o co w tej zagadce chodzi. Jednocześnie sama eskalacja jest poprowadzona w sposób sztampowy, przewidywalny, na dodatek często zapowiadany narracją (w stylu: „Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak źle będzie”).

Tak klarowna i konkretna konstrukcja bez wątpienia będzie odpowiadać wielu czytelnikom. Osoba, która literatury nie analizuje, a jedynie chce po prostu się rozerwać z miłą książką, najpewniej będzie z lektury „Zapłacisz mi za to” zadowolona. W końcu generalnie nie ma się tu do czego przyczepić. Pojawia się wątek psychologiczny, jest trochę o rodzinie. Alice jest postacią, z którą wielu czytelnikom będzie raczej łatwo się utożsamić. Zwroty akcji są tak wycyrklowane, że odbiorca nie zdąży się znudzić. To wręcz przykład książki idealnie przygotowanej pod sprzedaż.

A jednak ja po prostu chciałabym czegoś nieco więcej. Wierze, że Teresa Driscoll włożyła w swoją pracę sporo serca, szanuje ją za warsztat i generalnie: nic przeciwko niej nie mam. Mogę czytać, „nie boli” mnie ten tytuł. Ale jednocześnie przyznaję: trochę jednak zawodzi. Wolałabym, aby w tej powieści było choć trochę bardziej mięsiście. By zainteresowali mnie bohaterowie, bym uwielbiała klimat czy styl. Niestety, w tym przypadku autorce nie udało się na mnie zrobić większego wrażenia.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

piątek, 31 stycznia 2020

Winna: Szara myszka i przystojniak, czyli zwyczajnie zwyczajna kobieca powieść




Wendy żyje w poczuciu winy. Po tym, jak jej brat zginął w wypadku, dwudziestopięciolatka nie potrafi odnaleźć dawnej siebie. Mimo doktoratu z psychologii, nie potrafi sobie poradzić z własną psychiką. Teraz jest tylko gorzej: właśnie zerwała z chłopakiem, który dopuścił się zdrady. Czy nowo poznany Jim pozwoli jej zapomnieć o przeszłości i ruszyć dalej?

