Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzycznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzycznie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 stycznia 2019

Legalna Blondynka: film czy musical?



Gdy jakiś czas temu opublikowałam swoją opinię na temat filmu „Legalna blondynka” okazało się, że większość z Was go zna – i absolutnie się temu nie dziwię, to w końcu nie jest nowy film. Podejrzewam jednak, że już mniejsza część z Was zna musical na jego podstawie. Jego premiera odbyła się w 2007 roku i przynajmniej w chwili, gdy pisze ten tekst jego wersja z MTV krąży na Youtube, gdzie można swobodnie go obejrzeć. Nie omieszkałam się więc tego zrobić i… mam wrażenie, że musicalowa wersja wypada przynajmniej pod niektórymi względami lepiej, niż oryginał.
Ostrzegam jednak – w tym materiale mogą znaleźć się spoilery. Jeśli jeszcze nie widzieliście musicalu, lub filmu i nie chcecie znać jego treści po prostu najpierw poznajcie którąś z wersji tej komedii, a dopiero później wróćcie tutaj.
Nim zacznę porównywać oba twory (bo tak, to mam zamiar w tym poście zrobić) pozwólcie, że najpierw przypomnę Wam samą historię. „Legalna blondynka” opowiada historię jasnowłosej Elle – pięknej i bogatej studentki, która pewnego wieczoru idzie na randkę ze swoim ukochanym, Warnerem, pewna, że chłopak się jej oświadczy. Ten jednak zrywa z nią, uznając, że dziewczyna nie jest dla niego wystarczająco „poważna”, biorąc pod uwagę, że on właśnie wybiera się na Harvard, gdzie będzie studiował prawo. Elle, absolutnie zakochana w nim, postanawia, że stanie się taką osobą, jaką on – według niej – sobie wymarzył i również robi wszystko, aby dostać się do tej samej szkoły.
Zaczynając porównywać obydwa dzieła muszę wspomnieć o tym, że jeśli nie trawicie musicalu, nie lubicie tych rytmów, nie przepadacie za ludźmi, którzy tańczą i śpiewają to prawdopodobnie i ta historia nie będzie czymś dla Was i w takim przypadku lepiej sięgnąć po film. Musical, jak i jakakolwiek inna forma rozrywki (włącznie z czytaniem, czy graniem) nie jest dla każdego. I tyle, nie ma po co na ten temat się rozwodzić.
Czym jednak różni się musicalowa „Legalna blondynka” od filmowej? Niby sporą ilością elementów, choć jednocześnie to dalej ta sama historia. Twórcy tego musicalu naprawdę wiedzieli co robią. Wzięli główny motyw z filmu, wzięli najlepsze żarty i najlepsze teksty, po prostu dostosowując je do wersji scenicznej. Dzięki temu fani filmu powinni na musicalu naprawdę dobrze się bawić. Szczególnie, że musical ma jedną olbrzymią zaletę nad filmem: to nie jest dzieło w żadnym razie stałe. Gdy film nieodwracalnie się starzeje musical może zostać zmieniony. Bohaterzy mogą dostać telefony komórkowe, aktorzy mogą zmieniać gesty tak, aby pasowały do bieżących czasów. To naprawdę sprawia, że wiele z żartów w musicalu ma szansę obecnie wybrzmieć lepiej, niż w wersji oryginalnej. Zwłaszcza, że musical ma jeszcze jedną olbrzymią siłę – muzykę.
Owszem, w filmach ta też występuje, ale jednak nie ma aż takiej mocy, jak muzyka w musicalach. Zwłaszcza, że „Legalna blondynka” ma naprawdę wiele bardzo chwytliwych kawałków, które po prostu chce się słuchać. Lekka i radosna w tonie może dać widzowi naprawdę olbrzymiego kopa pozytywnej energii oraz olbrzymią dawkę śmiechu, zwłaszcza, jeśli oglądana jest na żywo. Być może nie jest to dzieło godne wszelkich nagród (bo w końcu nie porusza bardzo istotnych tematów, jest głównie lekką komedią), ale przez muzykę dwie godziny sztuki mogą minąć bardzo szybko.
Co jeszcze musical robi lepiej, albo może – inaczej i z większą mocą? Mianowicie… rozwija bohaterów drugoplanowych. Ci w wersji filmowej byli mocno zaniedbani. Skupialiśmy się właściwie tylko na Elle i o pozostałych postaciach wiedzieliśmy absolutne minimum. Musicalowa Paulette staje się więc marzycielką, która po prostu chciałaby zakochać się w Irlandczyku, co jednocześnie jest zarówno dobrym żartem, jak i ciekawym zabiegiem właśnie rozwijającym bohaterkę. Właściwie zupełnie zmienia się też Emmett. I to zdecydowanie na lepiej!
Ten prawnik w oryginale był takim cichym pomocnikiem Elle. Ich relacja była w tle, nikt nie zarysowywał jej zbyt mocno. Pojawiał się czasem, gdy dziewczyna potrzebowała pomocy, ale nie wchodził z butami w jej życie. Poza tym był raczej człowiekiem „ustawionym”, bez jakiś większych problemów i w gruncie rzeczy – bez konkretnego charakteru. Musicalowy Emmett jest zaś… jej najlepszym przyjacielem. To postać z krwi i kości, która dostaje przeszłość i która faktycznie pomaga Elle na Harvardzie. Ich relacja naprawdę mocno wpływa na wydźwięk całej historii i po prostu wypada naprawdę i zabawnie, i uroczo.
W związku z powyższym nieco zmienia się też sama Elle, choć w tym przypadku trudno mi powiedzieć, czy na gorsze, czy na lepsze. To bohaterka, która może jest dość naiwna, ale jednocześnie ma sporą wiedzę w dziedzinach, które ją interesują. Która zawsze miała dobre oceny i która w gruncie rzeczy jest po prostu dobrym człowiekiem. Z tym, że w wersji oryginalnej sama dość szybko orientuje się, że będąc na Harvardze musi się wziąć za siebie – i faktycznie to robi. W musicalu nieco bardziej się nad sobą użala i tak naprawdę motywacją do zmiany zachowania jest Emmett, a nie jej własny, „wewnętrzny” głos. Z drugiej strony w przypadku filmu prawie do końca miałam wrażenie, że jednak Waraner jest dla niej bardzo istotny. W musicalu przez mocniejsze zarysowanie jej relacji z Emmettem oraz nieco inne rozłożenie tonów historii właściwie już w całym drugim akcie wyraźnie widać, że z tej relacji absolutnie nic nie wyniknie.

