Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science-fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science-fantasy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 czerwca 2022

Cień i Pazur: kat, który się zakochał



Severian jest od dziecka szkolny na kata – kogoś, kto nie tylko ma szybko i skutecznie zabić skazanego, ale również torturować go, zgodnie z przypisaną mu karą. Gdy do lochów trafia piękna, młoda i szlachetnie urodzona dziewczyna, chłopak dotrzymuje jej towarzystwa i wkrótce zaczyna się zakochiwać.


„Cień i Pazur” jest trochę pechową książką. A przynajmniej pechowy jest egzemplarz, który trafił akurat do mnie. Niestety, przyszedł uszkodzony i to w stanie znaczącym (widać na zdjęciach). Miałam go reklamować i wymieniać, ale nim miałam na to chwilę, okres na to minął i tak zostałam z niezbyt pięknym egzemplarzem. Na szczęście uszkodzenie nie przeszkadzało w czytaniu i mogłam w końcu sprawdzić, co takiego ten Gene Wolfe tworzył. W końcu słyszałam o nim nie raz.

Cień i Pazur
Gene Wolfe
wyd. Mag, 2020
Księga Nowego Słońca, t. 1-2

Wydanie Maga w ramach serii wydawniczej „Artefakty” zawiera w gruncie rzeczy dwie powieści, czyli „Cień kata” oraz „Pazur łagodziciela”. Jednak akcja obydwu dzieje się po sobie, dlatego jak najbardziej taki zabieg rozumiem. Właściwie w tym przypadku nie ma większego sensu sięgać wyłącznie po tom pierwszy, bo ten właściwie żadnych wątków nie zamyka. 

Czy jednak sama treść mi się podobała? Na to pytanie niestety odpowiedź nie jest wcale prosta. Przez pierwsze ok. 100-200 stron byłam naprawdę mocno zaangażowana w historię. Styl Wolfe jest bez wątpienia naprawdę dobry, a ten człowiek po prostu był utalentowanym pisarzem i to się czuje. A sam początek jest dość klasycznie prowadzonym fantasy, z wątkiem romansowym, który naprawdę mnie zaangażował. Przy okazji autorowi w tym cyklu naprawdę świetnie wychodzą opisy związane z katowskimi zajęciami i aż sama byłam zdziwiona, jak emocjonalnie podchodziłam do niektórych scen.

Tyle że potem do fantasy doszło jeszcze science-fiction. I to samo w sobie nie jest złe. Właściwie sam świat jest wręcz ciekawszy przez dodanie takiego elementu. Problem polega na tym, że Wolfe idzie trochę w stronę weird fiction. Zdaje się specjalnie udziwniać pewne sceny, te zaś wychodzą przez to chaotycznie i nie do końca zrozumiale. Dostajemy więc w gruncie rzeczy bardzo prostą, przygodową opowieść (wcale nie aż tak różną pod względem konstrukcji do np. popularnego obecnie „Wampirzego cesarstwa”, z tym że Wolfe jest lepszy od Kristoffa pod każdym względem), ale którą narracja specjalnie zdaje się nam utrudniać. 

I tak ze strony na stronę coraz mniej byłam na książce skupiona, bo ja po prostu takiego podejścia do końca nie lubię. W dalszym ciągu doceniam bardzo sam warsztat Wolfe’a i na pewno sięgnę po drugą książę z kolejnymi dwiema powieściami, ale przyznaję, że mój entuzjazm trochę opadł.

Powoli kończąc, w trakcie lektury odniosłam wrażenie, jakby Severian zakochiwał się w każdej dziewczynie, która napatoczy mu się po drodze. Wolfe co prawda nie jest w tym w żadnym razie obsceniczny, a sam motyw wyjściowy związany z zauroczeniem młodego kata jest naprawdę dobrym motywem, ale na Merlina, po prostu zaskoczyło mnie to, jak bardzo ten szanowny kat jest kochliwy.

Gene Wolfe to właściwie klasyczny twórca fantastyki, choć może nie znajduje się w topce najbardziej znanych. I jest dobry, to nie ulega wątpliwości. Ale ja jeszcze muszę sprawdzić, czy aby na pewno jest twórcą dla mnie.



środa, 8 grudnia 2021

Cynobrowe pola: tak nie powinno się wydawać (niezłych) debiutów

 

Gdy pewnej długowiecznej kobiecie z niemal wyniszczonej przez ludzi rasy udaje się uciec do rodzimych krain, zostaje wysłany za nią jednooki drwal. Jaka jest przeszłość uciekinierki-samotnej matki i czym jest kieł, który wisi na szyi ścigającego ją mężczyzny?

 

Był sobie taki dzień, w którym postanowiłam, że po prostu kupię kilka książek z serii SQN, w ramach której ukazywały się książki debiutantów. „Fantastycznie nieobliczalni” przynajmniej tymczasowo już się nie ukazują, ale pierwszą książką wydaną w ramach serii była powieść „Cynobrowe pola” Aleksandry Radlak.

Niestety, to że jest to pierwsza powieść z serii jest jak najbardziej widoczne. Cały cykl ma niezbyt ciekawe okładki, które kompletnie nie mówią, co można znaleźć wewnątrz (a seria jest ogólnie FANTASTYCZNA, nie skupia się wokół jednego gatunku, np. high fantasy), ale w przypadku „Cynobrowych pól” to najmniejszy problem. Miękka oprawa bez skrzydełek dodatkowo posiada zbyt gruby papier, co sprawia, że  tej powieści po prostu nie da się czytać bez złamania grzbietu książki. Przyznaję – nie chciałabym, aby moja pierwsza powieść została potraktowana tak, jak ta od Radlak.

