Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biblioteczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biblioteczka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 listopada 2021

Przegląd książek okołofantastycznych - do prac dyplomowych o fantastyce

 

Choć już od dłuższego czasu na blogu niewiele się dzieje (te czasy, gdy co trzeci post wrzucałam coś innego, niż recenzja!) to uznałam, że dziś przygotuje dla Was coś nieco innego, mianowicie – zestawienie książek i tytułów okołofantastycznych, które traktują o fantastyce w sposób krytyczny, recenzencki, popularnonaukowy, naukowy itd. Dlaczego? Za mną są już dwie prace dyplomowe, obydwie traktujące o fantastyce, mianowicie:

·       Wstęp do monografii miesięcznika „Fantastyka” 1982-1989 (licencjat)

·       Redaktor fantastyczny Maciej Parowski. Próba monografii (magister)

Jak więc możecie się pewnie domyślić trochę tych książek zebrałam. Nie mam oczywiście wszystkiego, co można znaleźć na rynku, a większość krąży mimo wszystko wokół Macieja Parowskiego, bo redaktor był głównym ludzkim bohaterem obydwu prac (bazą do licencjatu był wywiad z nim), ale być może akurat zabłądzi tu jakaś dusza, która też chce napisać jakąś pracę/artykuł naukowy na temat związany z fantastyką i po prostu jej się to przyda (albo po prostu chce się dedukować, czemu nie). Sama dobrze pamiętam, jak błądziłam na samym początku i tak naprawdę nie miałam pojęcia, za co się zabrać.

W tym zestawieniu pomijam prasę i skupiam się tylko na książkach, które przeczytałam w całości i/lub zapoznałam się z nimi na tyle, aby móc wyrazić się na ich temat, bo jak pewnie część z Was się orientuje – przygotowując takie prace nie zawsze trzeba lub jest się w stanie przeczytać książkę od deski do deski. Ponadto spis dotyczy tylko tych pozycji, które mam W PAPIERZE. 

Zaczynam od książek Parowskiego (ułożone losowo), potem pozostałe, a na końcu – te, które mam, ale nie czytałam na tyle dokładnie, by wypowiedzieć się w pełni.

 


„Czas fantastyki”, Maciej Parowski

Powiedziałabym, że ten tytuł to prawdziwe kompendium wiedzy na temat polskiej fantastyki z lat 70. i (głównie) 80. XX wieku, ale przy tym wymaga już pewnego obeznania, aby naprawdę z tej pozycji czerpać. Niemniej, moim zdaniem dla osób, które chcą omawiać fandom i kierunki w polskiej twórczości fantastycznej jest to lektura obowiązkowa. Tak naprawdę to zbiór różnorodnych artykułów Parowskiego, w tym jego recenzji. Nie znajdziecie tu jasnych definicji, ale kto się w tę książkę zagłębi, na pewno znajdzie w niej sporo materiałów, które można wykorzystać.



„Małpy Pana Boga. Słowa”, Maciej Parowski

Kontynuacja „Czasu fantastyki”, zwierająca tak jak część pierwsza różnorodne artykuły Parowskiego. W tym też znajdziecie w niej polemiki z polskimi twórcami (przekładając na współczesne: DRAMY). Te mogą nie być w pełni jasne, jeśli człowiek nie wgłębi się trochę w historie polskiego fandomu i sięgnie po książkę z zaskoczenia, ale ponownie – po wczytaniu się można wyciągnąć z niej masę cudownych treści do każdej pracy traktującej o fantastyce.

 


„Wasz cyrk, moje małpy. Chronologiczny alfabet moich autrów”, t. 1-2, Maciej Parowski

Książki Parowskiego naprawdę mają do siebie to, że nie są podręcznikami, a jakimś zbiorem różnych treści i tu jest właściwie podobnie. Mamy tu trochę artykułów autora, czy jakieś wywiady, zebrane i wrzucone w książki nieco „losowo”, ale taki jest już urok krytycznej działalności tego redaktora i pisarza (trzeba przywyknąć). Lwia część to jednak wspomnienia (a nie czyste biografie!) pisarzy, którzy z Parowskim współpracowali. Dobra rzeczy do wyłuskiwania ciekawostek i tworzenia przypisów, nieco gorsza, jeśli szukacie typowego podręcznika na dany temat.

Tu mała uwaga – Parowski zmarł przed zakończeniem tej pracy, dlatego niektóre opisy zostały uzupełnione przed wydawcę (ten zaś starał się cytować autora tam, gdzie tylko się dało).

 


„Historia i fantastyka”, Sapkowski i Bereś

Spotkali się dwaj panowie i sobie pogadali – tak bym mogła tę książkę streścić. Przyznaję, że czytałam ją już dość dawno i nawet nie próbowałam jej wykorzystać do pracy magisterskiej. Ten tytuł to wywiad-rzeka, z którego można wyłuskać kilka wartościowych cytatów, jeśli piszecie o fantastyce ogólnie, ale zapewniam, że są na rynku dużo lepsze źródła rzetelnej wiedzy na temat gatunku. Weźcie pod uwagę, że Andrzej Sapkowski to pisarz, nie literaturoznawca, dlatego osobiście nie traktowałabym jego definicji jako prawdę objawioną, raczej jako pewną dywagacje na temat.