Tytuł: Winna
Autor: Alicja Sinicka
Liczba stron: 416
Gatunek: romans, thriller
Wydanie: Kobiece, Warszawa 2019
Jakiś czas temu naszła mnie myśl, że dawno nie czytałam zwykłej po-prostu-książki. Takiej, po którą sięgnie typowa Polka, gdy chce się odstresować. Niekierowana dla młodzieży, nie skupiająca się na erotyzmie, a po prostu będąca o czymś… codziennym. Zwykłym. I tak w ręce wpadło mi kieszonkowe wydanie książki Alicji Sinickiej pod tytułem „Winna”. Nie miałam wcześniej styczności z autorką, ale polskich autorów warto sprawdzać, prawda? Poza tym moje dotychczasowe spotkania z Wydawnictwem Kobiecym nie należały do tych najbardziej udanych, więc uznałam, że mogę po prostu spróbować jeszcze raz. Tym razem z ich „okrętem flagowym”, a nie młodzieżowym fantasy dla nastolatek.
Efekt mojego spotkania z tym tytułem odrobinkę mnie zaskoczył. Odrobinkę, bo właściwie opis znajdujący z tyłu powieści zdradza ostateczny zwrot akcji… choć chyba nie sądziłam, że po prostu będzie on „aż taki”. Ale może po kolei!
By nie było wątpliwości, „Winna” nie jest wybitną książką. Jest trochę toporna. Zacznijmy od samego stylu autorki. Sinicka składa poprawnie zdania, a powieść jest raczej prosta w przyswojeniu, ale niektóre z porównań czy opisów czynności sprawiają wrażenie absurdalnych (np. nikt nie krząta się godzinę po domu z kubkiem kawy w ręku, raczej wtedy siedzi). Dialogi wypadają sztampowo, a część opisów można byłoby po prostu wywalić i „Winna” co najwyżej zyskałaby na tempie. Idealnie więc nie jest, ale generalnie: Sinicka piszę w miarę poprawnie.
Główna bohaterka, wokół której toczy się cała akcja, jest zaś postacią sprawiającą sztuczne wrażenie. Ona sama i otaczający ją świat są po prostu wyciosane toporem pod historię, którą autorka wcześniej wymyśliła. Wendy z jednej strony ma pewne problemy osobiste, z drugiej jednak niczego jej nie brakuje. Ma przyjaciółkę, satysfakcjonującą ją ale niezbyt wymagającą pracę, bogatą rodzinę. Jest w tym idealnym miejscu, aby móc skupić się na wewnętrznych rozterkach. Te zaś w dużej mierze skupiają się na narzekaniu i opisywaniu braku poczucia własnej wartości, co w pewnym momencie robi się po prostu nudne.
Choć romans w tej książce jak najbardziej jest i jest jej istotną częścią, to na całe szczęście „Winna” erotykiem nie jest i autorka raczej unika dokładnych opisów zbliżeń. Kładzie za to nacisk właśnie na wspomniane już przeze mnie wnętrze Wendy… co też nie wypada wybitnie, ale z dwojga złego, chyba wolę taką opcję.
Czytając, dość długo zastanawiałam się, do czego to wszystko prowadzi. No bo niby Wendy coś tam robi, coś przepracowuje, ale jednak opis z tyłu okładki sugerował mi jakąś konkretniejszą akcję? Jakąś tajemnicę? Walkę o bliskich? A ten wątek dość długo się jednak nie pojawia, a przynajmniej – nie wprost. A gdy już do niego dochodzimy to wyskakuje wręcz jak Filip z konopi. Przynajmniej ja miałam takie poczucie, nawet jeśli narracja do pewnego stopnia do zapowiadała. Myślę, że pod kątem rytmicznym nie wypadło to najlepiej, nie zrobiło takiego wrażenia, jak zrobić powinno, ale jednocześnie… po prostu się zaskoczyłam. A to już jakaś zaleta.
Koniec końców, „Winną” najchętniej oceniłabym mianem neutralnej książki. Właściwie takiej, jakiej chciałam. Zwykłej, codziennej. Wcale nie dobrej i nie wartej zapamiętania, ale na tyle lekkiej, że można ją spokojnie czytać w zatłoczonym autobusie. Jeśli czegoś takiego szukacie to po tę książkę można sięgnąć. Pod warunkiem oczywiście, że nie macie dosyć wiecznie narzekających na swoją nieudolność życiową, szarych myszek.  


wtorek, 22 października 2019

Ujarzmienie: Sekrety korporacji zarządzającej Strefą X



Tajemnic Strefy X nie da się w pełni zgłębić. To jednak nie oznacza, że nikt nie próbuje. Po dwunastej wyprawie do siedziby Southern Reach, organizacji zajmującej się tym miejscem, zostaje wysłany Kontroler. Mężczyzna zajmuje miejsce dyrektora, jednak to nie zarządzanie jest jego zadaniem. John Rodriquez, bo tak w rzeczywistości się nazywa, ma odkryć, co wydarzyło się w trakcie ostatniej wyprawy, rozmawiając z zamkniętą w celi Biolożką.

