Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 czerwca 2022

Gwiezdny Port: komedia kosmiczno-kryminalna od George'a R. R. Martina




Obcy przybyli na Ziemię, jednak wcale nie po to, aby przejąć nad nią kontrolę. W Chicago w końcu powstaje Gwiezdny Port i w mieście pojawia się wielu przedstawicieli innych inteligentnych gatunków. Policjanci zaś muszą poradzić sobie z wieloma nowymi problemami.


Gwiezdny Port
George R. R. Martin
wyd. Zysk i S-ka, 2022

\George R. R. Martin co prawda nie śpieszy się z wydaniem kolejnego tomu swojego najpopularniejszego cyklu, ale za to na polskim rynku regularnie pojawiają się kolejne dzieła sygnowane jego nazwiskiem. Tym razem jest to powieść graficzna, stworzona w klimacie lekkiego, rozrywkowego SF. Lubię taki, przyznaję, szczególnie że nieczęsto trafiam na niego w powieściach. Tylko czy „Gwiezdny Port” jest przy okazji po prostu dobry?

Co prawda specjalizuje się” raczej w literaturze, niż w komiksach, ale wydaje mi się, że przerobiłam na tyle fantastyki, że przynajmniej częściowo mogę to oceniać i porównywać. I o ile to całkiem sympatyczny komiks to mam wrażenie, że na wielu płaszczyznach wypada po prostu przeciętnie.

Początkowo byłam szczerze zainteresowana tą historią. Na pewno pomagała w tym całkiem przyjemna dla oka kreska i kreatywne pomysły na obcych, poza tym generalnie mam po prostu słabość do fantastyki w wydaniu kryminalnym. Tyle że szybko jakoś zaczęło mi się to rozjeżdżać. Fabuła niby była w porządku, ale wszystko zdawało się trochę rozmywać, a na dłuższą metę poszczególne wątki średnio mnie angażowały. Niektóre pomysły na obcych czy jakieś drobne zawirowania fabularne potrafiły pozytywnie mnie zaskoczyć, ale gdy zaskoczenie sprawiało, że robiłam się ciekawa historii, ta szybko wracała na swoje nudnawe tory.

Być może jest to częściowo wynik mojej nieumiejętności w czytaniu, a więc i we wciąganiu się w formę komiksu jako taką. Nie pomaga fakt, że nie jest to zamknięta historia z konkretną puentą, ponieważ ta historia najprawdopodobniej będzie kontynuowana w kolejnym tomie. A ja, szczerze mówiąc, nie wiem, czy mam na niego ochotę. Co prawda, z jednej strony chętnie bym go przygarnęła przez wzgląd na naprawdę fajne ilustracje i te fragmenty, które były naprawdę zaskakujące i pomysłowe, ale z drugiej: czy potrzebuje kolejnej przeciętnej historii na swojej półce? (pewnie tak, ale shh)

Jeśli szukacie ładnie wydanych komiksów, jesteście fanami Martina, albo potrzebujecie czegoś lekkiego, zabawnego i nieco kryminalnego to można ten komiks sprawdzić. To na pewno będzie też po prostu dobry pomysł na prezent, bo nie oszukujmy się: to wydanie jest naprawdę niczego sobie. Ale to na pewno nie jest żaden „must read”, nawet dla wielkich fanów komiksów jako takich.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!



piątek, 12 marca 2021

Gandziolatki. Wizyta u wiedźmy: Sędzikowska, czyli nieco zapomniana pisarka z Torunia

 


Jedna książka i dwie różne historie. Pierwsza– o perypetiach nastolatków, których wychowuje samotna matka i których życie zdecydowanie nie należy do normalnych. Druga – o wiedźmie z całkiem wścibską zgrają sąsiadów.


Istnieje spora rzesza autorów, o których obecnie się już nie mówi. To jednych z takich twórców należy Mirosława Sędzikowska. Związana z Toruniem pisarka, która na swoim kącie ma zaledwie dwie lub trzy powieści oraz jeden „zbiór opowiadań”, po który to właśnie mi dane było sięgnąć – „Gandziolatki. Wizyta u wiedźmy”. To naprawdę niewiele, zważając na to, że zadebiutowała jeszcze w latach 80. Ja usłyszałam o niej po raz pierwszy dzięki „Fantastycznym opowieściom wigilijnym”, gdzie zostało zamieszczone jedno z jej opowiadań. Było lekkie, przyjemne, ot, sympatyczne – liczyłam więc, że będzie i tak w tym przypadku. Ale troszeczkę się jednak pomyliłam.

Gandziolatki. Wizyta u wiedźmy
Mirosława Sędzikowska
wyd. SuperNowa, 2002

Zacznijmy może najpierw od tego, czym „Gandziolatki. Wizyta u wiedźmy” w ogóle jest. To książka wydana „dwustronnie”, zawierająca dwa teksty. Pierwszy, długi na 180 stron jest podawany czytelnikowi jako powieść dla młodzieży. Mówię tu o „Gandziolatkach”, czyli tej bardziej obyczajowej części książki. „Wizyta u wiedźmy” jest zaś (podobno) nowelką, mającą 120 stron długości, opowiadającą właśnie o perypetiach pewnej wiedźmy.

Zaczęłam od „Gandziolatek” i przyznam, że początkowo byłam całkiem tą historią zainteresowana. Bo początek był całkiem absurdalny i nawet uroczy. Miałam więc nadzieję na coś pokroju „Dożywocia” Marty Kisiel – na obyczajową sielankę, z ciekawymi dialogami i jakąś lekką linią fabularną. Niestety, choć forma przynajmniej w teorii właśnie taka jest to historia, po prostu prędko zaczęła mnie męczyć. To nie był „mój” poziom absurdalnego żartu. Prędko zaczął mnie irytować i raczej trochę zniesmaczał, a jeśli dodamy do tego właściwie minimalną ilość fabuły… Te 180 stron po prostu dość mocno wymęczyłam.

