Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka przygodowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka przygodowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 stycznia 2024

Głodna puszcza: rynsztokowy humor i przygoda bez ciężaru


Do karczmy Kociołka przyjeżdżają lokalni władcy. Okazuje się, że Pogorzałek, jedyna osoba będąca w stanie pertraktować z trollami zaginęła. Dlatego też kucharz oraz jego drużyna wyruszają, aby go odnaleźć. 

Głodna puszcza
Cykl Drużyna do zadań specjalnych, t. 2
Marcin Mortka
wyd. SQN, 2021


Marcin Mortka jak na razie mnie swoją twórczością nie zachwycał, ale w końcu do trzech razy sztuka. „Głodna puszcza”, czyli kontynuacją „Nie ma tego Złego” pojawiła się na mojej półce, więc w końcu nadszedł czas na zapoznanie się z kolejnym tomem. Nie okazał się on na szczęście słabszy od poprzedniego, ale i lepszy również nie jest.

Schemat tej części jest bardzo podobny do tego, jak była zbudowana część pierwsza. Ot, mamy drużynę wyjętą z rozgrywki RPG, bez jakiś szczególnych charakterów, a raczej opierającą się na znanych schematach, która podróżuje i przeżywa przygody. Tak jak i w pierwszej części, tak i tutaj nie czułam jednak ciężaru całej sytuacji. Ot, idą na przygodę, często popełniając błędy, ale i tak wyjdą z tego cało, więc jest zabawnie – no nie, mnie to samo w sobie po prostu nie bawi.

Nie bawi również przez wzgląd na żart, jakim Mortka operuje. Wiele osób właśnie za to go chwali i dlatego na tych książkach dobrze się bawi, ale dla mnie kompletnie on nie przemawia. Dlatego że polega on na wzajemnym wyzywaniu się i używaniu brzydkich słów, bo hehe, takie to śmieszne, że ktoś kurwą rzuci. Nie powiem, taki ostrzejszy żart MOŻE być śmieszny, jeśli jest traktowany z umiarem i wyczuciem, a i jednego, i drugiego w tej narracji moim zdaniem brakuje. To po prostu rynsztokowy humor w nieco wygładzonej wersji.

Jeśli coś wypada tu nieco lepiej w stosunku do części pierwszej to być może ustanowienie bohaterów. W tomie pierwszym nie czułam kompletnie ich charakterów i byli dla mnie raczej niepotrzebną masą – gdyby Kociołek wędrował tylko z jednym towarzyszem, efekt byłby ten sam lub podobny. Tutaj w końcu troszeczkę ich poczułam, faktycznie ta drużyna się tutaj jest widoczna nieco bardziej, ale jak na powieść właśnie o zespole dalej jest dość marnie. Te postacie są swoimi klasami postaci, a nie indywidualnymi charakterami. Nie mam nic przeciwko, by bohaterów tworzyć wokół jakiś ogólnych konceptów, ale jednak jakaś odrobinka głębi jednak by im się przydała. 

Ja naprawdę rozumiem, czemu ta książka się może podobać. Jest napisana lekkim stylem. Nie jest zbyt wymagająca i pozwala na pewne odcięcie się, jeśli kogoś akurat wciągnie. To bezpieczny wybór, w którym raczej nikt nie zginie, będzie (mimo humoru) dość puchato i klasycznie, bez królujących obecnie w fantasy romansów/erotyków. I jeśli ktoś właśnie tego szuka – proszę bardzo, to jest taka książka. 

Mnie jednak brakuje w niej jakiegoś ciężaru, czegokolwiek więcej, czy to w stylu, fabule, czy kreacji bohaterów. Oczekuje od fantastyki, że zaskoczy mnie czymś kreatywnym, ładnym, ciekawym – a w „Głodnej puszczy”, tak jak i w poprzedniej części z serii tego nie znalazłam. Dlatego przynajmniej na razie twórczość tego autora odpuszczam… chyba że znów „przypadkiem” kupię jego książkę w dużej promocji, jak to było z tym tomem. 



piątek, 5 stycznia 2024

Tkając świt: uczcijmy mądrość Mai milczeniem


W świecie, w którym dziewczyna nie może być krawcem, niedołężny ojciec Mai zostaje wezwany do wzięcia udziału w konkursie na twórcę cesarskich strojów. Dziewczyna wyrusza w podróż zamiast niego w przebraniu własnego brata. Przed wyjazdem dostaje jednak od ojca nożyczki po swojej babce.

Tkając świt
cykl Krew gwiazd, t. 1
Elizabeth Lim
wyd. We need YA, 2021


„Tkając świt” Elizabeth Lim to powieść, która zauroczyła mnie tytułem, a przez swoją okładkę pobudziła moją wyobraźnię. Gdy zaczęłam ją czytać, szybko okazało się jednak, że to będzie jednak raczej po prostu lekka lektura. A potem było tylko gorzej. Uwaga, nie mam zamiaru się w tym tekście ograniczać, więc ostrzegam — będą s p o i l e r y.

Sam początek wydawał mi się być może nieco naiwny, ale wprowadzał ciekawy motyw: główna bohaterka po prostu lubi i umie szyć. I na tym etapie nie miałam do powieści wielkich zarzutów. Problemy zaczęły się, gdy Maia trafiła do cesarskiego pałacu i zaczął się sam konkurs na krawca.

Przede wszystkim, choć narracja bezustannie pisze o talencie protagonistki, o jej wyjątkowości i miłości do szycia to jednak nie widać tego w fabule. Właściwie wszystkie udane projekty to dzieło zaczarowanych nożyczek odziedziczonych po babce. Nie czułam, aby Maia faktycznie była dobrą krawcową, aby miała realną szansę pokonać w szeregach dużo bardziej doświadczonych od siebie krawców i właśnie to sprawiło, że w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka.