Tytuł: Ujarzmienie
Tytuł serii: The Southern Reach
Numer tomu: 2
Autor: Jeff VanderMeer
Tłumaczenie: Anna Gralak
Liczba stron: 400
Gatunek: weird fiction
Wydanie: Otwarte, Kraków 2014
Trylogia „Sounthern Reach” jest doprawdy wyjątkowa. „Ujarzmienie”, tak samo jak tom poprzedni, to wprawdzie niedługa, ale przeładowana treścią powieść, która przede wszystkim wzbudza niepokój. Tym razem jednak, w przeciwieństwie do „Unicestwienia” autor trzyma czytelnika z dala od samej Strefy, skupiając się na działaniu równie tajemniczej korporacji.
„Ujarzmienie” to książka utrzymana gdzieś poza czasem i rzeczywistością. Nie wszyscy mają w niej imiona. Strefa X gdzieś istnieje, ale gdzie dokładnie? To nie jest w pełni wypowiedziane. Bohaterowie niby istnieją, niby mają swoje charaktery i przeszłość… ale przez klimat niepewności kreowany przez VanderMeera właściwie nie wiemy, w co do końca wierzyć. To sprawia, że „Ujarzmienie” naprawdę może fascynować, tak samo jak tom pierwszy. Warto jednak zwrócić uwagę, że to absolutnie nie jest trylogia dla każdego: powieści tego autora mają, mimo wszystko, dość wysoki próg wejścia.
W „Unicestwieniu” dostaliśmy horror ekologiczny. W „Ujarzmieniu” zaś autor serwuje nam coś bliższego thrillerowi korporacyjnemu. To na organizacji i ludziach w niej pracujących skupia się nasza uwaga, choć oczywiście Strefa X cały czas jest gdzieś w tle. To ona jest źródłem tajemnic i niepewności. Gdyby jej nie było, nie byłoby w końcu Southern Reach.
Ponownie autor serwuje nam stosunkowo trudną treść w sposób bardzo, bardzo prosty. Zdania Jeffa VanderMeera są raczej krótkie i klarowne. Na dodatek wydanie Otwartego może poszczycić się dość dużą czcionką. Dlatego jeśli czytelnik po prostu do książki przysiądzie, powinien być w stanie szybko ją pochłonąć. Czy jednak w pełni zrozumie całość? Czy podejście autora do kreowania świata będzie mu odpowiadać? Na to odpowiedzieć nie jestem w stanie. Wszak to weird fiction. Taką literaturę po prostu trzeba lubić, nie bojąc się tego, że czasem autor wyprowadzi nas na manowce dziwności.
Dodać muszę, że uwielbiam oprawę graficzną całej trylogii. Jest… psychodeliczna. Pasująca do treści i skupiająca uwagę. Wbrew pozorom obecne na ilustracji króliki naprawdę mają znaczenie. Więcej jednak zdradzać nie będę. Ich tajemnicę najlepiej odkryć samodzielnie.
Nie wiem, który z tych dwóch tomów lubię bardziej. „Unicestwienie” było mi w pewnym sensie bliższe. Anomalie przyrodnicze bardziej przemawiają do moich emocji. Niemniej, chyba jednak wolę Kontrolera od Biolożki, jeśli chodzi o charakter postaci. John to konkretny facet po przejściach, który dostał do wykonania naprawdę niewdzięczną robotę i chcąc nie chcąc, musi ją wykonać.
Trzeci tom „The Southern Reach” już na mnie czeka. Choć podejrzewam, że autor zostawi mi więcej pytań, niż odpowiedzi to niewątpliwie już wkrótce się za niego zabiorę. A tę książkę naprawdę polecam odważnym, którym do gustu przypadł tom pierwszy trylogii.

* * *


– O co chodzi z tą myszą, z tą rośliną? – spytał surowo Kontroler, żeby sprawdzić, jaką wywoła reakcję. – Czy to też pomnik?
Roślina i mysz nadal znajdowały się w doniczce, jeszcze nie wyskoczyły, żeby rzucić im się do gardeł, mimo że Haysu przez całe spotkanie nie spuszczała ich z oka. Za to Whitby nie zaszczycił ich nawet spojrzeniem, wyglądał jak kot gotów skoczyć w przeciwną stronę przy najmniejszej oznace nieuchronnego zagrożenia stwarzanego przez tę doniczkę.
– Nie, niezupełnie – przyznała po chwili Grace. – Dyrektorka próbowała ją zabić.
– Co?
– Roślina nie chciała umrzeć.
Powiedziała to z pogardą, jakby złamanie naturalnej kolei rzeczy nie było cudem, lecz afrontem.


Fragment „Ujarzmienia” Jeffa VanderMeera

niedziela, 10 lutego 2019

Kasacja: Średniej klasy serial telewizyjny... w formie książki

Joanna Chyłka prowadzi sprawę z góry skazaną na porażkę: jej klient jest oskarżony o dwukrotne zabójstwo, a wszystkie dowody wskazują na niego. Razem z aplikantem, Korianem Oryńskim, nie do końca wierzą jednak w jego winę. Po przegranej sprawie próbują doprowadzić do kasacji wyroku.