Wygląd książki na odwrocie

Wzięłam się więc za „Wizytę u wiedźmy”, licząc, że fantasy po prostu będzie dla mnie lekturą milszą. Co to, to nie! Ponownie, zaczęło się całkiem sympatycznie, ale szybko zaczęło historii brakować jakiejkolwiek ciągłości fabularnej. Żart znów prędko stał się dość irytujący, a ja straciłam ochotę na jakiekolwiek śledzenie fabuły. Niestety, spotkanie z tą książką po prostu nie było dla mnie czymś dobrym.

Wydaje mi się, że częściowo problem leży w wieku książki, zwłaszcza jeśli chodzi o „Gandziolatki”. Choć nie lubię tego słowa, tu zdaje mi się pasować. Ta historia po prostu brzmi „boomersko”. Ma młodzieżowe stwierdzenia jakby z innej epoki, poruszane tematy zdają się nie być szczególnie aktualne, a przynajmniej często nie, zaś całość wygląda tak, jakby były pisane dla RODZICA, a nie dzieciaków, które powinny być w tym przypadku targetem.

Dopiero po lekturze zorientowałam się, że sporo z tekstów z tej książki to w gruncie rzeczy… opowiadania. Spięte w całość, ale jednak OPOWIADANIA, które powinno się czytać i oceniać osobno. Ukazywały się np. w „Fenixie” i część z nich powstawała właśnie w latach 90., toteż nie dziw, że czasem zdają się przestarzałe nieco bardziej, niż sugerowałaby data wydania tej książki (2002 rok).

Szczerze zastanawiam się, czy powinnam polować na inne książki tej autorki, ale obawiam się, że… nie, nie będę tego robić, chyba że ktoś mi przysięgnie, że będą napisane w trochę innym stylu. Nie odpowiada mi absurd serwowany przez Sędzikowską, „nie kupuję” ani jej żartu, ani nieco „dydaktycznego” podejścia do pisania. Cieszę się, że mogłam zapoznać się z nieco już zapomnianą polską pisarką, ale to jedno spotkanie zdaje się być wystarczające.

Poza tym – SuperNowa chyba strzeliła sobie trochę w kolano takim wydaniem, bo w tym momencie, gdy króluje Instagram i fotografie książek, naprawdę trudno pokazać ją w całym majestacie. No i jednak to pomysł na wydanie nieco mniej wygodny, niż standardowe wydania zbiorów opowiadań. 


piątek, 9 października 2020

Martwy Sezon: ...trwa w najlepsze u Jadowskiej

 


Jesienny czas nie sprzyja prowadzeniu pensjonatu. Magda Garstka oraz jej babcia, Maria, ledwo wiążą koniec z końcem. Za rogiem czają się jednak nie tylko rządni pieniędzy bankierzy, ale również trupy, które zaczynają wysypywać się z szafy.

 

Razem z lekturą „Martwego sezonu” poznałam już osiem książek Anety Jadowkiej. Po upływie czasu w miarę pozytywnie oceniam może trzy z nich. Niestety, kontynuacja „Trupa na plaży” nie jest wśród nich. Bo choć tom pierwszy był całkiem uroczą i nawet sympatyczną lekturą, to w topie drugim autorka daje po prostu popis tego, co wychodzi jej najgorzej.

Odnoszę coraz większe wrażenie, że uwielbienie Jadowskiej do swoich bohaterów oraz kreowanych przez siebie „rzeczywistości” (ta książka to nie fantastyka) jest jej najgorszym wrogiem. Bo gdy czytam jej książki mam wrażenie, że naprawdę czuje i rozumiem to, jak bardzo ta pisarka cieszy się z tego, co pisze. Ale jednocześnie czuję, że przez to sama siebie zapędza w kozi róg i przez to „Martwy sezon” wypada tak, jak wypada. Oczywiście to tylko moje prywatne spekulacje, ale nie umiem pozbyć się tego wrażenia.

Żeby napisać coś może nieco bardziej konkretnego, skupmy się na tym, ile w tym komediowo-obyczajowym kryminale jest kryminału. Jadowska dzieli „Martwy sezon” na dwie równe części. Kryminał pojawia się dopiero w tej drugiej, na dodatek początkowo będąc nie tyle znalezieniem trupa, a takim „śmieszkowaniem” i tworzeniu legendy miejskiej (pensjonatowej?) przez grupkę przyjaciół. Chodzi mi o rozmowy w stylu: „Patrzcie! Wrócił z toalety bez kapelusza! Na pewno zabił nim pana Mietka!”. Coś, co czasem robi się prywatnie i w sprzyjających okolicznościach bywa nawet zabawne, z takim zastrzeżeniem, że nie w przypadku tej powieści. Zwłaszcza, że gdy już prawdziwe trupy się pojawiają to zachowanie bohaterów przynajmniej mnie odrzuca. Jest nie na miejscu i niewłaściwie. Dziecinne. Ponadto, zagadki kryminalnej jako takiej tu nie ma, bo rozwiązanie nasuwa się samo i jest oczywiste od samego początku powieści.

Cóż więc z częścią obyczajową, która właściwie stanowi większą część książki? No niewiele. Co prawda mamy tu parę dramatów, powiązanych z przeszłościami bohaterów, ale przez lwią część ci po prostu sobie rozmawiają o przyziemnych rzeczach. Niby jakaś linia fabularna to łączy (owy „Martwy Sezon” w pensjonacie), ale koniec końców niewiele z tego wynika i wstęp do kryminału jest przesadnie rozbudowany, a przez to nudny.