Cynobrowe pola
Aleksandra Radlak
wyd. SQN, 2018

Na całe szczęście, to nie wydanie, a książka jest najważniejsza i muszę przyznać, że akurat jej treść kompletnie mnie zaskoczyła. Nie czytałam wcześniej ani opisu wydawcy, ani recenzji, a okładka sprawiała, że odciągałam lekturę, spodziewając się czegoś topornego i męczącego, a dostałam może trochę nieoszlifowaną, ale ambitną powieść.

Michał Cetnarowski, który współtworzył/współtworzy serię „Fantastycznie nieobliczalni” na wstępie do powieści pisze o tym, że Radlak wybrała tę bardziej artystyczną ścieżkę, jeśli chodzi o tworzenie fantastyki. I coś w tym jest. Swoim klimatem ta powieść przypomina mi trochę „Trupokupców” Świerczek-Gryboś, których czytałam jakiś czas temu. Jest znacznie mniej chaotyczna i o wiele bardziej przygodowa, ale jest w tej opowieści skupienie na emocji.

Bez wątpienia świat, który przedstawia autorka, jest ciekawy. Można traktować go albo jako odrębne uniwersum, albo jako daleką, daleką przyszłość Ziemi, w której ludzkość doprowadziła do katastrof, a teraz żyje w skażonym przez siebie świecie. Jednocześnie do historii są wprowadzone inne rasy, w tym takie, które przypominają elfy (piękne i długowieczne, żyjące gdzieś na fiordach w odległych górach). Zresztą, jedna z głównych bohaterek to właśnie członkini tejże nacji. Radlak łączy więc świat typowy dla science fiction ze światem fantasy. Mamy tu maszyny, czołgi i technologie, ale również magię, czy wątki związane z wiarą.

Warto tu zaznaczyć, że w moim odczuciu kreacja świata przedstawionego zdaje się być dla autorki ważniejsza, niż sama opowieść. Jeśli dodamy do tego fakt, że opisywana rzeczywistość do przyjemnych nie należy, a Radlak nie boi się przekleństw to dostajemy opowieść, która nie jest w pełni „moja” – przyznaję, czasem mnie trochę męczył jej styl. A obecny w historii emocjonalny chaos (choć w miarę kontrolowany) tylko to wrażenie potęgował.

Niemniej, to po prostu intrygujący debiut i ciekawa książka, która mimo dość artystycznego i niezbyt komercyjnego podejścia jest stosunkowo rozrywkowa. I aż dziwi mnie, że wydawca nie zainwestował bardziej w promocje tej książki, zwłaszcza, że te opinie, które widziałam, były raczej pozytywne. „Cynobrowe pola” niestety chyba nie sprzedały się za dobrze, a szkoda, bo zakończenie jest na tyle otwarte, że Radlak mogłaby spokojnie napisać kolejny tom (i mam wrażenie, że taki też był jej plan).

Nie wiem, czy polecam tę książkę wszystkim. Na pewno „Cynobrowe pola” są dość specyficzne i to w taki sposób, który trzeba po prostu lubić. Ale przy tym mam wrażenie, że to dość niedoceniony debiut, który po prostu zasługuje na trochę więcej uwagi.


sobota, 4 kwietnia 2020

Zgasić słońce. Szpony smoka: Gdy Japonia ma wyzwolić Polskę z rąk zaborców


Początek XX-wieku. Najpotężniejsze mocarstwa zachodu, korzystając ze swojej najświeższej technologii, próbują pokonać siły japońskiego imperium, które zdaje się być w mocy zagarnąć cały świat. Nie bez powodu: za sprawą bogini, ich wojska są wspierane przez magiczne siły. Nalot na Tokio może być ostatnią szansą dla zachodniego świata. W tym samym czasie Józef Piłsudzki widzi w azjatyckiej potędze szansę dla Polski na niepodległość.

Tytuł: Zgasić słońce. Szpony smoka
Tytuł serii: Zgasić słońce
Numer tomu: 1
Autor: Robert J. Szmidt
Liczba stron: 440
Gatunek: alternatywna historia
Wydanie: SQN, Kraków 2020
Z Robertem J. Szmidtem miałam do tej pory styczność tylko raz. Pierwszy tom jego „Kronik jendorożca” był powieścią całkiem niezłą pod kątem warsztatu. Lekką i rozrywkową fantastyką, która być może nie zapadła mi na dłużej w pamięć, ale jednocześnie w trakcie czytania po prostu spełniła swoje zadanie. Dlatego po najnowszej książce tego autora – „Zgasić słońce. Szpony smoka” – spodziewałam się dokładnie tego samego.
Przyznam, że trochę obawiałam się tej historii. Sam koncept wydawał mi się co najmniej szalony. Połączenie wątku niepodległości Polski z epicką wojną świata zachodniego z Japonią, bronioną przez wielkie smoki brzmi po prostu absurdalnie. Zwłaszcza, że (przynajmniej w moim odczuciu) trudno jest nam, Polakom, dobrze oddać kulturę azjatycką. Jeśli autor nie zna japońskiego, jeśli nie zna bezpośrednich źródeł, często to, co dostajemy jest pewną stereotypową, popkulturową papką, która – zupełnie szczerze mówiąc – raczej mnie nudzi i odrzuca, niż interesuje.
Robert Szmidt ma jednak, na szczęście, na tyle dobry warsztat, że ten cały absurdalny świat jakoś funkcjonuje jako całość. Tak, wydaje mi się, że przedstawienie Japonii w tej powieści jest mocno komiksowe i mocno absurdalne, ale takie było chyba założenie od samego początku. Za to jednak absolutnie nie mogę powiedzieć, by „Zgasić słońce” było powieścią, którą czytałam z przyjemnością. Wręcz przeciwnie.
Nie wiem jednak, czy uda mi się wyjaśnić skąd wzięły się moje odczucia. Zacznijmy może jednak od powtórzenia: Szmidt wie, jak pisać. Wie, jak konstruować historie, jak składać całość w kupę i tworzyć rozrywkową literaturę. „Zgasić słońce” ma bardzo konkretną konstrukcję i wydaje mi się, że naprawdę wielu osobom może z tego powodu do gustu przypaść. Ja mam chyba jednak z tą powieścią dwa główne problemy.


