poniedziałek, 29 listopada 2021

Oko świata: wielki cykl fantasy kontra wybredna ja

 

Rand to młody pasterz wychowywany przez ojca. Pewnego dnia do jego wsi trafia piękna, bogata kobieta, która włada magicznymi mocami. Gdy wioska zostaje zaatakowana przez potworne stworzenia, okazuje się, że jest wraz z dwoma innymi chłopcami ich prawdopodobnym celem. Wyrusza więc w podróż z nieznajomą, jej towarzyszem oraz przyjaciółką z dzieciństwa.

 

„Oko świata” to pierwszy tom jednego z wielkich cyklów high fantasy – „Koła czasu”. Ten liczący czternaście tomów cykl jest już chyba powszechnie uważany za klasyczny, choć przyznam, że wcześniej jedynie czasem o nim słyszałam. Niemniej, bądź co bądź niewiele mamy tak potężnych cyklów na rynku, które przy tym są raczej lubiane, więc naprawdę chciałam dać mu szansę. Po niemal tysięcy przeczytanych stron (to naprawdę niezła cegła) muszę przyznać – nasz Polak, Robert M. Wegner jest dużo sprawniejszym twórcą, niż autor „Koła czasu”, czyli Robert Jordan. A jego „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” to przecież debiut!

Oko świata
Robert Jordan
wyd. Zysk, 2021
Koło czasu, t. 1

Zacznijmy może jednak od dobrych stron, bo to też nie jest tak, że „Koło czasu” jest książką ogólnie złą, a raczej po prostu przeciętną. „Oko świata” to prosta historia o wybrańcu i choć próbuje się maskować to dla każdego, kto trochę poczytał i pooglądał powinno być to jasne. W każdym razie, na pewno zaletą jest fakt, że ta książka łatwo i lekko wchodzi. Ponadto sam koncept związany z kołem czasu jest całkiem sympatyczny, a powieść, mimo młodych bohaterów, nie jest typowo młodzieżowa.

To w ogóle chyba największa zaleta tych starszych dzieł fantasy. Podobnie jest choćby z trylogią „Skrytobójca” Hobb. Choć i tam mamy młodego bohatera, i tutaj to język tych historii jest na tyle dojrzały, że przeczyta je i nastolatek, i dorosły, bez poczucia, że ktoś obraża jego intelekt.

Jordan popełnia kilka światotwórczych błędów, jeśli chodzi o detal, który nieco wybija z czytania, ale sam klimat historii też jest sympatyczny. Przez to mimo wszystko książkę po prostu całkiem sprawnie mi się czytało. Ale tu już muszę powoli zacząć przechodzić do jej problemów.

Ta powieść to prawie tysiąc stron, o czym już pisałam. I na tym tysiącu stron postacie przede wszystkim podróżują. „Oko świata” jest więc właściwie powieścią drogi, ale… jakże śmiertelnie nudną i przewidywalną. No jadą, rozmawiają z ludźmi, poznają kolejne osoby. Tu usłyszymy jakąś opowieść, tam przed kimś pouciekają, tu ktoś spróbuje zrobić im krzywdę… ale w sumie nic z tego nie wynika. Ta podróż jest zbyt rozwleczona i zbyt mało charakterystyczna, abym mogła śledzić całość z zainteresowaniem.

Kolejnym problemem są bohaterowie. Niezbyt wyraziści, wręcz nudni. Chłopcy nie różnią się od siebie niczym szczególnym i zwłaszcza na początku łatwo ich ze sobą mylić. Dorosłe postacie – Moiraine czy Lan – są mentorami, ale też nie mają jakiś konkretnych cech charakteru, poza tymi przypisanymi do klasy postaci. Ona, jako dobra czarodziejka jest dobrą, mądrą czarodziejką. Lan zaś, pełniący rolę Strażnika to trochę podróbka tolkienowskiego Aragorna, niewychodząca poza swoje ramy. Tak mogłabym wymieniać dalej.

Gwoździem do trumny jest zaś jakość wydania, a przynajmniej mam wrażenie, że to ją powinnam tu winić. Tej książce przydałaby się co najmniej porządna korekta i redakcja, jeśli nie nowe, świeże tłumaczenie. Język miejscami jest naprawdę toporny, wyłapałam też sporo powtórzeń i innych błędów, a na karcie redakcyjnej widnieje tylko redaktor prowadzący. Tak, jakby przynajmniej tego wydania nikt dodatkowo nie sprawdził.

Nie mam pojęcia, co robić z tym cyklem dalej. Gdzieś do połowy, mimo problemów książki, bawiłam się całkiem dobrze. Dawno nie czytałam tego typu przygodowego fantasy i miło było wrócić „do korzeni”. Ale przy tym obawiam się, że dalej może być już tylko gorzej, a nie wiem, czy chce siebie samą na to skazywać.

W każdym razie, mimo wszystko wydaje mi się, że „Oko świata” może być dobrym wyborem dla osób, które lubią podobne klimaty i dopiero zaczynają z gatunkiem bądź też po prostu poszukują tego typu historii. Ale przynajmniej w moim odczuciu tej opowieści naprawdę wiele brakuje do doskonałości.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!

piątek, 26 listopada 2021

Mroczniejszy odcień magii: Londyn, XIX-wiek i różne wymiary


Istnieje więcej, niż jeden Londyn. Kell jest zaś jedną z ostatnich osób, która może się pomiędzy nimi przemieszczać. Gdy przypadkiem w jego ręce wpada zaczarowany kamień, wie, że musi się go pozbyć. Ten jednak zostaje skradziony przez złodziejkę marzącą o pirackim życiu, Lilę Bard.

 

Raczej nie kupuje książek spontanicznie w sklepach stacjonarnych. Zwykle zamawiam, albo biorę rzeczy używane czy z outletu. Ale że akurat była jakaś promocja to uznałam, że wezmę, co jest. Czasem trzeba zaryzykować! I tak w moje ręce wpadł „Mroczniejszy odcień magii” Victorii Schwab. Jej książki kojarzę dobrze z sieci (mają ładne okładki), ale przyznaję – bałam się ich przez wzgląd między innymi na ich popularność. Ale że czasem takie rzeczy warto sprawdzić to sprawdziłam i o dziwo, tym razem nie żałuję.

