Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał fantastyczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał fantastyczny. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 października 2023

Klątwa dla demona: powrót do statusu quo


Warszawskiej enklawie magów zagraża poważne niebezpieczeństwo: ktoś próbuje utknąć zakazaną, potężną klątwę, pozbawiając życia czarodziejów. Jagoda Wilczek zostaje wezwana jako specjalistka na miejsce zbrodni, ale sama nie ma pojęcia, co takiego dzieje się w stolicy.

Klątwa dla demona
Magdalena Kubasiewicz
wyd. SQN, 2023
cykl Wilcza Jagoda, t. 3


Trzeci tom cyklu „Wilcza Jagoda”, czyli „Klątwa dla demona”, moim zdaniem jakością dorównuje tomowi pierwszemu. Jest poprawny, lekko napisany, ale brakuje mi w nim czegoś więcej, co sprawiłoby, że nie mogę odłożyć lektury.

Mam wrażenie, że pierwszy i trzeci tom są lepszymi kryminałami, jednak to przy drugim, który skupiał się na budowaniu relacji Jagody i Caleba odczułam najwięcej emocji. Co prawda był on spoilerem sam dla siebie, ale nie jestem czytelniczką, która w kryminale szuka kryminału, a ciekawych postaci i kreatywnych rozwiązań. Tych drugich nie było tam zbyt wiele, ale bohaterowie w moim odczuciu mieli swój moment. W „Klątwie dla demona” wracamy trochę do statusu quo: to przede wszystkim raczej przeciętny kryminał, który przy okazji próbuje przedstawić nam relację protagonistki z otoczeniem, ale robi to jakoś trochę mdło.

Dla mnie ta powieść jest po prostu całkiem przyjemnym, rozrywkowym przeciętniakiem, który fajnie „wchodzi” w trudniejsze dni, zresztą to może być spokojnie lektura na jeden dłuższy wieczór, ale nie widzę w niej nic więcej, a o takich książkach najtrudniej się mówi/pisze. Bo tu niby wszystko gra: bohaterowie są OK, fabuła jest rozplanowana całkiem zgrabnie. To też dość bezpieczny wybór, w którym nie ma ani nadmiaru romansu, ani nadmiaru ckliwości, scen dla dorosłych też tu nie uświadczycie, a z bohaterami łatwo można się utożsamić. Autorka korzysta ze znanych motywów, układając je po swojemu, ale raczej nie zaskakując jakoś szczególnie. W związku z tym ta powieść powinna odpowiadać wielu czytelnikom i jak najbardziej rozumiem, jeśli komuś „Klątwa dla demona” po prostu „siądzie”.

Mnie w tym tomie jednak ponownie brakuje „czegoś”. W drugim tym „czymś” była relacja Jagody i Caleba. W tym nieszczególnie mnie już interesowała, tak samo jak inne znajomości protagonistki. Styl Magdaleny Kubasiewicz jest poprawny i rzemieślniczy, ale nie wybija się niczym ponad przeciętność, nie ma w sobie nic bardzo charakterystycznego. Fabuła również nie jest dla mnie niczym nowym.

Tu warto dodać, że o ile poprzednie części są zamkniętymi sprawami, tak ta książka to maksymalnie połowa opowieści. Także warto mieć to na uwadze i np. z lekturą tomu trzeciego poczekać na premierę czwartego. 

W związku ze wszystkim powyższym, o ile uważam, że jak najbardziej warto ten cykl, z trzecim tomie włącznie, wcisnąć w swoje czytelnicze plany, właśnie jako „rozluźniacz” w trakcie ciężkiego tygodnia albo w przerwie pomiędzy cięższymi książkami to ja zdecydowanie nie czytałam jej z zapartym tchem i choć po kolejną część pewnie sięgnę, to nie będzie mi się jakoś szczególnie do niej palić.


sobota, 24 czerwca 2023

Przysługa dla czarnoksiężnika: więcej życia w historii o Wilczej Jagodzie

 



Gdy na progu Jagody zjawa się ranny Uczeń Czarnoksiężnika i prosi o przysługę, ta nie ma wyboru. Wpuszcza mężczyznę do środka, obiecując mu ochronę, która ma być wypełnieniem magicznego przyrzeczenia. Mężczyzna nie chce jednak zdradzić, co takiego mu się stało i co mu zagraża. W tym czasie w mieście zaczynają ginąć samotne czarownice.


Być może „Kołysanka dla czarownicy” nie wychodziła poza bycie solidną, poprawną powieścią to jednak była na tyle przyjemna, że nie wahałam się z sięgnięciem po „Przysługę dla czarnoksiężnika”. Mimo wszystko nie mamy obecnie na rynku wielu tego typu książek. Większość rozrywkowego fantasy jest niestety i tak na znacznie niższym poziomie. I okazało się, że w trakcie lektury drugiego tomu mogłam miło się zaskoczyć.

Przysługa dla czarnoksiężnika
Magdalena Kubasiewicz
wyd. SQN, 2022
Cykl Wilcza Jagoda, t. 2

Nie zrozumcie mnie źle. Ta książka to dalej przede wszystkim solidna i nie wychodząca ponad przeciętność rozrywka. Ona absolutnie nie jest i nawet nie próbuje być czymś więcej. Styl Kubasiewcz dalej jest tym rzemieślniczym i poprawnym, a świat przedstawiony nie staje się nagle jakiś wyjątkowo ciekawy i oryginalny. Jednakże ten tom ma dwie zalety, które moim zdaniem sprawiają, że (zwłaszcza dla mnie, na osobistym poziomie) jest lepszy od poprzedniego.

Po pierwsze fabuła. „Kołysanka dla czarownicy” była tak sztampowym kryminałem urban fantasy jak to tylko jest możliwe. Poprawnie rozpisanym, ale bez niczego więcej. Tutaj dalej krążymy wokół popularnych motywów, ale jednak dostajemy więcej tajemnicy, więcej jakiś drobnych twistów. Historia jest jakby gęstsza i lepiej nabudowana, choć książka wcale nie jest dłuższa.

Po drugie bohater. I to akurat jest scricte moja osobista słabość. Za każdym razem, gdy myślę, że jednak z tego typu postaci „wyrosłam” to okazuje się, że jednak kompletnie nie. [drobne spoilery] Nasz Uczeń Czarnoksiężnika, czyli Caleb to wypisz wymaluj Kruchy z „Szamanki od umarlaków”, tylko wsadzony w nieco inny setting. To w teorii szary bohater, który w gruncie rzeczy jest dobrym, choć nieco ironicznym typem. I z powodu mojej sympatii do tego typu bohaterów, ta historia po prostu dla mnie ma w sobie nieco więcej życia.

