Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 stycznia 2024

Dni ostatnie: krwawe opowiadanie z czarnym humorem

 


Kline jest byłym detektywem, który w trakcie ostatniej swojej akcji stracił dłoń. Pewnego dnia zaczynają zgłaszać się do niego inni, obiecując ofertę nie do odrzucenia. Gdy bohater nie zgadza się, zostaje porwany i zmuszony do rozwiązania zagadki tajemniczej sekty, której członkowie amputują swoje kończyny w imię wiary.

Dni ostatnie
Brian Evenson
wyd. Mag, 2022



To w teorii nie jest książka, która powinna się podobać, a jednak – „Dni ostatnie” Briana Evensona zapadną mi na dłużej w pamięć i to zdecydowanie w pozytywny sposób, chociaż nie są w całości równym dziełem.

Powieść została wydana przez wydawnictwo Mag w ramach serii horrorów. Warto się tu chyba nad tym na chwilę zatrzymać. Pod względem gatunku dla mnie to połączenie historii grozy z kryminałem, jednakże, choć wydawca czytelników do tego przyzwyczaił, nie ma tu za bardzo elementów fantastycznych. Można je sobie dopowiedzieć, są gdzieś tam sugerowane, ale zdecydowanie nie jest to horror z duchami, demonami i istotami z innych światów. Nie jest to wada, jednak po prostu uważam, że warto to nadmienić.

„Dni ostatnie” początkowo nie były powieścią, a opowiadaniem pod tytułem „Bractwo Okaleczonych”. Po sukcesie krótszego tekstu autor postanowił go rozwinąć i stworzył coś, co nadawało się do szerszej dystrybucji jako solowe dzieło. Jak najbardziej rozumiem to podejście pod względem biznesowym, jednak uważam, że po tym pierwszym segmencie widać mocny spadek jakości tekstu.

Zaczynamy bowiem od opowieści trzymającej w napięciu i dynamicznej. Takiej, która jest dość brutalna i chwilami wręcz obleśna, ale w ten popkulturowy sposób. Nie ma tu nadmiaru przekleństw, jest za to czarny, często dość absurdalny humor, który przełamuje całość i sprawia, że da się to czytać z przyjemnością, mimo raczej nieprzyjemnego tematu. Zamknięcie tego segmentu też jest trafione w punkt i moim zdaniem ten tekst naprawdę nie wymagał rozwinięcia. Był piękny w swojej pierwotnej formie, świetnie zamykając wszystkie wątki.

Drugi segment, choć dalej dość lekki w stylu, był już nieco bardziej rozlazły, powtarzalny, nudnawy. Trzymał jakiś poziom, ale naprawdę w moim odczuciu odstawał jakością od pierwotnego opowiadania. Z doświadczenia wiem, że to częsta przypadłość opowiadań rozwijanych w podobny sposób, ale z drugiej strony gdyby autor tego nie zrobił, nie miałabym okazji poznać samego opowiadania, a ono samo w sobie było tego warte.

Warto dodać, że styl Evensona jest raczej prosty, konkretny, bez nadmiaru opisów. Nie należy do tych najbardziej charakterystycznych, ale nie przeszkadza w czytaniu i moim zdaniem świetnie sprawdził się w przypadku tego typu bądź co bądź rozrywkowej historii.

To zdecydowanie nie jest powieść dla wszystkich. Słyszałam już opinie, że ta historia jest bardzo krwawa, brutalna i tak kiepska, że nie powinna zostać wydana. Nie zgadzam się z tym, ale rozumiem, że jeśli ktoś nie tego spodziewa się po lekturze, mógł poczuć się cóż, nieco zdziwiony. Ale dla tych, którzy szukają właśnie czarnego i krwawego humoru, a także nie mają nic przeciwko sektom podanym w mocno popkulturowy sposób, to ta powieść może być nie lada gratką.


sobota, 3 czerwca 2023

Łaska: fabuła, styl, ale... klimat


Gdy Maria miała 6 lat, zaginęła na tydzień w lesie i została odnaleziona cała pokryta krwią. Jako dorosła kobieta nie pamięta jednak nic z przeżytej traumy i pracuje jako nauczycielka w swojej rodzimej, niewielkiej miejscowości. Pewnego dnia jej uczeń popełnia samobójstwo.