Mroczniejszy odcień magii
V. E. Schwab
wyd. Zysk, 2016
Odcienie magii, t. 1

Nie żeby „Mroczniejszy odcień magii” wprowadzał do fantastyki coś nowatorskiego. To przede wszystkim rozrywkowa, dość mocno młodzieżowa historia, która wyraźnie ma się po prostu dobrze sprzedawać. Ale jest w niej jednak coś nieco więcej, niż w tych najpopularniejszych książkach dla tego targetu. Mimo wszystko to w pierwszej kolejności przygotowe, lekkie fantasy, a dopiero potem coś typowo młodzieżowego. Ponadto, co chyba najważniejsze, autorka nie skupia się na romansie, co często tego typu powieści po prostu spisuje na straty.

Koncept Schwab nie należy do szczególnie wyjątkowych, ale określiłabym go mianem przyjemnego. Ot, mamy kilka rzeczywistości, które łączy układ terenu i Londyn. Jest to do pewnego stopnia zbliżone do cyklu „Świat etheru” Piskorskiego, bo mamy tu również akcję osadzoną w XIX wieku, a akcja „Czterdzieści i cztery” także ma miejsce w stolicy Anglii, z tym, że polski pisarz po prostu robi to lepiej (co mnie nie dziwi). Niemniej, choć konkretne rzeczywistości są opisane trochę po łebkach to jakoś szczególnie mi to w tej konwencji nie przeszkadzało.

Schwab bez wątpienia ma dość sensowny warsztat. Pisze lekko, ale konkretnie. Historia się nie dłuży i choć fabuła należy do tych prostych to akurat mnie nie nużyła i przez całą powieść miło mi się „płynęło”. Odbyło się wprawdzie bez zaskoczeń, ale ostatnio wiele lektur naprawdę mnie wymęczyło, więc trafienie na coś takiego było przyjemną odmianą.

Główni bohaterowie – Kell i Lila – nie należą przy tym do postaci, które chwyciły mnie za serce. Kell to charakter, który przy lepszym rozpisaniu mógłby być „mój”, ale to bardzo typowy trop (szlachetny chłopiec, ale ma trochę za uszami i potrafi się odgryźć + ma smutną przeszłość) i musi być wyjątkowo dobrze zrobiony, aby wyróżniał się na tle innych podobnych postaci. Niestety, Schwab nie bardzo się to udało.

Lila zaś jest tą zbuntowaną nastolatką, która sporo przeszła, nie lubi dziewczyńskich rzeczy i marzy o byciu piratem, co przecież jest kompletnie abstrakcyjne, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak życie takich osób wygląda. Mnie co prawda nieszczególnie irytowała, bo mam ostatnio dar do ignorowania wybryków takich postaci, ale nie dziwię się, że niektórym ta bohaterka w ogóle nie odpowiada.

Muszę jednak oddać Schwab to, że zrobiła coś o czym nie pamięta wielu autorów, a co potrafi naprawdę uratować książkę. Jej bohaterowie mają pomiędzy 19-21 lat. To oznacza, że choć są młodzi to przy okazji są DOROŚLI. Dlatego w samodzielność tych postaci znacznie łatwiej uwierzyć, niż w sytuacji, w której mieliby 15-17 lat.

Jest w tej historii trochę głupot i w gruncie rzeczy to dość przeciętne, rozrywkowe fantasy. Ale jest w nim coś lekkiego i przyjemnego, co sprawiało, że miałam ochotę czytać tę powieść dalej i naprawdę cieszę się, że dałam jej szansę. Bo ostatnio naprawdę niełatwo mi trafić na historie, która po prostu będzie akceptowalna i rozrywkowa. Dlatego jeśli zależy Wam na czymś lekkim to może warto się przyjrzeć twórczości Schwab.


wtorek, 23 listopada 2021

Przegląd książek okołofantastycznych - do prac dyplomowych o fantastyce

 

Choć już od dłuższego czasu na blogu niewiele się dzieje (te czasy, gdy co trzeci post wrzucałam coś innego, niż recenzja!) to uznałam, że dziś przygotuje dla Was coś nieco innego, mianowicie – zestawienie książek i tytułów okołofantastycznych, które traktują o fantastyce w sposób krytyczny, recenzencki, popularnonaukowy, naukowy itd. Dlaczego? Za mną są już dwie prace dyplomowe, obydwie traktujące o fantastyce, mianowicie:

·       Wstęp do monografii miesięcznika „Fantastyka” 1982-1989 (licencjat)

·       Redaktor fantastyczny Maciej Parowski. Próba monografii (magister)

Jak więc możecie się pewnie domyślić trochę tych książek zebrałam. Nie mam oczywiście wszystkiego, co można znaleźć na rynku, a większość krąży mimo wszystko wokół Macieja Parowskiego, bo redaktor był głównym ludzkim bohaterem obydwu prac (bazą do licencjatu był wywiad z nim), ale być może akurat zabłądzi tu jakaś dusza, która też chce napisać jakąś pracę/artykuł naukowy na temat związany z fantastyką i po prostu jej się to przyda (albo po prostu chce się dedukować, czemu nie). Sama dobrze pamiętam, jak błądziłam na samym początku i tak naprawdę nie miałam pojęcia, za co się zabrać.

W tym zestawieniu pomijam prasę i skupiam się tylko na książkach, które przeczytałam w całości i/lub zapoznałam się z nimi na tyle, aby móc wyrazić się na ich temat, bo jak pewnie część z Was się orientuje – przygotowując takie prace nie zawsze trzeba lub jest się w stanie przeczytać książkę od deski do deski. Ponadto spis dotyczy tylko tych pozycji, które mam W PAPIERZE. 