Na pewno ten tytuł przyda się jednak tym, którzy chcą badać samą postać Sapkowskiego i/lub dzieła literackie. Wtedy warto w to zainwestować z przyczyn dość oczywistych.

 


„Leksykon polskiej literatury fantastycznonaukowej”, Andrzej Niewiadomski, Antoni Smuszkiewicz

To pozycja z 1990 roku, a więc już „nieco” zdezaktualizowana. Ponadto spora część tej książki jest dostępna w formie „przepisanej” w sieci. Jednakże pisząc pracę bardziej naukową nie można przecież korzystać z Wikipedii i w gruncie rzeczy dlatego ten tytuł do mnie trafił. Przydatna nie tyle po to, by czerpać z niej wiedzę, a po to, by po prostu podeprzeć się ładnym źródłem. Z przyczyn oczywistych nada się tylko do badań, które obejmują czasy sprzed 1990. Mi dzięki niej udało się do pracy dodać chyba jeden czy dwa elementy. Z przyczyn oczywistych nie czytałam całości. Czytanie encyklopedii od deski do deski nie stanowi mojej pasji.

 


„Historie fandomowe”, Tomasz Pindel

O tym reportażu nawet była tu już recenzja. Na pewno ta książka będzie dobrym podłożem do rozpoczęcia riserczu na temat polskiego fandomu. Jest przystępna i całkiem sprawnie wykłada o naszych początkach, choć temat współczesny porusza już w sposób znacznie gorszy. Ale na pewno otworzy drogę do dalszych poszukiwań, sprawi, że inne lektury będą łatwiejsze do zrozumienia i „sprzeda” trochę ciekawostek, które przecież w takich pracach potrafią się przydać.

 


„Ilustrowany słownik terminów literackich”, praca zbiorowa

Nie jest to książka scricte o fantastyce jako takiej, ale to pięknie wydana rzecz, która moim zdaniem po prostu się przyda. Przede wszystkim definiuje w konkretny sposób gatunek, a to niezmiernie ważne, jeśli macie taki podrozdział w swojej pracy. Nie czytałam jej w całości, ale fragment, który miał być mi przydatny naprawdę był przydatny.

 


„Leksykon fantastyki”, Karolina Haka-Makowska, Marta Makowiecka, Małgorzata Węgrzecka

To chyba najmniej przydatna książka, jaką miałam w rękach. Zawiera definicje różnych terminów związanych z fantastyką, np. różdżka, Dzwoneczek, drow, Drużyna Pierścienia. Co prawda może się przydać właśnie po to, aby mieć przypis, gdy wyjaśniacie jakiś termin, ale mi nie udało jej się w ten sposób wykorzystać i właściwie jest dla mnie nieco zbędna. Większość z definicji znajdziecie w artykułach znajdujących się w sieci, albo po prostu nie będziecie musieli w ich przypadku w ogóle przypisu podawać, więc niby cieszę się, że ją mam, ale jednocześnie – dla mnie to kompletnie nieprzydatny (choć nieco śmieszny) gadżet.

 


„Fanzin SF”, Artur Nowak

Nie wiedzieć czemu, żywię do tej książki naprawdę pozytywne emocje. Autor w przyjemny sposób wykłada początek fandomu amerykańskiego i polskiego, co oczywiście jest związane z początkami gatunku, więc jeśli tego potrzebujecie to po prostu bierzcie. Główna część, czyli związana z fanzinem przydała mi się jak na razie mniej, ale jestem przekonana, że kiedyś do tego wrócę.

 


„Wiedźmin. Historia fenomenu”, Adam Flamma

Jeśli piszecie o polskiej fantastyce to niemal na pewno prędzej czy później będziecie wspominać o twórczości Andrzeja Sapkowskiego, a ta książka to absolutnie złote opracowanie wszystkiego, co jest z nim związane. Od książki, przez wszystkie adaptacje. Wewnątrz jest masa treści, w tym wywiady z twórcami. Na dodatek to po prostu pięknie wydana książka, dlatego ja po prostu zawsze ją polecam.

 


„Kobieca proza science fiction w Polsce”, Maria Głowacka

Im dłużej o niej myślę, tym mniej merytoryczna mi się wydaje, ale skłamałabym mówiąc, że mi się ten tytuł do pracy nie przydał – bo przydał się bardzo. To skrajnie feministyczne (wręcz – toksycznie feministyczne) spojrzenie na polską fantastykę. Rzecz o tyle przydatna, że można z książką polemizować bądź wykorzystać ją w celu pokazania innej perspektywy, bo jednak podejście Głowackiej jest dość… kontrowersyjne? Lepszego słowa chyba nie mam.

W każdym razie, na pewno przyda się osobom, które w pracy będą analizować np. polskie pisarki (nie tylko fantastyczne), czy działanie fandomu albo innych mniejszych społeczności.

 

Książki, które mam, ale znam tylko fragmenty:

·  „Co to jest fantastyka naukowa”, Julij Kagartlicki – wydana u nas w latach 70. niewielka książeczka, tratkująca o gatunku. To co czytałam, było całkiem przydatne (robiłam z niej pojedyncze przypisy), ostatnie strony wielbiące Manifest Komunistyczny wzbudziły z kolei śmiech przez łzy, ale generalnie muszę jeszcze ten tytuł sprawdzić.