Wydaje mi się jednak, że Kubasiewicz strzeliła sobie w stopę jednym wyborem fabularnym, który sprawia, że zakończenie historii dość szybko staje się właściwie jasne. [spoiler] W którymś momencie Sonia, uczennica Jagody, wpada na młodego chłopaka o przezwisku Neo  i zaczyna się z nim spotykać. Chwilę później główna protagonistka dostaje informację, że w magicznej wersji policji pracuje osoba, której przezwisko również ma coś ze słowem „neo” wspólnego. I to niestety jest po prostu zbyt oczywisty trop, podany zbyt wcześnie, co może zepsuć zabawę tym, którzy głowią się nad fabularnym rozwiązaniem.

Cóż mogę więcej? Miło było. Bez szału, ale miło i w końcu mam wrażenie, że z życiem. Oby w dalszych tomach Kubasiewicz pokazywała tylko coraz lepszą jakość.



czwartek, 15 czerwca 2023

Martwy Dżinn w Kairze i inne opowiadania: widać niedociągnięcia



Początek „Dewbadu” sprawił, że zaczęłam mieć ochotę na magiczny Kair. Niestety, tamten cykl mi tego absolutnie nie dał. W swoim niezaspokojeniu od razu kupiłam więc dwa domu z uniwersum P. Djèlí Clarka, które rozpoczyna zbiór trzech opowiadań „Martwi dżin w Kirze i inne opowiadania”. W końcu, jeśli on nie dałby mi magii i Kairu, to już nie wiedziałabym chyba, gdzie go szukać. 

Martwy Dżinn w Kairze i inne opowiadania
 Djèlí Clark
wyd. Mag, 2022

I owszem, dostałam niby te tropy, których chciałam, ale sama jakość tekstów nie dostarczyła mi na tyle, jak bardzo bym chciała. Przyznaje: miałam ochotę na coś znacznie bardziej kreatywnego i lepszego, zwłaszcza wiedząc, co wydawnictwo Mag potrafi wybierać i wydawać.

Zbiór otwiera tytułowe opowiadanie. Główna bohaterka, Fatma, to ta typowa-nietypowa protagonistka. Jest inna niż wszyscy, nosi melonik, garnitur i jest jedyną kobietą w zespole, co w Kairze na początku XX wieku czyni z niej białego kruka. Szybko odkryłam, że mam tu do czynienia z bardzo typowym urban fantasy, co już spowodowało u mnie zawód, tym bardziej potęgowany, im głębiej wchodziłam w to opowiadanie.

Bo coś mi w nim wyraźnie nie grało. Styl był toporny, pojawiały się powtórzenia i wszystko brzmiało jakoś nienaturalnie, niewprawnie. Nie wiem, w jakim stopniu to kwestia tłumaczenia, a jak bardzo oryginalnego stylu autora, ale coś tu zdecydowanie nie gra. Sam setting, choć niby nietypowy, też mnie nieszczególnie zaskakiwał, a fabuła szybko zaczęła nużyć. 

Na szczęście drugi tekst wypadł lepiej. „Anioł z Chanu al-Chalili” jest bardzo krótkim opowiadaniem, traktującym o pewnej nastolatce, która poszukuje tytułowej istoty, prosząc o coś dla siostry. Nie jest to być może nic nadzwyczajnego, ale jest bardziej kreatywne i koncepcyjne, dlatego miałam nadzieje, że być może ten zbiór jeszcze pójdzie w tę stronę. Ale niestety, „Nawiedzony tramwaj numer 15” to ponownie typowe kryminalne urban fantasy, choć mimo wszystko, lepsze od pierwszego.

W tym przypadku bohaterzy to towarzysze Fatmy z biura, choć ona sama pojawia się tylko jako piątoplanowa postać. Mają do rozwiązania problem: jeden z tramwajów nawiedziło i muszą odkryć, cóż to takiego. To prosty, ale sympatyczny pomysł. Jego wykonanie zaś jest poprawne, w przygodowym klimacie, choć również ma toporne momenty (ekspozycja wygląda, jakby bohaterzy cytowali encyklopedie). Nic nadzwyczajnego, ale gdyby tekst znalazł się w antologii wielu autorów, pewnie uznałabym, że było OK, szybko zapomnę, i poszłabym dalej.

Jako że mam już na półce powieść to na pewno po nią sięgnę, ale przyznaję, że ten początek z cyklem był dla mnie średniozachęcający. Nastawiłam się na więcej, niż dostałam. Ale jeśli ktoś szuka po prostu kryminału urban fantasy w niekoniecznie typowym settingu to jak najbardziej, można tym historiom dać szansę.



środa, 17 maja 2023

Kołysanka dla czarownicy: solidne, rozrywkowe i kryminalne urban fantasy

 

Niezbyt utalentowany nekromanta odkrywa w zapomnianym grobowcu śpiącą dziewczynę. Jagoda Wilczek jest proszona o konsultację i odkrywa, że została na nią nałożona klątwa, która wygaśnie za kilka dni. Wkrótce jej brat zostaje zaatakowany, a wszystkie tropy prowadzą do ciemnowłosej nieznajomej.



Gdy przeczytałam opowiadanie o Jagodzie Wilczek w antologii „Harde baśnie”, wiedziałam, że „Kołysanka dla czarownicy” będzie miłą lekturą na oderwanie się. A że leżała już na mojej półce to po prostu po nią sięgnęłam, co tu dużo mówić. I przyznaję, było miło. Ale przy okazji w tej historii nie było w gruncie rzeczy niczego szczególnego.

Kołysanka dla czarownicy
Magdalena Kubasiewicz
wyd. SQN, 2022
Cykl Wilcza Jagoda, t. 1

Opowiadanie, jak to z nimi bywa, było bardziej skondensowane. Dlatego pewien brak wyjątkowości samego świata nie był aż tak widoczny, ale tu, co tu kryć, jest. Ot, mamy magiczny świat za zasłoną. Magów, którzy żyją we współczesnym świecie. Mają różne talenty, istnieją wielkie rodziny i ogólnie się dzieją rzeczy, ale to nie tak, że mamy tu jakąś jedną charakterystyczną cechę uniwersum. W gruncie rzeczy, gdyby ktoś mi powiedział, że to jest ten sam świat, który pojawia się w „Szamance od umarlaków” Raduchowskiej to po prostu nie miałabym żadnego większego „ale”. Jednocześnie jednak wszystko się na tyle dobrze składa w całość, że na tę historię taki świat przedstawiony jest po prostu wystarczający.