Na dodatek zwłaszcza ta pierwsza część jest wręcz łopatologicznym wciskaniem przez autorkę jej prywatnych poglądów czytelnikowi. Jasne, „Trup na plaży” już poruszał ważne w przestrzeni publicznej tematy, ale robił to znacznie delikatniej i znacznie z większym taktem. A w „Martwym sezonie” mamy sceny napisane wręcz SPECJALNIE pod to, aby autorka mogła się wypowiedzieć. Na przykład, pojawia się scena z wózkiem inwalidzkim, w której bohater wykłada o wykluczeniu w przestrzeni publicznej z powodów architektonicznych. Albo pojawia się postać (która nigdy więcej nie wraca!) zastanawiająca się, czy może w kawiarni nakarmić dziecko piersią. Dodatkowo mamy tu też poruszoną tematykę przemocy w rodzinie (ze strony mężczyzny oraz kobiety) oraz zaburzeń żywieniowych. To ważne tematy, owszem. Ale nie dość, że Jadowska wrzuca je do powieści wręcz na sile to jej (?) pogląd na te sprawy jest tak sztampowy i tak bezpieczny, że nawet nie zachęcił mnie do konfrontacji opinii. To były po prostu niepotrzebne wstawki, które niewiele wnosiły do fabuły i powinny zostać ucięte na etapie redakcji tekstu (jak ¾ pierwszej połowy).

Skoro obyczaj nie działa, kryminał też nie… to może chociaż komedia? Uwaga, będzie plot twist: NIE. Żart w „Martwym sezonie” możemy podzielić na dwie kategorie.

Pierwsza to przerabianie powiedzonek. Na przykład: „mieć Garstkę w garści” albo „nie żebym zaglądała darowanej rezydencji w zęby”. Z tym, że akurat to mnie nie bawi. W ogóle. Nie w wykonaniu Jadowskiej. Takie zabiegi wychodzą Marcie Kisiel, ale nie jej. Po prostu ta autorka jest w tym zbyt toporna, zbyt „śmieszna na siłę”.

Druga to śmieszne historie z życia. Albo właściwie „śmieszne”. Takie na poziomie: „chciałam zafarbować włosy na tęczę, ale wyszedł mi kolor kupy”. To może bawić raz. Dwa, jeśli jest dobrze zrobione. Ale że ten raz był już w „Trupie…” i wtedy także mnie nie bawił to zgadnijcie, czy uśmiałam się przy tym tomie.

Dodać muszę, że jak lubiłam Garstkę po tomie pierwszym tak teraz coraz bardziej mnie ta mała Madzia irytuje. Ta dziewczyna nawet psów nie lubi.

Czy ta powieść ma jakieś zalety? Może jedną kluczową. Lekko się ja czyta. Wchodzi szybko i natychmiastowo, bo w stylu Jadowskiej po prostu nie ma żadnego ciężaru. Ot, można przeczytać, pewnie mało wymagającemu czytelnikowi nawet się spodoba. Ale ja naprawdę potrzebuje od książki chociaż czegoś nieco więcej! Tak ciut-ciut, by w powieści było naprawdę nad czym się pozytywnie pochylić, a nie tylko narzekać.

Jadowska napisała już sporo. To nie jest poczatkująca pisarka. Mimo to mam wrażenie, że ona naprawdę dalej nie potrafi wyjść poza swoje osobiste fantazje. To rzecz jasna SPEKULACJE i MOJE ODCZUCIA (coby mnie nikt nie posądzał, że ja tu jakieś wyroki wydaje!), ale odnoszę wrażenie, że jak „Dora Wilk” była fantazją tej młodziutkiej osoby, która chciała kopać tyłki i mieć masę kochanków, tak „Garstka z Ustki” jest fantazją już starszej wersji tej osóbki, która chce się ustatkować. Najlepiej w niewielkim miasteczku, z kochającą rodziną u boku i odrobinką dreszczyku. W tym rzecz jasna nie ma nic złego, jak najbardziej rozumiem takie pragnienia. Ale przelanie ich na papier bez (jak mi się zdaje) większego odsiana ziarna od plew i rozpisania to po prostu kiepski pomysł. I takie fantazjowanie mogłam wybaczyć debiutance, ale nie osobie z takim stażem pisarskim.

 


środa, 30 września 2020

Oczy uroczne: czorty, wiły i inne demony w noc zimowego przesilenia

 


Po tym, jak Lichotka doszczętnie spłonęła, w jej miejscu powstał nowy domek. Zamieszkała w nim czterdziestoletnia lekarka, Oda, wraz z czartem Bazylem. Gdy nadchodzi pierwsza zima, kobieta (która wcale człowiekiem nie jest!) musi po raz pierwszy zmierzyć się z przesileniem, które dla istot nieludzkich jest czasem szczególnie niebezpiecznym.


Przed czytaniem „Siły niższej” Marty Kisiel obawiałam się, że to już nie będzie to samo. W przypadku „Oczów urocznych” lęk był jeszcze większy. Opowiadanie „Szaławiła” od którego zaczęła się historia Ody nie podobało mi się jakoś szczególnie i wydawało mi się, że w tej historii będę czuła mniejsze lub większe zgrzyty. Ale na szczęście – absolutnie tego nie odczułam. Choć jak na prozę Marty Kisiel przystało nie była to lektura szczególnie i nadmiernie ambitna to naprawdę dobrze się przy niej bawiłam.