Zaczynam od książek Parowskiego (ułożone losowo), potem pozostałe, a na końcu – te, które mam, ale nie czytałam na tyle dokładnie, by wypowiedzieć się w pełni.

 


„Czas fantastyki”, Maciej Parowski

Powiedziałabym, że ten tytuł to prawdziwe kompendium wiedzy na temat polskiej fantastyki z lat 70. i (głównie) 80. XX wieku, ale przy tym wymaga już pewnego obeznania, aby naprawdę z tej pozycji czerpać. Niemniej, moim zdaniem dla osób, które chcą omawiać fandom i kierunki w polskiej twórczości fantastycznej jest to lektura obowiązkowa. Tak naprawdę to zbiór różnorodnych artykułów Parowskiego, w tym jego recenzji. Nie znajdziecie tu jasnych definicji, ale kto się w tę książkę zagłębi, na pewno znajdzie w niej sporo materiałów, które można wykorzystać.



„Małpy Pana Boga. Słowa”, Maciej Parowski

Kontynuacja „Czasu fantastyki”, zwierająca tak jak część pierwsza różnorodne artykuły Parowskiego. W tym też znajdziecie w niej polemiki z polskimi twórcami (przekładając na współczesne: DRAMY). Te mogą nie być w pełni jasne, jeśli człowiek nie wgłębi się trochę w historie polskiego fandomu i sięgnie po książkę z zaskoczenia, ale ponownie – po wczytaniu się można wyciągnąć z niej masę cudownych treści do każdej pracy traktującej o fantastyce.

 


„Wasz cyrk, moje małpy. Chronologiczny alfabet moich autrów”, t. 1-2, Maciej Parowski

Książki Parowskiego naprawdę mają do siebie to, że nie są podręcznikami, a jakimś zbiorem różnych treści i tu jest właściwie podobnie. Mamy tu trochę artykułów autora, czy jakieś wywiady, zebrane i wrzucone w książki nieco „losowo”, ale taki jest już urok krytycznej działalności tego redaktora i pisarza (trzeba przywyknąć). Lwia część to jednak wspomnienia (a nie czyste biografie!) pisarzy, którzy z Parowskim współpracowali. Dobra rzeczy do wyłuskiwania ciekawostek i tworzenia przypisów, nieco gorsza, jeśli szukacie typowego podręcznika na dany temat.

Tu mała uwaga – Parowski zmarł przed zakończeniem tej pracy, dlatego niektóre opisy zostały uzupełnione przed wydawcę (ten zaś starał się cytować autora tam, gdzie tylko się dało).

 


„Historia i fantastyka”, Sapkowski i Bereś

Spotkali się dwaj panowie i sobie pogadali – tak bym mogła tę książkę streścić. Przyznaję, że czytałam ją już dość dawno i nawet nie próbowałam jej wykorzystać do pracy magisterskiej. Ten tytuł to wywiad-rzeka, z którego można wyłuskać kilka wartościowych cytatów, jeśli piszecie o fantastyce ogólnie, ale zapewniam, że są na rynku dużo lepsze źródła rzetelnej wiedzy na temat gatunku. Weźcie pod uwagę, że Andrzej Sapkowski to pisarz, nie literaturoznawca, dlatego osobiście nie traktowałabym jego definicji jako prawdę objawioną, raczej jako pewną dywagacje na temat.

Na pewno ten tytuł przyda się jednak tym, którzy chcą badać samą postać Sapkowskiego i/lub dzieła literackie. Wtedy warto w to zainwestować z przyczyn dość oczywistych.

 


„Leksykon polskiej literatury fantastycznonaukowej”, Andrzej Niewiadomski, Antoni Smuszkiewicz

To pozycja z 1990 roku, a więc już „nieco” zdezaktualizowana. Ponadto spora część tej książki jest dostępna w formie „przepisanej” w sieci. Jednakże pisząc pracę bardziej naukową nie można przecież korzystać z Wikipedii i w gruncie rzeczy dlatego ten tytuł do mnie trafił. Przydatna nie tyle po to, by czerpać z niej wiedzę, a po to, by po prostu podeprzeć się ładnym źródłem. Z przyczyn oczywistych nada się tylko do badań, które obejmują czasy sprzed 1990. Mi dzięki niej udało się do pracy dodać chyba jeden czy dwa elementy. Z przyczyn oczywistych nie czytałam całości. Czytanie encyklopedii od deski do deski nie stanowi mojej pasji.

 


„Historie fandomowe”, Tomasz Pindel

O tym reportażu nawet była tu już recenzja. Na pewno ta książka będzie dobrym podłożem do rozpoczęcia riserczu na temat polskiego fandomu. Jest przystępna i całkiem sprawnie wykłada o naszych początkach, choć temat współczesny porusza już w sposób znacznie gorszy. Ale na pewno otworzy drogę do dalszych poszukiwań, sprawi, że inne lektury będą łatwiejsze do zrozumienia i „sprzeda” trochę ciekawostek, które przecież w takich pracach potrafią się przydać.

 


„Ilustrowany słownik terminów literackich”, praca zbiorowa

Nie jest to książka scricte o fantastyce jako takiej, ale to pięknie wydana rzecz, która moim zdaniem po prostu się przyda. Przede wszystkim definiuje w konkretny sposób gatunek, a to niezmiernie ważne, jeśli macie taki podrozdział w swojej pracy. Nie czytałam jej w całości, ale fragment, który miał być mi przydatny naprawdę był przydatny.

 


„Leksykon fantastyki”, Karolina Haka-Makowska, Marta Makowiecka, Małgorzata Węgrzecka

To chyba najmniej przydatna książka, jaką miałam w rękach. Zawiera definicje różnych terminów związanych z fantastyką, np. różdżka, Dzwoneczek, drow, Drużyna Pierścienia. Co prawda może się przydać właśnie po to, aby mieć przypis, gdy wyjaśniacie jakiś termin, ale mi nie udało jej się w ten sposób wykorzystać i właściwie jest dla mnie nieco zbędna. Większość z definicji znajdziecie w artykułach znajdujących się w sieci, albo po prostu nie będziecie musieli w ich przypadku w ogóle przypisu podawać, więc niby cieszę się, że ją mam, ale jednocześnie – dla mnie to kompletnie nieprzydatny (choć nieco śmieszny) gadżet.