Brak cech charakterystycznych dostrzegam też w samym stylu autorki, przynajmniej w przypadku tej powieści. To rzemieślniczy, poprawny, ale też prosty język. Przez to historię czyta się miło, lekko i płynnie, co jest w porządku, gdy mówimy o literaturze rozrywkowej, ale jeśli ktoś oczekuje czegokolwiek więcej od języka, w którym napisana jest książka: to nie tutaj.

Ta książka to przede wszystkim jednak historia kryminalna. I jako taka wypada w porządku. Nie jest tak porywająca, że nie mogłam się od niej oderwać, ale jest wystarczająco wprawnie poprowadzona, bym była w stanie się w nią wciągnąć i z ciekawością śledzić poczynania bohaterów, a w gruncie rzeczy o to też chodzi. Sama Wilcza Jagoda to sympatyczna bohaterka: wciąż młoda, ale mająca w sobie pewien spokój i pewność siebie. To nie młoda Ida, która co chwilę panikuje i gra żartem przez swój charakter, ani nie Dora Wilk wykreowana przez Anetę Jadowską, która co chwilę idzie z kimś do łóżka. Jagoda jest „ascetyczna”, spokojna, stonowana. I to w gruncie rzeczy jej siła, bo takich bohaterek zbyt wielu nie ma.

Podoba mi się też to, że nie jest to historia o zbyt dużej stawce. Owszem, pojawia się jakieś zagrożenie, ale jest ono „mierzalne” i nic nie zmierza jak na razie do końca świata. Ponadto historia została dobrana tak, aby opowiedzieć trochę o historii rodziny Jagody, co pozwala lepiej ją poznać i nieco bardziej się z nią zżyć, a to nie jest bez znaczenia przy pierwszym tomie cyklu.

Było miło, ale nie nadzwyczajnie. Co prawda, nie jest to jakiś szczególnie duży problem w tym przypadku. Mimo wszystko tego typu kryminalnego urban fantasy, osadzonego w Polsce nie mamy na rynku zbyt dużo, a to jest naprawdę przyjemna lektura. Bardzo „bezpieczna” i doskonale nadająca się do tego, aby rozluźnić się przy książce. Na pewno zadowoleni z niej będą również ci, którzy lubią retellingi i wariacje na temat baśni. Ale jednocześnie nie czuję, aby to w tej chwili była historia, która mi bardzo mocno zapadła w pamięć.



sobota, 13 maja 2023

Harde baśnie: miła lektura na trudniejszy czas

 


O ile „Harde Baśnie” wspominam jako bardzo przeciętną antologię, w której może wybijały się 2-3 opowiadania, ale i te nie trafiły do moich ulubionych, tak „Harde baśnie” okazały się zaskakująco równym i przyjemnym pod kątem rozrywkowym zbiorem. Choć może dalej nie są to TE teksty, które zapamiętam na bardzo długo, to najzwyczajniej w świecie po prostu przy większości z nich całkiem dobrze się bawiłam.

Harde baśnie
antologia wielu autorek
wyd. SQN, 2020

Właściwie mamy tu dwa teksty, które mogą być nieco mniej przyjemne. Jeden z nich to niepokojąca przeróbka baśni o sześciu łabędziach, a drugie to opowiadanie, które zakwalifikowałabym jako fikcję klimatyczną. Ta z założenia zbyt przyjemna nie jest, ale jednocześnie mam wrażenie, że to tekst, który pasuje do antologii jak pięść do nosa, bo nijak nawiązuje do baśni. Poza tym, skoro zaczynam od negatywów, nie zrozumiałam absolutnie nic z opowiadania nawiązującego do „Ogniem i mieczem”, bo… nie znam „Ogniem i mieczem”. Ale to już w gruncie rzeczy mój problem.

Poza tym mamy tutaj trzy opowiadania kryminalne. Jedno napisała Jadowska, a jego główna bohaterka to Dora Wilk (wolę tę autorkę w opowiadaniach, zdecydowanie). Autorką drugiego jest Magdalena Kubasiewicz, która tutaj pokazała się ze strony naprawdę przyjemnej, rozrywkowej twórczyni, a trzecie napisała Anna Hrycyszyn. To tekst, który stoi na podobnym poziomie, co Kubasiewicz, chociaż z tych trzech osobiście chyba najbardziej lubię właśnie to. Klimat wiktoriańskiego świata jakoś najbardziej mi odpowiada.

Marta Kisiel w swoim opowiadaniu otwarciem w miły sposób nawiązuje do „Wiedźmina”. Podobał mi się tekst Agnieszki Hałas przez nawiązanie do legend. Anna Kańtoch w tym wydaniu to jej raczej średni poziom, co ogółem oznacza naprawdę przyzwoity tekst, zaś Martyna Raduchowska napisała rzecz przyjemną, klimatyczną, choć w moim odczuciu już aż zbyt sztampową. Przyznaję, mam chyba powoli dość Czerwonego Kapturka w takiej roli. Bez wątpienia urocze jest też opowiadanie zamykające całą antologię, które napisała Aleksandra Janusz. Żałuję w ogóle, że tak mało dostajemy od niej powieści, ponieważ w jej pracach jest coś przyjemnego i kojącego.

Trudno trafić na rozrywkową antologię, z której niemal każdy tekst jest miły w odbiorze. Dlatego, choć „Harde Baśnie” są trudno dostępne, to wydaje mi się, że jednak warto spróbować je zdobyć i dać im szansę. To idealna antologia na trudniejszy czas, kiedy człowiek chce po prostu odpocząć, przy czymś niekoniecznie długim i zatopić się trochę w baśniowym świecie. I choć wiem, że większości poszczególnych tekstów nie będę pamiętać to na pewno sama antologia zostawi w moich wspomnieniach ciepły, miły ślad. A wydaje mi się, że o to trochę w jej przypadku chodziło.



sobota, 11 marca 2023

Legion: Sanderson jednak nie pisze dla mnie?


Stephen Leeds ma halucynacje. Wyobraża sobie osobowości, które pomagają mu w codziennym życiu. Dzięki nim wie więcej niż zwykły człowiek. To pozwala rozwiązywać mu różne zagadki i pakować się w niebezpieczne przygody.



