Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książkowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książkowo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 listopada 2021

Przegląd książek okołofantastycznych - do prac dyplomowych o fantastyce

 

Choć już od dłuższego czasu na blogu niewiele się dzieje (te czasy, gdy co trzeci post wrzucałam coś innego, niż recenzja!) to uznałam, że dziś przygotuje dla Was coś nieco innego, mianowicie – zestawienie książek i tytułów okołofantastycznych, które traktują o fantastyce w sposób krytyczny, recenzencki, popularnonaukowy, naukowy itd. Dlaczego? Za mną są już dwie prace dyplomowe, obydwie traktujące o fantastyce, mianowicie:

·       Wstęp do monografii miesięcznika „Fantastyka” 1982-1989 (licencjat)

·       Redaktor fantastyczny Maciej Parowski. Próba monografii (magister)

Jak więc możecie się pewnie domyślić trochę tych książek zebrałam. Nie mam oczywiście wszystkiego, co można znaleźć na rynku, a większość krąży mimo wszystko wokół Macieja Parowskiego, bo redaktor był głównym ludzkim bohaterem obydwu prac (bazą do licencjatu był wywiad z nim), ale być może akurat zabłądzi tu jakaś dusza, która też chce napisać jakąś pracę/artykuł naukowy na temat związany z fantastyką i po prostu jej się to przyda (albo po prostu chce się dedukować, czemu nie). Sama dobrze pamiętam, jak błądziłam na samym początku i tak naprawdę nie miałam pojęcia, za co się zabrać.

W tym zestawieniu pomijam prasę i skupiam się tylko na książkach, które przeczytałam w całości i/lub zapoznałam się z nimi na tyle, aby móc wyrazić się na ich temat, bo jak pewnie część z Was się orientuje – przygotowując takie prace nie zawsze trzeba lub jest się w stanie przeczytać książkę od deski do deski. Ponadto spis dotyczy tylko tych pozycji, które mam W PAPIERZE. 

Zaczynam od książek Parowskiego (ułożone losowo), potem pozostałe, a na końcu – te, które mam, ale nie czytałam na tyle dokładnie, by wypowiedzieć się w pełni.

 


„Czas fantastyki”, Maciej Parowski

Powiedziałabym, że ten tytuł to prawdziwe kompendium wiedzy na temat polskiej fantastyki z lat 70. i (głównie) 80. XX wieku, ale przy tym wymaga już pewnego obeznania, aby naprawdę z tej pozycji czerpać. Niemniej, moim zdaniem dla osób, które chcą omawiać fandom i kierunki w polskiej twórczości fantastycznej jest to lektura obowiązkowa. Tak naprawdę to zbiór różnorodnych artykułów Parowskiego, w tym jego recenzji. Nie znajdziecie tu jasnych definicji, ale kto się w tę książkę zagłębi, na pewno znajdzie w niej sporo materiałów, które można wykorzystać.



„Małpy Pana Boga. Słowa”, Maciej Parowski

Kontynuacja „Czasu fantastyki”, zwierająca tak jak część pierwsza różnorodne artykuły Parowskiego. W tym też znajdziecie w niej polemiki z polskimi twórcami (przekładając na współczesne: DRAMY). Te mogą nie być w pełni jasne, jeśli człowiek nie wgłębi się trochę w historie polskiego fandomu i sięgnie po książkę z zaskoczenia, ale ponownie – po wczytaniu się można wyciągnąć z niej masę cudownych treści do każdej pracy traktującej o fantastyce.

 


„Wasz cyrk, moje małpy. Chronologiczny alfabet moich autrów”, t. 1-2, Maciej Parowski

Książki Parowskiego naprawdę mają do siebie to, że nie są podręcznikami, a jakimś zbiorem różnych treści i tu jest właściwie podobnie. Mamy tu trochę artykułów autora, czy jakieś wywiady, zebrane i wrzucone w książki nieco „losowo”, ale taki jest już urok krytycznej działalności tego redaktora i pisarza (trzeba przywyknąć). Lwia część to jednak wspomnienia (a nie czyste biografie!) pisarzy, którzy z Parowskim współpracowali. Dobra rzeczy do wyłuskiwania ciekawostek i tworzenia przypisów, nieco gorsza, jeśli szukacie typowego podręcznika na dany temat.

Tu mała uwaga – Parowski zmarł przed zakończeniem tej pracy, dlatego niektóre opisy zostały uzupełnione przed wydawcę (ten zaś starał się cytować autora tam, gdzie tylko się dało).

 


„Historia i fantastyka”, Sapkowski i Bereś

Spotkali się dwaj panowie i sobie pogadali – tak bym mogła tę książkę streścić. Przyznaję, że czytałam ją już dość dawno i nawet nie próbowałam jej wykorzystać do pracy magisterskiej. Ten tytuł to wywiad-rzeka, z którego można wyłuskać kilka wartościowych cytatów, jeśli piszecie o fantastyce ogólnie, ale zapewniam, że są na rynku dużo lepsze źródła rzetelnej wiedzy na temat gatunku. Weźcie pod uwagę, że Andrzej Sapkowski to pisarz, nie literaturoznawca, dlatego osobiście nie traktowałabym jego definicji jako prawdę objawioną, raczej jako pewną dywagacje na temat.