Postanowiłam, że postaram się przeczytać wszystkie powieści Anny Kańtoch. I realizując ten plan, w końcu dotarłam do „Łaski”, jej pierwszego kryminału pozbawionego elementów fantastycznych. I mam z tą historią pewien osobisty problem. Ale po kolei.

Fabuła jest przemyślana i rozpisana w naprawdę ciekawy sposób. Samo osadzenie historii w latach 80. już nadaje opowieści konkretny klimat, a do tego dostajemy poruszającą sprawę dotyczącą uczniów szkoły podstawowej. Na prowadzenie wysuwa się kilku charakterystycznych bohaterów. Poza Marią, cichą i raczej niezbyt lubianą w społeczności nauczycielką, mamy też jej młodszą i bardziej żywotną koleżankę z pracy czy milicjanta, któremu marzy się rozwiązywanie dużych spraw kryminalnych. 

To, w połączeniu ze sprawnym piórem Kańtoch daje nam po prostu dobrze napisaną opowieść. Aczkolwiek tu warto zaznaczyć, że choć nie jestem czytelnikiem doszukującym się rozwiązania kryminału, to w tym przypadku dość szybko zorientowałam się, w którą stronę autorka może iść, więc osoby bardziej doświadczone w takiej literaturze ode mnie powinny wziąć to pod uwagę przy wyborze lektury. Mi akurat to nie robi większej różnicy, bo w gruncie rzeczy w kryminale szukam raczej bohatera, niż zagadki i też dlatego nie sięgam po nie aż tak znów często.

Mój osobisty problem z tą historią polega chyba na właśnie klimacie. Tu jest po prostu gęsto i dość ponuro, a dla mnie chyba aż zbyt gęsto i zbyt ponuro. Przez to w okresie, w którym szukam raczej przyjemnych powieści, nie miałam szczególnej ochoty na lekturę i odkładałam ją na później, chociaż przecież gdy już przysiadłam, „Łaskę” czytało się naprawdę dobrze. Niemniej, o ile w tym konkretnym momencie dla mnie samej była to pewna bardzo subiektywna „wada” książki, to na pewno dla wielu będzie ta cecha po prostu zaletą.

Nie jest to zdecydowanie najlepsza książka Anny Kańtoch, a jeśli chodzi o jej kryminały, to w dalszym ciągu uznaję wyższość „Lata utraconych” nad innymi znanymi mi jej książkami z gatunku (choć wszystkich jeszcze nie znam). Ale przy okazji to solidna powieść, którą na pewno mogę polecić tym, którzy szukają klimatycznego jednostrzału, w którym po prostu będzie interesująco.




środa, 15 lutego 2023

Jesień zapomnianych: tajemnica w małej miejscowości



Brat 21-letniej Krystyny zaginął trzy lata wcześniej. Na pogrzebie jednego z jego znajomych młoda kobieta spotyka dziennikarza, który zdradza jej, że pracuje nad dziwną sprawą samobójstw w niewielkiej miejscowości. Prosi dziewczynę o pomoc w jej rozwiązaniu. 



„Jesień zapomnianych” to powieść kończąca cykl o Krystynie Lesińskiej. Ten zaczął się od sprawy kryminalnej ze starszą panią w roli głównej, a skończył na pierwszej sprawie dociekliwej pani detektyw. I niestety, choć to dalej solidna lektura, to w moim odczuciu wypada najsłabiej ze wszystkich trzech.

Jesień zapomnianych
Anna Kańtoch
wyd. Marginesy, 2022
cykl Krystyna Lesińska, t. 3

Anna Kańtoch ma dobry warsztat i pisze w sposób jak najbardziej przemyślany. Dlatego jej książki po prostu dobrze się czyta, także tę. Jednak o ile „Jesień zapomianych” to solidna powieść, o tyle jest po prostu nieco nudniejsza i bardziej mdła od poprzednich z cyklu, niestety wybijając się na ich tle negatywnie. Przedstawiona sprawa wydała mi się rozpisana trochę sztucznie jakby na siłę. Bardziej po to, by podpiąć pod to wszytko wątek brata Krystyny. W końcu to miał być ostatni tom, który miał domknąć sprawę jego zaginięcia.