Tytuł: Kasacja
Tytuł serii: Joanna Chyłka
Numer tomu: 1
Autor: Remigiusz Mróz
Liczba stron: 496
Gatunek: kryminał, thriller prawniczy
Wydanie: Czwarta Strona, Poznań 2015
Po raz pierwszy z twórczością Remigiusza Mroza spotkałam się w 2015 za sprawą „Ekspozycji”. Nie było to jednak udane spotkanie, dlatego trochę wody w rzece musiało upłynąć, nim znów zabrałam się za twórczość tego pana. Dopiero w trakcie wakacji 2018 w moje ręce wpadła „Kasacja” i po odleżeniu kilku miesięcy przemogłam się i zabrałam za ten tytuł. Po lekturze stwierdzam, że Mróz dalej nie będzie jednym z moich ulubionych autorów… ale przynajmniej kolejna powieść tego pana nie okazała się czymś aż tak irytującym i irracjonalnym.
Dla mnie „Kasacja” przypomina trochę kiepskiej jakości serial telewizyjny: niby czyta się ją lekko, niby akcja i intryga jest, ale całość niezbyt porywa i zdecydowanie brakuje jej choćby odrobiny artystycznego szlifu. Jednocześnie nie jest to książka nad którą mam ochotę się szczególnie pastwić: przecież oglądając telewizyjne „W-11”, czy „Detektywów” też nie będę się nad tymi serialikami rozwodzić. Są, mogą lecieć w tle, ale nie są na tyle zajmujące, bym miała ochotę rozkładać ich części składniowe na części pierwsze.
Wydawać by się mogło, że na niemal pięciuset stronach będzie się naprawdę wiele działo, a w gruncie rzeczy i fabuła, i intryga w „Kasacji” są dość proste i prozaiczne: wiele stron zajmują w końcu same dialogi Oryńskiego i Chyłki,  a budowanie napięcia i faktyczna akcja jest trochę w tle.
Jak więc wypadają główni bohaterowie? Niby w porządku: nie mam do nich większych zastrzeżeń. Niestety, nie pałam też do nich szczególnym uczuciem. Chyłka jest wręcz na siłę przerysowana: to kobieta, która je tylko steki, jeździ szybko i słucha tylko mocnego rocka. Szczerze mówiąc nie do końca potrafię uwierzyć we właśnie takiego prawnika. Oryński zaś po prostu jest grzecznym i niedoświadczonym chłopcem na posyłki. Obydwoje całkiem nieźle razem współgrają, jednak na pewno nie będą to moje ukochane postacie.
Jeśli chodzi zaś o samą zagadkę to choć autor faktycznie próbuje ją komplikować to w gruncie rzeczy też nie czuje się nią szczególnie zafascynowana. Pozornie zaplątana, jest sprawą bardzo prostą i wierzę, że nieco oczytana osoba bez problemu poradzi sobie z jej rozwiązaniem.
Przy tym wszystkim w związku z tym, że „Kasację” czyta się wybitnie lekko nie dziwię się temu, że to jest seria ciesząca się naprawdę sporą popularnością. Ten tytuł można po prostu czytać bez obycia z literaturą, czy bez większego pomyślunku, więc może dobrze sprawdzić się jako „czytadło” po ciężkim dniu. Jako zaletę traktuje też fakt, że w porównaniu do „Ekspozycji” historia nie jest aż tak absurdalnie niewiarygodna, a same postacie raczej nie wywoływały we mnie negatywnych emocji, jak to miało miejsce przy moim poprzednim spotkaniu z Mrozem.
„Kasacja” na pewno nie jest książką, którą będę gorąco polecać każdemu, ale z drugiej strony nie jest też twórczością szczególnie złą, czy w jakiś sposób szkodliwą. Myślę, że można po nią swobodnie sięgnąć, choć nie należy też oczekiwać olbrzymich fajerwerków, zwłaszcza, jeśli ma się już za sobą pewną ilość lepszej jakości powieści.