·  „Nie tylko Lem. Fantastyka współczesna”, red. Maciej Wróblewski – zbiór różnych szkiców na temat fantastyki. Czytałam fragmentami. Rzecz ciekawa, ale nie wniosła mi zbyt wiele do prac. Niemniej, tu może wiele zależeć od konkretnego tematu.

· „Spór o SF”, praca zbiorowa – sięgnęłam po ten tytuł głównie po to, by znaleźć sobie przypis do tekstu Umberta Eco i móc spokojnie przeczytać ten fragment. Nie znam jej ponad to, ale jestem przekonana, że gdybym miała więcej czasu to na pewno wyciągnęłabym z niej jeszcze wiele fajnych rzeczy do mojej pracy magisterskiej. Dlatego pewnie się jeszcze zapoznam z nią bliżej.

·  „W cieniu Białego Drzewa”, Tomasz Z. Majkowski – to z tej książki brałam w sporej mierze moje „bazowe” definicje gatunku, aby następnie je rozwijać, przekształcać i doprecyzowywać. Nie wgłębiłam się jednak w część główną. Praca wydaje się jednak kompetentna i jeśli poruszacie gdzieś temat J. R. R. Tolkiena to kompletny must have!

 

I tak zatacza się pewne koło. Gdy przygotowywałam się do matury, publikowałam tu posty o motywach literackich, które można było wykorzystać w pracy maturalnej, a teraz zrobiłam rozpiskę z tego, z czego korzystałam przy pracy magisterskiej. A przecież Drewniany Most ledwo startował. W każdym razie, na tę chwilę moja „naukowa” przygoda z fantastyką się skończyła, przynajmniej tymczasowo (broniłam się ledwo 19 listopada – miałam całkiem „zabawne” przygody). Może zechce mi się zrobić doktorat i może mnie na taki przyjmą, wtedy pewnie będę kontynuować „badania”, a na razie – wracam do bycia zwykłym czytelnikiem-amatorem. No może trochę bardziej marudnym, niż przed tą całą przygodą czytelnikiem-amatorem (jakbym przed nie była naczelnym narzekaczem na książki >.<).

Jeśli macie jakieś ciekawe tytuły, które ZNACIE i które komuś mogą się przydać – dajcie znać poniżej.

piątek, 15 października 2021

Czego nie dałam rady ostatnio dokończyć? Październik 2021


Dawno tu nie było nic poza recenzjami, które i tak wpadają na Lubimy Czytać, ale prawda jest taka, że gdy piszę o wszystkim na bieżąco na Instagramie to blog, który i tak jest prowadzony głównie dla mnie i który nie generuje zbyt dużego ruchu nie jest miejscem, nad którym w tej chwili chcę spędzać wiele czasu. Jednak w ciągu ostatnich tygodni zdarzyła się rzecz niesłychana – nie skończyłam dwóch książek. Więc pozwólcie, że w skrócie napiszę dlatego, bo być może kogoś uda mi się tu przed nimi przestrzec.



„Peryferal” Williama Gibsona

Bardzo lubię steampunk, a do cyberpunku jako takiego właściwie „nic nie mam”, a to Gibson jest uważany za ojca obydwu tych nurtów w fantastyce. Dlatego w pewnym momencie uznałam, że po prostu coś od niego kupię i sprawdzę. Trafił do mnie „Peryferal” z Uczty Wyobraźni: znalazłam go dość tanio, więc nie narzekałam.

Jak to u mnie bywa, po dłuższym czasie od zakupu zabrałam się za lekturę. Początek był zaskakująco w porządku. Nie do końca rozumiałam, o co chodzi, ale w fantastyce tak bywa. Styl autora wydawał się jednak całkiem, całkiem, więc czekałam, aż akcja się bardziej rozwinie i narrator zacznie wyjaśniać, o co chodzi.

I tak dobrnęłam do jakiś 160 stron powieści, która z kartki na kartkę męczyła mnie coraz bardziej. Może druga część jest lepsza, może warto byłoby w to brnąć, ale ostatnio trafiam na same ciężkie książki i tak po ludzku – nie mam ani siły, ani ochoty się czymś takim katować. I właściwie nie mam się tu nawet nad czym dłużej rozwodzić, bo po prostu mam wrażenie, że w tego tekstu niewiele zrozumiałam, więc jakakolwiek analiza go wydaje mi się pozbawiona sensu.

 

„Czarne słońce” Jakuba Żulczyka

„Peryferalu” nie dokończyłam, bo mnie wymęczył i wydawał się niezrozumiały. W przypadku „Czarnego słońca” Jakuba Żulczyka jest nieco inaczej, ale właściwie może zacznijmy od samego początku, bo ten autor jest dla mnie w pewnym sensie dość istotny.

Był taki moment w moim życiu, że miałam staż w redakcji gazety. W trakcie tegoż stażu nie czułam się najlepiej w ekipie, bo miałam wrażenie, że przez mówienie „czytam fantastykę” zamiast „uwielbiam reportaże!” inni patrzyli na mnie trochę spode łba. W ekipie była zaś jedna osoba, która reportażem zajmowała się zawodowo i tylko go czytała. Ja z kolei dopiero w ciągu ostatniego roku zaczęłam mieć poczucie, że dobry reportaż jednak nie jest taki zły i o ile nie krytykowałam ludzi za ich czytanie (bo i jakim prawem?) to wiadomo – brakowało mi do tego entuzjazmu, tak po prostu. I właśnie ta osoba sięgnęła mniej więcej wtedy po „Ślepnąc od świateł” i uznała tę powieść za zaskakująco dobrą.