Na pewno ten tytuł przyda się jednak tym, którzy chcą badać samą postać Sapkowskiego i/lub dzieła literackie. Wtedy warto w to zainwestować z przyczyn dość oczywistych.

 


„Leksykon polskiej literatury fantastycznonaukowej”, Andrzej Niewiadomski, Antoni Smuszkiewicz

To pozycja z 1990 roku, a więc już „nieco” zdezaktualizowana. Ponadto spora część tej książki jest dostępna w formie „przepisanej” w sieci. Jednakże pisząc pracę bardziej naukową nie można przecież korzystać z Wikipedii i w gruncie rzeczy dlatego ten tytuł do mnie trafił. Przydatna nie tyle po to, by czerpać z niej wiedzę, a po to, by po prostu podeprzeć się ładnym źródłem. Z przyczyn oczywistych nada się tylko do badań, które obejmują czasy sprzed 1990. Mi dzięki niej udało się do pracy dodać chyba jeden czy dwa elementy. Z przyczyn oczywistych nie czytałam całości. Czytanie encyklopedii od deski do deski nie stanowi mojej pasji.

 


„Historie fandomowe”, Tomasz Pindel

O tym reportażu nawet była tu już recenzja. Na pewno ta książka będzie dobrym podłożem do rozpoczęcia riserczu na temat polskiego fandomu. Jest przystępna i całkiem sprawnie wykłada o naszych początkach, choć temat współczesny porusza już w sposób znacznie gorszy. Ale na pewno otworzy drogę do dalszych poszukiwań, sprawi, że inne lektury będą łatwiejsze do zrozumienia i „sprzeda” trochę ciekawostek, które przecież w takich pracach potrafią się przydać.

 


„Ilustrowany słownik terminów literackich”, praca zbiorowa

Nie jest to książka scricte o fantastyce jako takiej, ale to pięknie wydana rzecz, która moim zdaniem po prostu się przyda. Przede wszystkim definiuje w konkretny sposób gatunek, a to niezmiernie ważne, jeśli macie taki podrozdział w swojej pracy. Nie czytałam jej w całości, ale fragment, który miał być mi przydatny naprawdę był przydatny.

 


„Leksykon fantastyki”, Karolina Haka-Makowska, Marta Makowiecka, Małgorzata Węgrzecka

To chyba najmniej przydatna książka, jaką miałam w rękach. Zawiera definicje różnych terminów związanych z fantastyką, np. różdżka, Dzwoneczek, drow, Drużyna Pierścienia. Co prawda może się przydać właśnie po to, aby mieć przypis, gdy wyjaśniacie jakiś termin, ale mi nie udało jej się w ten sposób wykorzystać i właściwie jest dla mnie nieco zbędna. Większość z definicji znajdziecie w artykułach znajdujących się w sieci, albo po prostu nie będziecie musieli w ich przypadku w ogóle przypisu podawać, więc niby cieszę się, że ją mam, ale jednocześnie – dla mnie to kompletnie nieprzydatny (choć nieco śmieszny) gadżet.

 


„Fanzin SF”, Artur Nowak

Nie wiedzieć czemu, żywię do tej książki naprawdę pozytywne emocje. Autor w przyjemny sposób wykłada początek fandomu amerykańskiego i polskiego, co oczywiście jest związane z początkami gatunku, więc jeśli tego potrzebujecie to po prostu bierzcie. Główna część, czyli związana z fanzinem przydała mi się jak na razie mniej, ale jestem przekonana, że kiedyś do tego wrócę.

 


„Wiedźmin. Historia fenomenu”, Adam Flamma

Jeśli piszecie o polskiej fantastyce to niemal na pewno prędzej czy później będziecie wspominać o twórczości Andrzeja Sapkowskiego, a ta książka to absolutnie złote opracowanie wszystkiego, co jest z nim związane. Od książki, przez wszystkie adaptacje. Wewnątrz jest masa treści, w tym wywiady z twórcami. Na dodatek to po prostu pięknie wydana książka, dlatego ja po prostu zawsze ją polecam.

 


„Kobieca proza science fiction w Polsce”, Maria Głowacka

Im dłużej o niej myślę, tym mniej merytoryczna mi się wydaje, ale skłamałabym mówiąc, że mi się ten tytuł do pracy nie przydał – bo przydał się bardzo. To skrajnie feministyczne (wręcz – toksycznie feministyczne) spojrzenie na polską fantastykę. Rzecz o tyle przydatna, że można z książką polemizować bądź wykorzystać ją w celu pokazania innej perspektywy, bo jednak podejście Głowackiej jest dość… kontrowersyjne? Lepszego słowa chyba nie mam.

W każdym razie, na pewno przyda się osobom, które w pracy będą analizować np. polskie pisarki (nie tylko fantastyczne), czy działanie fandomu albo innych mniejszych społeczności.