 


„Fanzin SF”, Artur Nowak

Nie wiedzieć czemu, żywię do tej książki naprawdę pozytywne emocje. Autor w przyjemny sposób wykłada początek fandomu amerykańskiego i polskiego, co oczywiście jest związane z początkami gatunku, więc jeśli tego potrzebujecie to po prostu bierzcie. Główna część, czyli związana z fanzinem przydała mi się jak na razie mniej, ale jestem przekonana, że kiedyś do tego wrócę.

 


„Wiedźmin. Historia fenomenu”, Adam Flamma

Jeśli piszecie o polskiej fantastyce to niemal na pewno prędzej czy później będziecie wspominać o twórczości Andrzeja Sapkowskiego, a ta książka to absolutnie złote opracowanie wszystkiego, co jest z nim związane. Od książki, przez wszystkie adaptacje. Wewnątrz jest masa treści, w tym wywiady z twórcami. Na dodatek to po prostu pięknie wydana książka, dlatego ja po prostu zawsze ją polecam.

 


„Kobieca proza science fiction w Polsce”, Maria Głowacka

Im dłużej o niej myślę, tym mniej merytoryczna mi się wydaje, ale skłamałabym mówiąc, że mi się ten tytuł do pracy nie przydał – bo przydał się bardzo. To skrajnie feministyczne (wręcz – toksycznie feministyczne) spojrzenie na polską fantastykę. Rzecz o tyle przydatna, że można z książką polemizować bądź wykorzystać ją w celu pokazania innej perspektywy, bo jednak podejście Głowackiej jest dość… kontrowersyjne? Lepszego słowa chyba nie mam.

W każdym razie, na pewno przyda się osobom, które w pracy będą analizować np. polskie pisarki (nie tylko fantastyczne), czy działanie fandomu albo innych mniejszych społeczności.

 

Książki, które mam, ale znam tylko fragmenty:

·  „Co to jest fantastyka naukowa”, Julij Kagartlicki – wydana u nas w latach 70. niewielka książeczka, tratkująca o gatunku. To co czytałam, było całkiem przydatne (robiłam z niej pojedyncze przypisy), ostatnie strony wielbiące Manifest Komunistyczny wzbudziły z kolei śmiech przez łzy, ale generalnie muszę jeszcze ten tytuł sprawdzić.

·  „Nie tylko Lem. Fantastyka współczesna”, red. Maciej Wróblewski – zbiór różnych szkiców na temat fantastyki. Czytałam fragmentami. Rzecz ciekawa, ale nie wniosła mi zbyt wiele do prac. Niemniej, tu może wiele zależeć od konkretnego tematu.

· „Spór o SF”, praca zbiorowa – sięgnęłam po ten tytuł głównie po to, by znaleźć sobie przypis do tekstu Umberta Eco i móc spokojnie przeczytać ten fragment. Nie znam jej ponad to, ale jestem przekonana, że gdybym miała więcej czasu to na pewno wyciągnęłabym z niej jeszcze wiele fajnych rzeczy do mojej pracy magisterskiej. Dlatego pewnie się jeszcze zapoznam z nią bliżej.

·  „W cieniu Białego Drzewa”, Tomasz Z. Majkowski – to z tej książki brałam w sporej mierze moje „bazowe” definicje gatunku, aby następnie je rozwijać, przekształcać i doprecyzowywać. Nie wgłębiłam się jednak w część główną. Praca wydaje się jednak kompetentna i jeśli poruszacie gdzieś temat J. R. R. Tolkiena to kompletny must have!

 

I tak zatacza się pewne koło. Gdy przygotowywałam się do matury, publikowałam tu posty o motywach literackich, które można było wykorzystać w pracy maturalnej, a teraz zrobiłam rozpiskę z tego, z czego korzystałam przy pracy magisterskiej. A przecież Drewniany Most ledwo startował. W każdym razie, na tę chwilę moja „naukowa” przygoda z fantastyką się skończyła, przynajmniej tymczasowo (broniłam się ledwo 19 listopada – miałam całkiem „zabawne” przygody). Może zechce mi się zrobić doktorat i może mnie na taki przyjmą, wtedy pewnie będę kontynuować „badania”, a na razie – wracam do bycia zwykłym czytelnikiem-amatorem. No może trochę bardziej marudnym, niż przed tą całą przygodą czytelnikiem-amatorem (jakbym przed nie była naczelnym narzekaczem na książki >.<).

Jeśli macie jakieś ciekawe tytuły, które ZNACIE i które komuś mogą się przydać – dajcie znać poniżej.

poniedziałek, 22 listopada 2021

Królewski skrytobójca: klątwa drugiego tomu?

 

Bastard dalej służy swojemu królestwu z całych sił. Jego władca jest jednak chory, a następca tronu ma wiele na głowie. Chłopak pomaga w ochronie poddanych przez kuźnicą, jednocześnie próbując dowiedzieć się, kim tak naprawdę jest. Czy jego przyjaźń z wilkiem to dobra droga? I co tak naprawdę łączy go z Sikorką?

 

O ile w „Uczniu skrytobójcy” mieliśmy do czynienia z dzieckiem szkolącym się na królewskiego sługę, tak już w „Królewskim skrytobójcy” Bastard jest nastolatkiem, który po prostu pracuje dla swojego władcy. Sięgając po tę książkę miałam przede wszystkim nadzieję na poważniejszą historię, nieco bardziej zwartą, która będzie po prostu dobrą opowieścią. Nie do końca wyszło. Choć Robin Hobb pisze naprawdę sprawnie to mam wrażenie, że ta książka jest po prostu bardzo, ale to bardzo przegadana.