No dobrze, człowiek, który zawodowo pisze teksty mówi, że coś jest dobre to chyba musi być dobre, prawda? Udało mi się wygrać „Ślepnąc od świateł”, przeczytałam i… och, to było zdecydowanie gorsze od większości fantastki, którą czytam. Na wielu płaszczyznach.

Jednak jedna zła książka nie czyni złego autora i gdy natrafiłam na dwupak Orbitowskiego i Żulczyka to wzięłam. Z myślą o tym pierwszym, ale uznałam, że po paru latach mogę sobie i drugiego sprawdzić. Może dorosłam, może się zmienił, może tamta książka była po prostu niewypałem dla mnie – zobaczymy.

I och, to był absurdalnie zły pomysł.

Przebrnęłam przez 91 stron „Czarnego słońca” i miałam dosyć. Pozwólcie, że zacytuje kilka losowo wyłapanych zdań z tej książki:

·       „Urodziła się z głupim łbem i taka miała zdechnąć.”

·       „…że w środku Gruza siedzi jakaś bita i dymana cipa (…).”

·       „W sensie, cztery chude pały siedziały na takiej jakby scenie i dyskutowały o tym, jak to ich pedalskie, nieinteresujące nikogo gówno obronić przed tymi, którzy będą je chcieli słusznie posprzątać (…).”

·       „Z jej tyłka można byłoby wyliczać oś ziemi, tak był okrągły.”

Czytam fantastykę na co dzień, a w tym gatunku łatwo trafić na obrzydliwości. Sięgam czasem po kryminał, czy sensacje. Parę erotyków też mam na koncie. Naprawdę, nie jestem wyjątkowo wrażliwym człowiekiem na takie sprawy, ale nie umiem tekstu Żulczyka określić innym słowem, niż „obleśny”.

To nie tak, że jego styl jest absurdalnie zły sam w sobie. Pierwszy rozdział miał naprawdę niezłe tempo i gdyby usnąć z niego nadmiar „mięsa” to może i byłby całkiem dobry. Ale w tej formie tego się n i e  d a  c z y t a ć. Po prostu nie. To nie jest budowanie klimatu, ani nawet to nie jest szokowanie czytelnika takim językiem. To brak umiaru i jakiegokolwiek smaku ze strony autora. A wydawca z tyłu okładki pisze jeszcze o tym, że Żulczyk oferuje „głęboko humanistyczną opowieść o wielkiej duchowej przemianie”. Ucząc się od szanownego pana twórcy – co ku*wa?

Na moje oko po tych niespełna 100 stronach to powieść sensacyjna, która próbuje udawać fantastykę socjologiczną, niby-krytykującą to, co dzieje się w kraju, ale w moim odczuciu to jest robione przez autora tylko dla efektu. Nie mam zamiaru tracić na niego więcej czasu, a jak będę chciała sięgnąć po jakąś dystopię to sobie najwyżej powtórzę „Różaniec” Kosika albo „Limes inferior” Zajdla.

środa, 17 marca 2021

Nowości w biblioteczce: zakupy z luto-marca

Cześć! Zorientowałam się, że od kiedy opublikowałam ostatnie zakupy, kilka nowych książek zdążyło do mnie dotrzeć i właściwie mogę przecież zrobić jakiś mały „update”. Także przedstawiam Wam stosiki nowości w kolejności chronologicznej: od tych książek, które kupiłam najdawniej do tych najnowszych.

 

Ten stosik to mix książek używanych oraz z taniej księgarni. Po kolei, idąc od góry, na moich półkach zagościły:

  • „Senni zwycięzcy”, Marek Oramus – w tej chwili mam u siebie trzy książki Oramusa, z czego przeczytałam na razie jedną.
  • „Toń”, Marta Kisiel – zakupiona, bo „Płacz” leżał mi już na półce od dawna. Udało mi się ją już przeczytać.
  • Jeden z numerów „Feniksa” z lat 80.
  • „Leksykon polskiej literatury fantastyczno-naukowej”, Antoni Smuszkiewicz i Andrzej Niewiadomski – wydanie z 1990 roku, chyba nigdy niewznawiane. Na pewno mi się przyda, choć oczywistym jest, że już się nieco zestarzało.
  • „Jak dbać o psy i szczenięta”, praca zbiorowa – książka wzięta, bo kosztowała kilka groszy, a zbieram drobną „kolekcję”. Nie będę tego recenzować oczywiście.
  • „Rzecz o ptakach”, Noah Stycker – książka wzięta „do testów”. Nie wiem o niej zbyt wiele, ale skoro sama mam w domu papugi… może czegoś się przynajmniej dowiem.
  • „Wzlot Persepolis”, James S. A. Corey – straciłam ostatnio serce do „The Expanse”, ale chciałabym uzbierać cały cykl. Dlatego wzięłam używany, uszkodzony egzemplarz. Ale grzbiet wygląda OK, a przecież w razie czego to jego będę widzieć na półce. A jak mi się odmieni, to kupię nową.
  • „Kłamca Viva l’arte”, Jakub Ćwiek (scenariusz) – to zakup na zasadzie „było za grosze, to wzięłam”. Wielu komiksów nie mam i zbierać nie planuje, ale… no sprawdzę sobie.