 

Książki, które mam, ale znam tylko fragmenty:

·  „Co to jest fantastyka naukowa”, Julij Kagartlicki – wydana u nas w latach 70. niewielka książeczka, tratkująca o gatunku. To co czytałam, było całkiem przydatne (robiłam z niej pojedyncze przypisy), ostatnie strony wielbiące Manifest Komunistyczny wzbudziły z kolei śmiech przez łzy, ale generalnie muszę jeszcze ten tytuł sprawdzić.

·  „Nie tylko Lem. Fantastyka współczesna”, red. Maciej Wróblewski – zbiór różnych szkiców na temat fantastyki. Czytałam fragmentami. Rzecz ciekawa, ale nie wniosła mi zbyt wiele do prac. Niemniej, tu może wiele zależeć od konkretnego tematu.

· „Spór o SF”, praca zbiorowa – sięgnęłam po ten tytuł głównie po to, by znaleźć sobie przypis do tekstu Umberta Eco i móc spokojnie przeczytać ten fragment. Nie znam jej ponad to, ale jestem przekonana, że gdybym miała więcej czasu to na pewno wyciągnęłabym z niej jeszcze wiele fajnych rzeczy do mojej pracy magisterskiej. Dlatego pewnie się jeszcze zapoznam z nią bliżej.

·  „W cieniu Białego Drzewa”, Tomasz Z. Majkowski – to z tej książki brałam w sporej mierze moje „bazowe” definicje gatunku, aby następnie je rozwijać, przekształcać i doprecyzowywać. Nie wgłębiłam się jednak w część główną. Praca wydaje się jednak kompetentna i jeśli poruszacie gdzieś temat J. R. R. Tolkiena to kompletny must have!

 

I tak zatacza się pewne koło. Gdy przygotowywałam się do matury, publikowałam tu posty o motywach literackich, które można było wykorzystać w pracy maturalnej, a teraz zrobiłam rozpiskę z tego, z czego korzystałam przy pracy magisterskiej. A przecież Drewniany Most ledwo startował. W każdym razie, na tę chwilę moja „naukowa” przygoda z fantastyką się skończyła, przynajmniej tymczasowo (broniłam się ledwo 19 listopada – miałam całkiem „zabawne” przygody). Może zechce mi się zrobić doktorat i może mnie na taki przyjmą, wtedy pewnie będę kontynuować „badania”, a na razie – wracam do bycia zwykłym czytelnikiem-amatorem. No może trochę bardziej marudnym, niż przed tą całą przygodą czytelnikiem-amatorem (jakbym przed nie była naczelnym narzekaczem na książki >.<).

Jeśli macie jakieś ciekawe tytuły, które ZNACIE i które komuś mogą się przydać – dajcie znać poniżej.

poniedziałek, 7 grudnia 2020

Black Friday w księgarniach nie istnieje, ale i tak zrobiłam zakupy!

Wyjaśnijmy sobie jedno: Black Friday i książki to żart. Księgarnie reklamują się, że u nich są TAKIE duże promocje, a gdy człowiek przegląda ofertę okazuje się, że… jest taka jak zawsze. Ceny wcale nie są niższe. „Niedzielny” czytelnik może się na to nabierze, ale ja zbyt często przeglądam ofertę, aby nie wiedzieć, jaki wyglądają ceny większości interesujących mnie tytułów. Dlatego też generalnie nie miałam zamiaru nic kupować, ale po prostu coś mnie tknęło i… no kupiłam. Chociaż właśnie bardziej przez „natchnienie” niż zachłyśnięcie się promocjami, bo dobrą „wyczaiłam” tylko w jednym przypadku.

I ten przypadek to było wydawnictwo Media Rodzina. Generalnie nie jestem zainteresowana ich ofertą: jedyna naprawdę interesująca mnie książka od nich jest już u mnie, „odrobinkę interesujące” już też, a reszta w tej chwili jest mi kompletnie obojętna. W każdym razie, mieli -50% na cały asortyment z darmową wysyłką. To jest naprawdę dobry „deal”, więc skorzystałam.

Pozostałe dwa przypadki zakupów to żadne promocje. Ot, książki z księgarni i z antykwariatu. Jak widzicie po zdjęciach, nie ma tego z resztą nie wiadomo ile. Od poprzedniego wpisu z nowościami też kilka innych rzeczy do mnie przybyło, ale niektórych nawet nie mam już przy sobie, więc po prostu nie mam jak ich pokazać (a z resztą – będą/już są na blogu ich recenzje). Jeśli chcecie być z moją biblioteczką bardziej na bieżąco po prostu zapraszam na mój Instagram. No to teraz czas na drobne omówienie nowości! Lecimy od boku, a potem od góry.