Ostatni raz czytałam Sandersona w 2017 roku. Wówczas trochę się na niego „obraziłam”, bo po obiecującym „Z mgły zrodzonym” kolejne pięć tomów cyklu stawało się coraz słabsze i słabsze. Jednak po latach uznałam, że dam mu szansę i sprawdzę jego „Legion”. I okazuje się, że albo źle wybrałam, albo po prostu jest mi z tym autorem nie do końca po drodze.

Legion: Wiele żywotów Stephena Leedsa
Brandon Sanderson
wyd. Mag, 2019

Ta niedługa książka zawiera trzy opowiadania/minopowieści Sandersona o jego bohaterze, Stephenie Leedsie i jest jedną z niewielu historii tego autora zahaczającą bardziej o fantastykę naukową, niż o czyste fantasy. Aczkolwiek to SF w wydaniu bardzo komiksowym. Nie ma tu zbyt dużej ilości technologii czy czegokolwiek takiego. Po prostu główny bohater ma zaburzenie osobowości, które w tej formie podpada bardziej pod tę „naukową” część fantastyki.

W gruncie rzeczy ta książka to właśnie komiksowa sensacja z drobną domieszką kryminału. Akcja goni akcję, a sama historia stoi przede wszystkim dialogami. Zaś ponieważ Leeds ma wokół siebie ponad 40 różnych osobowości, to te rozmowy tutaj naprawdę dominują. Opisów jest niewiele, tylko tyle, ile jest koniecznie potrzebne.

I jak najbardziej rozumiem, że komuś taka stylistyka może się najzwyczajniej w świecie podobać. Z tym że ja się do takich osób po prostu nie zaliczam. Nie przepadam za komiksem przeniesionym na karty książki – zwykle po prostu mi się to gryzie. Zwłaszcza w wydaniu sensacyjnym, bo po pierwsze, za sensacją ogólnie również nie przepadam, po drugie takie książki często wypadają zaskakująco… pusto, nijako. Tak jak w tym przypadku.

Brakuje mi tutaj czegoś. Czegokolwiek więcej. Wiem, że Sanderson potrafi być kreatywny i jest w stanie wymyślić ciekawe przypadku i światy, ale ten konkretny przypadek jest dla mnie dość wtórny.  Nie interesowała mnie ani fabuła tych krótkich opowieści, ani relacje pomiędzy osobowościami Leedsa, których po prostu było zbyt dużo. I choć nie jest to tragicznie napisana rzecz,  to po prostu czułam duże braki w trakcie lektury.

Jeśli moje „wady” uważacie za „zalety”, to jak najbardziej możecie sprawdzić „Legion”. Dobrze wiem, że jest grupa czytelników, która właśnie takich powieści szuka i dobrze też, że takie historie dla tych osób są. A ja jak na razie pewnie znów na jakiś czas porzucę twórczość Sandersona. Choć być może na krócej, bo coś mi od niego na półce już stoi.



sobota, 1 stycznia 2022

Niepełnia: opowiem Ci historię o...


W białym domu znajdującym się na odludziu dochodzi do tragedii. Zginęła kobieta. Policja odnajduje na miejscu bladego jak ściana mężczyznę, który jest wyraźnie w szoku. Niestety, z powodu śnieżycy nie trafia od razu na przesłuchanie. Dlatego też zaczyna snuć policjantce opowieść o pewnej zaginionej dziewczynie, która podobno ma jakiś związek z wydarzeniami z tego dnia.


 

Anna Kańtoch to utalentowana pisarka i tego chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba. Dlatego w moje ręce wpadła kolejna jej powieść. Tym razem to „Niepełnia” – rzecz z 2017 roku, będąca gdzieś na pograniczu kryminału i horroru, raczej dość trudna do jednoznacznego zdefiniowania.

Niepełnia
Anna Kańtoch
wyd. Powergrah

Przyznaję, że sięgając po nią nie miałam pojęcia, co tak naprawdę trafia w moje ręce i gdy otwarłam książkę, trochę się zdziwiłam. Nie dość, że dostajemy ok. 230 stron treści (czyli niewiele) to jeszcze z naprawdę dużą czcionką, dlatego to dosłownie książka na pół wieczoru. Szybko jednak okazało się, dlaczego – „Niepełnia” to głównie zabawa formą, a takie rzeczy często po prostu są dość krótkie.

W każdym razie ta zabawa wciąga. Autorka tworzy pewną pętlę wydarzeń, bawiąc się chronologią i połączeniami pomiędzy kolejnymi rozdziałami. Sieć zależności aż kusi, by to wszystko sobie elegancko rozpisać i na własną rękę dojść do tego, co w jaki sposób się tu w ogóle wydarzyło. Jeśli zaś połączymy to z dobrym stylem Kańtoch, który jest po prostu świetny warsztatowo, a jednocześnie całkiem rozrywkowy to dostajemy coś, na co naprawdę warto zwrócić uwagę.

Cały ten koncept kojarzy mi się mocno z tym, co autorka zrobił w swoich „Przedksiężycowych”. Oczywiście różnice są, chodzi tu zresztą o coś innego, ale po prostu jestem w stanie wyzuć, że te pomysły pochodzą od jednej osoby. Różnica jest taka, że mimo wszystko jej starsze dzieło jest lepsze i bardziej dopracowane i daje lepszy efekt, jeśli chodzi o zakończenie.

Dlaczego? Bo „Przedksiężycowi” kończą się tak, że wszystko nagle wskakuje na swoje miejsce. Ta dziwaczność i zabawy ze słowem i czasem mają sens. „Niepełnia” zaś pozostawia tylko właśnie – niepełni. Niepełnie w zrozumieniu tej historii, niepełnie, jeśli chodzi o jej interpretację. Z jednej strony szanuję za pewną otwartość, z drugiej – spodziewałam się po prostu lepszego podsumowania tej zabawy.

Niemniej, to ciekawa powieść pod kątem formy, którą można na różnorodne sposoby analizować. Która jednocześnie porusza ciekawe tematy społeczne i pozostaje dobrą rozrywką. A że nie jest długa i na pewno nie zajmie dużo czasu to wydaje mi się, że naprawdę warto dać jej szansę.


czwartek, 23 września 2021

Nowi ludzie: świat z początku lat 2000

 


Po tym, jak z ledwością doczytałam „Vertical”, książki Rafała Kosika wzbudzają we mnie pewien dystans. I choć podobał mi się zarówno czytany później „Różaniec”, czy jedna z jego książek dla dzieci to tak czy siak, zawsze boję się, że będzie ciężko, że będę się nudzić i męczyć w trakcie lektury. Dlatego „Nowi ludzie” przeleżeli mi chwilę na półce, nim po tę książkę sięgnęłam. Moje lęki jednak okazały się całkiem irracjonalne.