Z tych dwóch dzieł zdecydowanie na dłużej w głowie zostanie mi wersja musicalowa. To nie powinno dziwić: chwytliwe piosenki po prostu na dłużej zostają w głowie. Poza tym najzwyczajniej w świecie bardziej podoba mi się musicalowa wersja Emmetta i jako osoba, która taką rozrywkę lubi na pewno nie omieszkam zobaczyć „Legalnej blondynki” na żywo, jeśli tylko miejsce wystawiania, czas i możliwości finansowe mi na to pozwolą. Bo to po prostu bardzo przyjemny musical.

piątek, 29 grudnia 2017

Posłuchajmy morskich opowieści

O muzyce nie piszę zbyt często, bo tez nieczęsto wpadam na coś nowego: raczej trzymam się tego, co jest mi znane. Ale czasami mam „fazy” na jakiś konkretny nurt, czy gatunek. I tak stało się całkiem niedawno: wzięło mnie na szanty. Nasze, polskie i klimatyczne. Tak więc łapcie w dłoń szable, sieci, czy gadającą, piracką papugę – dziś wypływamy w rejs!

Banana Boat – Arktyka

Niewielu z nas raczej wybierze się do Arktyki: i drogie to, i niekoniecznie nam do szczęścia potrzebne. Ale to nie znaczy, ze nie możemy jej na swój sposób uwielbiać, prawda? Oto piosenka o miłości żeglarza do Arktyki, który widzi ja po raz pierwszy i kocha ją tak bardzo, że pragnie się jej oświadczyć.