·  „Trylogia snów”, Kerstin Gier – to właśnie te „odrobinkę interesujące” książki z Media Rodziny. „Trylogię czasu” znam od dawna, choć nie mam jej u siebie (Recenzje z 2016: 1, 2, 3). Miała ciekawy koncept, choć koniec końców była dość sztampowym, młodzieżowym romansem fantasy. Tyle, że mam obecnie na półce sporo cięższego SF i wiem, że będę potrzebowała czegoś pomiędzy, a to ma ładne okładki i było sprzedawane w pakiecie (54zł za trzy książki w twardej oprawie, które naprawdę są dobrze wydane). Nie spodziewam się niczego wybitnego, ale Gier to niemiecka autorka, więc jej twórczość ma nieco inny „vibe” niż masowo pisane, amerykańskie fantasy.

· „Pożeracz szarości”, red. Maciej Parowski – pierwsza z używanych rzeczy. Wydana w 1991 roku antologia zawierająca wyróżnione w drugim konkursie „Fantastyki” opowiadania. Chętnie sprawdzę i przeczytam, a co! Nie ma w nim jedynie „Wiedźmina”, bo w podobnym czasie zostało wydane w książce Sapkowskiego.

· „Trzeci najazd Marsjan”, Marek Oramus – to główny powód zakupów u Media Rodziny. Nie miałam pojęcia, że wydali coś Oramusa, a chciałam go od dawna sprawdzić. Niewiele o książce wiem, a samo wydanie wygląda bardzo tanio (stockowa okładka, miękka oprawa, bez żadnych udziwnień), ale liczę na dobre wnętrze.

·         „Peryferal”, William Gibson – gdy znajdę po taniości Ucztę Wyobraźni to nie mogę jej nie wziąć! A że Gibson to bardzo kluczowa dla gatunku postać to po prostu muszę go w końcu poznać. Nie jest to żadna z jego sztandarowych powieści, ale po prostu chętnie go sprawdzę. Używana, choć stan niemal jak nowy. 

· „Kwantowy złodziej”, Hannu Rajaniemi – fińska hard SF; jakiś czas temu kupiłam po taniości drugi i trzeci tom trylogii, więc w końcu przyszedł czas na zakup pierwszego. Właściwie to przez niego zaczęłam szukać używanych książek. Zapłaciłam za tą konkretną 12zł, a książka jest w niemal idealnym stanie. Choć to i tak więcej, niż kosztowały mnie pozostałe części (dałam po dyszce).

·  Sinobrody”, Kurt Vonnegut – nic nie wiem o tym pisarzu poza tym, że jest dobry i sporo osób go czyta. Więc kupiłam z ciekawości. I nie miałam pojęcia, że to jest tak ładnie wydane. Oprawa przypomina złotą „Diunę” z Rebisu: pod obwolutą znajduje się szara i minimalistyczna, twarda oprawa.

· „Niewidzialna korona”, Elżbieta Cherezińskapierwszy tom tego cyklu czytałam w 2015 roku. Książka była realizacją mojej nagrody za licealny konkurs fotograficzny i w tamtym czasie nie miałam po prostu finansów, aby ot tak sobie kupić kolejny tom, a potem o tym zapomniałam. Dopiero co jednak miał premierę finał cyklu i tak jakoś… wzięła mnie nostalgia. Chcę sprawdzić, jak wyjdzie mój powrót do Cherezińskiej.


Przy okazji przygotowywania tego wpisu musiałam – oczywiście – wejść w podlinkowane, stare posty i przyznaję, że mam drobne flashbacki z przeszłości. „Trylogie czasu” czytałam chyba po pierwszym powrocie do domu na studiach (zaczęłam w październiku, a do domu wpadłam na chwilę w listopadzie). Nie pamiętałam też, że aż tak narzekałam na brak flaków i krwi w „Koronie śniegu i krwi”, bo dziś jakimś cudem wspominam ją bardzo miło, myśląc raczej o urokliwym języku Cherezińskiej. :D

czwartek, 1 października 2020

Jakie serie ostatnio skończyłam czytać? - podsumowane cz. IV


Poprzednie podsumowanie cykli (serii), które przeczytałam w całości lub świadomie przestałam je czytać opublikowałam w marcu 2019 roku. Minął już więc ponad rok, a co za tym idzie: chyba warto zrobić aktualizacje! Przypomnę może jednak zasady. Poniżej znajdziecie cykle, które spełniają przynajmniej dwie z poniższych wytycznych:

  • ukazały się w całości, autor zarzeka się, że to zakończona historia, lub już zmarł,
  • kolejne tomy są lub będą, ale ja nie planuje kontynuować cyklu,
  • przeczytałam co najmniej dwa tomy z danego cyklu,
  • książki nie umknęły mi gdzieś w spisie – być może powinnam napisać o innych seriach, ale nie pamiętam.

Mam nadzieję, że sprawa jest jasna, a więc czas to wszystko podsumować. Nim to jednak się stanie zapraszam do poprzednich podsumowań: część I, II, III. Pamiętajcie też, że czasem plany się zmieniają: jeśli cykl ma więcej części to może i mimo braku planów i tak po niego sięgnę. W przeszłości podsumowywałam już „Cykl Anielski” Kossakowskiej czy „Szamankę od umarlaków” Raduchowskiej, a przecież ukazały się kolejne tomy, które przeczytałam.