Po pierwsze, opis bitwy. Ta książka podzielona została wyraźnie na trzy konkretne fragmenty, z czego pierwszy segment dotyczy właściwie tylko opisu nalotu na Tokio. A jeśli ktoś mnie choć trochę zna to doskonale wie, że ja i militaryzm… No, to niekoniecznie się łączy. Opisy bitew są zwykle dla mnie najnudniejszym elementem literatury i trudno wzbudzić we mnie większe zainteresowanie takimi opisami. Zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z bitwą powietrzną, która rozgrywa się na sterowcach lub latających statkach. Bardzo nie lubię sterowców i latających statków, mimo słabości do steampunkowej stylistyki. A tu właśnie to dostałam. Nic więc dziwnego, że tę pierwszą jedną trzecią powieści męczyłam przez blisko miesiąc. Szczególnie, że główny bohater nie był postacią, którą miałam ochotę obserwować, szczególnie na samym początku, gdy niewiele o nim jeszcze wiedziałam.
Mój drugi problem z tą powieścią to poczucie, że właściwie… przeczytałam trochę… nic? „Zgasić słonce” ma pewne pozornie ciekawe i oryginalne koncepty. Nie znam wśród polskiej alternatywnej historii czegoś z podobnym założeniem startowym. Dlatego samo założenie świata przedstawionego już z daleka wydaje się ciekawe. Jednakże po wczytaniu się w tą powieść doszłam do wniosku, że… ona właściwie niewiele mi oferuje. Główny bohater, Andrzej, to po prostu młody kadet, bez szczególnych cech charakteru. Czasem popełnia głupie błędy, czasem nie, ale generalnie – po prostu sobie jest. Przez blisko 2/3 powieści nie ma zaś żadnej postaci, od której mógłby się „odbijać”. Odnosiłam wrażenie, że lwia część tej książki to opisy jak postać wstała, zjadła i poszła się bić lub pracować, a to wcale nie jest dobra nowina dla powieści. Dobrze skonstruowanie relacji między postaciami to naprawdę niezwykle istotny element takich historii, a tu mi tego zabrakło. Szczególnie, że nawet gdy pojawia się na kartach powieści wszystkim nam znany Józef Piłsudzki… osobiście nie poczułam się szczególnie zaintrygowana ani nim, ani jego relacją z Andrzejem.
Fabuły też jest tu zadziwiająco mało, przynajmniej w moim odczuciu. Być może to spowodowane jest tym, że ta książka zdaje się być pewnym preludium do kolejnego tomu i raczej wprowadza nas w świat przedstawiony. Świat przedstawiony, w którym jest taka ilość elementów, że autor po prostu musiał nas w niego wprowadzić.
Niemniej, jak już pisałam – naprawdę zrozumiem, jeśli ta książka komuś się spodoba i nie mam zamiaru tego negować. Chociaż gdy odkładałam „Szpony smoka” nie miałam ochoty do nich wracać, to samo czytanie przebiegało naprawdę sprawnie. Język Szmidta jest bardzo klarowny, prosty i pozbawiony ozdobników, choć przy tym wcale nie infantylny. Jeśli lubicie opisy bitew oraz jesteście zainteresowani różnego rodzaju mechami i fantastycznymi wynalazkami: to może okazać się książka dla Was. Ba, jeśli jesteście patriotami zainteresowanymi odzyskiwaniem przez Polskę niepodległości! Ta książka zapewne też Was zainteresuje. Odnoszę wrażenie, że „Szpony smoka” to powieść zaprojektowana tak, by po prostu dobrze się sprzedawała, trochę jak filmowe blockbustery. I nie widzę w samym tym fakcie kompletnie niczego złego.
Ja sama jednak nie mam szczególnej ochoty na powrót do tej powieści. Czytałam ją naprawdę długo, nie mając czasem ochoty do niej wracać przez tydzień lub dwa. Absolutnie nie skreślam jednak przy tym autora. To, że tematyka tej książki i sposób podania historii mi nie odpowiada, nie oznacza, że inne mi się podobać nie będą. Szmidt ma naprawdę wyćwiczone pióro i przy tym będę stać murem. Nie jest może pisarzem-artystą, ale wie, jak połączyć pewne elementy, aby stworzyć rozrywkową fantastykę, a to też nie jest proste zadanie.