„Dożywocie” i „Siła niższa”, czyli pierwsze książki z tego cyklu, są raczej dość mocno obyczajowe. Autorka skupia się na pewnych scenach z życia bohaterów i nie tworzy bardzo jednolitej fabuły. „Oczy uroczne” wyróżniają się zaś na ich tle. Bo choć wciąż mamy tu sporo obyczajowych elementów, skupionych wokół Ody, jej szukania tożsamości, czy pracy to jednak w tę powieść wdarła się trochę kryminalna zagadka. Bo w okolicy COŚ się dzieje; coś złego i mrocznego. Nasi bohaterowie zaś próbują odkryć, co to takiego, dzięki czemu całość spina się w dość jednolitą historie.

Nie jest to zagadka nadmiernie intrygująca i skomplikowana, bo to właściwie tylko pewien pretekst do opowiedzenia co dzieje się z Odą i wyjaśnienia, kim ta bohaterka w ogóle jest, ale dzięki nawiązaniu do słowiańskiej mitologii i demonicznym postaciom „Oczy uroczne” nabierają przyjemnego, czasem wręcz nieco horrorowego klimatu, mimo że w dalszym ciągu mamy tu do czynienia z lekką komedią. Mam przy tym wrażenie, że w tej powieści żartu jest odrobinę mniej, niż w poprzednich częściach z tego cyklu, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało. W końcu nie wszystko można zatopić w śmiechu.

Sama Oda to bardzo „równa babka”. Trochę zagubiona w świecie i wciąż szukająca samej siebie, ale to taka kobieta z krwi i kości, która nie patyczkuje się, gdy coś trzeba zrobić. Ciepła, ale też taka, która wciąż ma swoje słabości i wady. Muszę niestety przyznać, że trochę irytował mnie stojący u jej boku czort. Bazyl sam w sobie jest bardzo sympatyczny i przy tym niezwykle niewinny oraz słodki, ale jego wada wymowy… Ugh, dialogi z nim w roli głównej były dla mnie chwilami po prostu bardzo męczące. Musiałam czasem faktycznie przeczytać coś ma głos, by zrozumieć, co tam dokładnie jest napisane – a to nie jest czynność, którą mam ochotę wykonywać w trakcie czytania. Ta stylizacja naprawdę mogłaby być trochę delikatniejsza.

Nie powiem, aby „Oczy uroczne” zmieniły coś w moim życiu. Dalej też odrobinę bardziej wolę bohaterów otaczających Konrada Romańczuka. Ale Marta Kisiel tworzy po prostu bardzo miłe i ciepłe czytadła. Takie „książki akurat” – do zakopania się pod kocem w zimny dzień, które przyniosą trochę ukojenia po ciężkim dniu. I „Oczy uroczne” naprawdę nie są wyjątkiem.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Uroboros!

wtorek, 15 września 2020

Siła niższa: Jak odnaleźć dom w nowym miejscu?

Konrad Romańczuk zawitał do nowego domu wraz z Lichem, utopcem oraz stadem królików. I choć zamieszkujący posiadłość wiking – Turu – stara się być pomocny to pisarz nie potrafi się poczuć w tym klaustrofobicznym budynku jak u siebie. A gdy pod jego dach trafia potężny anioł sprawiedliwości i skromności oraz Camilla, jego agentka, zaczyna mu się wydawać, że już nigdy nie wyjdzie na prostą.

 

Marta Kisiel oraz jej cykl „Dożywocie” to chyba jedne z najbardziej ciepłych i uroczych powieści, jakie znam. Nie jest to literatura w żadnym razie wybitna, wnosząca do czytelnika nową jakość artystyczną, czy cokolwiek w tym rodzaju. To po prostu bardzo kompetentna literatura fantastyczno-obyczajowo-komediowa, która w przewrotny sposób porusza proste, codzienne tematy. Nic dziwnego z reszta, w końcu to właśnie za nie odpowiada nieustannie ingerująca w nasze życie „Siła niższa”, nigdy nie dająca nam spokoju!

To, co jest charakterystyczne zarówno dla pierwszego, jak i drugiego tomu tego cyklu to brak skonkretyzowanej linii fabularnej. Choć w kontynuacji historii jest mimo wszystko więcej to autorka w żadnym razie nie sili się na stworzenie skomplikowanej historii z pogoniami i wybuchami. Skupia się zaś na zwyczajnych czynnościach dnia codziennego. Na wycieczce do sklepu. Na irytacji domownikami. Na smutkach powiązanym z odejściem bliskich. Dodaje do tego jednak sporą dawkę magii i żartu, czyniąc z nudnej powieści obyczajowej coś wybuchowego i nieprzewidywalnego.



Bo choć styl Marty Kisiel jest bardzo potoczny to na w sobie zaskakujący element. Jej porównania i nawiązania do popkultury potrafią sprawić, że zatrzymuje się w trakcie czytania, kiwam głową i myślę sobie, że na to bym nie wpadła! Autorka uwielbia słowne zabawy i korzysta z nich, jak tylko może, pokazując, jak kreatywnym można być używając, bądź co bądź, prostego języka.

Gdybym miała wybrać, który z dwóch tomów wolę powiedziałabym, że nie wiem. Uwielbiałam klimat Lichotki. I bardzo lubiłam nieszczęsnego Szczęsnego, którego w tym tomie jest zdecydowanie mniej. Dlatego też na początku lektury czułam się przynajmniej trochę zagubiona. Z resztą, tak samo jak Konrad czułam po prostu pewne zagubienie i poczucie, że choć to, co czytam niby jest miłe i przyjemne, ale… chyba po prostu tęskniłam nieco za „starymi czasami”. Im dłużej jednak czytałam i im bardziej nowy dom Dożytowników stawał się ich domem naprawdę zaczynałam łapać bakcyla i bawić się coraz lepiej. Szczególnie, że autorka koniec końców zostawia czytelnika z bardzo prostą, ale taką prawdziwą, szczerą myślą. Bez wątpienia grzejącą duszę.