 

„Garstka z Ustki” Anety Jadowskiej

 

Trup na plaży | Martwy Sezon

Do tej pory ukazały się dwa tomy i obydwa znam, ale nawet, jeśli ukażą się kolejne – nie planuje po nie sięgać. Pierwszy tom był miłą lekturą, która być może nie była wybitna, ale sprawiła mi trochę radości. O kontynuacji nie mogę tego niestety powiedzieć: to kulminacja wszystkiego, co Jadowska robi najgorzej. Ale pełna opinia o „Martwym sezonie” ukaże się tu już niebawem, także oczekujcie!

 

„Heksalogia o Dorze Wilk” Anety Jadowskiej



Tak jak w przypadku „Garstki z Ustki”, tak i tutaj przerwałam lekturę po dwóch tomach i nie planuje do cyklu wracać. To debiutancki cykl autorki, z którym mam tym więcej problemów, im więcej czasu mija od mojej lektury tych dwóch części. Jeśli przeczytam to tylko jeśli znajdę te powieści na dużej wyprzedaży (dajmy na to po 10 złotych za sztukę) lub trafią do mnie przypadkiem. A że są dość poczytne to na to się nie zapowiada. Dwa poznane przeze mnie tomy przypominają niestety bardziej erotyczne fantazje, a nie kryminalne urban fantasy. A jeśli ktoś mnie choć trochę zna to wie, ze to pierwsze w literaturze nieszczególnie mnie interesuje.

 

„Dożywocie” Marty Kisiel


Nie wiem, czy powinnam tu ten cykl wrzucać, bo ostatni tom ukazał się zaledwie w zeszłym roku i kolejne być może się pojawią (nie słyszałam, aby autorka powiedziała serii kategoryczne „nie”). Poza tym istnieje przecież „Małe Licho” bezpośrednio powiązane z tymi historiami, a ono wciąż się „pisze”. Niemniej, z „Dożywociem” jako takim jestem na bieżąco, lubię i polecam, o ile tylko szukacie czegoś lekkiego i komediowego. A jeśli pojawią się kolejne tomy na pewno się za nie zabiorę.

 

„Takeshi Kovacs” Richarda Morgana

Pamiętam, że „Modyfikowany węgiel” czyli pierwszy tom tego cyklu, kupiłam głównie przez wzgląd na tytuł. Do dziś po prostu mnie bawi i uważam, ze to tłumaczenie jest wspaniale absurdalne. Nie zmienia to jednak faktu, że po przeczytaniu wszystkich trzech tomów czuje się zmęczona i nie chce więcej po te książki sięgać. Pierwszy tom naprawdę mi się podobał i do dziś wspominam go pozytywnie, ale kolejne części to potężny spadek jakości. Fajny koncept zmienia się w męski akcyjniak z bardzo niesmacznymi i detalicznie opisanymi scenami erotycznymi. Nie mam zamiaru do tego cyklu wracać, nawet jeśli przypadkiem pojawiłaby się czwarta część.

 

„Kwintet Czasu” Madeleine L’Engle



Choć części cyklu jest więcej, w Polsce ukazały się tylko dwa tomy. To całkiem przyjemna klasyka fantastyki dla dzieci i młodzieży, choć cześć pierwszą wspominam znacznie lepiej, niż drugą. Niemniej, generalnie polecam, ale jednocześnie nie uwielbiam na tyle, aby zabierać się za książki w oryginale i jakoś szczególnie żałować, że ich nie poznam. Ot, przeczytałam, była to nawet miła odskocznia od innych lektur, ciekawa pod kątem badania gatunku. Nic, co krzyczałoby do mnie: „musisz znać dalsze przygody!”

 

„Southern Reach” Jeffa VanderMeera


Ta trylogia to weird fiction (choć chyba nie z tych najbardziej hardcorowych), które opowiada o tajemniczej Stefie X oraz organizacji z nią związanej. Uwielbiam mieć te książki: cudownie wyglądają razem. Jednocześnie jednak przyznam, że każdy kolejny tom męczył mnie ciut bardziej, niż poprzedni. Nie lubię mieć wrażenia zgubienia w treści, a to właściwie jedna z cech tego podgatunku, przez co chcąc nie chcąc, nie jest moim ulubionym. Niemniej, cenię sobie VanderMeera, jego pióro i tęga głowę. Bo to mimo wszystko dobra trylogia. Tylko ja jednak takie powieści toleruje tylko w niewielkich ilościach.

 

„Tamte dni, tamte noce” Andre Acimana


Ten „cykl” to właściwie naprawdę dobra powieść oraz zbiór opowiadań, dopisany po latach po stworzeniu ekranizacji. Powieść jest specyficzna, ale osobiście bardzo ją lubię. Na tę chwilę nie ma chyba innego współczesnego i realistycznego romansu, który wywołałby u mnie bardziej pozytywne emocje. Gorzej z kontynuacją, która w moim odczuciu jest kompletnie niepotrzebna. Niemniej, pamiętajcie, że tom pierwszy nie skupia się na fabule, a na emocjach bohatera, a co za tym idzie: jest specyficzny i naprawdę nie każdemu się spodoba.