Królewski skrytobójca
Robin Hobb
wyd. Mag, 2014
Skrytobójca, t. 2

Skąd ten wniosek? To właściwie proste – jeśli czytając mam poczucie, że właściwie omijając kilka stron na raz nic nie stracę to zwykle znaczy, że po prostu w tym miejscu przydałoby się cięcie. A na tych 760 stronach nie tylko miałam to wrażenie naprawdę często, ale też po prostu chodziło za mną poczucie, że czytam trochę o niczym.

Jednocześnie biorąc pod uwagę na jak kiepskie lub „nie moje” książki trafiałam w ostatnim czasie, „Królewski skrytobójca” był miłą odskocznią. Co by nie mówić o Hobb, pisze całkiem ładnie i lekko, a więc to po prostu tak ogółem dobrze się czyta. Tylko po prostu brakuje mi w tej opowieści jakiejś konkretniejszej lub bardziej skondensowanej fabuły. Rozumiem po części z czego to może wynikać.

Drugi tom, jak to często bywa, jest tomem przejściowym. Napięcie musi być w nim zbudowane, ale nie może jeszcze eskalować. Ponadto główny bohater jest nastolatkiem, w związku z czym musi dorosnąć, nauczyć się bycia sobą, podjąć ważne decyzje. I właściwie to Hobb wychodzi. Dylematy Bardarda są naprawdę całkiem realistyczne, a jego ścieżka do dorosłości nie jest źle poprowadzona… tylko najzwyczajniej w świecie troszeczkę wieje w niej nudą.

Miałam nadzieję, że w tomie drugim świat przedstawiony stanie się bardziej… poważny, realistyczny. Stety-niesyety Hobb dalej trzyma się raczej baśniowo-młodzieżowej konwencji. Rola Bastarda jako skrytobójcy nie jest tak dobrze wykorzystywana, jakbym chciała. Nie jest też odpowiednio uzasadniona. Mógłby się sprawdzić w roli dyplomaty, czy skryby, ale skrytobójca? Po co uczyć kogoś, kto teoretycznie może rościć sobie prawo do tronu jako bękart, zabijania? Nie jest to uzasadnione. Ponadto w samym zachowaniu chłopaka nie widać lat szkolenia, co zresztą wytyka mu jedna z postaci. Jakby tego było mało, Hobb dokładnie rozpisuje jego rozmowy z postaciami i buduje relacje, ale unika scen, w których ten wykonuje zadania dla króla.

Być może gdybym mogła przysiąść raz a dłużej nad książką nie miałabym wrażenia, że ta się aż tak dłuży. Jednak akurat musiałam czytanie rozłożyć na raty i o ile już czytając, po prostu czytałam dalej, o tyle po odłożeniu książki nie miałam ochoty do niej wracać. Biorąc pod uwagę to wszystko, mam mieszane odczucia co do „Królewskiego skrytobójcy” i choć to bez wątpienia książka całkiem przyzwoita to przy tym również trochę niedopracowana.


piątek, 19 listopada 2021

Kult: beletryzowane wspomnienia z objawień w Oławie

 

Lata 80. Heniek to prostoduszny rencista. W trakcie wizyty na działkach w Oławie, w której mieszka, doświadcza mistycznego przeżycia. Twierdzi, że objawiła się mu Maryja i zaczęła do niego przemawiać. Jego brat po latach dzieli się swoimi przeżyciami z tamtego okresu.


Gdyby nie „Kult” Łukasza Orbitowskiego prawdopodobnie nigdy nie dowiedziałabym się, że w Oławie w latach 80. faktycznie była osoba, która twierdziła, że objawiła się im Maryja. Nie miałabym też pojęcia, że to była tak duża i rozdmuchana sprawa. Co prawda powieść Orbitowskiego jest beletryzowana, ale autor sięgnął po wydarzenie, które naprawdę miało miejsce. Jednak mimo tego uważam, że – przynajmniej w moim odczuciu – to po prostu niezwykle nudna opowieść.

Kult
Łukasz Orbitowski
wyd. Świat Książki, 2019

Chyba warto jednak zacząć od tego, że tego typu historie wcale nie mają łatwo, jeśli chodzi o zdobycie mojego czytelniczego serduszka. Nie przepadam za czytaniem o PRL-u w formie powieści, zwłaszcza jeśli główni bohaterowie to prości ludzie, a tak jest w tym przypadku. Już sam klimat tamtych czasów po prostu mnie odrzuca. A Orbitowski wrzucił do tej historii wszystkie inne elementy, których po prostu nie lubię.

To nie tak, że „Kult” napisany jest technicznie źle. Ten autor pisać potrafi, tak samo, jak potrafi robić research i to po prostu widać. Ale mam wrażenie, że ta opowieść mogłaby mnie zainteresować… gdyby miała 20 stron, a nie ponad dwadzieścia razy tyle. Między innymi dlatego, że ja po prostu nie lubię obyczaju, a to na nim skupia się autor. Codzienne życie i perypetie prostych ludzi z Oławy nie są czymś, co mnie chwyta i sprawia, że nie mogę oderwać się od lektury. A to właśnie one stanowią dużą część tej powieści, w której w gruncie rzeczy niewiele się dzieje.

Jeśli do tego doda się jeszcze moją ogólną niechęć do PRL-u, raczej smutny i szary klimat powieści oraz bohaterów, z którymi po prostu nie potrafię się utożsamiać to ostatecznie wychodzi książka, która kompletnie mnie nie interesuje i po prostu nie jest dla mnie. Czytając, miałam wrażenie, że mogę niemal wszystkie opisy pomijać i to niewiele zmieni, bo i tak wiedziałam i rozumiałam, o co w tej opowieści chodzi.

To moje drugie spotkanie z powieścią Orbitowskiego, a trzecie jeśli chodzi o jego prozę w ogóle. Po „Exodusie”, który nie podobał mi się z powodów zbliżonych, co „Kult”, nie miałam ochoty na grzebanie w jego twórczości, ale opowiadanie z antologii „Inne światy” było klimatyczne i po prostu dobrze napisane. Dlatego chciałam autorowi dać szanse… ale jak się okazało, takie książki po prostu nie są dla mnie.