Mam wrażenie, że problemem tej książki może być brak satysfakcjonującego rozwiązania żadnej ze spraw. Główny wątek kryminalny wypada w moim odczuciu raczej niezbyt emocjonująco, a jego zakończenie jest z jednej strony zbyt „oczywiste”, zaś z drugiej trochę mało wiarygodne, przynajmniej dla mnie. Wątek brata Krystyny nie został zaś domknięty w 100%, co jak najbardziej rozumiem i szanuję, ale to, co dostajemy, mi po prostu nie przyniosło wystarczającej satysfakcji.

Jednak mimo wszystko przez tę książkę po prostu się płynie. Styl Kańtoch w przypadku tej powieści jest dość lekki, przyjemny, a jednocześnie po prostu ładny, szczególnie jak na komercyjny kryminał. Bohaterów obserwuje się całkiem przyjemnie, tempo jest odpowiednie, wszystko po prostu składa się dobrze w całość. Z tym że po prostu mam pełną świadomość tego, że Kańtoch potrafi lepiej. Dużo lepiej.

Miałam nadzieję na nieco lepsze zakończenie cyklu, ale mimo wszystko miło spędziło mi się czas z tą lekturą. Jeśli miałabym wybrać najlepszy tom z cyklu, to bez wątpienia byłaby to część druga, ta niestety jest w moim odczuciu najsłabsza, ale… cóż, któraś musi być, prawda? Tak czy siak, całość polecam, o ile ktoś szuka po prostu solidnie napisanej rozrywki.


sobota, 1 stycznia 2022

Niepełnia: opowiem Ci historię o...


W białym domu znajdującym się na odludziu dochodzi do tragedii. Zginęła kobieta. Policja odnajduje na miejscu bladego jak ściana mężczyznę, który jest wyraźnie w szoku. Niestety, z powodu śnieżycy nie trafia od razu na przesłuchanie. Dlatego też zaczyna snuć policjantce opowieść o pewnej zaginionej dziewczynie, która podobno ma jakiś związek z wydarzeniami z tego dnia.


 

Anna Kańtoch to utalentowana pisarka i tego chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba. Dlatego w moje ręce wpadła kolejna jej powieść. Tym razem to „Niepełnia” – rzecz z 2017 roku, będąca gdzieś na pograniczu kryminału i horroru, raczej dość trudna do jednoznacznego zdefiniowania.

Niepełnia
Anna Kańtoch
wyd. Powergrah

Przyznaję, że sięgając po nią nie miałam pojęcia, co tak naprawdę trafia w moje ręce i gdy otwarłam książkę, trochę się zdziwiłam. Nie dość, że dostajemy ok. 230 stron treści (czyli niewiele) to jeszcze z naprawdę dużą czcionką, dlatego to dosłownie książka na pół wieczoru. Szybko jednak okazało się, dlaczego – „Niepełnia” to głównie zabawa formą, a takie rzeczy często po prostu są dość krótkie.

W każdym razie ta zabawa wciąga. Autorka tworzy pewną pętlę wydarzeń, bawiąc się chronologią i połączeniami pomiędzy kolejnymi rozdziałami. Sieć zależności aż kusi, by to wszystko sobie elegancko rozpisać i na własną rękę dojść do tego, co w jaki sposób się tu w ogóle wydarzyło. Jeśli zaś połączymy to z dobrym stylem Kańtoch, który jest po prostu świetny warsztatowo, a jednocześnie całkiem rozrywkowy to dostajemy coś, na co naprawdę warto zwrócić uwagę.

Cały ten koncept kojarzy mi się mocno z tym, co autorka zrobił w swoich „Przedksiężycowych”. Oczywiście różnice są, chodzi tu zresztą o coś innego, ale po prostu jestem w stanie wyzuć, że te pomysły pochodzą od jednej osoby. Różnica jest taka, że mimo wszystko jej starsze dzieło jest lepsze i bardziej dopracowane i daje lepszy efekt, jeśli chodzi o zakończenie.

Dlaczego? Bo „Przedksiężycowi” kończą się tak, że wszystko nagle wskakuje na swoje miejsce. Ta dziwaczność i zabawy ze słowem i czasem mają sens. „Niepełnia” zaś pozostawia tylko właśnie – niepełni. Niepełnie w zrozumieniu tej historii, niepełnie, jeśli chodzi o jej interpretację. Z jednej strony szanuję za pewną otwartość, z drugiej – spodziewałam się po prostu lepszego podsumowania tej zabawy.