„Siła niższa” to dobra kontynuacja i doskonała książka na zły nastrój. Jeśli człowiek jest zmęczony i poirytowany, szuka odskoczni oraz nowych, książkowych przyjaciół to chyba trudno o lepszy wybór lektury, niż zapoznanie się z tym cyklem. Bo on może nie wnosi do literatury nie wiadomo jakiej nowości. Nie jest tez czymś, o czym warto pisać długie dysputy filozoficzno-lingwistyczne. Tyle, że czasem to po prostu absolutnie niepotrzebne. I w tym przypadku – nie jest.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Uroboros!

wtorek, 12 listopada 2019

Małe Licho i anioł z kamienia: Najlepsze ferie z (nie swoim) aniołem



Święta, święta… i po świętach. Za to przychodzi ospa, która atakuje pół domostwa. Bożkiem nie ma się kto zająć, więc razem z Tsadkielem i Guciem wyjeżdża na ferie do cioci Ody. Taki obród rzeczy nie podoba się ani chłopcu, ani poważnemu aniołowi.


Tytuł:  Małe Licho i anioł z kamienia
Tytuł serii: Małe licho
Numer tomu: 2
Autor: Marta Kisiel
Liczba stron: 235
Gatunek: literatura dziecięca, fantasy
Wydanie: Wilga, Warszawa 2019
Bożek powraca w kolejnej przygodzie. Tym razem Marta Kisiel zabiera najmłodszego z dożywotników Konrada na ferie, gdzie musi przetrwać z dala od wujków, mamy i swojego Licha. Tak jak i w przy części poprzedniej, tak i przy tej, wiedziałam, że nie będę narzekać na lekturę. I w żadnym razie się nie pomyliłam.
Przeciwnie, jest nawet lepiej, niż w tomie pierwszym. W przypadku „Tajemnicy Niebożątka” narzekałam odrobinkę na chaos w treści. Tu już go nie ma, a przynajmniej nie w takiej ilości. Kisiel zdążyła przedstawić czytelnikowi świat przedstawiony już w poprzednim tomie, więc teraz może po prostu skupić się na przygodach Bożka. Wprawdzie wciąż w tej książce dzieje się dużo i szybko – ale to w końcu książka dla dzieci, ona taka po prostu musi być.
Ujmujące jest to, jak cudownie autorka oddaje dziecięce zachowania. Tonę pytań, fochy, nagłe zmiany nastroju, niezrozumienie jasnych dla dorosłych sytuacji. Naprawdę coraz bardziej ciekawi mnie, jak dzieci reagują, czytając te książeczki. Ja niestety po prostu nie mam szansy, aby to w tej chwili sprawdzić. Ale jeśli tylko nadarzy się okazja, na pewno spróbuje!
Ta część, w porównaniu do poprzedniej, wydaje mi się w pewnym sensie mroczniejsza. Oda kojarzy mi się z czymś mroczniejszym i poważniejszym, niż Konrad i jego spółka i choć Bazyl jest przy niej dobrą przeciwwagą to jednak ta postać po prostu robi swoje. Muszę jednak przyznać, że mimo wszystko trochę żałuję, że ta urocza kobieta musi mieszkać akurat w TYM miejscu: wolałabym, aby stał na nim poprzedni dom Konrada. Jest to chyba jednak po prostu moje osobiste zboczenie.
O ile w tomie poprzednim Kisiel poruszała tematykę dorastania oraz nauki przebywania w społeczeństwie, tak w tym Bożek musi zrozumieć, że czasem ludzkie (i nieludzkie) zachowania wynikają z czegoś więcej, niż tylko charakteru. Musi nauczyć się dogadywać z tymi, z którymi pozornie nic go nie łączy. Zrozumieć te osoby i do nich w jakiś sposób dotrzeć: to naprawdę cenna lekcja dla dzieci, a połączenie jej z zabawą wśród demonów, duchów i potworów jest czymś z ogromnym potencjałem.
Chyba nie muszę tu więcej dodawać. „Małe Licho i anioł z kamienia” to po prostu przeurocza książka dla dzieci, które są młode duchem bądź ciałem. Jeśli jeszcze nie znacie tej serii to naprawdę polecam ją sprawdzić, szczególnie jeśli macie wokół siebie spragnione lektury pociechy.


* * *

– Wujku, a wiesz, że Bożek ma potwora pod łóżkiem?
W korytarzu zapadła cisza. Konrad zrobił się prawie przezroczysty, Turu bardzo szybko przełykał Bardzo Brzydkie Wyrazy, żeby mu się żaden nie wymknął przy dzieciach, a mama wyglądała, jakby chciała kogoś zadusić.
Wujek Tomka niczego nie zauważył.
– Ach, naprawdę? Potwora? – odparł grzecznie, próbując dojść, co się stało z rękawem Tomkowej kurtki.
– No! Ale to bardzo miły potwór, nie trzeba się go wcale bać.
[…]
– Chyba fajnie się bawili, co? – spytał tym tonem, z jakim zwykle mówią dorośli o Sprawach, Których Dzieci Nie Zrozumieją, a oni natychmiast ruszyli z zapewnianiami, że tak, jasne, oczywiście, zabawa była na sto dwa! Ach, te dzieci i ich wyobraźnia…
Fragment „Małego Licha i anioła z kamienia” Marty Kisiel


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Wilga!

niedziela, 3 listopada 2019

Małe Licho i tajemnica Niebożątka: (Nie)zwyczajny chłopiec idzie do szkoły

Bożek spędza beztrosko czas z Lichem, potworem spod łóżka i resztą swojej nieco nietypowej rodziny. Nie musi przejmować się tym całym światem, który znajduje się poza jego domem. Dzieciństwo nie może trwać jednak wiecznie. Niedobry wujek Konrad zmusza go, by w końcu poszedł do szkoły i Bożkowi wcale, ale to wcale ten pomysł się nie podoba.