Wiem doskonale, że taka opowieść znajdzie swojego czytelnika. Że tematyka wiary w tym przypadku może wiele osób poruszyć i być może pomóc im znaleźć „swoją drogę”. Szczególnie, że na ile znam podobną literaturę to historia napisana naprawdę sprawnie. Ale po prostu między nami absolutnie nie było żadnej „chemii”. Niestety, wydaje mi się, że po twórczość tego autora szybko ponownie nie sięgnę. Najzwyczajniej w świecie trochę za bardzo się chyba rozmijamy w tym, co i w jaki sposób on chce przekazać, a co ja chcę czytać.


wtorek, 16 listopada 2021

Projekt Mefisto: gdyby piekło było korporacją

Zygmunt jest diabłem pracującym w piekielnej korporacji. Jego zadanie jest proste: ma za pomocą swojego sprytu zachęcać ludzi do popełniania złych czynów. W ramach realizacji Projektu Mefisto trafia do Wyplut, niewielkiej miejscowości. Okazuje się jednak, że ta okolica wcale nie będzie łatwym rejonem dla piekielnego wysłannika.

 

Marcin Mortka jest mi znany ze słyszenia od lat i od lat wydaje mi się sympatycznym człowiekiem i być może wartym zainteresowania twórcą. Zwłaszcza, że niedawno przeczytałam przecież „Nawię”, antologię, w której poznałam odrobinkę jego styl, uznając go za godny zaufania. Dlatego też w końcu chwyciłam za leżący mi na półce od dłuższego czasu „Projekt Mefisto”. To wydana w 2016 roku powieść, niebędąca częścią żadnego konkretnego cyklu, więc przynajmniej pozornie wydawała się dobrą propozycją na start z autorem.

Projekt Mefisto
Marcin Mortka
wyd. W.A.B., 2016

Czemu tylko wydawała się? A bo okazała się raczej słabym ogniwem w twórczości Mortki. Tak przynajmniej mniemam, biorąc pod uwagę, jakie opinie zdobyła, zwłaszcza w porównaniu do reakcji czytelników na jego inne powieści. W tym miejscu muszę też chyba dodać, że moje rozczarowanie wynika trochę z innych oczekiwań. Okładka i znajdująca się na niej grafika skojarzyła mi się z serialem „Lucyfer” i chyba podświadomie oczekiwałam opowieści z NAPRAWDĘ charyzmatycznym głównym bohaterem, a jednak… cóż, Zygmunt nie mógł stać dalej od Lucyfera.

Przechodząc do rzeczy, sam pomysł Mortki na fabułę nie był wcale zły. Być może piekło jako korporacja nie jest pomysłem szczególnie oryginalnym, ale to lekki i przyjemny koncept, który można naprawdę łatwo ograć. Do tego wystarczyłaby po prostu sensowna, konkretna intryga oraz bohaterowie, których da się polubić. Niestety, tej książce brakuje i jednego, i drugiego.

Intryga niby jakaś jest, ale całość wygląda trochę tak, jakby Mortka nie potrafił się zdecydować, o co mu w ogóle chodzi. Krąży to wokół CZEGOŚ, wokół jakiejś TAJEMNICY, ale w gruncie rzeczy narracja trochę czytelnikowi obiecuje, ale nie ma w gruncie rzeczy nic do zaoferowania. Rozwiązanie fabuły jest po prostu niezbyt satysfakcjonujące, a o to powinno przecież chodzić.

Bohaterów niby trochę jest, ale żaden z nich, poza Zygmuntem, nie jest jakoś wyraziście zarysowany. Niby też mają „zabawne” dialogi, ale przyznaję, że w tym przypadku Mortka mnie po prostu nie bawi. Sam główny bohater jest zaś po prostu godnym pożałowania, trochę irytującym diabłem. Koniec końców więc w sumie nie ma ani kogo śledzić, ani komu kibicować. Niestety, z takim charakterem, jak Zygmunt, trudno było mi się utożsamić. Rozumiem zamysł autora, ale odnoszę wrażenie, że ten nie do końca mu wyszedł.

Kolejnym problemem tej powieści jest światotwórstwo. „Projekt Mefisto” to komediowe urban fantasy, a w takiej nie mogło zabraknąć oczywiście – uwaga, werble – mitologii słowiańskiej. Bo poza diabłami pojawiają się tu także nasze rodzime stworzenia. Tyle, że w gruncie rzeczy bez nich ta opowieść mogłaby być po prostu ciekawsza i lepiej działać, bo one naprawdę niewiele wnoszą ani do fabuły, ani do charakterów konkretnych postaci, ani do postrzegania mitologii słowiańskiej we współczesnej literaturze fantasy.

Mimo bez wątpienia ogromu wad tej książki da się ją czytać lekko i całkiem sprawnie. Mortka to wprawiony autor i to widać – po prostu tutaj coś mu nie wyszło. Dlatego podejrzewam też, że czytelnicy z mniejszymi wymaganiami ode mnie będą zadowoleni. A jeśli chodzi o mnie to po prostu najwyraźniej będę musiała sięgnąć kiedyś po jakąś inną powieść autora, aby sprawdzić, na co naprawdę go stać. Bo ja wiem, że on potrafi więcej i lepiej, niż to, co pokazał w „Projekcie Mefisto”.


sobota, 13 listopada 2021

Przyczynowy anioł: w końcu koniec katorgi

 


Jeana le Flambeur poszukuje Mieli, z którą został rozdzielony. Po śmierci ich myślącego statku próbują dopiąć swoich celów. Każde z nich na swój własny sposób.

 

„Przyczynowy anioł” Hanu Rajaniemi jest już za mną, a ja mogę odetchnąć z ulgą. W końcu ten cykl nie będzie męczył mojego sumienia, wciąż patrząc z wyrzutem z półki. Jednocześnie muszę przyznać, że ostatnia część nie była ani odrobinę lepsza, od poprzednich. Może wręcz przeciwnie. Męczyła mnie po prostu jeszcze bardziej.