W tym czasie okazuje się, że jeden z krawców jest szczególnie niebezpieczny. Maia poznaje też lorda czarodzieja (aka prawą rękę cesarza), Edana, który okazuje się sarkastycznym 500-letnim młodzieńcem. Ten poznaje jej tajemnice i przez czas trwania konkursu po prostu się z nią droczy. Ich relacja nie wydaje się szczególnie głęboka: ja odbierałam ją bardziej jako flirtowanie, które nie budowało jednak wspólnych wspomnień, czy większej więzi. Wkrótce o tym, że Maia jest kobietą, dowiaduje się również jej przeciwnik, który zachowuje to dla siebie (Maia ma świadomość, że on wie). Z kolei protagonistka wie, że jej przeciwnik używa magii do tworzenia swoich prac.

Finał konkursu sprawił, że prawie odłożyłam tę książkę. Okazuje się wówczas, że dzieło Mai było lepsze, ale i tak wybór pada na jej przeciwnika, na co ona zaczyna krzyczeć, zdradzać jego tajemnice, a on odwdzięcza się tym samym. Ten przejaw mądrości z jej strony uczcijmy akapitem milczenia.

…………………………

Maia trafia do lochów i zamiast skupiać się na nadchodzącej egzekucji, wkurza się, że jej kumpel lord czarodziej nie zareagował. Co tam, że mogło mu również grozić skazanie. Że to nic by nie zmieniło. Czuje się zdradzona przez typa, który i tak powtarzał, że nie jest wcale jej przyjacielem. Co mnie jednak bolało bardziej — nikt nie wypomina jej, jak głupią decyzję podjęła w trakcie finału. 

W każdym razie, następnie okazuje się, że jednak uratowały ją magiczne nożyczki i cesarz uznaje, że to jednak ona będzie dla niego szyć. Edan wymazuje wspomnienia o tym, że Maia to dziewczyna ze wspomnień wszystkich poza cesarzem, a następnie krawcowa dostaje kolejne zlecenie: ma uszyć trzy suknie, używając mitologicznych składników, które sama musi zdobyć. 

W tym momencie Edan przestaje zachowywać się logicznie. Mimo że prawie nie zna Mai i tak łamie wolę cesarza i wyrusza razem z nią. Już samo to jest głupie, ale to jeszcze nie jest wszystko. Mianowicie, jako czarodziej, Edan musi być związany z jakimś panem, który ogranicza jego moc. Im bardziej magiczny sługa się oddala, tym bardziej słabnie jego moc, aż dochodzi do momentu, w którym zmienia się on w zwierzę do czasu powrotu. Cesarz jest oczywiście panem Edana. W związku z czym ten typ wyruszył w podróż z nieznajomą, wiedząc, że i tak dość szybko przestanie mieć możliwość, by realnie jej pomagać. No gratulacje.

Na tym etapie (to ok. ½ książki) powieść zmienia się w romans z elementami przygodowymi. Edan dość szybko z sarkastycznego gościa zmienia się w kochającego i czułego chłopaka z tragiczną przeszłością, który jako dziecko jadł głównie trawę i piach (tak było, nie kłamię). Maia wkurza się i krzyczy na Edana, bowiem to dojrzały sposób na przyjęcie informacji, że koleś nie chce się wiązać, bo nie jest wolną jednostką i wie, że to nie byłoby rozsądne. A potem protagoniści niby wykonują zadanie, ale jest wielka tragiczna drama i cliffhanger zapowiadający kolejny tom.

Przy okazji, w trakcie podróży postacie przemierzają sobie pustynie. Mimo że jest na niej gorąco, jadą za dnia, ale Maia tylko lekko się poci (po pustyni z tego co wiem, raczej porusza się nocą). Ale widzi, że Edanowi to nie przeszkadza, w związku z czym pyta się go, czy lubi pustynie. Ten odpowiada, że no w sumie to nie. Dlaczego, zadaje mądre pytanie Maia. Bo pustynia jest gorąca. XD Nie wiem, czemu redaktor nie usunął tego błyskotliwego dialogu. Ach, potem się okazuje, że Edan czuje tylko skrajne temperatury, więc to po prostu był sposób na zwinne wprowadzenie ekspozycji przez autorkę. 

To absolutnie nie jest najgorsza powieść, jaką czytałam. Ot, przeciętniaczek, schematyczny, raczej głupiutki i trzymający się na ślinę, ale dalej funkcjonujący w powiedzmy, sensownych ramach. Dlatego rozumiem, jeśli komuś się podoba — to może być miła i lekka lektura. Z tym że dla mnie jednak tych głupotek było zbyt dużo, relacja bohaterów zbyt płytka (moim zdaniem książka nigdy nie rozbudowuje jej tak, by była wiarygodna), a styl i warsztat autorki za słabo rozwinięty. Rozumiem jednak, że jest to debiut, może jej kolejne dzieła są lepsze, acz chyba w najbliższym czasie tego nie będę sprawdzać.


sobota, 2 grudnia 2023

Beniamin Aschwood: kolejny chłopiec, który wyrusza w podróż

Ben jest sierotą, wychowywanym przez zamożnego człowieka. Mieszka w odciętej od świata wiosce, nie marząc o niczym ponad to, co ma. Gdy w okolicy pojawia się demon, grupa podróżnych postanawia się nim zająć. Splot przypadków sprawia, że chłopiec jest zmuszony do wyruszenia wraz z nimi.



Książek fantasy o młodym chłopcu, często z biednego domu, który musi wyruszyć w magiczną podróż pełną przygód, nie brakuje. Niestety, trudno mi wśród nich znaleźć coś nowego, ciekawego, coś, co naprawdę wywrze na mnie duże wrażenie. I tak się składa, że „Beniamin Aschwood”, powieść A. C. Cobble’a, również moich oczekiwać w tym względzie nie spełnił.