Głównie dlatego, że ten zbiór opowiadań składający się z dziesięciu tekstów po prostu dobrze się czyta. Styl Kosika jest po prostu przystępny, ale z odpowiednim ciężarem. Ma też w sobie pewną klasę, której brakuje niektórym autorom. I to dotoczy wszystkich opowiadań – także tych, które podobały mi się nieco mniej.

Nowi ludzie
Rafał Kosik
wyd. Powergraph, 2013

Na dziesięć tekstów, jeden to fantasy, a pozostałe są dość klasycznym SF z akcją osadzoną (zwykle) w Polsce. Mamy tu trochę dystopii, sporo post-apokalipsy, jest odrobina kryminału. Opowiadania Kosik pisał w latach 2000-2002 i właściwie lwia część z nich wydaje się wyrażać lęki autora związane z tym, w którą stronę zmierza świat sprzed dwudziestu lat. Czytanie ich po takim czasie jest dość ciekawe samo w sobie, bo pozwala zweryfikować wyobrażenia twórcy z tym, co dzieje się dzisiaj. Dla przykładu, mamy na przykład tekst napisany po ataku na WTC, czy też opowiadanie w karykaturalny sposób przedstawiające dążenie do równości wszystkich i wszystkiego.

Tu chyba warto zaznaczyć, że Rafał Kosik, jako twórca, jest raczej po tej „prawej” stronie barykady, a przynajmniej był, gdy te opowiadania pisał. Jednak należy też zauważyć, że nie jest on rzucającym przekleństwami i wyzwiskami Jackiem Piekarą. Jego twórczość jest stonowana, napisana – jak już wspominałam – z pewną klasą. Dlatego raczej odbieram przedstawione przez niego historie właśnie jako wyraz pewnych lęków. I choć oczywiście krytykuje on pewne postawy, to np. robi to moim zdaniem znacznie lepiej, niż Jarosław Grzędowicz w swoim „Hel-3”.

Jednym z opowiadań, które jest chyba najbardziej karykaturalne i dotyczy właśnie tematyki równościowej są tytułowi „Nowi ludzie”. Ten tekst jest wyraźnie przerysowany i wyraźnie żartobliwy, a przez to jest jednym z tych, który najbardziej się w tym zbiorze wybija. Jednak muszę przyznać, że i tak moim ulubionym jest „Partyline”. Być może to dlatego, że mimo wszystko zwykle wolę fantasy, a może przez to, że akurat potrzebowałam trzymającego w napięciu kryminału fantastycznego, ale to zdecydowanie mój ulubiony tekst z tego zbioru.

Pozostałe były raczej po prostu w porządku. Czytało mi się je całkiem płynnie, choć były momenty, że potrafiły mnie lekko znudzić. Nie okazały się szczególnie wyjątkowe, ale też nie widzę większych powodów do narzekań.

Wydaje mi się, że jeśli ktoś szuka takich dość porządnych i raczej klasycznych opowiadań science-fiction to po „Nowych ludzi” Kosika powinien sięgnąć. To przyjemna lektura, choć ogólnie rzecz biorąc, niebędąca czymś szczególnie wyjątkowym. Dlatego też nie odbieram jej jako „must read”, chociaż do „Partyline” pewnie jeszcze kiedyś sobie wrócę.


niedziela, 11 lipca 2021

Diabeł w maszynie: Doyle w fantastycznym wydaniu?


Domenic Jordan jeszcze nie do końca pogodził się ze stratą bliskiej sobie osoby, a już stoją przed nim kolejne zagadki, które musi rozwiązać. Zarówno te magiczne, jak i zwyczajne, ludzkie. W końcu czasem najgorsze demony tkwią w człowieku, nie w potworach z innych wymiarów.

 

„Diabeł w maszynie” jest trzecim i przynajmniej na razie ostatnim tomem z cyklu Anny Kańtoch o Domenicu Jordanie. I choć początek opowieści o tym bohaterze nie był szczególnie porywający, to dwa kolejne tomy są kawałkiem naprawdę bardzo dobrej fantastyki z mocnymi, kryminalnymi akcentami.

Diabeł w maszynie
Anna Kańtoch
wyd. Powergraph, 2019
Domenic Jordan, t. 3

O ile w tomie drugim autorka skupiała się mocno na samym Domenicu i jego charakterystycznych cechach to w ostatniej części skupia się już na zagadce. I w tej części fakt, że mamy do czynienia z opowiadaniami coraz bardziej się zaciera. Choć każdy „rozdział” to odrębna sprawa, pewne elementy się przenikają i łączą. Aby znaleźć pełną odpowiedź na pytania nawet z poprzednich tomów, trzeba po prostu przeczytać całość. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że właściwe „Diabeł w maszynie” najzwyczajniej w świecie jest powieścią, jednak taką, która udaje krótszą formę.

Kańtoch bawi się typowymi dla kryminałów motywami, jednak w dalszym ciągu jest tu jednak raczej jak Doyle, a nie Christie. To bohater oraz sposób narracji w dużej mierze „sprzedaje” te opowieści, choć nie będę ukrywać – do samej fabuły historii też raczej wielkich zarzutów nie mam. Opowiadania mają dobre puenty, są fajnymi miniaturami w ramach większej całości, a przy okazji nie sprawiają wrażenia jedynie czystej rozrywki. Mają w sobie typową dla Kańtoch klasę.

Ta autorka ma w swoim stylu coś pociągającego. Jej tekstu czyta się doskonale. Wciągają i chcą być czytane (naprawdę, kończąc książkę miałam zamiar przeczytać 5 stron… a przeczytałam wszystkie pozostałe 100). Ale jednocześnie nie brakuje u niej ani dobrego spojrzenia we wnętrze bohatera, analizy otaczającego Jordana społeczeństwa, bystrych spostrzeżeń, ładnych metafor. Przez to opisywany świat z jednej strony jest całkiem wiarygodny, a postacie pełnokrwiste. Z drugiej zaś opowieści mają w sobie pewną baśniowość, nawet jeśli nie ma w nich zbyt wiele magii.

Jedyny większy problem, jaki zaczęłam zauważać, tyczy się kreacji świata przedstawionego. Mimo wszystko te realia są trochę… niejasne. Rzecz dzieje się w Europie, ale przy tym – zdaje mi się – w jakimś fikcyjnym państwie. Niby tu jest magia – ale nie jest właściwie do końca sprecyzowana. To znaczy, rozumiem, że taki był pomysł i że magiczne moce są tu raczej stworzone w bardzo „miękki” sposób, ale brak odpowiedniego zdefiniowania ich może nieco przeszkadzać, gdy to one są głównym rozwiązaniem przedstawionej w tekście zagadki.