 

Kolejny stosik to ponownie zakupy z taniej księgarni, które zresztą ostatnio u mnie królują:

  • „Kar Kalim”, Deborah Christian – jakieś starsze fantasy. Krótkie, wygląda na lekkie. Jestem ciekawa, czy to sam kicz, czy może coś ciekawszego.
  • „Galeony wojny”, Jacek Komuda – czytałam tylko jedną książkę Komudy do tej pory, więc… sprawdzę kolejną. Szczególnie, że właściwie jakieś morskie fantasy to coś, na co miałabym ochotę.
  • „Projekt Mefisto”, Marcin Mortka – podobno lekka i całkiem miła książka; przyda mi się jako coś pomiędzy bardziej ambitnymi lekturami.
  • „Ptaki nie znają granic”, Noah Strycker – skoro trafiłam ponownie na książkę o ptakach tego samego autora… no wzięłam do kolekcji. Po prostu.

No i na samym końcu – „zwykłe” zakupy. Dwie pozycje są ze Świata Książki, jedna z Empiku:

  • „Uczeń skrytobójcy”, Robin Hobb – po co kompletować serie, które już zbieram, skoro mogę zacząć kolejną? Nie mam pojęcia! Ale kupiłam. Z Hobb już się kiedyś spotkałam, ale chce od nowa zacząć tą znajomość między pisarzem a czytelnikiem, bo wtedy… nie zabrałam się do tego w dobry sposób.
  • „Kwiaty dla Algeronona”, Daniel Keyes – jako że Empik stacjonarnie miał -30%... wzięłam, bo naprawdę mam ochotę kompletować „Wehikuł czasu”, a do tej pory na półce stoi mi jedna taka książka.
  • „Nawałnica mieczy. Krew i złoto”, George R. R. Martin – w końcu brakowało na półce tylko jej. Zakup, nomen omen, konieczny.


piątek, 12 lutego 2021

Co przeczytałam od początku 2021 roku? + Kilka nowych pozycji na półce

Cześć! Przychodzę dziś z trochę postem-hybrydą, bo właściwie chcę pokazać, co książkowego do mnie przyszło w ostatnich dniach, ale jednocześnie mam tego za mało, by poświęcić tym pozycjom cały wpis. Dlatego uznałam, że mogę zrobić też małe podsumowanie tego, co przyniósł mi czytelniczo początek 2021 roku.

Jak widać po stosiku, królował u mnie Maciej Parowski. Cztery tytuły po prawej są z nim bezpośrednio związane. Dwa są jego autorstwa, „Fenix Antologia” zawiera między innymi jego treści, a „Pożeracz szarości” został wydany pod jego redakcją. Posty na temat większości z tych książek już się pojawiły, o „Czasie fantastyki” jeszcze niedługo będzie. Przyznam, że do jedynej powieści z tej grupy, czyli „Twarzy ku ziemi” nie pałam nadmierną miłością, ale to generalnie były pozycje warte poznania.

Poza nimi przeczytałam jeszcze pięćinnych książek. „Trylogię snów” Kerstin Gier skończyłam już w całości (recenzja trzeciego tomu niedługo) i podsumowując, mogę właściwie tylko się powtarzać. To porządna warsztatowo rzecz, ale raczej dla młodszego czytelnika. „Pyłu”, jak wiecie, nie skończyłam, ale męczyłam go tak długo, że postanowiłam uznać, za przeczytany, zaś o „Trupokupcach” ledwo wczoraj pojawił się post, do którego mogę Was tylko odesłać.

Przyznaję, nie był ten początek roku zbyt porywający. Pojawiły się pozycje ciekawe, ale nie takie, do których pałałabym wybitnie żarzącym się uczuciem. Mam nadzieję jednak, że teraz będzie po prostu lepiej.


 

Jeśli chodzi o nowości, to jest ich „aż” cztery. Pierwsza książka od góry to najnowszy „Virion” Ziemiańskiego, który trafił do mnie poprzez portal Czytam Pierwszy. Z tego powodu już sobie go powoli czytam, ale jestem na zbyt wczesnym etapie, by cokolwiek mówić. Do tej pory z tym autorem spotkałam się tylko raz przy okazji „Pomnika cesarzowej Achai” i nie było to spotkanie zbyt miłe, ale miało miejsce przed laty. Także sprawdzę, przeczytam, a potem wydam sąd, czy Ziemiański ponownie jeszcze zagości na mojej półce. Może się nawet „odobrażę” na Fabrykę Słów? Zobaczymy, bo dawno nie miałam nic od tego wydawnictwa. W każdym razie post o tamtej książce pojawił się na samym początku istniena bloga: był siódmym opublikowanym!

Następne trzy książki to moje zakupy w Taniej Książce. Ilustrowana „Nawałnica mieczy” to właściwie główny powód tych zakupów. Kupowałam ją nie dla siebie, ale dostęp mieć mam. A że nie mogła przybyć do mnie sama, to postanowiłam spełnić marzenie, które tliło się we mnie od dawna. I tak do koszyka trafił „Ostatni jednorożec” Beagle’a w ilustrowanym wydaniu Nowej Baśni. Chciałam go od dawna i na pewno będę z radością go czytać, bo obrazki wewnątrz są przesłodkie. No i oczywiście, skoro już wzięłam dwie powieści, to nie mogło zabraknąć i trzeciej, także do koszyka wpakowałam „Zabawki diabła” Anny Kańtoch. Skoro już zaczęłam zbierać mocniej jej książki, to pozostało mi tylko kontynuowanie tego zbieractwa.