* * *

Zerwał się na nogi i podbiegł do najbliższej okiennicy. Deski, z których ją zbito, były bardzo nierówne, szybko więc znalazł szczelinę i wyjrzał na plac. Zobaczył tył samochodu, a tuż obok…
Uśmiechnięty od ucha do ucha Araki kucał przed dwojgiem dzieci. Dziewczynka mogła mieć cztery latka, góra pięć. Ubrano ją w różowe kimono, czyli rodzaj tutejszego stroju, noszonego zarówno przez kobiety jak i mężczyzn. Chłopczyk, może o rok starszy od niej, miał na sobie nieco wygodniejsze odzienie, aczkolwiek również fantazyjnie egzotyczne. Komendant droczył się z nimi przez chwilę, po czym ucałował oboje i nie wstając, przyglądał się, jak roześmiane pociechy odbiegają w stronę samochodu.
Potwór ukazał ludzką twarz. To powinno ucieszyć obserwującego sielski widok jeńca, ale Hordyński ani się nie uśmiechnął, ani nie poczuł ulgi. Jego sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej.
Fragment „Zgasić słońce. Szpony smoka” Roberta J. Szmidta




Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

wtorek, 1 października 2019

Shriek: Posłowie: Analiza życia badacza Szarych Kapeluszy



Ambergris to potężne miasto, w którego zakamarkach czai się śmiertelnie groźna rasa Szarych Kapeluszy. Artystka, Janice Shriek, pisze posłowie do książki swojego młodszego brata, Duncana. Mężczyzna spędził lata na badaniu podziemi miasta, a jego siostra opowiada, jak jego życie wyglądało z jej perspektywy.

Tytuł: Shriek: Posłowie
Tytuł serii: Ambergris
Numer tomu: 2
Autor: Jeff VanderMeer
Tłumaczenie: Robert Waliś
Liczba stron: 400
Gatunek: weird fiction
Wydanie: Mag, Warszawa 2010

„Shriek: Posłowie” jest powieścią, która przeleżała u mnie swoje. Zakupiłam ją na pierwszym roku studiów, w jakimś dyskoncie, chcąc poznać jakieś książki z „Uczty Wyobraźni” Maga. Dopiero po fakcie zorientowałam się, że to drugi tom z serii i odłożyłam czytanie na później. I „później” stało się „teraz”: w końcu kolejna książka Jeffa VanderMeera jest już za mną.
Szczerze przyznam jednak, że sama nie do końca wiem, co o tej powieści myślę. VanderMeer to człowiek o bardzo dobrych pomysłach i wyćwiczonym warsztacie, co w tej książce widać. Mało który autor byłby w stanie poprowadzić tego typu powieść tak, aby czytelnik nie gubił się w treści. Z jednej strony dostajemy tu bowiem narrację pierwszoosobową Janice Shirek. Z drugiej jednak w nawiasach wypowiada się jej brat, Duncan, komentując słowa swojej siostry. Wielu innych autorów mogłoby nie udźwignąć takiej narracji, a temu autorowi ta wychodzi bardzo płynnie. Na dodatek sama relacja rodzeństwa jest chyba jednym z najciekawszych elementów „Shrieku”.
Przy tym jednak moje zainteresowanie historią mogłabym określić mianem średniego. Opis z tyłu okładki obiecuje czytelnikowi wielkie tajemnice i skandale, a ja tego w treści książki szczególnie nie odczuwam. Ta książka VanderMeera z jednej strony osadza akcję w fikcyjnym mieście, ale z drugiej skupia się na kwestiach bardzo przyziemnych i obyczajowych. Opowiada o skupionym na swojej pracy historyku, problemach rodzinnych, romansach i świecie wydawniczym, a sprawy związane ze światem przedstawionym spycha w tło. Muszę jednak oddać, że dzięki temu to „tło” ma w sobie coś ciekawego i mrocznego, ale to było za mało, abym bezustannie czuła się skupiona na lekturze.
Ponadto VanderMeer przyzwyczaił mnie do dzieł raczej krótkich. Konkretnych i przepełnionych treścią. W trakcie lektury „Shrieku” miałam jednak wrażenie, że całość jest niepotrzebnie wydłużona, a odczucie, że pomijając dziesięć stron nie stracę niczego z treści wcale nie jest szczególnie dobre. Być może miałam takie wrażenie przez nieznajomość poprzedniej części z serii. Z tego, co mi wiadomo (choć mogę się tu mylić) tamta część to zupełnie inna historia, osadzona w tym samym mieście. Może jednak gdybym poznawała serię po kolei byłabym bardziej przywiązana do samego Ambergris, co zwiększyłoby moje zainteresowanie opisami VanderMeera. Ale kto wie. W tej chwili „Miasto szaleńców i świętych” nie jest najlepiej dostępne i pewnie prędko nie zweryfikuje tej wiedzy. Nie jestem więc w stanie w pełni ocenić tej książki.
Jeff VanderMeer jest autorem, który nie trafi do wszystkich – to nie ulega wątpliwości. Ja spotkania z tym tytułem nie żałuję, choć nie sądzę, bym do niego wróciła: przynajmniej nie mam poczucia, że zalega na mojej półce. Twórczość tego pana warto sprawdzić, choć chyba niekoniecznie od tej konkretnie pozycji. Naprawdę wydaje mi się, że wydłużenie książki do czterystu zapisanych drobnym druczkiem stron nie wyszło tej historii na dobre. Jak na razie odnoszę wrażenie, że VanderMeer najlepiej radzi sobie w formie stosunkowo krótkiej, będącej gdzieś na pograniczu opowiadania i powieści.
* * *