Aby już więcej nie narzekać, muszę dodać, że ten ostatni tom naprawdę dobrze spina całość. Choć z radością przygarnęłabym więcej opowieści o Domenicu to jednocześnie te trzy książki stanowią spójną, zamkniętą całość. Więcej tu po prostu nie potrzeba, a jeśli chciałabym czegoś od Kańtoch związanego z jej detektywem to chyba wolałabym, by przepisała tom pierwszy tak, by dorównywał jakościom kolejnym. Ale z drugiej strony, to debiut. Niech będzie, jaki jest; przynajmniej dobrze świadczy o autorce, bo dzięki niemu widać, jak bardzo się rozwinęła w trakcie swojej pisarskiej kariery.

Rzecz jasna „Diabeł w maszynie” to nie są „Przedksiężycowi”. To znacznie łatwiejsza opowieść, zarówno jeśli chodzi o sam koncept, czy kreacje świata. Ale o ile klasyczny kryminał potrafi mnie nużyć, o tyle wmieszanie go do fantastyki, wraz ze świetnym bohaterem, to jest coś, czego chce. Zwłaszcza gdy robione jest tak, jak w tym przypadku.


niedziela, 4 kwietnia 2021

Zabawki diabła: jeden z najciekawszych detektywów polskiego fantasy

 

Z wykształcenia medyk, zaś z zawodu i zamiłowania specjalista od spraw nieczystych oraz detektyw. Przed Domenicem Jordanem stają kolejne zagadki do rozwiązania. Co kryje się w zakładzie dla obłąkanych i co wspólnego ma cierpiąca na choroby genetyczne rodzina z karnawałową tragedią?

 

Debiuty to często najsłabsze książki autorów. Pisarze rozkwitają zwykle dopiero nieco później, gdy już opanują sztukę panowania nad swoim słowem oraz narracją, co po prostu wymaga wprawy, czasu oraz długich godzin spędzonych z redaktorem na poprawianiu własnych błędów. Dlatego, mimo że „Diabeł na wieży” Anny Kańtoch po prostu był dość kiepską książką to postanowiłam sięgnąć po kontynuację, czyli po „Zabawki diabła”. Znając inne tytuły stworzone przez tę autorkę byłam przekonana, że kolejny zbiór tekstów o Jordanie będzie najzwyczajniej w świecie lepszy. I – uwaga, uwaga – był!

Zabawki Diabła
Anna Kańtoch.
wyd. Powergaph, 2019
Domenic Jordan, t. 2

W pierwszym tomie widać było zalążki dobrego stylu, jakim Kańtoch posługuje się w swoich świeższych książkach. Klimat opowiadań (bo cykl o Domenicu Jordanie właśnie z nich się składa) psuła jednak dość nierówna narracja, czy teksty pozbawione odpowiedniej puenty. Sam główny bohater wydawał się dość… nudny. Widać, było, że Kańtoch ma w głowie jakąś jego konkretną wizję i że to on powinien być tym najciekawszym elementem nieco detektywistycznych historii (jak w przypadku Scherlocka Holmesa), ale to po prostu nie działało tak, jak powinno. Lektura była więc zjadliwa, ale w żadnej mierze niesatysfakcjonująca.

Za to tom drugi to sześć naprawdę bardzo klimatycznych opowiadań z niezwykle ciekawym głównym bohaterem. W końcu całość zaczęła wybrzmiewać tak, jak powinno być to jej dane od początku i nie miałabym nic przeciwko, gdyby historia Domenica rozpoczęła się właśnie od tego tomu.

Zacznijmy może od tego, co w przypadku tej historii „kręci mnie” absolutnie najbardziej. Sięgając po te książki spodziewałam się inteligentnego, może nieco ekscentrycznego bohatera, który jednak będzie tym dziwakiem, do którego będą pałać miłością wszystkie czytelniczki. Taką postacią jest choćby Miller z „The Expanse” czy sławny Dr House, o Holmesie nie wspominając. Z tym że, posługując się anglikanizmem, Domenic Jordan w moim odczuciu w żadnym razie nie jest „hot”. I nie próbuje taki być. Dzięki temu jest zaś najzwyczajniej w świecie ciekawszym charakterem.

Jordan po tej książce z niby-tajemniczej i niby-inteligentnej postaci, jawi mi się jako charakter dość kleisty. Ze spoconymi dłońmi, wiecznie unikający słońca i niestroniący od używania tłustych maści, przez które na pewno jego twarz bezustannie błyszczy w blasku lamp. Giętki moralnie, ale nie do przesady. Szczery, choć niekoniecznie grzeczny. Nie najlepiej radzący sobie w międzyludzkich relacjach do tego stopnia, że po prostu… nie zawsze jest postacią miłą. I tak oto dostałam bohatera, którego wcale nie chciałam (bo jako człowiek chorujący na „detektywów” zawsze chcę kolejnego Holmesa), a którego naprawdę potrzebowałam.

Poza Jordanem dostajemy jednak też kilka naprawdę ciekawych charakterów, które funkcjonują w mniejszym lub większym w tle. Opowiadania zaś są osobnymi tekstami, ale ładnie zazębiającymi się ze sobą i tworzącą coś w stylu serialu w „starym stylu”, gdy odcinki pojawiały się na antenie co tydzień i niekoniecznie były ze sobą bezpośrednio powiązane.

Zagadki są sprawnie napisane oraz całkiem ciekawe. Nie wybitne, ale nie muszą takie być. Dla tej historii oraz innych opowieści tego typu istotniejszy jest jednak detektyw, niż sam finał opowieści. Każdy tekst ma też ciekawą i nie zawsze oczywistą puentę. Najzwyczajniej w świecie: wszystko to, co nie wyszło Kańtoch w debiucie, tu zostało naprawione z nawiązką.

Naprawdę nie mogę się oprzeć wrażeniu, że „Domenic Jordan” Kańtoch to historia bardzo podobna do „Cyklu Inkwizytorskiego” Piekary. Z tym że „Zabawki diabła” są napisane znacznie lepiej, niż wszystkie znane mi opowieści o Mordimerze. Są bardziej klimatyczne, mają ciekawszego głównego bohatera i poruszają istotniejsze tematy. Przy okazji nie brakuje w nich demonów, czy brutalności, ale wszystko podane jest w mniej prostacki, ładniejszy sposób.