Beniamin Aschwood
A. C. Cobble
wyd. Fabryka słów, 2021
cykl Beniamin Aschwood, t. 1

Zacznijmy od samego stylu. To powieść, którą jak najbardziej szybko się czyta. Przyznam, sama pochłonęłam te ponad 500 stron w niespełna 24 godziny, choć tu warto zauważyć, że książki Fabryki Słów mają bardzo mało tekstu na stronę w porównaniu do książek innych wydawców. Jednocześnie jednak to wcale nie oznacza, że styl Cobble’a jest szczególnie dobry. Autor robi w „Beniaminie Aschwoodzie” podstawowy błąd: mówi, ale nie pokazuje. Większości rzeczy dowiadujemy się z narracji, ale nie widzimy tego w praktyce, co sprawia, że historia sprawia wrażenie suchej i nijakiej. 

Ponadto autor chyba nie do końca przemyślał sobie konstrukcje świata czy postaci. Miałam wrażenie, jakby czasem zapomniał, że o czymś powinien wspomnieć, więc wrzucał to w historię później. Przykładowo, na początku poznajemy Bena jako chłopaka, który właściwie to uczy się bić na miecze i zawodowo chce zajmować się warzeniem piwa, co naprawdę lubi. A potem nagle dowiadujemy się, że on faktycznie całe życie chciał się z tej swojej wioski wyrwać. Albo na przykład historia zaczyna się od opisu żyjących w świecie demonów. Problem polega na tym, że po pierwszej scenie te są ledwo co wspominane i nie stanowią jakiegoś szczególnego zagrożenia dla bohaterów. 

Przyznam też, że rozbrajał mnie na łopatki pojawiający się w tej historii romans. Spokojnie, spokojnie, nie ma go dużo, niemniej nasz główny bohater zauracza się, bo… dziewczyna jest ładna. Koniec. Co prawda dostajemy gdzieś w narracji informację, że po kilku miesiącach wędrówki wszyscy członkowie wyprawy zbliżyli się do siebie i zbudowali mocne więzi, ale to nie jest w żaden sposób „udowodnione”. Ponownie, autor informuje, a nie pokazuje i w gruncie rzeczy o bohaterach pobocznych nie wiemy praktycznie nic.

Ponadto, w książce pojawia się jedna scena erotyczna, zajmująca jakąś połowę strony. Niepotrzebna i zbędna, niezbyt szczegółowa, ale jest. Także ostrzegam tych, którzy są na nie wyczuleni.

Wydaje mi się, że to właśnie problem ze stylem jest największym problemem tej książki. Tu nie ma emocji, tu nic takiego się nie dzieje. Jest lekko, sztampowo i dość bezpłciowo. Podróż pełna przygód jest schematyczna i zdaje się nie mieć znaczenia, ani emocjonalnego impaktu. Gdyby poprawić tę historię pod kątem prowadzenia narracji to być może to wszystko nabrałoby barw, ale w tym momencie naprawdę dużo brakuje jej do dobrej.

Oczywiście każda potwora znajdzie swego amatora i rozumiem, jeśli komuś ten typ historii odpowiada. Jak już wspominałam więcej niż raz, „Beniamin Aschwood” to książka lekka w przyswojeniu, a że często najbardziej lubimy stare piosenki, to jestem przekonana, że spora część czytelników będzie się przy niej bawić nieźle. Mnie samej dała odrobinę oddechu po cięższej lekturze, ale niestety, chciałabym, aby ta historia była przynajmniej trochę lepsza.



wtorek, 24 października 2023

Granty i smoki: obiecujący debiut


Cilgeran jest doktorantem na Uniwersytecie Wielkobohaterskim imienia Kelta Niezwyciężonego. Wraz ze swoim studentem, wiernym niziołkiem o imieniu Rorty Pragmeticbuck, podróżuje i wykonuje zadania godne bohatera, choć po prawdzie jest tylko teoretykiem pracującym po godzinach w bibliotece. 


Granty i smoki
Łukasz Kucharczyk
wyd. Pewne, 2022


Na „Granty i smoki” uwagę zwróciły mi nominację do Śląkfy, a następnie do sięgnięcia po lekturę popchnęła mnie nominacja do Zajdla. W końcu nie codziennie debiut i to na dodatek wydany raczej w mniejszym wydawnictwie zyskuje tyle nominacji, a jednak twórczość Łukasza Kucharczyka zwróciła uwagę fandomu. Czy słusznie? Po części owszem.

Choć książka została nominowana do Zajdla w kategorii „powieść”, swoją formułą jednak bardziej przypomina opowiadanie. Każdy z sześciu rozdziałów to inna historia Cilgerana i w gruncie rzeczy nie ma większego znaczenia w jakiej kolejności czytelnik będzie je poznawał. 

Tekst Kucharczyka jest przy tym jednym z tych, który bierze popularną w popkulturze historie (baśń, bardzo znaną powieść etc.), a następnie opowiada ją na nowo, osadzając ją w swoim świecie, z założenia zabawnym, przez występujące w nim absurdy. Nie jest to nic nowego, nawet na polskim rynku mamy trochę tego typu książek, ale to w dalszym ciągu coś, co można zrobić dobrze.

Te dwie rzeczy w połączeniu ze sporą wiedzą Kucharczyka i wydaje mi się – wielką słabością do gatunku, dają nam książkę, którą czyta się lekko i przyjemnie. Która nie traktuje siebie zbyt poważnie. Mam wrażenie, że dziś wielu osób właśnie takich lektur może szukać i naprawdę nie dziwię się, że zdobyła uznanie, przynajmniej w pewnym gronie (bo jednak jak na razie chyba poza środowisko fandomowe zbyt mocno nie wyszła). 