Banana Boat – A morze tak, a morze nie

Ten utwór, wykonywany przez ten sam zespól, co „Arktyka”, cudownie bawi się naszym językiem, jednocześnie będąc bardzo prawdziwym. Wprawdzie dziś podróże drogą morska nie są już aż tak niebezpieczne, ale wielka woda i dzisiaj potrafi być zupełnie nieprzewidywalna. Dlatego wzniesienie jej do rangi swoistego bóstwa jest jak najbardziej na miejscu.


La Valette – Perły i łotry

Słuchając tej piosenki mam po prostu ochotę pomachać trochę szabelką: to opowieść o radości czerpanej z bitwy i walki, w bardzo przygodowym klimacie. Nie powiedziałabym, by ma w sobie jakąkolwiek głębie, ale...  aż się chce przy niej znów obejrzeć pierwszą cześć „Piratów z Karaibów”!

Cztery Refy – Pijmy za chłopców

Praca rybaka nie należy do najprzyjemniejszych i najłatwiejszych. „Pijmy za chłopców” to swoisty hołd, czy podziękowanie za to, co robią. Według mnie ta piosenka jest naprawdę klimatyczna i zatrzymuje na dłużej przy sobie.


Sergar – Drakkary

Nie jest to może tak typowe szanty, jak poprzednie piosenki, ale osobiście po prostu uwielbiam ten utwór. Oto modlitwa wikingów, którzy wypływają, by walczyć i łupić, dlatego zwracają się do Odyna. Biorąc pod uwagę, jak popularna jest dziś mitologia nordycka, wierze, ze wielu z Was przypadnie do gustu.


Róża Wiatrów – Czarna rafa

„Czarna rafa” to typowa morska opowieść: to konkretna historia, opowiadająca o załodze, która wpłynęła w niebezpieczną rafę i próbuje sie z niej wydostać, choć wie, ze to praktycznie niemożliwe. Chyba za takie historie najbardziej lubię szanty: to jak książka, film, czy musical, zaklęty w jednym utworze :)

sobota, 16 września 2017

Wiedźmin na deskach teatru w Gdyni!




Cześć! Dziś przychodzę do Was z wpisem na szybko, a który powinien zainteresować każdego, kto lubi musical i „Wiedźmina”.
W Teatrze Muzycznym w Gdyni niedawno pojawiła się sceniczna wersja Wiedźmina właśnie. Z tego, co wiem, bazuje na opowiadaniach, a nie na całej sadze, ale podobno wypada całkiem nieźle. Planuje się na niego za jakiś czas wybrać, nie wiem niestety, kiedy będzie to możliwe. Niemniej, wydaje mi się, że każdy fan Sapkowskiego powinien choćby na to spojrzeć :D





Na razie dostępne są nagrania ze spektaklu, jednak przyznam szczerze: trudno mi po nich cokolwiek więcej powiedzieć, niż to, że udostępniona piosenka jest dla mnie na razie dość zwyczajna. Marzy mi się, by przesłuchać cały musical, nim zakupię bilety, ale niestety, nie sądzę, by to zdarzyło się w Polskich warunkach.
Z tego co widzę stroje wyglądają specyficznie, ale cóż... teatr już tak ma, zwłaszcza musical, w trakcie którego przecież aktor musi czuć się swobodnie.

Jak Wam podobają się materiały prasowe? Wybieracie się? Macie bilety?