Tytuł: Małe Licho i tajemnica Niebożątka
Tytuł serii: Małe Licho
Numer tomu: 1
Autor: Marta Kisiel
Liczba stron: 206
Gatunek: literatura dziecięca, fantasy
Wydanie: Wilga, Warszawa 2018
Absolutnie nie bałam się sięgnąć po „Małe Licho i tajemnicę Niebożątka”. Marta Kisiel udowodniła mi już w swoich innych książkach, że swobodnie posługuje się żartem i słowem, znając umiar dobrego smaku. Nie wątpiłam, że w powieści dla dzieci po prostu sprawnie uniknie treści nieodpowiednich dla najmłodszych, jednocześnie tworząc powiastkę, z której cieszyć się mogą absolutnie wszyscy. Ałtorka niewątpliwie posiadane w niej nadzieje spełniła. Pierwszy tom „Małego Licha” to naprawdę niezwykle sympatyczna książka.
Jak na literaturę dziecięcą przystało, nie jest długa. Dwieście stron zapisanych dużym druczkiem mi zajęło około godziny uważnego czytania. Dla dorosłego czytelnika to więc co najwyżej krótki przerywnik od codzienności, a nie coś, czym można cieszyć się długimi godzinami. Szczególnie, że wewnątrz znajdziemy też sporo ilustracji. Schludnie wykonanych, choć przyznaje: nie do końca w moim guście. Biorę jednak pod uwagę, że to literatura dziecięca, a dla młodszych czytelników rysuje się jednak trochę inaczej.
Przedstawiona w książce historia wydaje mi się całkiem inteligentna i zręczna. Bożek to trochę odcięty od życia chłopiec, który po prostu musi trochę dorosnąć. Zrozumieć, jak działa społeczeństwo i pojąć, że bycie innym wcale nie jest złe. Choć raczej nie mam dużej wiedzy na temat dziecięcej psychiki to wydaje mi się, że młodszy czytelnik naprawdę ma szansę się z nim utożsamić. Szczególnie, że Kisiel opowiada o rzeczach stosunkowo trudnych i istotnych, ale w sposób lekki, pełny szalonych pomysłów. Nie tylko samo otoczenie Bożka jest niezwykle tłoczne i kolorowe, ale same jego przygody również. Ponadto to książka doskonała na jesienny czas, choćby przez nawiązania do Halloween.
Jeśli mogłabym się do czegoś przyczepić to do obecnego w książce chaosu. Choć rozumiem, że młodszy czytelnik nie może dostać nadmiaru opisów, by skupić się na lekturze to zabawnych detali przedstawianych przez autorkę było czasem aż za dużo. Nie jest to duża wada, być może w kontekście literatury dziecięcej nie jest wadą w ogóle, ale myślę, że warto o tym wspomnieć.
Najcudowniejszym elementem „Małego Licha” jest to, że seria należy do tego samego uniwersum co „Dożywocie”. Zawiera tych samych bohaterów, tylko opowiada nam historię z perspektywy dziecka. Dzięki temu także rodzic może doskonale bawić się przy lekturze, zwłaszcza jeśli zna inne teksty Kisiel. Wyłapywanie (ogromu) nawiązań może być naprawdę dobrą zabawą, a dziecko, gdy podrośnie, zawsze może do świata przedstawionego wrócić w odpowiedniej dla swojego wieku wersji. To naprawdę jest coś wspaniałego.
Jak wspominałam – nie jestem „znawcą dzieci” i raczej nie jestem w stanie wypowiedzieć się na temat powieści, skupiając się tylko na aspekcie jej targetu. Mi samej poznanie historii Bożka sprawiło po prostu przyjemność. Wierzę, że dzieciom, i rodzicom także sprawi: Marta Kisiel w „Małym Lichu i tajemnicy niebożątka” naprawdę sprawnie operuje słowem, tworząc przesympatyczną historię.
* * *


Oprócz tych wszystkich skarbów drobnych i nie do końca poważnych chłopiec miał też skarb największy - mamę, którą bardzo kochał i która bardzo kochała jego. I choć mama głęboko wierzyła w chodzenie spać wcześnie, tran i brokuł i często musiała za dużo pracować, to chłopiec w starym domu pod uśmiechniętym dachem nigdy, nawet przez chwilę, nie był sam.
Fragment „Małego Licha i tajemnicy Niebożątka” Marty Kisiel



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Wilga!

piątek, 25 października 2019

Pierwsze słowo: Zebrane opowiadania Marty Kisiel




Co trzeba mieć w głowie, aby pisać tak jak Marta Kisiel? Z odpowiedzią na to pytanie przychodzi zbiór jedenastu opowiadań autorki, w tym sześć zupełnie nowych i wcześniej nie publikowanych. Będzie o śmierci, Lichotce, rodzicielstwie, bohaterach fantastycznych i wielu innych tematach, które w jakiś sposób zainteresowały ałtorkę.