 

„Tessa Brown” D. B. Foryś


Choć trzeci tom niedawno się ukazał, ja absolutnie nie planuje po niego sięgać. Ten cykl to bardzo tanie i nienajlepsze warsztatowo czytadła, który próbuje podrabiać „Supernatural”, tylko bardziej po babsku. Z kobietą w roli głównej i z romansem na pół cyklu. To lekka rzecz, tom pierwszy wolę od tomu drugiego. Ale osobiście nie mam zamiaru się zamęczać czytaniem kolejnej średniej/kiepskiej powieści. No chyba że przypadkiem trafię na promocji, czy tam coś.

 

„Bramy światłości t. 1-3” Mai Lidii Kossakowskiej


Tom 1 | Tom 2 | Tom 3

Podsumowanie „Zastępów anielskich” już robiłam, ale od tamtego czasu autorka wydała kolejną powieść z cyklu w trzech tomach. Mam słabość do jej aniołków i z jednej strony żywię do tych książek raczej pozytywne odczucia, z drugiej: gdybym czytała całość obecnie na pewno podeszłabym do nich bardziej krytycznie. Dlatego nie planuje powtarzać. I mam nostalgię, cóż poradzić. Daimon, jego koń czy Razjel to postacie, dla których mam specjalne miejsce w serduszku.

 

„Strange the Dreamer” Laini Taylor


Gdy ktoś szuka amerykańskiej powieści dla młodzieży to ta dylogia jest jedna z niewielu, którą szczerze polecam. Napisana pięknym, poetyckim językiem, z elementami realizmu magicznego, zawieszona gdzieś pomiędzy światami… No to jest dobra rzecz, po prostu! Bardzo lubię obydwa tomy. Jednocześnie muszę ostrzec, że to powieści z nieco wyższym „progiem wejścia” od typowej amerykańskiej książki tego typu. Taylor rozpoczyna swój cykl w sposób bardzo spokojny i delikatny, nie śpieszy się z niczym. Ja to uwielbiam – ale wiem, że osoby będące targetem takich powieści już niekoniecznie.

 

„Sen o krwi” N. K. Jemisin

 

Kolejna dylogia, tym razem już typowo „dla dorosłych”. To fantasy osadzone w świecie zbliżonym do starożytnego Egiptu i już za samo to uwielbiam ten cykl. Bo tamte klimaty to zdecydowanie moje klimaty. Dobrze bawiłam się w trakcie lektury obydwu książek i niezwykle cieszę się z tego, że mam je na półce. Tak po prostu.


Jak widać, wśród przeczytanych królują trylogie, dylogie lub cykle, które przerwałam. Jakoś nic dłuższego w tym okresie mi się nie uzbierało. Oczywiście, nie oznacza to, że takich rzeczy nie czytam. Po prostu łatwiej mi przeczytać do tych trzech tomów i dłuższe cykle wciąż mam w trakcie. Niemniej, parę kolejnych cykli planuje niedługo skończyć, więc trzymajcie kciuki, aby kolejne podsumowanie pojawiło się szybciej! Dawajcie też znać, czy znaleźliście tu coś dla siebie. A może jakieś z tych książek już przeczytaliście?

czwartek, 18 czerwca 2020

Wspominkowo o "Wiedźminie": książka, gra i serial


Zorientowałam się ostatnio, że właściwie nigdy nie napisałam tu niczego więcej o “Wiedźminie” Sapkowskiego (“Sezonu burz” do tego nie wliczajmy, nie będę go brała pod uwagę w tym tekście w ogóle). Ten cykl czytałam jeszcze przed założeniem Drewnianego Mostu i po prostu nie było ku temu okazji. Jednocześnie czasu na ponowne czytanie całości raczej nie mam, granie w gry zajęło mi więcej czasu, niż przypuszczałam, a choć serial obejrzałam w trakcie premiery to wtedy nie miałam ochoty, aby o nim pisać. Uznałam więc, że skoro całkiem niedawno skończyłam swoją pierwszą rozgrywkę w “Wiedźmina 3: Dziki Gon” to może… po prostu napiszę Wam zbiorowy post? Taki wspominkowy, po trochu i o oryginale, i o adaptacjach. 

UWAGA: TO NIE TYPOWA RECENZJA. Mogą wystąpić spoilery. 



Zacznijmy więc może od oryginału. Czytałam go w całości dwukrotnie, najpierw z dużymi przerwami pomiędzy tomami, a potem hurtem. Pamiętam stosunkowo niewiele, a przynajmniej tak mi się wydaje. Wracałam jedynie do niektórych opowiadań po premierze serialu Netflixa. I choć nie mogę powiedzieć, jak odebrałabym tę serię teraz, tak wtedy absolutnie te książki uwielbiałam. Wydaje mi się jednak, że wiele by się mimo wszystko nie zmieniło, bo same opowiadania Sapkowksiego są naprawdę bardzo dobrze napisane. 