wtorek, 18 kwietnia 2017

Musicalowo: Notre-Dame de Paris w Gdyni

„Notre-Dame de Paris” jest dla mnie dość nostalgicznym mucialem. Już będąc w gimnazjum znałam kilka piosenek z niego i słuchałam ich głównie po francusku, mimo, że tego języka wcale nie znam. Dlatego gdy okazało się, że  Teatr Muzyczny w Gdyni im. Danuty Baduszkowej go wystawia, a na dodatek jedna z głównych postaci grana jest przez przez Janka Traczyka (możecie znać go ze Studia Accantus) po prostu musiałam się na niego wybrać.
Bilety rezerwowałam zaraz po świętach, lecz mimo, że na spektaklu byłam 30 marca udało mi się kupić je dokładnie w ostatnim rzędzie, na samym boku sali. Innych już po postu nie było. Nie miałam pojęcia, jak ona wygląda i bałam się, że będę z tego miejsca źle widzieć, ale... choć owszem, miałam daleko do sceny to widoczność była naprawdę niezła.
Jeśli nie wiecie czym w ogóle jest „Notre-Dame de Paris” już śpieszę z wyjaśnieniami. Musical powstał na bazie romantycznej książki, francuskiej klasyki pt. „Katedra Najświętszej Maryi Panny w Paryżu” Wiktora Hugo, a na połączeniu tych dwóch dzieł bazował Disney nagrywając „Dzwonnika z Notre Dame”. Choć... z książki Disney wziął chyba tylko kozę Esmeraldy, której po prostu nie ma w musicalu z przyczyn dość oczywistych :) EDIT: Błąd rzeczowy się wkradł: bajka Disney'a powstała PRZED musicalem. Najwyraźniej albo twórcy mieli podobne pomysły, albo musical bazował nieco na paru pomysłach z bajki :)


Historia opowiada o młodej cygance żyjącej w XV wieku, w Paryżu. Esmeralda, bo jak się domyśliliście tak ma na imię, słynie z tego, że tańczy pod Katedrą Najświętszej Maryi Panny kradnąc serca wszystkich wokół, w tym księdza Frollo, strażnika Febusa oraz dzwonnika Quasimodo. Musical porusza także problematykę uchodźców, ale z tego co wiem między innymi w tym odbiera od oryginału.
Szczerze przyznam, gdybym nie znała wcześniej jako tako historii chwilami nie wiedziałabym o co w ogóle chodzi: nie znałam wszystkich piosenek, a na scenie wiele rzeczy dzieje się w sposób symboliczny. Jeśli przypadkiem umknęło mi któreś słowo z tekstu musiałam chwilę pomyśleć o co w ogóle chodzi. Dlatego jeśli planujecie zapoznać się z tym musicalem, czy to w Gdyni, czy to gdziekolwiek indziej – najpierw zorientujcie się o co w nim mniej więcej chodzi :)
Najbardziej emocjonalny dla mnie osobiście był początek spektaklu. To właśnie w pierwszej połowie pojawiły się piosenki, które znałam i skłamałabym mówiąc, że nie zeszkliły mi się oczy. Nostalgia i sam „wybuch” muzyki sprawił, że emocje trochę mi „puściły”. Niemniej, później zdecydowanie się uspokoiłam, a że zakończenie było mi znane szczerze mówiąc wcale mnie nie ruszyło. Chociaż szczerze mówiąc dziwnie poczułam się w trakcie oklasków: musical nie kończy się wielką sceną, jak to zwykle bywa, a czymś stosunkowo niewielkim, na dodatek smutnym.... a ja mam wstać i klaskać..?
Na moje nieprofesjonalne oko cała ekipa sprawdziła się naprawdę dobrze. Może nie czuje się oświecona wokalami, ale były dobrze dobrane, a całość po prostu bardzo ładnie współgrała ze sobą. Niestety, uważam, że z tłumaczeniami mogłoby być nieco lepiej... Miałam wrażenie, że przez większą część spektaklu aktorzy mieli do wyśpiewania za dużo słów na za małą ilość nut :c


Mimo tej małej „wpadki” z tłumaczeniem jestem szczęśliwa, że udało mi się zobaczyć tę sztukę na żywo; musical jest naprawdę cudowny. Jeśli tylko możecie, zapraszam do odwiedzenia teatru w Gdyni, a jeśli nie możecie sięgnijcie chociaż po książkę Hugo (której ja nie znam i nie planuje, ale jeśli wolicie – samą historię polecam), albo po francuską wersje musicalu: możecie go znaleźć na Youtube z polskimi napisami (pierwsza część powyżej).