Tytuł: Pierwsze słowo
Autor: Marta Kisiel
Liczba stron: 320
Gatunek: zbiór opowiadań fantasy
Wydanie: Uroboros, Warszawa 2018
Kontynuuje swoją przygodę z twórczością Marty Kisiel. Tym razem zabrałam się za „Pierwsze słowo”. Tytułowy tekst tego zbioru opowiadań zdobył w tym roku Nagrodę Janusza A. Zajdla, a że staram się przynajmniej te odznaczone teksty czytać to po tę książkę po prostu musiałam sięgnąć.
Na początku warto zwrócić uwagę, że dwa z obecnych wewnątrz tekstów – „Dożywocie” i „Szaławiłę” – fani pani Kisiel na pewno znają. To na bazie pierwszego z tych opowiadań wyrósł cykl o tym samym tytule. Drugi tekst (z resztą, też nagrodzony Zajdlem) znalazł się w rozszerzonym wydaniu pierwsze części. Sama znałam już obydwa teksty, niemniej, nie uważam tego za wadę zbioru. Jeśli dobrze rozumiem, jego założeniem było wydanie w jednej książce wszystkich opowiadań autorki i cóż, te teksty, bądź co bądź, też są opowiadaniami. Wydaje mi się jednak, że warto to zaznaczyć.
Z pozostałych dwunastu utworów cztery zostały także wydane w innych miejscach, na przestrzeni lat 2006-2012. Było to jednak na tyle dawno, że młodzi czytelnicy Kisiel prawdopodobnie przynajmniej części z nich nie znają,  a ponieważ trzy z nich pojawiły się w prasie to dostęp do tych dzieł teraz jest dość ograniczony.
Skoro omówiłam już wcześniejsze publikacje i to, gdzie teksty można było znaleźć, muszę przejść do samej treści opowiadań. W skrócie określiłabym je jako po prostu miłe. Przyjemne i sympatyczne, dobre na chwilę relaksu po ciężkim dniu pracy, albo świetnie sprawdzające się w komunikacji miejskiej. Powiedziałabym jednak, że dalej to „Dożywocie” (jako opowiadanie i powieść) jest najbardziej przeładowanym żartami dziełem Marty Kisiel, jakie znam (poza tymi książkami czytałam jeszcze „Nomen omen”). Pozostałe teksty, choć żarty i grę słów jak najbardziej zawierają to raczej nie w aż takiej ilości.
Drugim tekstem pod kątem ilości żartów w tym rankingu byłoby chyba opowiadanie „Nawiedziny”. Opowiada ono o drobnej przygodzie w domu publicznym, osadzonym w świecie fantasy. Więcej może nie będę zdradzać. Wydaje mi się jednak, że już taka krótka zapowiedź sugeruje z czym czytelnik może mieć do czynienia, zwłaszcza, jeśli Martę Kisiel zna.
Pierwszy z tekstów w zbiorze, „Rozmowa dyskwalifikacyjna” to autorski debiut i przyznam, że jak na taki wypada naprawdę przeuroczo. W lekki sposób definiuje on to, jak wygląda „rynek” bohaterów fantastycznych. Ciekawy pomysł, podany w żartobliwy sposób – czego można chcieć więcej przy lekturze na wieczór?
Kisiel nie boi się też tematyki śmierci. „Przeżycie Stanisława Kozika” opowiada o zapomnianym przez świat mężczyźnie, którego odejścia nikt nie zauważył. W „Jadeicie” dostajemy zaś odrobinę kryminału. „W zamku tej nocy…” jest tekstem, który mocno nawiązuje do (chyba lubianej przez autorkę) epoki romantyzmu.
Nagrodzone Zajdlem opowiadanie, „Pierwsze słowo” oraz poprzedzający go w zbiorze „Cały świat Dawida” to zdecydowanie najbardziej poważne teksty, strojące (moim zdaniem) nieco bliżej realizmu magicznego, niż fantasy. Zwłaszcza to tytułowe zwraca na siebie uwagę, ale obydwa dzieła uderzają w tematykę rodziny i rodzicielstwa, skupiając się na problemach i pewnych patologiach, które mogą w nich występować. Wyróżniają się tym na tle innych, lekkich i żartobliwych opowiadań. W pewnym sensie podobną tematykę porusza też „Miasto motyli i mgły”, choć w porównaniu do „Pierwszego słowa” i „Całego świata Dawida” ma w sobie więcej elementów fantastycznych, przez co łatwiej traktować je jak baśń.
Dodać muszę, że naprawdę lubię tę oprawę graficzną. Uwielbiam czaszkowo-kwieciste motywy, które przy okazji naprawdę dobrze pasują do zbioru. Kolorystyka też łapie za oko i gdy czytałam powieść poza domem, dostałam kilka zapytań o to, czym jest ta ładna książka. Nie tylko od fanów fantastyki. Nie jest to wprawdzie nic, co wpływa na odbiór samej treści, ale na pewno miło jest mieć na półce ładne książki.
Koniec końców, „Pierwsze słowo” jest zbiorem przyjemnym i łatwym w czytaniu, poruszające sporo ciekawych motywów. Jest różnorodnie, trochę zabawnie, ale autorka nie unika trudnej tematyki. Niemniej, nie są to na pewno tekstu, które na zawsze utkną mi w pamięci. Powiedziałabym, że po ten zbiór mogą swobodnie sięgać dwie grupy osób. Po pierwsze – co chyba jasne – czytelnicy Marty Kisiel. Po drugie – osoby szukające lekkiej lektury w fantastycznych klimatach, którym nie w smak jest w danej chwili czytanie długiej powieści.

* * *


Za bramą stała kobieta w budce i prostej sukni, zupełnie takiej, jaką na co dzień nosiła mama, i patrzyła z uśmiechem na bosego malca w białej koszulinie. Pomachała mu, a potem położyła palec na ustach.
– Lepiej wracaj do łóżka, szkrabie – usłyszał jej szept. – Noc nie jest dla żywych.
A gdy Davyn mrugnął, już jej nie było.
Fragment „Miasta motyli i mgły” Marty Kisiel



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Uroboros!