Jednocześnie nie powiedziałabym, że to powieść, która „zmiotła mnie z planszy”. Po pierwsze, mnie rzadko kiedy komedie doprowadzają do stanu zachwytu, jeśli chodzi o ich żart. To jednak bardzo indywidualna sprawa, więc być może akurat komuś styl i żart Kucharczyka będzie naprawdę odpowiadał. Po drugie jednak mam wrażenie, że jednak autorowi brakuje trochę umiejętności, jeśli chodzi o tworzenie gier słownych i kreatywnych nawiązań, które sprawiałyby, że oparte na żartach historie byłyby po prostu ciekawsze. Nie chodzi o to, że jest źle, a o to, że mogłoby być tu w tym względzie po prostu lepiej. 

Z tym wiąże się też fakt, że nawiązania autora do innych dzieł kultury, takich jak „Wiedzmin”, „Opowieści z Narnii” czy „Władca pierścieni” przypominają bardziej uderzanie czytelnika cegłą po głowie, a nie subtelne mrugnięcia okiem. Ponownie, być może komuś akurat takie podejście będzie odpowiadać, ale osobiście wolałabym tutaj nieco więcej wyczucia bądź nieco więcej oryginalnej fabuły, a mniej zabawy w komedię i nawiązania.

Czytając, nie mogłam też nie odnieść wrażenia, że „Granty i smoki” stoją dość blisko czytanej przeze mnie kilka lat temu powieści, która przeszła kompletnie bez echa – „Początek, koniec i hot-dogi” Kacpra Kotulaka. Mam wrażenie, że obydwie mają zbliżony klimat. Co zresztą jak najbardziej ma sens, zważając na to, że Kucharczyk i Kotulak nawet mają wspólnie napisane opowiadanie (którego jak na razie nie przeczytałam).

Wydaje mi się też, że to historia, która szczególnie spodoba się osobom aktualnie powiązanych z uczelnią. W końcu to przede wszystkim satyra właśnie na to środowisko, w związku z czym jeśli dopiero zaczynacie studia, czy też zaczynacie pracę na uniwersytecie, albo po prostu macie wielką nostalgię do czasów spędzonych na nauce to moim zdaniem jest szansa, że „Granty i smoki” naprawdę do Was przemówią.

Podsumowując, jeśli szukacie lekkiej książki, która nie jest zbyt długa i którą można wygodnie czytać, jeśli nie macie zbyt wiele czasu na lekturę (np. w komunikacji miejskiej), to „Granty i smoki” naprawdę się polecają. Porządnie napisanej rozrywki z serduchem w końcu nigdy nie za dużo i jakimś cudem zawsze zbyt szybko się kończy. Ale jeśli koniecznie chcecie od fantastyki czegoś więcej, bądź mieliście nadzieję, że to jest książka, która może powalczyć jakościowo z „Aglą” Radka Raka (czyli inną tegoroczną nominacją do Zajdla) to moim zdaniem to po prostu nie jest ta półka. 



poniedziałek, 9 października 2023

Drapieżne bestie: afrykańska mitologia to nie wszystko


Szesnastoletnia Koffi i również nastoletni Ekon pochodzą z dwóch różnych światów. Los stawia ich jednak w podobnej sytuacji: obydwoje muszą wybrać się do Wielkiej Dżungli, aby odnaleźć żądnego krwi potwora. Łączą siły, wspólnie poszukując bestii.

Drapieżne bestie
Ayana Gray
wyd. Muza, 2022
cykl Beasts of Prey, t. 1


Szukasz idealnie przeciętnej przygodowej powieści fantasy dla młodzieży? No to właśnie udało Ci się ją znaleźć! „Drapieżne bestie” Ayany Gray to doskonały przykład przeciętnej i sztampowej powieści fantasy dla młodzieży z niezbyt rozbudowanym wątkiem romantycznym.

Mimo tego, że debiutująca autorka sięgnęła po dość intrygującą i jeszcze nie aż tak mocno eksplorowaną (przynajmniej w Polsce) afrykańską mitologię to stworzyła powieść, która jest wykreowana niczym od linijki. Mamy parę bohaterów z trochę innych światów, którzy muszą znaleźć przerażającą bestię (choć mają w tym inne cele), mimo tego, że są do tego kompletnie nieprzygotowani. Siła miłości i przyjaźni niechybnie prowadzi ich do zwycięstwa, z tym że nie potrafią się poprawnie komunikować, więc są komplikacje. Ach, no i mamy oczywiście nastolatkę z magicznymi umiejętnościami. Kto by się tego spodziewał.

Naprawdę, wszystkie konflikty w tej książce wynikają z braku pomyślunku u głównych bohaterów oraz z nieumiejętności rozmawiania i słuchania. Przykład? Koffi i Ekon wchodzą po raz pierwszy do magicznego lasu. Mają książkę z trującymi roślinami i szukają jedzenia. Znajdują jakieś owoce, których w owej książce nie ma, jednak nie wiedzą, co to dokładnie jest. To wcale nie tak, że już siedmiolatki zwykle mają świadomość, że nieznanych roślin się nie je.

Kolejny? Ale uwaga, to może być spoiler! Ekon od początku chce zabić bestię, jednak z czasem okazuje się, że to może nie najlepszy pomysł. Zmienia zdanie. Gdy znajduje go jego brat, chłopak chce powiedzieć o tym Koffi, ale ta, zamiast go wysłuchać, zaczyna się tłumaczyć z ich pocałunku i mówić, że to WCALE NIC TAKIEGO i że NIE MUSI SIĘ PRZEJMOWAĆ. Po co posłuchać i uratować sytuację, skoro można mieć słomę zamiast umysłu? Cóż, autorce chyba brakło pomysłu na jakiekolwiek sensowniejsze wyjścia fabularne…

Ponadto uważam, że pomiędzy bohaterami romans rodzi się bez jakiejkolwiek dobrej podstawy. Główna akcja tej powieści to dosłownie kilka dni, postacie rozmawiają właściwie wyłącznie o swoim queście oraz dramatycznej przeszłości (co wymusza fabuła, chyba po to, by jednak o niej porozmawiali) i bum, mamy miłość. Co kogo obchodzi, że chemii pomiędzy tymi bohaterami po prostu nie ma… Ale na szczęście przynajmniej nie ma tego wątku szczególnie dużo.