Ależ dziwne z nas stworzenia, pomyślałam. Żyjemy, kochamy, umieramy wśród chaosu radości i smutku, podniecenia i nudy. Każdy umysł niepowtarzalny jak odcisk palca i równie zagadkowy. Wymyślamy historie, by zrozumieć siebie, i wmawiamy sobie, że są prawdziwe, choć tak naprawdę stanowią jedynie nasze odciski palców, niezależnie od tego, jak uniwersalne znaczenie staramy się im przypisywać.
Fragment „Shrieku: Posłowia” Jeffa VanderMeera





niedziela, 10 marca 2019

Strażnik: Post-apo w RPGowym stylu


Ostatnie, co pamięta Hubert to szkolna wycieczka do Paryża i eksplozja szklanej piramidy pod Luwrem. Budzi się w nieprzyjemnym, brudnym domu. Prędko orientuje się, że nie pamięta ostatnich siedmiu lat ze swojego życia. Kluczowych siedmiu lat, w których na Ziemi doszło do apokalipsy.


Tytuł: Strażnik
Tytuł serii: Zapomniana księga
Numer tomu: 1
Autor: Paulina Hendel
Liczba stron: 387
Gatunek: post-apokalipsa
Wydanie: Nasza Księgarnia, Warszawa 2014
Choć niezbyt często sięgam po post-apokalipsę to od kiedy poznałam „Metro 2033” naprawdę przepadam za tym fantastycznym podgatunkiem. Dlatego spotkanie z Pauliną Hendel postanowiłam zacząć właśnie od jej książki z tego gatunku. „Strażnik” już z daleka wygląda jak rasowe post-apo i gdy trafił w moje ręce szybko się z nim uporałam: to zdecydowanie nie jest ciężka lektura.
Niestety, poza tym że nie jest ciężka, nie jest też szczególnie dobra. Wprawdzie to dalej książka, która ma szansę spodobać się jakiemuś targetowi, ale na pewno nie zaliczę jej do swoich ulubionych lektur.
Zacznijmy od bohatera. Huberta poznajemy jako 17-latka. Następnie autorka serwuje nam przeskok czasowy, w którym nasza postać ma lat 24. W związku z tym teoretycznie powinniśmy obserwować młodzieńca, który swoje już przeżył, ale… ale nie. Hubert nie pamięta nic z tych ostatnich lat, w związku z czym mentalnie nadal jest nastolatkiem, który irytuje wszystkich wokół. Od innych postaci po samego czytelnika… chyba że ten jest do takiego stanu rzeczy przyzwyczajony. Cóż, ja nie jestem i tego akceptować jako „normalne” nie mam zamiaru.
Jakby tego było mało, Hubert… regularnie mówi sam do siebie. Naprawdę! „Strażnik” napisany jest w trzeciej osobie i Hendel, chyba po prostu aby jakoś z tego wybrnąć, często wciska bohaterowi do ust słowa, które mógłby pomyśleć. Ale nie, Hubert po prostu rozmawia sam ze sobą. To naprawdę wypada często karykaturalnie.
Nie daje rady też sam świat przedstawiony. „Strażnik” wygląda trochę tak, jakby autorka miała ochotę napisać jakieś post-apo, ale nie miała pomysłu na to, jak może w sensowny sposób dojść do katastrofy. Wrzuciła więc do książki wojnę nuklearną, zarazę, jakieś fale niszczące elektronikę, słowiańskie demony…
Ech, tego wszystkiego jest po prostu za dużo. Żadna z tych kwestii nie jest wystarczająco rozwinięta. Wprawdzie autorka próbuje nas „nabrać”, że te słowiańskie potwory są istotne, ale w praktyce równie dobrze mogłyby to być jakieś zmodyfikowane genetycznie zombie i naprawdę nie robiłoby to dla książki różnicy. A szkoda, bo teoretycznie to właśnie one są głównym tematem „Strażnika”.
Fabularnie dostajemy questa z gry RPG. Znam sporo tego typu książek fantasy, ale niektóre z nich wypadają przynajmniej uroczo przez relacje między postaciami, czy sam przyjęty koncept. W przypadku „Strażnika” bohaterowie po prostu biegają od punktu do punktu, musząc odhaczać kolejne rzeczy na liście, od czasu do czasu dostając „prywatną sesje” z wymianą zdań i ewentualną drobną dramą. I tyle. To nie jest szczególnie angażująca fabuła.
Muszę jednak Hendel oddać fakt, że „Strażnika” czyta się błyskawicznie. Nie dostajemy zbędnych opisów, nie dostajemy nadmiaru psychologii, a jedynie właśnie wspomniane przeze mnie przed chwilą bieganie od punktu do punktu „po mapie”. To sprawia, że mimo objętości tę książkę można naprawdę prędko pochłonąć.
„Strażnik” to właściwie powieść młodzieżowa. Mamy młodego bohatera, mamy opisane jego dojrzewanie, jego zauroczenia – dlatego wierzę, że właśnie szczególnie młodym osobom, albo nieznającym się na gatunku ta powieść po prostu się spodoba. Bo ona podobać się może, właśnie dzięki lekkości samej treści. Niestety, w żadnym razie nie jest to książka obiektywnie dobra.