* * *

– (...) Nie wiem, czy wiesz, ale ów profesor zamiast posłużyć się pojęciem „redakcja tekstu”, pisał o „paralingwistycznych środkach wyrazu związanych ze zorganizowaniem wypowiedzi pisemnej w przestrzeni dwuwymiarowej znakami graficznymi”.
Kordian pokręcił głową.
– Znasz to na pamięć?
– Powtarzaliśmy to na każdej imprezie studenckiej. To jedyne, co zapamiętałam z postępowania cywilnego.
– To i tak sporo, jak na karnistkę.
– Nie, czekaj, pamiętam jeszcze coś, też chyba z Radwańskiego: „prawo cywilne nie formułuje reguł działań konwencjonalnych dla czystej igraszki intelektualnej”.
Fragment „Kasacji” Remigiusza Mroza

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Ana: Morderstwo i hiszpańskie kasyna


Ana jest prawniczką, która od pięciu lat nie zajmuje się poważnymi sprawami. Gdy jej uzależniony od hazardu brat zostaje oskarżony o morderstwo szychy z kasyna kobieta postanawia go bronić.
  
Tytuł: Ana
Autor: Roberto Santiago
Tłumaczenie: Grzegorz i Joanna Ostrowscy
Liczba stron: 990
Gatunek: thriller prawniczy
Wydanie: Muza, Warszawa 2018
Gdy „Ana” pojawiła się na mojej półce byłam nieźle zdziwiona. Nie sprawdziłam wcześniej długości książki i byłam przekonana, że skoro to thriller to pewnie będzie miał maksymalnie sześćset stron, pewnie mniej. A tu przyszło tomiszcze długie na prawie tysiąc, choć w miękkiej oprawie. Nic dziwnego, że zbierałam się do przeczytania tej książki dosyć długo: obawiałam się, że utknę w środku i po prostu będę męczyła ją przez kilka tygodni.
Na całe szczęście nic takiego nie miało miejsca. Hiszpańska „Ana”, choć jest pierwszą książką Roberta Santiago dla dorosłych czytelników, to typowa współczesna literatura, której najważniejszym zadaniem jest: nie nudzić. Czyta się ją lekko i raczej szybko, nie jest szczególnie opisowa. Mimo objętości nie wydaje się też szczególnie przegadana. Nie dziwię się więc wszystkim tym którzy – zgodnie ze sposobem promowania książki przez wydawcę – zarwali noc z „Aną”.
Mam jednak wrażenie, że ze wszystkich thrillerów, które poznałam ten ma w sobie najmniej „dreszczowego” pierwiastka. Odbieram „Anę” jako sensacyjny kryminał prawniczy, który może wzbudzał pewne napięcie i oczekiwanie na rozwiązanie zagadki, ale na pewno nie sprawił, bym miała dreszcze.
Po tym wszystkim nie trudno się domyśleć, że przeczytanie tej książki sprawiło mi pewną frajdę. I tak, nie przeczę: było przyjemnie. Zagadkę śledziłam z zainteresowaniem. Sama tematyka hazardu w Hiszpanii też była czymś, co mnie zaciekawiło. Nie dość, że poker to dla mnie temat raczej odległy to na dodatek dobrze było pobyć trochę w innym kraju. Poza tym mamy w tej powieści też silny polski pierwiastek, co też można traktować jako zaletę. Mam jednak z tą książką chyba dość poważny problem. Jaki? „Silną” bohaterkę.
„Ana” promowana jest właśnie naszą tytułową postacią. Silną prawniczką, która nigdy się nie poddaje i zawsze dąży do celu. Ale… dla mnie to w żadnym razie nie jest silna osobowość. To uzależniona od leków alkoholiczka, która na dodatek jest niebywale rozwiązła. Wprawdzie pyskuje, kombinuje i kłamie bez mrugnięcia okiem, ale przepraszam: to NIE jest silny charakter. Mam wrażenie, że przedstawianie tego typu postaci i promowanie ich w taki sposób może być krzywdzące dla obydwu płci. Z resztą, to nie pierwsze moje spotkanie z taką postacią i mam wrażenie, że obecnie możemy zaobserwować trend związany z silnymi kobietami-alkoholiczkami.
Przy okazji zastanawia mnie również czemu mężczyzna, który pije zwykle jest przedstawiany jako słaby charakter, a kobieta – wręcz przeciwnie? Czy to robienie „męskich” rzeczy w oczach pisarzy robi z nas silne babki? Myślę, że to całkiem ciekawy temat na dyskusje.
W każdym razie wracając do książki i głównej bohaterki – przyznaję, że nie przepadam za Aną. To nie postać, z którą „prywatnie” chciałabym mieć cokolwiek wspólnego, choć jednocześnie jako protagonistka działa naprawdę dobrze w ramach całej historii i temu zaprzeczyć nie mogę. W końcu postać idealna, bez nałogów i z doskonałym życiem to nigdy nie jest dobry początek historii, chyba że autor ma zamiar postaci ten cały doskonały świat prędko zniszczyć.
Cóż mogę jeszcze dodać? „Ana” to nie jest literatura nadzwyczajna, wyjątkowo piękna, czy odkrywająca coś w swoim gatunku. Wydaje mi się, że może być jednak przyjemną rozrywką, która przy okazji zabierze nad do – nie ukrywajmy – modnej obecnie Hiszpanii. Muszę przyznać, że to pozycja, która obudziła we mnie pewną ciekawość dotyczącą tego kraju, a związanego z hazardem właśnie: gdybym mogła spotkać się z autorem chętnie dowiedziałabym się, skąd wziął pomysły na książkę… i czy hiszpański świat kasyn wygląda właśnie tak, jak w „Anie”.