Niemniej, to ciekawa powieść pod kątem formy, którą można na różnorodne sposoby analizować. Która jednocześnie porusza ciekawe tematy społeczne i pozostaje dobrą rozrywką. A że nie jest długa i na pewno nie zajmie dużo czasu to wydaje mi się, że naprawdę warto dać jej szansę.


sobota, 23 października 2021

Arsene Lupin. Dżentelmen włamywacz: w uniwersum Sherlocka Holmesa

 

Arsene Lupin to ktoś więcej, niż tylko wytworny dżentelmen. To również włamywacz, który doskonale zna się na swoim fachu. Nieuchwytny i arogancki, kryje jednak w sobie również dobro i współczucie dla drugiej osoby.

 

Uwielbiam Sherlocka Holmesa. Przeczytałam wszystkie historie o nim jeszcze w trzeciej klasie gimnazjum (nim poznałam serial „Sherlock”) i do dziś, gdy je otwieram po prostu dobrze się bawię. To prywatnie mój ulubiony typ kryminału, w którym to nie zagadka jest najważniejsza, a właśnie wybitny detektyw – wiem, że wiele osób woli jednak odwrotną sytuację, ale to moje osobiste preferencje.

Dlatego „Arsene Lupin. Dżentelmen włamywacz”, będący swoistą odpowiedzią na twórczość Doyle’a, wydała mi się książką co najmniej intrygującą. Ten zbiór francuskiego pisarza, wydany po raz pierwszy w 1907 roku (pierwsze opowiadanie w 1905 roku) jest parodią, czy też odwróceniem tropów z Sherlocka Holmesa. Zamiast ekscentrycznego detektywa dostajemy wybitnego włamywacza, który wodzi policję za nos. Nawet patrząc na to, co lubi się współcześnie, Arsene Lupin wydaje się być postacią, która powinna dobrze się sprzedać. W końcu „wszyscy lubimy złoczyńców”, zwłaszcza jeśli mają w sobie coś sympatycznego.

Arsene Lupin. Dżentelmen włamywacz
Maurice Leblanc
wyd. Świat książki, 2021
Arsene Lupin, t. 1

Niestety, spotkanie z tym zbiorem opowiadań – bo to powiązane ze sobą fabularnie, ale jednak opowiadania – nie okazało się dla mnie czymś nadzwyczajnym. Czemu? Już tłumaczę!

Przede wszystkim – ja po prostu nie kupuję Arsene Lupina jako postaci. Jego podstawowe założenia nie są złe. To niby włamywacz, ale w gruncie rzeczy dobry człowiek. Niby okrada ludzi, ale właściwie na łamach opowiadań jego czyny wydają się być bardziej dziecięcą zabawą. Tu się włamie i zostawi karteczkę „ukradnę to, jak się zestarzeje”. Tam pomoże złapać faktycznego złoczyńcę, innym razem odnajdzie jakieś złoto, czy biżuterię i przekaże ją właścicielowi.  Tego jest po prostu zbyt dużo, abym uwierzyła w to, że Lupin jest naprawdę poważnym włamywaczem.

Kolejna sprawa jest taka, że te opowiadania, będące bądź co bądź zagadkami kryminalnymi, moim zdaniem nie są wcale najlepiej poprowadzone. Przynajmniej mnie nieszczególnie wciągały, nie interesowały, były dość… mdłe, nijakie. A im dalej w las, tym było gorzej. Mam przy tym wrażenie, że one są po prostu niezbyt sprawnie napisane. Historie o Sherlocku Holmesie to nie jest żadna literatura wysokich lotów, ale moim zdaniem są po prostu porządnie napisane. W przypadku zbioru Leblanca mam co do tego bardzo poważne wątpliwości.

Mimo tego zbiór czyta się lekko i szybko. To nie jest wymagająca lektura, mimo że data wydania pozornie może odstraszać. Ale naprawdę, nie każda powieść sprzed lat to „Nad Niemnem” – wtedy też ludzie potrafili tworzyć rozrywkowe historie. Może więc okazać się, że to dobra książka dla osób, które właśnie nie chcą wymagającej lektury i sam koncept na takiego włamywacza po prostu im się spodoba. Ponadto Lupin to ten typ bohatera, który może świetnie sprawdzić się w ekranizacji. Odpowiednio osadzony aktor może zrobić z niego prawdziwą perełkę, ale przyznaję, że żadnej adaptacji jeszcze nie poznałam.