Przyczynowy anioł
Hannu Rajaniemi
wyd. Mag, 2018
Jean le Flambeur, t. 3
Szczególnie, że sięgając po ten tom poznałam już Arsene Lupina, bohatera, na którym Jean le Flambeur miał bazować i szczerze mówiąc, nie zachwycił mnie ten charakter. A przyznaję, że postać stworzona przez Rajaniemiego interesuje mnie jeszcze mniej. Tak naprawdę mam poczucie, że nie wyniosłam z tej lektury kompletnie nic, poza irytacją.

Znów odnoszę wrażenie, że tu i sam autor sobie nie poradził, i że tłumacz też tej powieści nie pomógł. To się po prostu czyta z wyraźnym trudem. Jest to trochę paradoksalne, bo gdy wyjmie się cały ten pseudonaukowy bełkot (no bo przepraszam, ale naukowym tego nazwać po prostu nie mogę) to w gruncie rzeczy „Przyczynowy anioł” jest napisany bardzo prosto i w gruncie rzeczy dość lekko, choć niezbyt interesująco. Ale z takim dodatkiem tekst niełatwo się przyswaja, co po prostu irytuje.

Po trzech tomach ja dalej nie rozumiem i nie widzę świata wykreowanego przez autora. W związku z tym fabuła nijak mnie interesuje, mam ochotę nigdy do tego nie wracać myślami i właściwie po prostu nie widzę w tej opowieści żadnej szczególnej zalety. Być może pomysł nie byłby zły, może to mogła być doskonała opowieść rozrywkowa, ale… nie, to po prostu nie wyszło i nie działa tak, jak powinno.

Wszystkie trzy tomy zdobyłam za niewielkie pieniądze, na wyprzedażach i… kompletnie się nie dziwię. „Przyczynowy anioł” nie ma jak się sprzedawać, bo jest po prostu naprawdę kiepską propozycją wśród książek SF. Nie mówię, że nie spodoba się nikomu, ale wiem, że wiele osób ma podobne wrażenia, co ja. Ale naprawdę nie widzę nic dziwnego w tym, że Mag postanowił to zacząć wyprzedawać. Jedyne to, co mnie dziwi to fakt, że „Przyczynowy złodziej”, czyli pierwszy tom, był wydany już wcześniej i już wtedy chyba nie stał się żadnym hitem. Więc wznowienie cyklu nie brzmi jak najlepszy pomysł.

            Jedyna zaleta, jaką widzę w tej i pozostałych książkach to nie ich wnętrze, a okładki. Trylogia w twardych oprawach prezentuje się całkiem zacnie, a grafiki – choć nie najpiękniejsze – są po prostu w porządku. Dark Crayon tworzyć potrafi i choć postacie tego typu nie należą do moich ulubionych to prezentują się wcale nie najgorzej.

Chciałabym móc o tej książce napisać coś więcej i dać jakąś bardziej kompetentną, złożoną opinię, ale prawda jest taka, że mi się nie chce. Że czuje się zmęczona i zamiast rozgrzebywać, chce o tych książkach zapomnieć. Po raz kolejny zaś przysięgam sobie, że już nie będę kupować literatury na wyprzedażach bez dokładnego przemyślenia sprawy.


środa, 10 listopada 2021

Kar Kalim: fantasy prawie jak YA z lat 90.?

 Inya żyje od setek lat, strzegąc tajemniczej wieży. Pewnego dnia pod jej drzwiami pojawia się uczeń jej dawnego kochanka, prosząc, aby pomogła mu w dalszym rozwoju. Kobieta godzi się, ale nawet nie przypuszcza, jak złe konsekwencje będzie miała ta decyzja.

 

Już naprawdę dawno nie czytałam żadnej starszej książki fantasy, która na odległość krzyczałaby: jestem tanią, toporną i naiwną historią. A że czasem lubię sobie takie rzeczy sprawdzić to w końcu chwyciłam powieść leżącą od jakiegoś czasu na mojej półce. „Kar Kalim” to książka napisana przez Deporah Christian. Ta amerykańska autorka jest chyba bardziej związana z RPG, a nie z literaturą jako taką, choć ma na swoim koncie z pięć-sześć książek. W Polsce ukazała się jednak tylko ta jedna. „Kar Kalim” jest jej drugą powieścią, wydaną w 1998 roku w USA. Nie jest to więc powieść jakoś szczególnie stara, ale jednak lata 90. XX wieku były dość specyficznym czasem dla fantasy.

Kar Kalim
Deborah Christian
wyd. Zysk, 2002

Początkowo zaskoczyło mnie, jak lekko czytało mi się „Kal Kalim”. Nie wiem czemu, ale spodziewałam się czegoś znacznie bardziej topornego. A jednak, mimo wszystko – to po prostu dało się czytać z pewną dozą przyjemności. Nie, żeby styl Christian był powalający, ale jego lekkość i klarowność była dla mnie wystarczająca.

Jako, że przed zagłębieniem się w fabułę nawet nie spróbowałam przeczytać opisu z okładki to kompletnie nie wiedziałam, czego powinnam się spodziewać. I to, co dostałam, również trochę mnie zdziwiło. „Kar Kalim” jest właściwie powieścią skupiającą się na relacji Inyi i Mrul Amreya. Mam wrażenie, że takie powieści można uznać za jakiś specyficzny prekursor romansowych powieści young adult/fantasy, które wydawane są dzisiaj. Bo w gruncie rzeczy tak jak i w nich, tak i tutaj świat przedstawiony jest znacznie mniej istotny, niż relacja między postaciami, a historia opiera się jednak na opisywaniu pewnej fascynacji pewnym siebie, ale niekoniecznie dobrym mężczyznom.