* * *

Hubert jeszcze przez chwilę stał na progu swojego nowego domu. „Biedna dziewczyna – pomyślał. – Ile miała lat, jak to wszystko się wydarzyło? Dziesięć? Wtedy jeszcze była za mała, żeby docenić wszystkie walory tamtego świata. Ja w jej wieku dostawałem wszystko, drogie sprzęty, markowe ubrania, jeździłem na zagraniczne wycieczki, chodziłem na piwo z kumplami i koleżankami… A ona? Co ma ona? Ciuchy sprzed siedmiu lat i mnóstwo pracy w gospodarstwie. Pewnie od kilku lat nie opuściła granic Święcina, nie ma gdzie poznać fajnego chłopaka ani nowej koleżanki.”
Fragment „Strażnika” Pauliny Hendel

piątek, 1 marca 2019

Grillbar Galaktyka: Kosmiczna podróż kulinarna





Iven to wybitny kucharz dla którego pichcenie jest całym życiem. Jest szefem kuchni w luksusowej, kosmicznej restauracji i niezwykle docenia swoją pracę. Twierdzi – z reszta słusznie – że galaktyka jest pełna pysznego jedzenia. Podczas jednej z kolacji zostaje wrobiony w zabójstwo ważnej osobistości, co zmusza go do ucieczki.

Tytuł: Grillbar Galaktyka
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Liczba stron: 511
Gatunek: przygodowe science-fiction
Wydanie: Fabryka Słów, Lublin 2011
Zajdel za rok 2012 trafił do Mai Lidii Kossakowskiej za powieść „Grillbar Galaktyka”. Książka ta to bardzo lekkie i przygodowe science-fiction, będące swoistym hołdem autorki do gotowania (które – razem z mężem – uwielbia) oraz popkultury. Po lekturze muszę przyznać, że to książka niezwykle przyjemna i kolorowa, choć jednocześnie zdecydowanie nie wybitna.
Zacznijmy od kwestii, przez która nie do końca mogłam wgryźć się w historie przedstawioną przez Kossakowską. W przypadku tej powieści trudno mówić o konkretnym świecie przedstawionym. Cała książka jest bardzo żartobliwa i humorystyczna, a przez to „przyszłość” przedstawiona przez autorkę nie została potraktowana w sposób poważny. Czytając, miałam wrażenie, że wiele ras, postaci, potraw czy planet pojawiło się na jej kartach tylko dlatego, że ich nazwy, lub opisy brzmią zabawnie. Jeśli do tego dołączymy ich mnogość oraz – w moim odczuciu – stosunkowo toporną ekspozycję świata przedstawionego czasem po prostu trudno w to wszystko w pełni uwierzyć. Zwłaszcza, że fakt posiadania przez bohaterów macek, czy łap bez kciuków w wielu przypadkach zdaje się nie wpływać szczególnie ani na ich umiejętności, ani na ich charaktery.
Na dodatek nie dość, że „Grillbar Galaktyka” to olbrzymia mnogość gatunków oraz planet to autorka nie szczędzi nam odniesień do świata rzeczywistego. Wewnątrz tej książki można więc znaleźć bardzo jasne odwołania do Unii Europejskiej (do której autorka ma podobne podejście jak jej mąż, Jarosław Grzędowicz, a które ten przedstawił w swoim „Hel-3”) oraz sporej ilości „klasyków” kultury. Jeden z początkowych rozdziałów jest właściwie w całości poświęcony „Obcemu”, a na dalszych kartach powieści można znaleźć odwołania do mangi, czy „Gwiezdnych Wojen”. I choć polityczne odwołanie było jednym z nudniejszych aspektów książki (bo autorka poświęca temu cały rozdział) o tyle te nawiązania do kultury wypadają naprawdę sympatycznie.
„Grillbar Galaktyka” pod względem swojej konstrukcji jest przede wszystkim powieścią drogi. Bohater często zmienia miejsce zamieszkania, uczy się nowych rzeczy, poznaje świat. Niestety, tu pojawia się mój drugi problem z tym tytułem. Przez lwią część historii Iven jest sam: wprawdzie po drodze poznaje mniej, lub bardziej przyjazne osoby, ale żadnej z nich nie poznajemy głębiej. Postacie drugoplanowe prędko znikają. Dopiero właściwie pod koniec tej historii Iven zaczyna budować relacje z innymi osobami i dopiero wtedy historia nabiera naprawdę przyjemnego klimatu. Jego wcześniejsza, samotna podróż może po prostu zacząć nudzić.
Warto też zwrócić uwagę na to, że sama fabuła powieści nie należy do kluczowych rzeczy w tym przypadku. Autorka stawia na niekoniecznie udaną ekspozycje oraz opisy związane z kuchnią i gotowaniem, w związku z czym nawet sama podróż Ivena czasem schodzi na dalszy plan. Z tego powodu przez ¾ książki główny bohater właściwie bezustannie ucieka i pałęta się bez celu po świecie, aby dopiero pod koniec dostać konkretną misje do wypełnienia.
Jak zwykle, styl Kossakowskiej jest bardzo lekki i łatwy do przyswojenia. Choć teoretycznie mamy tu do czynienia z fantastyką naukową to należy wziąć pod uwagę, że wynika to tylko z powodu settingu książki. W końcu mamy tu do czynienia z przyszłością, kosmosem i podróżami międzygwiezdnymi. Treść tej książki nie ma jednak nic wspólnego z tą bardzo naukową odmianą gatunku. Nie znajdziecie wewnątrz dokładnych opisów technicznych, czy naukowych, bo po prostu wyraźnie widać, że nie o to autorce w tej powieści chodziło.
„Grillbar Galaktyka” to na pewno książka przyjemna, celebrująca jedzenie i popkulturę. Przez swoją lekkość i żartobliwość może być też dobrym startem z literaturą science-fiction: nieobyty czytelnik będzie mógł dzięki niej zdecydować, czy w ogóle interesują go historie z akcją osadzoną w kosmosie. Nie jest to jednak – jak już wspominałam – wysokopółkowa literatura, zmuszająca do głębszych przemyśleń i tego po niej zdecydowanie nie należy się spodziewać.