Pamiętam, że uwielbiałam Cahira. Dziś widzę, że to chyba najbardziej pozbawiona charakteru postać Sapwkoskiego, ale wtedy! Gdy jest się nastoletnią dziewczyną łatwo się zauroczyć w rycerzu, który robi wszystko, aby przynajmniej żyć w otoczeniu swojej ukochanej. Cóż. To wydawało mi się wtedy bardzo romantyczną fantazją. Bardzo lubiłam też Milvę, bo choć elfką nie była, to z elfami miała sporo wspólnego. No i strzelała z łuk. A moja ukochana postać z MMORPG też była elfką strzelającą z łuku. To zawsze było takie moje małe “marzenie”. Milva więc była mi bliska pod tym względem.

Wtedy nie doceniałam Regisa. Wtedy też nie widziałam problemu z podróżą Ciri przez pustynię, choć teraz widzę, że wiele osób to krytykuje. W tym wątku wystąpił przecież jednorożec, a mi to absolutnie wystarczało do tego, aby go uwielbiać. Samo zakończenie też często jest krytykowane, a mi po prostu było smutno, że Cahir umiera, więc nie zwróciłam wtedy na to uwagi. Gdybym dziś czytała to po raz pierwszy i pisała typową recenzję pewnie również bym ten aspekt krytykowała.

Ogólnie więc rzecz ujmując: lubiłam i lubię, a opowiadania uwielbiam. Są doskonale pod względem języka, pomysłów i tempa akcji. 




Przejdźmy więc do gier. Początkowo zaczęłam od “Wiedźmina 2: Zabójców królów”, jako że na jednym z sylwestrów mój kolega po prostu włączył grę na konsoli, a ja jakoś podłapałam i bardzo chciałam sprawdzić, jak trzyma się pada w rękach. Porzuciłam jednak po czasie, bo mój stary laptop nie był w stanie dobrze udźwignąć gry, a pierwszy bos na poziomie łatwym okazał się dla mnie zbyt trudny (i dalej jest zbyt trudny).

Zabrałam się więc potem za pierwszą odsłonę i… o mój Boże, jak mnie ta gra wymęczyła. Widzicie, ja nie jestem typowym graczem. Owszem, gram sobie w gry, ale żaden ze mnie koneser tej sztuki. Nie chcę się więc w trakcie nudzić i męczyć, a ta część nie dość, że ma swoje lata i miała stosunkowo niski budżet (więc nie wyglądała) to jeszcze ma masę zadań pokroju: zbierz dziesięć kwiatków do zupy dla wiedźmy. Czułam się, jakbym krążyła w kółko, często się gubiąc, często irytując… Aż w końcu porzuciłem grę przed ostatnim (ponoć najlepszym) aktem. Pod kątem fabularnym to była całkiem ciekawa historia, ale po prostu nie potrafiłam w nią grać.



Dlatego też nie do końca rozumiem narzekania na “Zabójców królów”. Bo gdy już pokonałam… to znaczy - ktoś pokonał za mnie - tego pierwszego bosa (to ile razy ja słyszałam “złap go w yrden, Geralt!!!” przechodzi ludzkie pojęcie) to po prostu wciągnęłam się w historię. I całkiem dobrze się bawiłam. A potem przeszłam całość całkiem szybko, przynajmniej jak na moje standardy. 

W “Wiedźmina 3: Dziki Gon” zaczęłam grać jakoś w 2016 roku, a dopiero jakieś dwa tygodnie temu skończyłam “Wino i krew”. Nigdy, ale to nigdy nie przechodziłam żadnej gry tak długo, mimo że to naprawdę dobra produkcja, która sprawiła mi sporo frajdy. To miła historia, dobra muzyka, ciekawe postacie, ogromny świat… Nie mam właściwie nic szczególnego tej grze do zarzucenia. Choć moją “grą życia” raczej nie była i nie jest. Mogę jedynie dodać, że takich rzeczy jak "Krew i wino" mogłoby wyjść dużo, dużo więcej. To był dobry dodatek.




No i w końcu parę słów o ekranizacjach! Zacznijmy może od tej polskiej, bo tu będzie krótko. Nie obejrzałam tego nigdy w całości, nie czaiłam do końca o co w ogóle w tym chodzi, ale piosenki Jaskra były przyjemne. Czasem ich słucham. Polecam.

A teraz przejdźmy do netflixowego “Wiedźmina”, którego obejrzałam w całości w dniu premiery. I który ma elementy, które zarówno cenię, jak i takie, które mnie bardzo irytują. Aż kusi, by użyć tu niekoniecznie ładnego słówka.