 

A Wam jak minął początek tego roku pod czytelniczym kątem?

wtorek, 2 lutego 2021

Kolejne nowości na półce. Antykwariat i SQN


Chyba trochę oszalałam. Mój stosik książek do przeczytania już dawno nie był tak wysoki, a i tak właśnie dołączyło do niego 12 nowych książek! Standardowo: pokazuje je Wam już teraz, a nie pod koniec jakiegoś okresu, bo później zapominam co i kiedy do mnie przyszło. A wiem, że lubicie spojrzeć na półkowe nowości.

Właściwie tym razem książki przyszły do mnie w trzech turach. Najpierw przyszło antykwariatowe zamówienie. Następnie dotarła do mnie książka z SQNu, która jednak trafiła do mnie dzięki uprzejmości autorki. A jak już ta powieść była na mojej półce uznałam, że wokół SQN Store kręcę się już za długo i po prostu zrobiłam zakupy. Wzięłam, co chciałam i na razie z tego wydawnictwa raczej nic szczególnie kupować nie będę. Poczekam, aż się uzbiera, a wcześniej może napadnę na przykład na księgarnie Powergraphu, bo wokół niego również się „kręcę”. Ale najpierw może przeczytam chociaż trochę z tych książek, które do mnie trafiły.

Lećmy więc chronologicznie. Najpierw dwie pierwsze paczki, a potem ta najświeższa!

· „Prorok”, Krzysztof Piskorski – dwa poprzednie tomy są już za mną (pierwszy i drugi), więc w końcu chciałam nabyć ostatni. Ta książka była właściwie powodem, dla którego zamawiałam wszystkie z używanych książek. W stanie pobibliotecznym, tak jak inne książki z tego cyklu, które mam; jeśli kiedyś wyjdzie wznowienie (najchętniej w jednym tomie), to pewnie wymienię.

·  „Zbójecki gościniec”, Anna Brzezińska – ta książka to moja wpadka. Nie doczytałam, w jakim stanie jest i właściwie nawet nie bardzo nadaje się do czytania. Zobaczymy, co z nią jeszcze zrobię. Na razie po prostu jest.

·  „Gandziolatki” oraz „Wizyta u wiedźmy”, Mirosława Sędzikowska – dwie opowieści w jednej książce, wydane w… cóż, niecodziennej w dzisiejszych czasach formie. Wzięłam książkę tej autorki po przeczytaniu jej opowiadania w „Fantastycznychopowieściach wigilijnych”. Chcę sprawdzić, co takiego jeszcze ma na swoim koncie.

· „Dzień drogi do Meorii”, Marek Oramus – ciąg dalszy kompletowania starszej polskiej fantastyki. Książka jest w całkiem dobrym stanie, choć wydanie nie jest wcale najlepszej jakości. Będę czytać i sprawdzać. W tym momencie dwie książki Oramusa leżą mi na półce z tą włącznie.

·  „Trupokupcy”, Magdalena Świerszczek-Gryboś – od kiedy wyszła, kręciłam się wokół tej książki, a skoro autorka zechciała mi ją wysłać, to po prostu miałam duże szczęście. Niedługa, bo licząca około 200 stron, jest właśnie w trakcie czytania.

·   „Akwaforta”, K. J. Bishop – gdy znajduję używaną Ucztę Wyobraźni, kupuje zawsze i bez wyjątku. A to jeszcze ma być weird west! Nie znam wielu książek łączących fantastykę z westernem, a do tej drugiej konwencji mam słabość, chociaż w życiu przeczytałam aż jedną taką powieść. Ale no – wizualnie lubię.

·  „Tajemnica diabelskiego kręgu”, Anna Kańtoch – przeczytałam pięć książek tej autorki, a więc czas na szóstą. Przyda mi się w ramach odskoczni po cięższych książkach.

 

· „Impuls”, Tomasz Duszyński – właściwie miałam kupować coś innego, ale to „coś” nie było akurat dostępne, a „Impuls” miał ogółem lepsze opinie, więc wzięłam. 

Trzy kolejne książki to tytuły, które wzięłam głównie dlatego, że to mniej znane twórczynie (choć jednolitość płci jest przypadkowa), a chcę sprawdzać zarówno te starsze powieści, jak i te, które nowsze i często mniej znane. Ledwo zerknęłam na ich opisy, także nawet nie napiszę, o czym są:

· „Skrzydła”, Karolina Fedyk

·  „Openminder. Tom I. Koty”, Magdalena Świerszczyk-Gryboś

·  „Cynobrowe pola”, Aleksandra Radlak

·  „Harda Horda”, antologia – mam wydane w podobny sposób „Inne światy” i wyglądają absolutnie cudownie, a że nie umiem się zmotywować do czytania ich… to ten zbiorów ma jako motywator zadziałać. Poza tym nie mamy zbyt wiele antologii, nie są często bardzo popularne, więc jak już coś wychodzi to fajnie mieć na półce.

czwartek, 21 stycznia 2021

ZAKUPY początku roku 2021

Ostatnio czytanie znów nie szło mi najlepiej. Winnym w tym przypadku okazał się „Pył” Howey’a, czyli trzecia część trylogii „Silos”. Nie będę pisać pełnej recenzji tej książki, bo przyznaje bez bicia: koniec końców postanowiłam jej nie kończyć. Męczyłam tę powieść blisko trzy tygodnie, nie potrafiąc się na niej skupić. Nie interesowali mnie bohaterowie, nie interesowała mnie fabuła. Wiedziałam, do czego to już mniej-więcej zmierza i właściwie spokojnie na tomie drugim mogłam przestać czytać całość. A szkoda, bo część pierwsza mimo bycia dosyć szarą była OK, jeśli chcielibyśmy potraktować ją jako debiut.