Ach, cóż mi z tego posta wyszło :) Ani to recenzja, ani same przemyślenia :D

źródło: gazeta.pl

czwartek, 16 lutego 2017

Byłam, widziałam i wspominam - o musicalach

O musicalach pisałam na blogu już w maju 2015 roku. Dziś chce znów poruszyć ten temat, tym razem w nieco inny sposób. Mianowicie, chce Wam krótko opowiedzieć o paru na których byłam :) Nie ma ich szczególnie wiele, ale cóż, cały czas liczę na więcej! Jeśli zainteresuje Was ten temat dajcie znać, a zrobię kolejny wpis, tym razem o musicalach, które po prostu znam, a których nie widziałam na żywo. Niestety, ale takich jest znacznie więcej, nad czym cały czas ubolewam. 

High School Musical On Stage
Oto musical, który był pierwszym, jaki widziałam na żywo :D Niestety, szczerze mówiąc nawet nie pamiętam w którym dokładnie roku go widziałam. Obstawiam 2011, aczkolwiek pewności nie mam. Poszłam na niego dzięki cioci, która załatwiła mi i mojej siostrze bilety. High School Musical znałam już wcześniej z Disney Channel, i to całkiem dobrze, ale choć lubiłam go nigdy nie byłam jego wielką fanką. Szczerze przyznam, że z samego spektaklu niewiele pamiętam. Było... fajnie. I tyle. Chyba nieco irytowały mnie polskie wersje piosenek, które znałam już wcześniej. Musical obejrzałam na deskach gliwickiego teatru :)



Tarzan
Tarzana w Polsce można było zobaczyć (a może dalej można?) na deskach zabrzańskiego Domu Muzyki i Tańca. Gdy się o tym dowiedziałam wyprosiłam od rodziców bilety i pierwszego czerwca 2012 roku udało nam się razem na niego pójść. Jak było? Cudownie. Moja siostra narzekała na zmienioną wersje tekstów piosenek, ale szczerze mówiąc mi one chyba nawet bardziej przypadły do gustu. Ta polska wersja boadway’owskiego musicalu wypadła naprawdę dobrze. Stroje małp wprawdzie z zewnątrz mogą wyglądać nieco śmiesznie, jednak na scenie naprawdę działa się magia: było głośno, było tanecznie i muzycznie. Samej historii chyba nikomu przedstawiać bliżej nie muszę :) Był to pierwszy musical, na który wybrałam się w pełni świadomie.




Jesus Christ Superstar
Na ten musical miałam się wybrać z pewnym moim kolegą, ostatecznie jednak byłam na nim z... szkołą. Kiedy? Wiosną 2016 roku. Byłam na chorzowskiej wersji tejże sztuki i wiecie co? To był pierwszy musical oglądany na żywo, który szczerze mnie rozczarował. Janusz Radek (w roli Judasza) wprawdzie zachwycił mnie swoim wokalem, ale miałam wrażenie, że pozostała część obsady nie do końca mogła pokazać swoje umiejętności. Przy okazji słyszalność była naprawdę okropna: nie rozumiałam połowy tekstu, co oznaczało ni mniej, ni więcej tyle, że nie zrozumiałam historii, której wcześniej nie znałam. Sama fabuła, o której później słyszałam też nieszczególnie mi się spodobała... i choć niektóre kawałki z Jesus Christ Superstar lubię to jednak ten musical do mnie nie przemawia.



Rodzina Adamsów
Na Rodzinę Adamsów również wybrałam się wiosną 2016, tym razem z rodziną. Musical nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia: był po prostu miłą historyjką, chwilami śmieszną... i właściwie tyle. Niemniej, wokal Sylwii Banasik, którą poznałam już wcześniej dzięki Studiu Accantus, a która grała rolę Wednesday zachwycił mnie na żywo tak samo, jak robi to poprzez słuchawki, a Miłosz Mogiwelski w roli Pugsley’a sprawdził się również znakomicie. Z tego co wiem musical wystawiany już nie będzie, a szkoda, bo dla fanów tejże serii na pewno była to cudowna zabawa.