To więc powieść, która jest stworzona zgodnie z podstawową sztuką tworzenia przygodowych historii fantasy, ma początek, rozwinięcie i cliffhanger. Ma kilka pojedynczych, ciekawszych elementów (choć żaden nie jest moim zdaniem odpowiednio rozwinięty), fabułę klejącą się na ślinę (choć stosunkowo wiarygodną, zwłaszcza dla nastoletniego targetu). Czy jednak ja mam zamiar polecać kolejną nudną, schematyczną powieść fantasy? Cóż, zależy komu, bo pewnie osoby preferujące po prostu lekką literaturę albo rozpoczynające przygodę z fantasy będą zadowolone, ale samej sobie (nawet tej sprzed 10 lat) – zdecydowanie nie.


piątek, 29 września 2023

Conan z Cimerii: pulpa pełna kontrastów


Postaci Conan Barbarzyńcy nie trzeba nikomu przedstawiać. Ten bohater zadebiutował w 1932 roku i choć jego twórca, Robert E. Howard zmarł młodo, to swoimi opowiadaniami poruszył masy. Do jego twórczości dołączyli się inni, wykorzystując Conana do swoich opowieści, a filmy tylko utrwaliły tę postać w ogólnej świadomości. Ja jednak dopiero teraz, po latach czytania fantastyki, wzięłam się za historie o tym herosie, chwytając niedługą (bo liczącą ok. 200 stron) książeczkę z 1988 zatytułowaną po prostu „Conan z Cimmerii”. Czemu akurat ona? Cóż, jej okładka jest doskonałym dzieckiem swoich czasów i jako kolekcjoner, musiałam mieć ją w swoich zbiorach.

Conan z Cimerii
Robert E. Howard
wyd. Alfa, 1988

Gdybym miała wymienić trzy cechy, które opisują historię Conana, to powiedziałabym, że jest to ładny styl, proste historie oraz kobiety. Piękne, cycate i półnagie kobiety w dużych ilościach.

Ale zacznijmy od początku. W retro klimat książeczki wprowadza już wstęp, który wyjaśnia, czym jest fantasy, nazywając je współczesną baśnią (co troszkę mija się z prawdą). W tamtym czasie tego gatunku prawie w Polsce nie było i generalnie uchodził on za tę gorszą fantastykę. Następnie dostajemy wstęp, który wyjaśnia świat Conana. Dla tych, co nie wiedzą, jego akcja rozgrywa się w zapomnianej przeszłości ludzkości, głównie w okolicy Nilu.

Howard jednak lekką ręką traktował risercz oraz swój własny setting, bo jest tu miejsce na przykład również dla bogów Asgardu, zaś wielki i potężny Conan, zamiast nosić przepaskę ze skóry lwa, ubiera się w jedwabie. Czemu nie, kto silnemu i potężnemu chłopowi zabroni. 

W każdym razie po wstępie przechodzimy do samych opowiadań, które są naprawdę prostymi historiami o heroicznych wyczynach Conana. I dla mnie to teksty pełne wewnętrznych sprzeczności. Oczywiście Howard pisał opowiadania stricte rozrywkowe, to nie miała być w żadnym razie kultura wysoka, a przez tyle lat jego twórczość po prostu troszeczkę się zestarzała. Ale jednak wówczas po prostu pisało się inaczej, więc niektóre fragmenty można by wyjąć z kontekstu i oprawić w ramkę, bo po prostu te słowa są ułożone momentami naprawdę bardzo ładnie. Ale po chwili dostajemy opis kolejnych losowych barbarzyńców, potężnej siły Conana, czy jego pięknych i półnagich kobiet... 

Nie przeczę, czasem ta pulpa była po prostu zabawna. Poza przepaską z jedwabiu okazuje się na przykład, że Conan to Chrystus swoich czasów i zszedł z krzyża, korzystając ze swojej barbarzyńskiej siły. Innym razem dostajemy bohaterkę, której zła siostra więzi ją przez ponad pół roku, a ona dalej jest piękna, co podkreśla nie tylko narracja, ale również jej oprawczyni. Conan zaś jest w stanie biec sobie przez pustynię z kobietą na ramionach, a gdy odstawia ją na ziemię, wystarczy, że rozmasuje sobie mięśnie i już wszystko gra. 

Fajnie było spotkać Conana. Trochę dla nauki i lepszego poznania gatunku, trochę dla tych wszystkich głupotek, które się w nim pojawiają. Ale czy będę śpieszyć się z sięgnięciem po kolejne opowiadania Howarda? Raczej nie. Raz na maksymalnie kilka lat mi zdecydowanie wystarczy.



czwartek, 21 września 2023

Wieża koronna: średniawe fantasy z lepszym drugoplanowym wątkiem

Hadrian chce tylko dotrzeć do celu swojej podróży, jednak nie jest mu to dane. Razem ze znienawidzonym Royce’em musi najpierw włamać się do strzeżonej wieży koronnej. W tym samym czasie prostytutka Gwen próbuje zbudować lepsze życie dla siebie i swoich towarzyszek.


Wieża koronna
Michael J. Sullivan
wyd. Mag, 2018
cykl Kroniki Riyrii, t. 1


Skąd wiadomo, że główna fabuła książki to absolutna sztampa? A no na przykład można to rozpoznać po tym, że wątek drugoplanowy okazuje się ciekawszy od tego, co jest na planie pierwszym. „Wieża koronna” Sullivana to moje pierwsze spotkanie z autorem i cóż, spodziewałam się tego, co dostałam, ale jednak miałam nadzieję, że będzie odrobinę lepiej.