Dlatego, koniec końców, całej trylogii raczej nie polecam. Już pomijając, że Papierowy Księżyc nie jest najlepszym wydawcom, co udowodniły mi dobitnie ostatnie testy, to po prostu w tych książkach nie ma nic szczególnie ciekawego. Jeśli chcecie post-apo, na rynku znajdziecie wiele ciekawszych pozycji.

Ale ja nie przyszłam dziś tu po to, by opowiadać tylko o „Pyle”! Właściwie mam Wam do pokazania siedem moich nowych książkowych nabytków, które trafiły do mnie jakoś po Nowym Roku. Są dość przypadkowe, ale przez to pozwolą mi sprawdzić parę niekoniecznie typowych dla mnie nazwisk. Chciałabym żyć samą fantastyką, ale jednak czasem inne pozycje się przydają.

Cztery z nich to zakupy z Biedronki, trzy – z wydawnictwa Literackiego, które obecnie ma dość dużą promocję (-60%) na niektóre ze swoich tytułów. A wiele z nich ma twarde oprawy.


·       „Kiedy byliśmy sierotami”, Kazuo Ishiguro – swego czasu już czytałam jedną powieść tego autora, ale nie do końca mi się wtedy ta twórczość spodobała. Jednakże to za tę powieść ten pisarz dostał Nagrodę Nobla, a sam jej opis brzmi całkiem intrygująco. Zobaczymy, może jednak się do niego przekonam.

·      „Dziwne Losy Jane Eyre”, Charlotte Bronte – staram się regularnie sprawdzać klasyki, więc skoro była to wzięłam, po prostu. Poza tym czytałam już powieść dla młodzieży, która przerabiała motywy z tej powieści, a jej samej jeszcze nie poznałam, więc w końcu by wypadało.

·       „Czarne słońce”, Jakub Żulczyk – wzięłam ją właściwie tylko dlatego, że była w pakiecie z powieścią niżej. Po „Ślepnąc od świateł” twórczości Żulczyka, po prostu się boję i nie mam najlepszych przeczuć co do tej pozycji. Ale też chyba nie powinnam w pełni skreślać pisarza po jednej książce, więc… zobaczymy.

·    „Kult”, Łukasz Orbitowski – o ile jego „Exodus” niekoniecznie mi się podobał, to opowiadanie „Wigilijne psy”, które poznałam jakiś czas temu, już było bardzo klimatyczne. Daje więc autorowi kolejną szansę, bo jednak jest na tyle lubiany, że coś musi w nim być. No i to w końcu fantastyka!

·       „Diabeł Urubu”, Marlon James – ta książka od Literackiego kusiła mnie już w chwili premiery, ale koniec końców się na nią nie zdecydowałam. Wygląda mi to na coś z elementami fantastyki lub na realizm magiczny, ale będę to jeszcze weryfikować w praktyce. Nie chce wiedzieć zbyt wiele przed lekturą.

·       „Ludzie i zwierzęta”, Antonina Żabińska – tę historię znam już całkiem dobrze, a samą książkę znam we fragmentach dzięki reportażowi radiowemu, dla którego była bazą. Rzecz dla mnie o tyle ważna, że owy reportaż był jednym z pierwszych dwóch, jakie poznałam w życiu.

·       „Marilyn na Mantattanie”, Elizabeth Winder – gdy wyszła w 2017 roku, mówiłam o niej w studenckim radiu i od tamtej pory wracam do niej myślami, więc w końcu chyba trzeba było ją kupić. Nie wiem wiele o samej pani Monroe, nie jestem specjalistką od kina, ale mam nadzieję, że dzięki temu wczuje się lepiej w klimat lat 50., które ostatnio zaczynają mnie bardziej interesować.

 

Nie jest tego szczególnie dużo, ale biorąc pod uwagę moje nieczytanie w ostatnim czasie: naprawdę mi to nie przeszkadza, bo co czytać generalnie mam. To po prostu kolejne pozycje do sprawdzenia na „kiedyśtam”, które pewnie sobie chwilę poczekają. Ale jeśli coś Was szczególnie interesuje, to dawajcie znać. Może uda mi się sprawdzić je szybciej.

poniedziałek, 7 grudnia 2020

Black Friday w księgarniach nie istnieje, ale i tak zrobiłam zakupy!

Wyjaśnijmy sobie jedno: Black Friday i książki to żart. Księgarnie reklamują się, że u nich są TAKIE duże promocje, a gdy człowiek przegląda ofertę okazuje się, że… jest taka jak zawsze. Ceny wcale nie są niższe. „Niedzielny” czytelnik może się na to nabierze, ale ja zbyt często przeglądam ofertę, aby nie wiedzieć, jaki wyglądają ceny większości interesujących mnie tytułów. Dlatego też generalnie nie miałam zamiaru nic kupować, ale po prostu coś mnie tknęło i… no kupiłam. Chociaż właśnie bardziej przez „natchnienie” niż zachłyśnięcie się promocjami, bo dobrą „wyczaiłam” tylko w jednym przypadku.