Christian idzie co prawda w nieco innym kierunku, niż obecnie pisane powieści, jednak ma pewne elementy wspólne, np. Inya ma kilkaset lat na koncie, a i tak zachowuje się jak młódka, popełniając błąd za błędem, bo jest zafascynowana facetem. Przy okazji sama autorka kilkukrotnie podkreśla, jak ten karygodnie ją traktuje, przy okazji wspominając w narracji, jak bardzo Inya, mimo wszystko, jest nim zafascynowana. Ale mimo wszystko z powodu surowszej narracji to nie wypada aż tak infantylnie, jak w wielu powieściach YA.

To, co na pewno zaś w powieściach YA nie występuje to mimo wszystko nieco wyższy poziom światotworzenia. Nie chodzi o to, że Christian jest wyjątkowa w tym względzie, ale po prostu pomyślała o niektórych elementach, które pozwalają bardziej w ten świat uwierzyć, np. gdy ktoś przejmuje władze nad światem to dba o to, by ludy wcielone do imperium również poczuły się jego częścią i były lojalne względem nowego władcy bez  dalszego rozlewu krwi. To niby detal, a ile zmienia!

Inne od współczesnego YA jest też zakończenie i ogólny wydźwięk, bo koniec końców, „Kal Kalim” nie jest romansem, mimo że mocno skupia się na damsko-męskiej relacji. Niemniej, skłamałabym mówiąc, że jakoś szczególnie mnie ta opowieść wciągnęła. Być może spodziewałam się czegoś znacznie słabszego, ale tak czy siak, to raczej mocno przeciętna opowieść.

Czy „Kar Kalim” Christian warto szukać w bibliotekach czy antykwariatach? Wydaje mi się, że… nieszczególnie. Na rynku jest wiele przeciętnych i nieco mniej dobrych powieści, które są łatwiej dostępne. Jednak jeśli macie do wyboru tylko kilka starszych powieści fantasy, a wśród nich jest właśnie „Kar Kalim” to może okazać się, że sprawdzenie jej nie będzie aż tak głupim pomysłem.


niedziela, 7 listopada 2021

Gwiazdy moim przeznaczeniem: co oferuje wizja przyszłości z lat 50.?


W XXV wieku ludzkość nauczyła się teleportacji i zajęła cały Układ Słoneczny. W takich właśnie czasach żyje Gully Foyle – prostak pozbawiony jakichkolwiek ambicji. Gdy spędza pół roku na wraku zniszczonego statku kosmicznego, a przelatujący obok ludzie go ignorują, mężczyzna zaprzysięga im zemstę.

 

Skoro „Człowiek do przeróbki” tak bardzo mi się spodobał, to musiałam sięgnąć i po „Gwiazdy moim przeznaczeniem” Alfreda Bestera. To powieść wydana w 1956 roku, będąca drugą najlepiej znaną książką stworzoną przez tego autora. Przy okazji to moje trzecie spotkanie z serią wydawniczą „Wehikuł czasu”. Znów okazało się, że Rebis nieźle wybiera do niej pozycje, bo mimo tego, że ta powieść zbliża się do swoich 70 urodzin to wciąż czyta się ją naprawdę dobrze.

    Gwiazdy moim przeznaczeniem
Alfred Bester
wyd. Dom wydawniczy Rebis, 2020 

Bester sięgnął po dość trudny do ogarnia motyw. Jego główny bohater nie jest człowiekiem, którego z założenia można lubić. Gully zaczyna jako agresywny prostak, który nie do końca wie, co może zrobić ze swoim życiem. Gdy zostaje opętany przez rządzę zemsty, nie myśli o niczym innym i generalnie – jest trudnym do polubienia bohaterem. Jednak autor miał na tyle wyczucia w swoim stylu, że w tym przypadku to zaleta tej powieści, nie wada.

„Gwiazdy moim przeznaczeniem” są świetne w przedstawieniu rozwoju postaci i analizie tego, w jaki sposób człowiek mający w życiu cel, może stopniowo zacząć się zmieniać i rozwijać. Ponadto Bester naprawdę bardzo dobrze pisze dialogi, a jego styl jest przystępny i zwięzły, ale jednocześnie po prostu dojrzały. To wszystko sprawia, że „Gwiazdy moim przeznaczeniem” mogą być dobrą rozrywką, mimo że minęło już tyle lat od daty pierwszego wydania.

To jednak nie oznacza, że nie dostrzegam w tej powieści wad. Przede wszystkim, mimo wszystko widać w tej powieści jej wiek. Co prawda, nie przeszkadzało mi to zbytnio, ale po prostu fantastyka naukowa ma do siebie to, że się starzeje. Współczesny pisarz nie wykorzystałby pewnych zlepek słów, nie stworzyłby niektórych scen w dokładnie taki sam sposób – to się po prostu „czuje”.

Owo starzenie się widzę też w pewnej skrótowości i symboliczności tekstu. Odczułam to głównie w stosunku do wątku romantycznego, który dla mnie był po porostu kompletnie niewiarygodny i trudny do wytłumaczenia. Nawet mimo tego, że w dalszym ciągu sama warstwa dialogowa była na tyle dobrze napisana, że z chęcią śledziłam każdy fragment powieści.

Również zakończenie, podobnie jak w „Człowieku do przeróbki”, nie było dla mnie niczym nadzwyczaj zaskakującym. Jednak ogólnie cała kreacja świata i sam pomysł na poprowadzenie fabuły – mimo że dość prosty – to coś, co moim zdaniem mimo upływu lat wypada naprawdę bardzo dobrze.

„Gwiazdy moim przeznaczeniem” Alfreda Bestera to fantastyka naukowa, którą warto poznać. Jest nie tylko tytułem, który zapisał się już gdzieś tam w kanonie, ale to też po prostu kawałek ciekawej, mimo że rozrywkowej literatury. Nie jestem pewna, czy warto od niej zaczynać przygodę z tym gatunkiem, ale osoby, chociaż nieco z nim zapoznane mogą bez problemu spróbować swoich sił i sięgnąć po ten tytuł

.

Nomida zaczarowane-szablony