Jakie plany na teraz? Cóż, niewielkie: ceny biletów przerażają moją studencką kieszeń. Ale na pewno 30 marca wybieram się na Notre Dame w Gdyni. Niestety, rezerwowane w grudniu bilety i tak zapewniły mi miejsce w ostanim rzędzie XD Chcielibyście jakąś relacje z tego wydarzenia? 

wtorek, 9 czerwca 2015

Muzyka, a czytanie

Gdy słucham muzyki, wole nie być skupiona na niczym innym. To osobna czynność, dlatego gdy idę, albo po prostu coś robię, zwykle mam ją wyłączoną. Zdarza mi się jednak przy muzyce czytać - nieczęsto, jako, że zwykle po prostu nie chce mi się układać playlisty, lub czytam poza domem, jednak gdy już to robię, wybieram utwory z dość niewielkiej grupy gatunków.

Podczas czytania musimy skupić się na tekście i nie odpływać - dlatego przy hałasie, czy interesującej nas rozmowie jest to dość trudne. Podobnie jest z muzyką. Jeśli więc chcesz czytać i przeszkadza Ci cisza wokół, albo przeciwnie - chcesz stłumić hałas, na pewno nie wybieraj swoich ulubionych piosenek. Jeśli zachce Ci się do nich śpiewać, tańczyć, czy po prostu - skupisz się na tekście zaraz odlecisz i chociaż będzie wydawało Ci się że czytasz, nic z lektury nie wyniesiesz. Jeśli koniecznie chcesz, aby w Twoich słuchawkach leciała jakaś typowa piosenka (pop, rock, metal - bez większej różnicy, jaki gatunek) puść radio, albo odtwórz piosenki które słabo znasz. Dobrze jest też dobrać je tak aby były dość rytmiczne: dzięki temu lepiej skupisz się na książce :)

Uważam jednak, że prawdziwy klimat oraz skupienie zapewniają utwory, bez słów. Muzyka klasyczna, elektroniczna, czy napisana specjalnie do filmu sprawdzi się tu chyba najlepiej, a dodatkowo, pozwoli Ci się to zapoznać z takimi utworami :D Same plusy!

Wydaje mi się, że dość ważny jest dobór samej muzyki do treści. Przykładowo, gdy czytamy romans, dobrze jest pogrzebać w muzyce z filmów o miłości o podobnym klimacie. Dzięki temu można uniknąć rozbieżności między tym, co słuchamy, a tym, co czytamy. Bo chyba niezbyt miłe byłoby gdyby w najbardziej romantycznym i uroczym fragmentem książki w naszych słuchawkach poleciała muzyka z fragmentu filmu akcji, napisanego pod scenę strzelaniny...



O ile czytacie książkę z dużą ilością akcji, lub powieść fantastyczną, dobrze sięgnąć jest po muzykę z gier: jest ona napisana specjalnie tak, aby użytkownik mógł skupić się na grze, jednocześnie dopasowując do niej to, co robi - szybsza muzyka sprawi, że będziemy chcieli szybciej uciec z walącego się budynku, a wolniejsza i spokojna daje graczowi znak, że jest bezpiecznie i może spokojnie pogrzebać w ekwipunku. Słuchając czegoś takiego, mamy mniejszą, lub większą gwarancie jego, że skupimy się na czytaniu, a pod warunkiem, że dobrze dobierzemy muzykę, wczujemy się w klimat tego, co czytamy.




Świetnie mogą się sprawdzić też wszelakie miksy, czy krótsze utwory, które w ogromnych ilościach można znaleźć na youtubie, a nie zawierają słów. Te pierwsze dają nam możliwość słuchania w miarę ciągłej muzyki o danej tematyce, dzięki czemu nie musimy wyszukiwać ogromnej ilości utworów, aby wystarczyło nam na na przykład, dwie godziny czytania. Drugie zaś działają podobnie jak te utwory, które wcześniej wymieniłam, z tym, że trzeba po prostu pogrzebać trochę więcej w sieci, aby znaleźć to, co nam odpowiada.