* * *

Żadna z nich [wizji] się nie urzeczywistniła. Tej nocy nikt, żywy czy martwy, nie wszedł do mojego pokoju.
Byłam sama. Z moimi lękami. Z bólem w piersi i w wielu innych częściach ciała, w głowie i, za przeproszeniem, w duszy. Wiedziałam, że muszę podjąć jakąś decyzje.
Powiedziałam sobie: nigdy więcej skrótów ani półśrodków.
Fragment „Any” Roberta Santiago


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza!

wtorek, 13 listopada 2018

Wiatraki: Konkretna, pomorska zagadka


Lucjan Bałyś, policjant z Krakowa, wyjeżdża do Słupska, aby poprowadzić konferencję. Koledzy po fachu proszą go o pomoc przy rozwiązaniu morderstwa: pewien mężczyzna został powieszony na skrzydle wiatraka, co doprowadziło do jego śmierci. Wkrótce później Lucjan znika, a jego krakowski partner, Andrzej, wyrusza, aby go odnaleźć.


Tytuł: Wiatraki
Tytuł serii: Trylogia pomorska
Numer tomu: 1
Autor: Krzysztof A. Zajas
Liczba stron: 480
Gatunek: kryminał
Wydanie: Marginesy, Warszawa 2018
Choć pochodzę ze Śląska to od trzech lat jestem związana z Pomorzem za sprawą studiów. Wszystkie historie, których akcja dzieje więc w tej okolicy są mi w jakiś sposób bliskie: po prostu w przypadku takich powieści istnieje duża szansa, że w danym miejscu byłam, lub chce być co mimowolnie poprawia mi humor. Dlatego „Wiatraki” Krzysztofa Zajasa były dla mnie od początku powieścią w jakiś sposób kuszącą. Po lekturze jestem zaś ze spotkania z tym polskim autorem całkiem zadowolona.
Początkowo nie czułam się do końca przekonana. Autor od razu przedstawia nam dość dużą grupę postaci i wydaje się cały czas pomiędzy nimi skakać, co w połączeniu z brakiem podania imion na początku każdej zmiany oraz dość dużą ilością opisów sprawiło, że po prostu miałam wrażenie wszechogarniającego mnie chaosu; miałam pewne trudności z wbiciem się w temat, ze wgryzieniem się w historie. Na całe szczęście im dalej w książkę brnęłam, tym było lepiej.
Jak wspominałam przed chwilą „Wiatraki” mogą poszczycić się zacną ilością opisów. To dla mnie spore zaskoczenie, biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio sięgałam po kryminały, które raczej stały dialogami i bardzo lekkim tekstem; Zajas na ich tle wypada ciężej, ale w tym przypadku ostatecznie uznaje to za zaletę. W końcu ile można czytać powieści, których język jest płytki i które w związku z tym nie budują napięcia w sposób, w jaki bym tego chciała? Ponadto mimo wszystko „Wiatraki” nie są książką przegadaną, a język autora jest po męsku surowy – tyle tylko, że po prostu Zajas nie boi się dłuższych opisów, w tym także tych ekspozycyjnych.