środa, 16 października 2019

Dożywocie: Dom pełen niespodziewanych mieszkańców


Konrad Romańczuk ma zamiar napisać swoje literackie dzieło życia w oddziedziczonym po dalekim przodku domu. Gdy jednak przybywa do Lichotki odkrywa, że nie będzie to takie proste. Budynek nie jest pusty. Zamieszkuje go zgraja dożywotników, których pisarz musi wziąć pod opiekę.

Wielokrotnie słyszałam porównania Marty Kisiel do Terry’ego Pratchetta. Po lekturze „Nomen Omen” nie do końca jednak rozumiałam, skąd aż tak wiele osób o tym mówi. Gdy jednak w moje ręce wpadło „Dożywocie” tej samej autorki wszystko stało się jasne.
Tytuł: Dożywocie
Tytuł serii: Dożywocie
Numer tomu: 1
Autor: Marta Kisiel
Liczba stron: 416
Gatunek: komedia fantasy
Wydanie: Uroboros, Warszawa 2017
Ta książka to – w pozytywnym znaczeniu tych słów – jeden, wielki żart. Autorka bezustannie bawi się słowem, pisząc w sposób dość potoczny i nawiązując do polskich powiedzeń, kalek i kultury. Czerpie z resztą nie tylko z naszych rodzimych motywów. Znajdziemy tu też odrobinę Kinga czy Lovecrafta, a i to przecież nie wszystko. „Dożywocie”, mimo bycia debiutem, zaskakuje naprawdę dobrym warsztatem. Kisiel wprawdzie nie sili się na poetyckość czy powagę (wszak to komedia), jednak by stworzyć działające żarty trzeba przecież mieć często lepsze wyczucie, niż tworząc „kulturę wyższą”.
Na dodatek autorka przedstawia nam grupę niezwykle sympatycznych bohaterów. Mieszkańcy Lichotki to wesoła gromadka, której chyba nie da się nie polubić. Przy okazji każdy z charakterów jest bardzo wyrazisty. Nie da się ich pomylić i choć jest ich naprawdę sporo to wszyscy dostają trochę miejsca dla siebie. To nimi „Dożywocie” stoi – nie fabułą.
Bo fabuły mimo wszystko w tej powieści Kisiel raczej nie ma. „Dożywocie” ma w moim odczuciu sporo z powieści obyczajowej. Przedstawia nam raczej scenki z życia Konrada i jego dożywotników, które luźno łączą się w całość. Niektóre motywy z początku czy środka powieści wracają na końcu, ale wiele z nich istnieje głównie po to, by rozwinąć bohaterów albo przedstawić nam jakiś żart.
To sprawia, że ta książka nie jest powieścią, którą osobiście mogłabym czytać ciągiem. Najlepiej bawiłam się, gdy zabierałam ją do komunikacji miejskiej, czy też miałam na poczytanie dosłownie pięć minut. Dzięki temu mogłam wrócić do postaci, które polubiłam, ale jednocześnie nie czułam się znużona pojedynczymi scenkami, które do niczego ostatecznie nie prowadziły. „Dożywocie” może więc naprawdę dobrze sprawdzić się w takiej formie… o ile nie macie tendencji do wybuchania nagle śmiechem w trakcie czytania.
Pod koniec posiadanego przeze mnie wydania wydawnictwo zamieściło „Szaławiłę” – opowiadanie traktujące o dalszych losach Lichotki. Tekst ten zdobył Zajdla za rok 2017 i choć muszę przyznać, że jest naprawdę dobry, to mimo wszystko raczej mnie zasmucił, niż bawił. Czemu? Osoby, które tę książkę czytały chyba będą w stanie mnie zrozumieć: końcówka „Dożywocia” kończy pewien etap w życiu bohaterów, a „Szaławiła” ten fakt pieczętuje. Więcej może wspominać o opowiadaniu nie będę – jest zbyt krótkie, bym mogła swobodnie o nim opowiedzieć bez spoilerów.
Muszę też dodać kilka słów o okładce. Nim książka trafiła w moje ręce nie zwróciłam na nią szczególnej uwagi. Na żywo jednak prezentuje się naprawdę dobrze. Elwira Pawlikowska zapewniła książce bardzo klimatyczną i pasującą do treści oprawę, a znajdujące się wewnątrz ilustracje (także jej autorstwa) urozmaicają czytanie.
„Dożywocie” to naprawdę przyjemna lektura, która doskonale sprawdzi się jako poprawiacz nastroju. Choć widziałam, że w księgarniach często ląduje w literaturze młodzieżowej sama bym jej za taką nie uznała. Faktycznie, pod tym względem Kisiel jest jak Pratchett – ma na tyle inteligentny żart, że zarówno ci młodsi, jak i starsi czytelnicy znajdą w niej coś dla siebie. Wprawdzie przez brak jednolitej fabuły nie jest książką idealną, ale to w końcu debiut autorki i jak na taki, wypada naprawdę bardzo dobrze.


* * *

Tego roku zima postanowiła być wyjątkowo podstępna. Długo czekała na właściwy moment, tocząc wielce wyrachowaną wojnę psychologiczną, aż wreszcie, mniej więcej w połowie grudnia, sypnęła śniegiem aż miło i odniosła spektakularny sukces. Drogowcy byli bardzo zaskoczeni. Nikt natomiast nie był zaskoczony zaskoczeniem drogowców i chyba tylko dlatego obyło się bez zamieszek.
Fragment „Dożywocia” Marty Kisiel


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Uroboros!

Nomida zaczarowane-szablony