Oczywiście „Zabawki diabła” to dalej przede wszystkim literatura rozrywkowa. To nie zachwycający konceptem „Przedksiężycowi”, ale w gruncie rzeczy jeśli miałabym czytać przez całe swoje życie książki tylko na takim poziomie, byłabym wystarczająco rozpieszczonym czytelnikiem. A Domenic Jordan naprawdę zaczyna się plasować dość wysoko w moim rankingu na „najlepszego detektywa”, mimo że lubię go jednak z nieco innych powodów, niż większość z postaci, które umieściłam na tej mojej bardzo prywatnej liście. Oby tylko utrzymał się na swojej pozycji także po tym, jak zapoznam się z kolejną częścią historii.


środa, 16 grudnia 2020

Plus/Minus: Autorzy wyraźnie dobrze się bawili. Ja nie.

Lena jest pośrednikiem między Pomrokami a ludźmi, pracując w specjalistycznym wydziale. Jej nowym partnerem zostaje Sasza: były wojskowy z osobistymi problemami. Następnego dnia okazuje się, że mężczyzna jest oskarżany o morderstwo, a jasnowłosa pani porucznik to jego jedyna nadzieja na wyjście z tarapatów cało.

 

Gdy para pisarzy wpada na pomysł napisania książki w trakcie niekoniecznie niewinnego leżenia na sobie – wiedźcie, że coś jest nie tak. A owszem, do tego Olga Gromyko i Andriej Ułanow przyznają się w posłowiu do „Plus/Minus”. Jakby to dla nas, czytelników, miało jakiekolwiek znaczenie.

Plus/Minus
Olga Gromyko, Andriej Ułanow
wyd. Papierowy Księżyc 2017

Pomysł na tę powieść był dosyć prosty. Gromyko dostała do poprowadzenia postać Leny, a Ułanow – Saszy. Jak tytuł wskazuje, historia opiera się (w teorii) na inności tej dwójki. Mieli być jak ogień i woda; tak inni, że aż wzajemnie dopełniający się. I w teorii do pewnego stopnia tak jest. Lena jest ułożoną kobietą z nieszczęśliwym życiem miłosnym, która właściwie nudzi się we własnej pracy. Jest zachowawcza, w teorii miła i poukładana. Sasza to były wojskowy, który ma problemy spowodowane przeżyciami wojennymi. Wybuchowy, chaotyczny, czasem wręcz agresywny. W chwilach, gdy bohaterowie ze sobą spokojnie rozmawiają to było widać i do pewnego stopnia czuć. Bo tak, ta powieść miała momenty, którym prawie udawało się mnie kupić… aby chwilę później nasz duet zaczął znów drzeć koty bez potrzeby i urok pryskał.

A no bo koniec końców tej inności charakterów w ogóle nie widać. Obydwoje po prostu bezustannie się kłócą i godzą, mają bardzo zbliżone do siebie zachowania, a ich „inność” polega głównie na tym, że Lena nie chce robić rzeczy szalonych, zaś Sasza atakuje ludzi bez pytania i rzuca granatami.

Jak już się nietrudno domyślić, fabuła tej historii, podobnie jak świat przedstawiony, jest co najmniej pretekstowa i nie zawsze ma sens. Dostajemy tutaj najbardziej genetyczne kryminalno-sensacyjne urban fantasy, jakie można sobie wymyślić. Z resztą, elementów magicznych zbyt wielu tutaj nie ma i nie są nawet szczególnie potrzebne fabularnie. Ale tak czy siak, wyobraźcie sobie, że dowiadujecie się nagle i niespodziewanie, że dostaliście pracę, która polega na współpracy z magicznymi istotami. Czy następnego dnia przeszlibyście do normalności? Wydaje mi się, że nie – a to właśnie dzieje się z Saszą, którego istnienie magii nie dziwi wcale i jego brak wiedzy jest jedynie pretekstem do przedstawienia ekspozycji.



Główny wątek „Plus/minus”, czyli ten kryminalny, zdaje się być poprowadzony bez najmniejszego pomyślunku. To raczej przypomina mi fanfiction albo roleplay pisany dla zabawy, niż faktyczną historię. Rozumiem, że akcja dzieje się na Białorusi, a tam sytuacja jest nieco inna, niż u nas, ale przecież dzień po morderstwie miejsce zbrodni przynajmniej powinno być pilnowane, prawda? Policja powinna pilnować i sprawdzać, czy ktoś podejrzany nie kręci się w okolicy. Nie w tym świecie! W tym Sasza, na którego prowadzona jest ogólnomiastowa nagonka, ot tak przybywa sobie na miejsce zbrodni, nawet bez przebrania. Z resztą, razem z Leną paraduje po sklepach i nikt go nie rozpoznaje. Bohaterowie rzucają granatami, udają ciążę (ktoś dotyka brzucha zrobionego z poduszek i uznaje, że to jest OK!), kradną helikoptery… a nasi autorzy w posłowiu tylko się cieszą tym, jak fajną fabułę napisali. Rozumiem, że bawili się w trakcie pracy doskonale, ale jednocześnie… to po prostu nie działa jako pełnowartościowa powieść.

Białoruska (?) okładka kojarzy mi się z powieścią
dla młodzieży jeszcze bardziej, niż polska.

Mam też coraz większe wrażenie, że wydawnictwo Papierowy Księżyc nie do końca potrafi ani w tłumaczenia, ani w korektę. Wszystkie z ich powieści, które przeczytałam, zdają się mieć ten sam, pusty styl. Poza tym w tym konkretnym przypadku nie rozumiem, dlaczego przekleństwa są zastąpione pięknym: „3$11S!” – to przecież nawet wygląda głupio! Nawet, jeśli to wybór autorów to wydaje mi się, że w tłumaczeniu można to było zmienić choćby na proste „cholera!”. Wyglądałoby to znacznie lepiej.

Teoretycznie „Plus/minus” jest powieścią dla dorosłych. W praktyce mimo dojrzałych bohaterów (Lena jest na pewno po studiach i paru latach pracy) ton tej książki jest mocno infantylny i młodzieżowy. Nie ma tu też jakiś dokładnie rozpisanych obrazoburczych scen i całokształt w większości trzyma się ryzów, które spokojnie pozwalają przedstawić książkę nastoletniemu czytelnikowi. Z jednym wyjątkiem. Przyznaję, że oniemiałam, jak to przeczytałam i wybaczcie, ale muszę to przytoczyć:

Sasza, jak prawdziwy mężczyzna, znalazł się na górze, trzymając Marikę za ręce i przyciskając ją całym ciałem do podłogi – co mocno przypominało gwałt w tym stadium, kiedy ofiara już uznała, że się rozluźni i spróbuje wyciągnąć z tego maksimum przyjemności.