Ta książka w moim odczuciu jest takim wyrobniczym, masowo pisanym fantasy ze sztampowym wszystkim, która ma się po prostu sprzedać. To nie jest zła powieść, ale mam poczucie, że brakuje jej lekkości, unikatowego pomysłu i po prostu – czegoś więcej.

To książka otwierająca cykl, w którym każda kolejna powieść ma być odrębną powieścią, a nie jedną historią podzieloną na części. Jednak to w dalszym ciągu historia otwierająca, więc w gruncie rzeczy nie dzieje się tutaj nazbyt dużo. Opis z tyłu okładki sugeruje heist, ale po prawdzie ⅔ historii to sam wstęp z przedstawieniem bohaterów. A że nie jest to zbyt długa historia (350 stron) to na prawdę czasu na tę główną i wyczekaną akcję aż tak dużo nie ma.

Ponadto opis z tyłu okładki sugeruje połączenie sił dwóch nienawidzących siebie mężczyzn. I to niby prawda, ale… [SPOILER?] Hadrian i Royce poznają się dopiero w tym tomie, w trakcie muszą się znienawidzić, a następnie jeszcze pogodzić, by można było pisać kolejne ich przygody. W związku z tym w moim odczuciu w tej relacji jest raczej uprzedzenie i uraz, a nie prawdziwa nienawiść. Z kolei dialogi tego duetu przypominają mi przekomarzanki nastolatków, które trudno traktować na poważnie.

Dlatego też ich wątek po prostu mnie nie chwycił i nie zainteresował. Nie dlatego, że był absolutnie zły, a dlatego, że był nudnawy i sztampowy. Ciekawszy zaś wydał mi się wątek Gwen. Jest to w tej powieści sporo (chyba tylko troszeczkę mniej, niż wątku Hadrina) i wypada naprawdę sympatycznie. To historia grupy kobiet, które chcą decydować o sobie. Nie jest to nic nadzwyczajnego, ale moim zdaniem to i tak lepsza opowieść.

Sam styl Sullivana nie jest dla mnie zachwycający. Poprawny, ale lekko toporny, widzę w nim szkołę takiego starego à la RPGowego fantasy. Rozumiem, jeśli to komuś w pełni odpowiada, ja jednak chciałabym czegoś trochę więcej.

Jako że na półce czekają na mnie kolejne tomy z cyklu, mam nadzieję, że w kolejnych częściach będzie widoczna poprawa. Podsumowując, tę historię można i da się czytać, ale jeśli kogoś nie kuszą specjalnie zapowiedziane przez opis wydawcy motywy, to nie zachęcałabym do tego szczególnie gorąco.


środa, 16 sierpnia 2023

Wyczarowanie światła: niestety, rozczarowanie


Potężny wróg powraca. Lila i Kell, wraz z przyjaciółmi i władcami Czerwonego Londynu, muszą znaleźć sposób, aby sobie z nim poradzić. To jednak nie będzie wcale takie proste…



Naprawdę nie sądziłam, że ta książka aż tak mnie wymęczy. Ten cykl nie zaczynał się być może jak wybitna fantastyka, ale dwie pierwsze części do jakiegoś stopnia mnie bawiły. I choć „Wyczarowanie światła”, trzeci tom, nie jest może najgorszą książką świata, to ja po prostu się przy niej nie potrafiłam dobrze bawić.

Wyczarowanie światła
V. E. Schwab
wyd. Zysk i s-ka, 2018
Cykl Odcienie magii, t. 3

Mam wrażenie, że jej głównym problemem jest zbyt duża skala. Tom pierwszy i drugi, choć zapowiadały, że w finale coś tam więcej będzie się działo, miały jednak mniejszą wagę. Były po prostu dość lekką fantastyką przygodową, w której ot, coś się działo, czasem było miło, czasem mniej, ale jednak. Zaś w „Wyczarowaniu światła” dostajemy nagły, potężny dramat, który jest wręcz karykaturalnie przerysowany. Czułam się tak, jakbym czytała o słabszej wersji zarazy z „Warcrafta III”. I to wcale nie było miłe.

Bohaterowie zaś, polityka w świecie przedstawionym, czy styl autorki nie są zaś kompletnie pod to zbudowani. Kell i Lila to bohaterowie lekkiej, dość młodzieżowej książki. Brakuje tu powagi bądź epickości, która mogłaby mi taką sytuację fabularną „sprzedać”. To zaś sprawiło, że tę książkę najzwyczajniej w świecie „męczyłam” przez prawie dwa tygodnie.

Drugi tom może niekoniecznie podobał mi się fabularnie, ale podobały mi się interakcje pomiędzy bohaterami. Tu jednak, mimo tego, że niby nic się nie zmienia, nie czułam pomiędzy Kellem i Lilą czy Alucardem i Rhysem żadnej chemii. Zresztą, mam wrażenie, że najciekawiej wypada w tym tomie połączenie Lili i Alucarda.

Nie czuje się zadowolona z lektury. Mam wrażenie, że autorka bez potrzeby podbiła nagle tak mocno stawkę. Być może cyklowi lepiej zrobiłby jeszcze jeden tom, który po prostu dobudowałby nieco powagę/epickość, co pozwoliłoby sensowniej zakończyć cykl. Ale w tej formie to po prostu nie dla mnie.


sobota, 12 sierpnia 2023

Widelec, wiedźma i smok: powroty, powroty, ale czy dobre?


Uwielbiałam „Dziedzictwo”. To był cykl, któremu poświęciłam w nastoletnich czasach naprawdę dużo czasu i energii: na czytanie go, na mówienie o nim, na wymyślaniu swoich alternatywnych wersji. Dziś do „Eragona” nie jestem w stanie wrócić: próbowałam, ale najzwyczajniej w świecie wydał mi się toporny i płaski jednocześnie. Nie widziałam więc w czytaniu całości sensu. Ale skoro już jakiś czas temu pojawił się zbiór opowiadań z tego uniwersum, to uznałam, że dlaczego by go nie przeczytać?