Na koniec, nie zapominajcie o klasyce. Czasem dobrze jest poznać utwory powszechnie cenionych takich twórców, a słuchając ich przy czytaniu skojarzycie je z daną książką, czy sytuacją, dzięki czemu mogą na dłużej zapaść Wam w pamięć, szczególnie, jeśli przesłuchacie ich kilkukrotnie. Zazwyczaj nie różnią się zwykle działaniem od tych utworów, które wymieniłam wcześniej, a można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.



Jeśli chodzi o muzykę i czytanie książek, to tyle ode mnie :) Co o tym sądzicie? Macie jakiś ulubionych muzyków, których słuchacie przy książkach? 

wtorek, 26 maja 2015

Musicale mają moc!

Słucham różnych gatunków muzyki, niestety, nie mam dobrych słuchawek, ściany są cienkie... dlatego nie mogę słuchać głośno rocka, czy metalu, a to zdecydowanie utrudnia mi odbiór tych utworów, które mają być mocne... z tego względu często idę w stronę piosenek z musicali - lubię, gdy utwór jest częścią jakiejś historii, której fragment mogę mieć wtedy w głowie, przy okazji często są dość rytmiczne i po prostu przyjemne, dlatego na stałe goszczą w moim repertuarze. Jeśli też czasem lubicie takiej muzyki posłuchać, lub też - jesteście ciekawi, jaka jest, zapraszam do listy kilku utworów, które lubię i od czasu do czasu słucham :)


Wicked - No Good Deed
Jeśli chcecie polską wersję tego utworu, zapraszam tutaj, bo jest całkiem dobra :) To ciekawa po względem tekstu i naładowana emocjonalnie piosenka. Gdy mam zły nastrój i jestem zdołowana, jednocześnie chcąc się na kimś wyżyć, nie raz w jakiś dziwny sposób poprawia mi humor.

Les Miserables - On My Own
Nie byłabym sobą, gdybym nie wrzuciła tutaj tej piosenki i to w wykonaniu mojej ukochanej Lei Salongi. Uwielbiam głos tej kobiety, jednocześnie nie raz świetnie wczuwając się w nastrój tego utworu i choć wiem, że książkowa Epomine w życiu tego by nie zaśpiewała... to i tak do niej często wracam.

Notre-Dame de Paris - La monture
Zazwyczaj słucham tego utworu w polskiej wersji językowej, bo najzwyczajniej w świecie nie przepadam za francuskim i po prostu lepiej mi się jej słucha. Co jak co, ale... gdybym miała grać w tym musicalu, nie chciałabym głównej kobiecej roli, jaką jest rola Esmeraldy, a właśnie, wolałabym być niekoniecznie fajną Fleur De Lys... choćby przez wzgląd na ten utwór, który z bliżej niewyjaśnionych powodów lubię.

Jekyll i Hyde - Konfrontacja
Wrzucam tu tylko polską wersję, jako, że tylko jej w ogóle słucham :) Uwielbiam to wykonanie! Pan Adrian Wiśniewski jest świetnym aktorem z dobrym głosem i zarówno słuchanie, jak i oglądanie nagrania jest dla mnie czystą przyjemnością.

Shrek - I Know It's Today
Shreka uważam za przyjemną baśń zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci, a na scenie wypada całkiem nieźle. Szczerze, uwielbiam ten utwór! Jest nieco smieszny, przyjemnie się go słucha... i oddaje klimat filmu :D 

Next to Normal - I'm Alive
Nie mam pojęcia o czym jest ten musical, ale fakt, że piosenka jest na prawdę chwytliwa, czasem u mnie gości, szczególnie, gdy mam dobry humor. Prosta i niewymagająca, a czasem... właśnie na to mam ochotę :)


A Wy? Oglądacie musicale? Słuchacie z nich muzyki? Czy może wcale nie interesuje Was coś takiego?
Nomida zaczarowane-szablony