Szanowny Panie Redaktorze Prowadzący, panie Adamie Wróblewski i Szanowna Pani (przecież wrażliwa społecznie i opowiadająca się za sprawami LGBT!) Redaktorko Ewo Białołęcka – jakim cudem w lekkiej powieści, którą będzie czytać młodzież znalazło się takie coś? Cenzurujecie – Wy lub autorzy – przekleństwa, a coś takiego zostawiacie?

Cóż ja mogę poza stwierdzeniem, że „Plus/minus” to ogółem po prostu kiepska książka i jeśli ktoś chce po nią sięgnąć to tylko na własną odpowiedzialność? Ja naprawdę rozumiem, co autorzy mieli na myśli i czemu tak cieszyli się swoim pomysłem, ale samo wykonanie im po prostu nie wyszło. Dotarło też do mnie, że ta książka to najsłabsza powieść Gromyko, ale biorąc pod uwagę, że fragment związany z gwałtem pisała prawdopodobnie ona straciłam ochotę na dalsze zapoznawanie się z jej twórczością.


niedziela, 13 grudnia 2020

Diabeł na wieży: Domenic Jordan i polowanie na demony


Tajemniczy medyk, Domenic Jordan, przemierza XVIII-wieczny świat. Kierowany ciekawością, bada nietypowe przypadki, stykając się z magią i demonami.


„Przeksiężycowi” Anny Kańtoch to lektura praktycznie idealna. Oryginalna, ciekawa, dobra zarówno na poziomie rozrywkowym i intelektualnym. Nie mogłam więc poprzestać tylko na niej. Gdy tylko nadarzyła się okazja kupiłam więc „Diabła na wieży”. To zbiór opowiadań zawierający debiut autorki z 2004 roku oraz pięć jej innych opowiadań: pierwszych, jakie zostały wydane w formie książkowej.

Koncept, jaki stoi za tym zbiorem jest wybitnie prosty. Nie jest to też forma niespotykana u nas. „Diabeł na wieży” przypomina wiedźmińskie opowiadania czy – nawet bardziej – „Cykl Inkwizytorski” Jacka Piekary. Tak jak i tam, nasz główny bohater to powiązany z religią (choć nie tak bezpośrednio) człowiek, który rozwiązuje magiczne zagadki. Podobnie jak u Piekary, tak i u Kańtoch świat udaje nasz, choć wydaje mi się, że w tym przypadku miasta, lokacje, osoby, rodziny itd. są w pełni fikcyjne. W przeciwieństwie jednak do opowieści o Mordimerze, Domenic Jordan jest postacią spokojniejszą, bardziej zamkniętą w sobie i inteligentniejszą. Jest też znacznie mniej wulgarny i o wiele bardziej elegancki, swoją konstrukcją postaci przypominając nieco Sherlocka Holmesa. Jako, że to właściwie jeden z moich ulubionych „typów” detektywów (a tych generalnie bardzo lubię) miał spore szansę, aby wpisać się do kanonu moich ulubionych.

Diabeł na wieży
Anna Kańtoch
wyd. Powergraph, 2018
Domenic Jordan, t. 1

Niestety, choć bardzo liczyłam na Kańtoch to… to się niestety nie zdarzyło. Te opowiadania są debiutem autorki i to bardzo, ale to bardzo widać. „Diabeł na wieży” ma fragmenty bardzo klimatyczne. Jego styl zapowiada już inteligentną i zgrabnie poprowadzoną narrację z „Przedksiężycowych”. Ogół tych opowiadań wypada jednak dosyć miernie. Autorce wyraźnie brakowało jeszcze warsztatu, aby tak prosty pomysł dobrze ograć.

W swoich opowiadaniach autorka często skacze po narracjach. Buduje tajemnice wokół Jordana, ale nie trzyma jej się odpowiednio. Spójrzmy choćby na tytułowe opowiadanie. Tekst zaczyna się z perspektywy innego medyka, z którym spotyka się Domenic. Widzimy go jego oczami; powoli zaczynamy zastanawiać się, kim jest ten tajemniczy i dobrze ubrany człowiek. Dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej? A potem, zamiast trzymać się tego od początku do końca, autorka nagle przeskakuje na Jordana, psując cały budowany przez opowiadanie suspens.

Kolejnym problemem w tym zbiorze jest samo budowanie zagadki. Mam wrażenie, że Kańtoch w tamtym okresie jeszcze nie do końca potrafiła kreować świat przedstawiony. Informacje, które podaje czytelnikowi, zwykle wydają się być niepewne, jakieś takie… niedorobione. Zagadek nie rozwiązuje się więc płynnie. Albo zbyt szybko da się odgadnąć zakończenie, albo Jordan dochodzi do konkluzji ot tak, bez odpowiedniej drogi do niej. To psuje zaskoczenie. Niestety, kryminał fantasy jest często trudniejszy do napisania, niż ten realistyczny, bo trzeba skutecznie wpleść w ekspozycje opis świata przedstawionego, ale robiąc to tak, by czytelnik nie połączył od razu wszystkich kropek.

Ze wszystkich opowiadań najbardziej podobało mi się chyba to zatytułowane „Serena i cień”. Było chyba jednym z najdłuższych i często naprawdę dobrze budowało klimat, choć i w nim nie wszystko gra doskonale. Niestety, te pozornie drobne elementy sprawiały, że wybijałam się z lektury i choć chciałabym uwielbiać Domenica Jordana – na tę chwilę nie umiem tego zrobić. Kańtoch przedstawiła jego oraz otaczającą go rzeczywistość zbyt topornie.

Zapewne sięgnę po kolejne tomy, choćby po to, aby sprawdzić, czy kolejne teksty będą warsztatowo lepsze. W końcu dobrze wiem, jak mocno wyrobiła się ta pisarka i mam szczere przeczucie, że kolejne opowiadania mają pełne prawo wypadać znacznie lepiej i płynniej. Przyznam jednak, że spodziewałam się jednak czegoś lepszego. Sięgałam po „Diabła na wieży” z nadzieją na bardzo porządnie skonstruowane historie, a dostałam raczej dość zwyczajny i problematyczny debiut. Na szczęście  z dwojga złego lepiej w tę stronę! Zawsze cieszy mnie „widok” autorów, którzy faktycznie rozwijają się literacko.


Nomida zaczarowane-szablony