* * *

Nie pożeraj bliźniego swego, abyś sam pożarty nie został! O zaprawdę, powiadam wam, wszelki żywot, choćby ten nieożywiony, jest świętym! Dalece lepiej umrzeć z głodu, a nie poddać się chuci, niźli zjadłszy, stać się dziecięciem występku! Choćbym kroczył doliną pełną jadła, nie sięgnę po nie, albowiem...
 Fragment „Grillbaru Galaktyki” Mai Lidii Kossakowskiej


niedziela, 23 grudnia 2018

Kamienne niebo: Świat zmierza ku końcowi


Piąta Pora Roku trwa już od dwóch lat. Essun pozbawiła swoją wspólnotę domu, aby ocalić jej życie. Nie wszyscy jednak są zadowoleni z takiego obrotu spraw. Jednocześnie kobieta czuje, że jak najszybciej musi odnaleźć swoją córkę, Nassun, a także przywrócić Ojcu Ziemi to, co zostało mu zabrane, jeśli chce zapobiec kolejnym katastrofom.

Tytuł: Kamienne niebo
Tytuł serii: Pęknięta Ziemia
Numer tomu: 3
Autor: N. K. Jemisin
Tłumaczenie: Jakub Małecki
Liczba stron: 384
Gatunek: high fantasy
Wydanie: SQN, Kraków 2018
Bardzo długo zwlekałam z sięgnięciem po „Kamienne niebo”. Opinie na temat tego tomu były zdecydowanie chłodniejsze w porównaniu do części poprzednich, mimo że zakończenie serii, tak samo jak tomy poprzednie, także zgarnęło Nagrodę Hugo. Na szczęście dla mnie w trakcie lektury książki Nory K. Jemisin bawiłam się nie gorzej, niż w przypadku poznawania części poprzednich.
Faktycznie jednak muszę przyznać, że w ostatniej części – tak samo, jak w przypadku tomu drugiego – brakowało mi odrobiny chemii między bohaterami. W przypadku „Piątej pory roku” relacja Sjen oraz Alabastra po prostu iskrzyła; w kolejnych częściach te emocje towarzyszące tej relacji zdają się nieco opadać, zmieniać i dojrzewać. Niemniej, poza tym „Kamienne niebo” to po prostu kolejna książka Jemisin zawierająca wszystko to, co w twórczości tej autorki lubię: zabawę słowem, stopniowe odkrywanie świata oraz położenie nacisku na światotwórstwo, nie na samą fabułę.
Bo choć w „Kamiennym niebie” pozornie dzieje się dużo to nie jest to historia, której nie da się przewidzieć. Zakończenia mają zwykle to do siebie, że muszą podsumować całokształt, a więc mimo splendoru wydają się w pewnym sensie krótsze, niż części poprzedzające. Zwłaszcza, że Jemisin w tym tomie znów porywa się na trzy narracje i tylko dwie z nich dotyczą czasów współczesnych bohaterom. Jedna opisuje zamierzchłą przeszłość, co pozwala nam lepiej zrozumieć świat przedstawiony, ale jednocześnie zabiera czas zwrotom akcji w głównej linii fabularnej. Niemniej, dla mnie to zdecydowanie nie jest wada „Kamiennego nieba”: osobiście tak lubię styl Jemisin oraz jej pomysłowość, że mogłabym dostać wymyślony przez nią bestiariusz, albo coś pokroju „Silmarilionu” Tolkiena i dalej doskonale się bawić.
No bo właśnie… świat przedstawiony w „Kamiennym niebie” jest dość mocno rozwinięty w porównaniu do części poprzednich, choć autorka, jak zawsze, nie podaje nam wszystkich elementów układanki na tacy. Choć to ostatni tom serii to dalej na wiele pytań nie mamy odpowiedzi, co sprawia, że Bezruch zachowuje wiele ze swojego mistycznego, tajemniczego klimatu. Na pewno jednak ta część potwierdza moje wcześniejsze przypuszczenia: trylogia Jemisin to science-fantasy, a nie czyste high fantasy.
Mam tendencję do przyjmowania prozy Jemisin takiej, jaką jest: jestem zakochana w jej stylu i w jej podejściu do tworzenia światów. Dlatego nic dziwnego, że przy „Kamiennym niebie” dobrze się bawiłam i nie do końca widzę powód, przez który opinie na temat ostatniej części są o tyle chłodniejsze w porównaniu do tomów poprzednich. Dla mnie to po prostu naprawdę ładnie napisana i bardzo pomysłowa trylogia, która porusza dość dużo istotnych społecznie tematów. Na pewno jednak nie jest to literatura dla każdego: seria „Pękniętej Ziemi” wymaga od czytelnika sporej dawki cierpliwości i niezniechęcania się do tekstu książki nawet, jeśli coś przez dłuższy czas wydaje się niezrozumiałe.