Mam wrażenie, że sama przedstawiona historia faktycznie może wymagać odrobiny cierpliwości. Początkowo w „Wiatrakach” dzieje się dużo i wszędzie, przez co czytelnik może nieco tracić orientacje w terenie. Gdy jednak wszystkie wątki zaczynają zazębiać się, okazuje się, że wszystkie poprzednie scenki miały sens w odniesieniu do całokształtu historii i po prostu pozwalają czytelnikowi na próbę rozwiązania zagadki po swojemu, co byłoby niemożliwe, gdyby Zajas uniknął początkowego rozgardiaszu.
Niewątpliwie ciekawie w przypadku „Wiatraków” wypadają zarówno setting, jak i dobór głównych bohaterów. Pomorska, spokojna wieś, otoczona farmą wiatraków jako miejsce zbrodni to coś, z czym jeszcze się nie spotkałam, a cała oś fabuły kręci się właściwie wokół relacji Lucjana z Andrzejem. To ona napędza bohaterów i sprawia, że dokonują takich, a nie innych wyborów. Dzięki temu historia – w moich oczach – staje się po prostu wiarygodna. Ci panowie nie śledzą i nie walczą przez wielkie i wzniosłe, ale często puste ideały, a raczej kierują nimi proste, ludzkie emocje. Za jednym razem będzie to chęć zapomnienia o domu, za drugim chęć niesienia pomocy bliskiej osobie, ale za każdym razem poczynania bohaterów naprawdę są konkretnie ugruntowane.
Być może „Wiatraki” to nie jest absolutnie wybitny i genialny kryminał, ale jednocześnie… po prostu dobrze się go czyta i dobrze obserwuje się zarówno poczynania, jak i relacje postaci. Nie jest przy tym przegadany, ani szczególnie obyczajowy, ma w sobie też co nieco z dreszczowca. To po prostu porządnie przemyślany i napisany polski kryminał, po który fan tego gatunku swobodnie może sięgnąć.


* * *

– Najgorsze na wojnie wcale nie jest to, że giną ludzie. W czasie pokoju też giną. Wojna wyzwala w człowieku zło. (...) wojna ze zwykłego zjadacza chleba robi zbrodniarza i nie ma na to siły. Jak codziennie widzisz naokoło, że bezkarnie zabija się drugiego i zabiera mu jego dobytek, to prędzej czy później się skusisz. No, może jaki ksiądz albo zagorzały socjalista się oprze, ale zwykły człowiek nie. Pójdzie i zabije, zgrabi, schowa, a potem będzie twierdził, że o niczym nie wie.
 Fragment „Wiatraków” Krzysztofa A, Zajasa



Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Marginesy!

środa, 5 września 2018

Żmijowisko: Gdy na wsi znika nastolatka


Żmijowisko to niewielka wieś na Pomorzu. W znajdującej się w niej agroturystyce grupa dawnych znajomych organizuje zlot. Spotkanie kończy się jednak tragicznie: córka jednej z par, piętnastoletnia Ada, znika. Mimo poszukiwań dziewczyny nie udaje się znaleźć.