Widelec, wiedźma i smok
Christopher Paolini
wyd. Mag, 2019
cykl Opowieści z Alagaësii, t. 1

„Widelec, wiedźma i smok” nie ma nawet dwustu stron. Christopher Paolini napisał tę książkę trochę przy okazji, po prostu chcąc się jeszcze trochę pobawić w świecie, od którego zaczynał swoją przygodę z pisaniem. I od razu zaznaczę, że to luźne podejście po prostu widać.

Na książkę składają się trzy opowiadania, które jednak łączą się ze sobą, tworząc w miarę spójną całość. Każde z nich ma trzy części (w sumie dziewięć rozdziałów): najpierw widzimy Eragona, który próbuje odbudować świat smoków i ich jeźdźców, później słuchamy jakąś historię ze świata, a na koniec znów wracamy do Eragona. To całkiem sympatyczne podejście, nie powiem, ale jednocześnie… brakuje w tym „czegoś”.

Paolini dojrzał jako osoba, a do Algaesii bez wątpienia podchodzi z większym dystansem, niż dawniej. Widzę też w tych tekstach jego nostalgię do dawnych czasów. Jednocześnie to nie tak, że stał się wybitnym pisarzem od czasu publikacji ostatniego domu „Dziedzictwa”. Choć jego teksty nie są już aż tak toporne, to nie ma w nich ani wybitnego stylu, ani jakiejś bardzo miłej lekkości (to po prostu lekki, wyrobniczy styl), przyjemnego żartu, albo jakiejś szczególnej puenty. Ot, to takie typowe teksty fantasy, w których brakuje właściwie wszystkiego.

To krótka książka i nie żałuję sięgnięcia po nią. Mimo wszystko dobrze było poczytać o tym, co tam u Paoliniego słychać (a właściwie było słychać pięć lat temu). Ale to zdecydowanie książka wyłącznie dla fanów (lub byłych fanów) cyklu.


piątek, 28 lipca 2023

Sekta zabójców: młodzieżowe fantasy z potężną, złą gildią


Dubhe została wytrenowana na zabójczynie, jednak wybrała ścieżkę złodziejki. Gdy zostaje nałożona na nią klątwa, szuka możliwości, by się jej pozbyć. W ten sposób trafia do Gildii Zabójców, wyznawców przerażającego boga, którzy obiecują jej remedium w zamian za dołączenie do ich stowarzyszenia.



Historie o Świecie Wynurzonym czytam już od jakiś 15 lat i w dalszym ciągu ich nie skończyłam. I choć wiem, że to już nie są lektury dla mnie, to jednak jakoś do nich wracam. Tym razem w moje ręce trafił pierwszy tom „Wojen Świata Wynurzonego”, czyli „Sekta zabójców”. Akcja tej książki rozgrywa się około 40 lat po wydarzeniach z „Kronik…”, pierwszej z trzech trylogii osadzonej w tym uniwersum.

Sekta zabójców
Licia Troisi
wyd. Videograf II, 2008
Cykl Wojny świata wynurzonego, t. 1

Nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego i też niczego takiego nie dostałam. To raczej dość schematyczna powieść dla młodzieży z topornie zbudowanym (choć rozbudowanym) światem. Jednocześnie jednak jest to parę ciekawych pomysłów i rozwiązań, na których autorzy aktualnie tworzonych młodzieżówek mogliby się uczyć.

Nie do końca przemawia do mnie motyw wielkich, potężnych sekt zabójców, które wyznają krwawych bogów, a przynajmniej nie w tak przerysowanej formie. Ale jednocześnie w ramach tej konwencji jestem w stanie przymknąć na to oko i trochę zawiesić niewiarę. Dzięki temu doceniam sam główny zabieg fabularny. Dubhe jest postacią, którą można polubić, bo mimo umiejętności typowych dla płatnego zabijaki, ona wcale nie chce nim być. Jednocześnie cały świat próbuje jej wmówić, że jednak powinna, co rodzi nawet sympatyczny konflikt. W żadnym razie nie wybitny, szczególnie głęboki czy bardzo wiarygodny, ale po prostu – sympatyczny.

Sposób narracji, czy styl autorki jest w tej książce naprawdę bardzo prosty, co jest właściwie typowe dla tego cyklu. Znając tę książkę, całą poprzednią trylogię oraz dwa tomy kolejnej mogę stwierdzić, że „Wojny…” zapowiadają się lepiej, niż „Legendy…”. Do „Kronik…” nawet nie próbuję ich porównywać: czytałam ten cykl dawno i mam do niego nostalgię. 

Nie wiem, czy warto po tę książkę sięgać, jeśli ktoś po prostu szuka dobrego fantasy. Ale czytelnicy młodzieżowej fantastyki, których kręci motyw nastolatki-zabójczyni być może powinni się jej przyjrzeć. Oczywiście to może być też, jak w moim przypadku, nostalgiczna podróż. Ale czy ta książka wniosła cokolwiek więcej do mojego życia? Nie. Była po prostu zapychającym czas czytadełkiem, z którego już dawno wyrosłam. Jednocześnie mam świadomość, że gdybym czytała ją, mając te 12-15 lat, mogłabym być z lektury całkiem zadowolona.



poniedziałek, 24 lipca 2023

Imperium złota: to naprawdę pozytywne zaskoczenie

Nahri oraz Ali uciekli z Dewabadu do Kairu, gdzie pozbawieni swojej magii zbierają siły i planują swoje dalsze kroki – doskonale wiedzą, że Maniże będzie ich ścigać. W tym czasie Dara wciąż służy matce swojej dawnej ukochanej, która dopuściła się okrutnej zbrodni na mieście dżinnów.