Zacznijmy od tych udanych elementów. Henry Cavil to mój Geralt. Wygląda w tej roli naprawdę świetnie. Medalion też ma fajny. Jego relacja z Jaskrem wypada bardzo fajnie, choć ta postać jest na mój gust jednak ciut za bardzo “rockowa”, a za mało “bardowa”. Ale tak tylko “ciut”. Po prostu brakowało mi kapelusza z piórami. Ciri gra prześliczna dziewczyna, doskonale pasująca do swojej roli. Yennefer z resztą również wygląda urokliwie, ale o niej będzie mimo wszystko trochę później. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że te elementy, które są zgodne z powieścią, wypadają naprawdę dobrze - i tak jest. Gorzej z tym, co twórcy próbowali zmienić albo dodać od siebie.

Najpierw więc taki “pół-minus”, bo też wiem, że to sprawa bardzo kontrowersyjna. Aktorka grająca Yennefer jest naprawdę śliczna, ale mimo wszystko… ta postać oryginalnie słynęła z tego, jak zimna była, co podkreślało absolutnie wszystko w jej wyglądzie. Kolor skóry, kolor włosów, ubrania, sposób mówienia, ruchów. A w roli obsadzono dziewczynę o indyjskim pochodzeniu, a więc o bardzo ciepłym odcieniu skóry. Niby nic, ale… jednak trochę mnie to razi. Często kolor skóry czy włosów nie ma wpływu na fabułę, ale w tym przypadku to w moim odczuciu jest istotny element. Yennefer powinna być zimną, arogancką i pełną seksapilu kobietą, a Chalotrze i za miło z oczu patrzy, i jednak sprawia zbyt “ciepłe” wrażenie przez sam swój wygląd. 

No to teraz przejdźmy do minusów-minusów. Nie będę mówić tutaj o zmianie linii czasowych, bo akurat ten zabieg rozumiem i nie mam nic przeciwko niemu. Zacznijmy więc może o czymś, co doprowadzało mnie do białej gorączki, mimo że koniec końców nie miało wcale tak dużego znaczenia fabularnie. Mianowicie: CALANTHE. Z książki kojarzę ją jako pewną siebie, władczą, ale rozsądną kobietę. Elegancką. Pełną gracji. A ta serialowa zachowuje się - w moim odczuciu - jak baba ze wsi, która nie potrafi usiedzieć prosto. Albo jak władca ze Skellige, a nie królowa Cintry, najpotężniejszego z imperiów w tamtym czasie. Na Boga, jak ona mnie irytowała! Z resztą, wątek powiązanego z nią Myszowora też poszedł w jakimś dziwnym kierunku… a to przecież tak przyjemna postać/ 

Kolejnym problemem jest wątek Yennefer. Oryginalnie ta postać faktycznie miała problem z zajściem w ciążę. Sapkowski jednak po prostu o tym czasem wspomina, stopniowo buduje tę postać, ale nie ciągnie tego jako głównego wątku. Serial jednak rozbudowuje przeszłość Yen (to samo w sobie nie jest złym pomysłem) i skupia się właśnie na tym aspekcie. Tyle, że tutaj nasza bohaterka ZGADZA SIĘ DOBROWOLNIE na wycięcie macicy w całości (książkowo - nie do końca wiemy, czemu czarodziejki przestają być płodne), a potem przyjmuje postawę ofiary, uznając, że to wina całego świata, że ona dzieci nie może już mieć. Sapkowski pociągnął ten wątek z klasą - serialowi jej zabrakło. I zrobiło z Yennefer niezła hipokrytkę. 

Sama końcowa bitwa wypada jakoś tak… niemrawo? Wątku związanego z Cahirem chyba po prostu nie do końca czaję. Stroje nie zawsze wyglądają tak, jak powinny: brakuje im konkretnego charakteru i skupieniu się na jednej epoce. Raz są niczym z epickiego fantasy, a po chwili Yennefer wygląda, jakby właśnie szła na studniówkę. Ten serial ma naprawdę masę, masę elementów, które wyglądają, jakby nie zostały dopracowane. Nie mówię, że ogląda to się bardzo źle, bo koniec końców to taki przeciętny serialik, który miewa fajne żarty i ciekawe elementy, czasem też po prostu wygląda dobrze. Zakończenie niby ładnie skleja wszystko w całość, ale ten wielki przytulas Ciri i Geralta, który widzą się po raz pierwszy w życiu na oczy jest dla mnie zbyt przerysowany. Widzę tu potencjał na ciekawe wątki w przyszłości, ale ogółem całość wydaje mi się dość nieskładna i niedopracowana. Mimo że ogląda się go nawet miło. 

Niemniej - fajnie, że serial powstał. Bo fantasy nie dostaje zbyt wielu nawet “przeciętnych” produkcji, a przy okazji to w końcu nasze, polskie i miło jest wysłać coś takiego dalej w świat. 


Jeśli macie jakiekolwiek przemyślenia co do któregokolwiek z “Wiedźminów” - piszcie, dzielcie się. Możemy sobie o nim porozmawiać, bo czemu nie. W końcu to nasza największa, polska franczyza, a o takich często po prostu chce się gadać.



Nomida zaczarowane-szablony