I ten przypadek to było wydawnictwo Media Rodzina. Generalnie nie jestem zainteresowana ich ofertą: jedyna naprawdę interesująca mnie książka od nich jest już u mnie, „odrobinkę interesujące” już też, a reszta w tej chwili jest mi kompletnie obojętna. W każdym razie, mieli -50% na cały asortyment z darmową wysyłką. To jest naprawdę dobry „deal”, więc skorzystałam.

Pozostałe dwa przypadki zakupów to żadne promocje. Ot, książki z księgarni i z antykwariatu. Jak widzicie po zdjęciach, nie ma tego z resztą nie wiadomo ile. Od poprzedniego wpisu z nowościami też kilka innych rzeczy do mnie przybyło, ale niektórych nawet nie mam już przy sobie, więc po prostu nie mam jak ich pokazać (a z resztą – będą/już są na blogu ich recenzje). Jeśli chcecie być z moją biblioteczką bardziej na bieżąco po prostu zapraszam na mój Instagram. No to teraz czas na drobne omówienie nowości! Lecimy od boku, a potem od góry.



·  „Trylogia snów”, Kerstin Gier – to właśnie te „odrobinkę interesujące” książki z Media Rodziny. „Trylogię czasu” znam od dawna, choć nie mam jej u siebie (Recenzje z 2016: 1, 2, 3). Miała ciekawy koncept, choć koniec końców była dość sztampowym, młodzieżowym romansem fantasy. Tyle, że mam obecnie na półce sporo cięższego SF i wiem, że będę potrzebowała czegoś pomiędzy, a to ma ładne okładki i było sprzedawane w pakiecie (54zł za trzy książki w twardej oprawie, które naprawdę są dobrze wydane). Nie spodziewam się niczego wybitnego, ale Gier to niemiecka autorka, więc jej twórczość ma nieco inny „vibe” niż masowo pisane, amerykańskie fantasy.

· „Pożeracz szarości”, red. Maciej Parowski – pierwsza z używanych rzeczy. Wydana w 1991 roku antologia zawierająca wyróżnione w drugim konkursie „Fantastyki” opowiadania. Chętnie sprawdzę i przeczytam, a co! Nie ma w nim jedynie „Wiedźmina”, bo w podobnym czasie zostało wydane w książce Sapkowskiego.

· „Trzeci najazd Marsjan”, Marek Oramus – to główny powód zakupów u Media Rodziny. Nie miałam pojęcia, że wydali coś Oramusa, a chciałam go od dawna sprawdzić. Niewiele o książce wiem, a samo wydanie wygląda bardzo tanio (stockowa okładka, miękka oprawa, bez żadnych udziwnień), ale liczę na dobre wnętrze.

·         „Peryferal”, William Gibson – gdy znajdę po taniości Ucztę Wyobraźni to nie mogę jej nie wziąć! A że Gibson to bardzo kluczowa dla gatunku postać to po prostu muszę go w końcu poznać. Nie jest to żadna z jego sztandarowych powieści, ale po prostu chętnie go sprawdzę. Używana, choć stan niemal jak nowy. 

· „Kwantowy złodziej”, Hannu Rajaniemi – fińska hard SF; jakiś czas temu kupiłam po taniości drugi i trzeci tom trylogii, więc w końcu przyszedł czas na zakup pierwszego. Właściwie to przez niego zaczęłam szukać używanych książek. Zapłaciłam za tą konkretną 12zł, a książka jest w niemal idealnym stanie. Choć to i tak więcej, niż kosztowały mnie pozostałe części (dałam po dyszce).

·  Sinobrody”, Kurt Vonnegut – nic nie wiem o tym pisarzu poza tym, że jest dobry i sporo osób go czyta. Więc kupiłam z ciekawości. I nie miałam pojęcia, że to jest tak ładnie wydane. Oprawa przypomina złotą „Diunę” z Rebisu: pod obwolutą znajduje się szara i minimalistyczna, twarda oprawa.

· „Niewidzialna korona”, Elżbieta Cherezińskapierwszy tom tego cyklu czytałam w 2015 roku. Książka była realizacją mojej nagrody za licealny konkurs fotograficzny i w tamtym czasie nie miałam po prostu finansów, aby ot tak sobie kupić kolejny tom, a potem o tym zapomniałam. Dopiero co jednak miał premierę finał cyklu i tak jakoś… wzięła mnie nostalgia. Chcę sprawdzić, jak wyjdzie mój powrót do Cherezińskiej.


Przy okazji przygotowywania tego wpisu musiałam – oczywiście – wejść w podlinkowane, stare posty i przyznaję, że mam drobne flashbacki z przeszłości. „Trylogie czasu” czytałam chyba po pierwszym powrocie do domu na studiach (zaczęłam w październiku, a do domu wpadłam na chwilę w listopadzie). Nie pamiętałam też, że aż tak narzekałam na brak flaków i krwi w „Koronie śniegu i krwi”, bo dziś jakimś cudem wspominam ją bardzo miło, myśląc raczej o urokliwym języku Cherezińskiej. :D

Nomida zaczarowane-szablony