Imperium złota
S.A. Chakraborty
wyd. We need YA, 2022
cykl Dewabad, t. 3


Nie często zdarza się tak, że po średnim początku dostaje naprawdę satysfakcjonujący mnie koniec. Ale ta książka na całe szczęście jest wyjątkiem od reguły. „Imperium złota” to ostatni tom trylogii „Dewabad” autorstwa S.A. Chakraborty.

Pierwszy tom sprawił mi trochę czytelniczej radości, ale jednocześnie widać w nim było, że jest debiutem autorki (np. przez dość toporną ekspozycję), miałam też wrażenie, że autorka (lub tłumacz) dość chaotycznie przedstawiała swój świat, szczególnie pod kątem polityki. Drugi z kolei po prostu mnie znudził. Często jest tak, że części drugie bywają słabsze i moim zdaniem nie inaczej było tutaj. Autorka skupiła się na polityce, porzucając element przygodowy, a że nie miałam tego odpowiednio zbudowanego w tomie pierwszym to cóż, nudziłam się w trakcie lektury i nie byłam do końca zainteresowana akcją. Zwłaszcza że kreowane przez autorkę konflikty nie były aż tak rozbudowane, by książka musiała być tak długa. 

Za to tom trzeci łączy w sobie elementy powieści drogi z politycznymi, nie ma już aż tak topornej ekspozycji (autorka poczuła się wyraźnie swobodniej w pisaniu), a bohaterowie są już w pełni dorosłymi, ukształtowanymi osobami z własną historią. Przez to chyba właśnie „Imperium złota” naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyło.

Oczywiście nie wszystko da się na takim etapie naprawić i np. uważam, że konflikty polityczne mogłyby być bardziej zawiłe czy po prostu dopracowane, gdyby Chakraborty przepisała sobie własny debiut od początku, czerpiąc z nabytych już umiejętności, ale szczerze mówiąc, nie jest to dla mnie istotne. Dlatego że mimo wszystko autorka bardziej skupia się na tłamszeniu bohaterów i co rusz rzucania im kłód pod nogi, co przynajmniej mi w końcu dało poczucie faktycznego zagrożenia, z którego nie ma dobrego wyjścia. Właściwie każdy z bohaterów staje się tu bohaterem tragicznym w którymś momencie, a nie oszukujmy się – mam do tego słabość. 

Nie da się przy tym ukryć, że najbardziej tragiczny jest w tym wszystkim Dara, ale to w końcu bohater, który z założenia właśnie taką postacią jest. Inaczej nie byłby „tak fajny” już od pierwszego tomu.

Przyznaję, że już od dłuższej chwili nie wciągnęłam się tak w książkę fantasy i nie byłam względem niej tak bezkrytyczna jak w tym przypadku. Ale oczywiście, ja to ja, więc nie może obyć się bez „ale”. Nie wyjaśnię go jednak bez drobnej sekcji spoilerowej (bez wchodzenia w bardzo duży detal, ale może Wam to trochę zniszczyć lekturę).

[SPOILER] Jako czytelniczka, która naprawdę lubi bohaterów z „Dewabadu”, chciałam, by dostali szczęśliwe zakończenie. Ale jako człowiek, który szuka i trochę ocenia sobie po swojemu literaturę, wiedziałam, że przy takich konfliktach to byłoby tylko pobożne życzenie. Taka sytuacja, jaka została przedstawiona w tym tomie, po prostu nie ma szansy na pozytywne zakończenie. Co najwyżej na takie mniej złe. Dlatego szykowałam się po prostu na rozlew krwi. Za to dostałam Deus Ex Machinę, która po prostu rozwiązała konflikt i dała bohaterom wręcz baśniowo pozywane zakończenie, z tylko drobniutką nutką goryczy. I jako czytelniczka naprawdę je lubię, ale jako samozwańczy oceniacz… cóż, no nie mogę tego po prostu nie zauważyć i wiem, że ta książka miałaby na mnie mocniejszy impakt, gdyby końcówka była bardziej realistyczna.

[DALEJ SPOILER] Ponadto uważam, że autorka straciła trochę szansę na ciekawe zakończenie pod kątem relacji między postaciami. Nahri w tym tomie coraz bardziej przywiązuje się do Aliego i pomiędzy nimi rodzi się przyjemna, urocza chemia. Inna, niż w przypadku Nahri i Dary, oparta na przyjaźni i już pewnej dojrzałości. I chociaż ze wspomnianych już wcześniej względów wolę Darę od Aliego jako postać to uważam, że po tym, jak minęło 5 lat, Nahri dorosła, a nasz wskrzeszony wojownik w międzyczasie popełnił tyle błędów, nie było sensu wracać do ich romans. Naprawdę skinęłabym głową z uznaniem, gdyby Nahri po tym wszystkim podeszła do swojego dawnego ukochanego i zaproponowała przyjaźń. To po prostu ponownie byłoby mocniejsze zamknięcie, CHOĆ JAKO CZYTELNICZKA wolę to, które dostałam. Mam nadzieję, że czytelnik rozumie/czuje rozróżnienie. [KONIEC SPOILERÓW]

No więc tak, czuję się zadowolona z lektury i czekam na więcej, bo jestem pewna, że od tej pisarki jeszcze coś fajnego dostaniemy.


UWAGA nie do samej powieści: jak już wspominałam przy tomie drugim, ta książka nie jest Young Adult, choć pierwsza część trochę takie książki „udaje” (mamy motyw wybranej/zagubionej młodziutkiej dziewczyny z wielkimi umiejętnościami, czy romans) to od drugiego tomu autorka kompletnie odcina się od wszelkich młodzieżowych tropów. Dlatego wydawnictwo, które ten tytuł wydało, nie powinno nazywać się „We need YA”.



Nomida zaczarowane-szablony