Tytuł: Żmijowisko
Autor: Wojciech Chmielarz
Liczba stron: 480
Gatunek: thriller psychologiczny
Wydanie: Marginesy, Warszawa 2018
Wojciech Chmielarz jest dla mnie autorem w pewnym sensie bliskim: pochodzimy z tej samej okolicy i choć dzielą nas w tym względzie lata, odbywaliśmy w tym samym miejscu praktyki. A ponieważ dodatkowo słyszałam o jego twórczości wiele dobrego, sięgnęłam po „Żmijowisko”. Mimo pewnych wymagań w stosunku do tej powieści nie spodziewałam się jednak, że trafię na tytuł, do którego nie mam żadnych zastrzeżeń, tym samym w końcu „spotykając” polskiego autora kryminałów, który naprawdę mi się spodobał.
Choć „Żmijowisko” to thriller psychologiczny to nie ma się co oszukiwać: ta książka ma wiele wspólnego z kryminałem. Od takowego różni ją jedynie perspektywa: ta nie należy do śledczych, a osób w jakiś sposób związanych ze sprawą, którzy żyją ze świadomością zniknięcia nastoletniej dziewczyny. Mimo tego tak jak w dobrym kryminale czytelnik cały czas śledząc rozwój wypadków może sam próbować się domyślić, jak doszło do zaginięcia Ady i co z nią właściwie się stało.
Konstrukcja tej powieści może początkowo wydać się dość chaotyczna. Nie tylko obserwujemy historię z trzech linii czasowych, ale też z perspektyw kilku różnych bohaterów. Chmielarz jednak dobrze wiedział, co robi, tworząc ten tytuł: wszystko przeplata się bardzo zgrabnie i naprawdę nie da się w tej historii zgubić. Zwłaszcza, że jego styl jest konkretny i w miarę prosty, bez dodatkowych udziwnień, takich jak bardzo poetycki język z dużą ilością porównań, czy nagłych przeskoków. Cały tekst bardzo dobrze zgrywa się w całość: jeśli nasi bohaterowie mówią o czynie z przeszłości to często do niej wracamy, a gdy w końcu znów jesteśmy w „aktualnej” linii czasowej postacie często wspominają o tym, co dopiero widzieliśmy. Dzięki temu powieść jest spójna i doskonale widać, że została przez autora bardzo dobrze skonstruowana.
„Żmijowisko” to historia, która cały czas kręci się wokół zniknięcia Ady, jednak to nie jest jedyny poruszany przez nią temat. Głównych bohaterów powieści, a zwłaszcza ojca dziewczyny, Arka (który gra w niej najważniejsze skrzypce), poznajemy naprawdę dobrze. Chmielarz eksploruje ich przeszłość, aktualne i przeszłe poczynania. Daje nam wgląd w ich historie i zachowania. W wielu takich przypadkach autorzy za bardzo skupiają się na tej obyczajowej części, pisząc zbyt wiele o relacjach bohaterów, czy gotowaniu obiadów, ale na szczęście nie dotyczy to tego twórcy. Choć nie wszystkie tematy są bezpośrednio związane ze zniknięciem Ady to czujemy, że mogą mieć z nią jakiś związek, a nawet jeśli nie to podrzucają nam albo wskazówki, albo rozwijają bohaterów. W tym przypadku nie możemy mówić o „laniu wody” – tu każdy element i każda scena jest przemyślana i ma sens w kontekście całej historii.
Choć w dalszym ciągu nie jest to thriller, który naprawdę sprawiłby, bym miała dreszcze to na pewno „Żmijowisko” trzyma czytelnika w napięciu. To książka, którą bardzo dobrze się czyta i która zapewnia bardzo dobrą rozrywkę. Książki Wojciecha Chmielarza pewnie prędzej czy później zagoszczą na mojej półce w większej ilości, a teraz nie pozostaje mi nic, jak tylko polecić ten tytuł każdemu zainteresowanemu.

* * *

To było prawie jak medytacja. Tylko bez tego całego wschodniego syfu, który dorzucał od siebie biedatrener od jogi w ramach Multisportu. Powolne, ale stanowcze ruchy ramionami. Zanurzenie pióra wiosła w wodzie, pociągnięcie, zmiana strony. I tak nieustannie, w tempie oddechu. A kiedy kajak się rozpędzi, chwila odpoczynku i obserwowanie, jak dziób tnie spokojną taflę jeziora.
Fragment „Żmijowiska” Wojciecha Chmielarza





Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Nomida zaczarowane-szablony