* * *

Myślę, że jeśli kogoś kochasz, nie decydujesz o tym, jak bardzo ten ktoś kocha ciebie.
 Fragment „Kamiennego nieba” Nory K. Jemisin



czwartek, 16 sierpnia 2018

Banda niematerialnych szaleńców: Duchy w młodzieżowej konwencji

Danny ma czternaście lat, kocha czekoladę i nienawidzi swoich guwernantek. Gdy pozbywa się kolejnej z rzędu, jego rodzice wysyłają go do rodziny mieszkającej w Warszawie. Chłopiec mieszkający wraz z ciotką, wujkiem oraz piątką kuzynek szybko odkrywa, że potrafi kontaktować się z duchami.

Maria Krasowska to osoba o wielu zainteresowaniach i talentach: prowadzi dwa kanały na youtube, studiuje, tańczy, a także – jak się okazuje – pisze. „Banda niematerialnych szaleńców” to jej druga powieść i pierwsza, z którą miałam okazję się zapoznać. Muszę jednak przyznać, że choć to bardzo sympatyczna książka to do miana naprawdę dobrej jednak wiele jej brakuje.
Tytuł: Banda niematerialnych szaleńców
Autor: Maria Krasowska
Liczba stron: 384
Gatunek: urban fantasy
Wydanie: SQN, Kraków 2018
Zacznijmy może jednak od samego wydania. Osobiście uwielbiam grafikę na okładce: jest bardzo przyjemna dla oka. Wewnątrz możemy znaleźć też drobne ozdobniki przy pierwszych stronach rozdziałów, przez co książka prezentuje się naprawdę nieźle, mimo braku twardej oprawy. Z resztą, nie ma się co dziwić – SQN pod tym względem naprawdę dba o swoje tytuły.
Gdy jednak zagłębimy się w treść okaże się, że niedostajemy niczego szczególnego. „Banda niematerialnych szaleńców” to przede wszystkim książka oparta na znanym wszystkim schematach, w której wprawdzie widać masę pozytywnej energii autorki, jednak poza tym po prostu niczym nie zaskakuje.
Krasowska stworzyła powieść bardzo mocno przerysowaną, co z jednej strony jest dość typowe, jeśli mówimy o książkach dla tej młodszej młodzieży, ale z drugiej sprawia, że dorosły czytelnik niekoniecznie będzie czerpał taką samą radość z czytania, co osoba młodsza, albo mniej „doświadczona” literacko. Wystarczy wziąć na tapet głównego bohatera. Danny to postać, która lubi czekoladę ponad życie, podobnie jak granie w Monopoly, za to absolutnie nienawidzi guwernantek. To „cechy”, które bezustannie przewijają się przez tekst, są cały czas powtarzane, jednocześnie przysłaniając konkretne cechy charakteru chłopaka.
Ponadto sama fabuła powieści jest najzwyczajniej w świecie mocno naiwna, niekoniecznie logiczna i równie przerysowana. Na przykład dowiadujemy się, że duchy, które chodzą po Ziemi to zwykle pozostałości po osobach złych do szpiku kości. Z tym, że każdy z nich jest absolutnie sympatyczny… W przeciwieństwie – rzecz jasna – do antagonisty, który nie może poszczycić się praktycznie żadną pozytywną cechą.
W historii Danny’ego możemy dostrzec pewne mieszanie konwencji. Z jednej strony przez obecność duchów dostajemy książkę z gatunku fantasy. W trakcie lektury na jaw wychodzi jednak na tyle dużo technicznych elementów (oczywiście podanych w bardzo lekki i niekoniecznie sensowny sposób), że osobiście pokusiłabym się o stwierdzenie, że chwilami „Banda nieśmiertelnych szaleńców” zmierza nieco w stronę science fantasy. I choć tego typu fragmenty nie wypadają najlepiej to myślę, że mogą pokazać młodemu czytelnikowi, że fantastyka wcale nie musi być taka prosta i oczywista. Bo choć często osoby niezagłębione w ten gatunek nie mają takiej świadomości to naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie, by w tekście łączyć magię z wynalazkami.
Powieść jest utrzymana w komediowej konwencji. Krasowska pisze stylem lekkim i prostym, a w jej tekście nie zauważyłam jakiś szkodliwych treści. To nie jest książka, która traktuje siebie samą „na poważnie”. Mimo wszystko widać, że autorka musiała dość dobrze bawić się w trakcie pisania „Bandy niematerialnych szaleńców”. To wszystko sprawia, że książkę bardzo szybko się czyta, dzięki czemu myślę, że jako lektura dla młodszych czytelników naprawdę świetnie się sprawdzi.
„Banda niematerialnych szaleńców” jest powieścią, którą na pewno będę polecać młodzieży; na pewno wypada o wiele lepiej, niż na przykład niedawno czytana przeze mnie trylogia Ruddena pt. „Rycerze pożyczonego mroku”. Nie jest to jednak uniwersalna fantastyka, którą śmiem polecać absolutnie każdemu. Najzwyczajniej w świecie jest na to zbyt naiwną pozycją.


* * *

Trzy rzeczy, które kocham: gorzka czekolada, gra w „Monopoly” i ciemność. (Z tą ciemnością to bez przesady: muszę widzieć, gdzie stawiam hotele oraz gdzie sięgać po czekoladę).
Trzy rzeczy, których nienawidzę: guwernantki, nuda i jeszcze raz guwernantki. Jeśli sądzicie, że bywają fajne guwernantki to znaczy, że jeszcze żadnej nie mieliście.
Fragment „Banda niematerialnych szaleńców” Maria Krasowska



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl




Nomida zaczarowane-szablony