Warto chyba dodać, że akcja tych opowieści rozgrywa się w tym samym „uniwersum”, co historie o Sherlocku Holmesie, z tym że autor (być może?) nie mógł (nie chciał?) użyć tego zlepku słów. Dlatego w „Dżentelmeni włamywaczu” dostajemy postać, która nazywa się… Herlock Sholmes.

Moje spotkanie z tą francuską książką nie okazało się wybitnie pasjonujące, bo naprawdę spodziewałam się większej przygody, lepszej zagadki, buzujących emocji, ciekawszej historii samej w sobie, a dostałam coś, co w moim odczuciu wygląda trochę jak wydmuszka. Niemniej, nie jest to ani książka trudna, ani długa, ani ciężka, w związku z czym nie dziwię się, że swojego czytelnika cały czas znajduje.

sobota, 2 października 2021

Kiedy byliśmy sierotami: lata 30., detektywi i niedziałający miks

Lata 30. XX wieku. Christopher Banks, choć z pochodzenia Anglik, wychował się w Szanghaju. Gdy jego rodzice zaginęli, został odesłany do rodzinnego kraju. Gdy dorasta, zostaje znanym detektywem, a jego życiowym celem staje się rozwikłanie rodzinnej tajemnicy.


Kazuo  Ishiguro, choć urodzony w Japonii, praktycznie wychował się w Wielkiej Brytanii. Ten noblista jest mi znany już z „Malarza świata ułudy” ­­– książki, którą czytałam w formie elektronicznej w 2018 roku z powodu zajęć na uczelni. I przyznaję, że nie pamiętam z niej kompletnie nic. Do tego stopnia, że gdy „Kiedy byliśmy sierotami” rzuciło mi się w oczy w marketowym koszu to postanowiłam tę książkę po prostu wziąć. Nazwisko wyleciało mi z pamięci, a lata 30. i detektywi to coś, co po prostu dobrze mi się skojarzyło.

Kiedy byliśmy sierotami
Kazuo Ishiguro
wyd. Albatros, 2017

Przyznaję, że… właściwie nie do końca rozumiem, co takiego przeczytałam. Niby to literatura piękna, ale też trochę kryminał, lecz jednak sensacja, a to wszystko opisane w stylu, który zdaje się nie do końca pasować do książki.

Zaczynając jednak od pierwszych stron, sam początek „Kiedy byliśmy sierotami” odebrałam jako nudnawy, ale być może zapowiadający coś ciekawego. Christopher Banks opowiada w pierwszej osobie o swoim dorastaniu i wspomina czasy dzieciństwa. Rozumiem, jeśli ktoś w tę opowieść wsiąknie, bo jego wspomnienia są przepełnione nostalgią, ale nie do końca odpowiadał mi styl Ishiguro. Miałam wrażenie, że mogę pomijać całe strony opisów, nie tracąc ani fabuły, ani doświadczenia płynącego z piękna języka, a to nie jest dobra oznaka. Być może to kwestia polskiego tłumaczenia, ale dla mnie Ishiguro pisze jak autor sprzed kilkudziesięciu lat z tej grupy lubiących długie, obiektywne opisy, które we współczesnych książkach występować po prostu nie mogą, bo większość czytelników nudzą.

W tej części również jest nieco o głównym bohaterze w czasach dla niego teraźniejszych. W tych scenach poznajemy człowieka uchodzącego za wielkiego detektywa, ale w praktyce nie widzimy, by rozwiązywał jakiekolwiek zagadki. Mówi o tym on, mówią o tym postacie wokół niego, ale Ishiguro nie pozwala nam tego zaznać w praktyce.

Druga połowa książki, w której nieco zmienia się ton, dotyczy wyjazdu Banksa do Szanghaju, gdzie ma zamiar rozwiązać tajemnice zaginięcia swoich rodziców. Tam z kolei pojawia się wątek romantyczny, który najpierw spycha tę sprawę na drugi plan, a gdy ta znów wraca to w – przynajmniej dla mnie –  absurdalnie dziwny sposób. Książka zmienia się w sensacje, w której bohater podejmuje dość głupie decyzje, ale styl autora nie ulega zmianie. Dostajemy więc właściwie pomieszanie najgorszej cechy tej „niefajnej” literatury pięknej (długie i nudne opisy) oraz sensacyjnej (no po co on to robi?). Sama końcówka głównego wątku zaś jest niczym wyjęta z Jamesa Bonda i nijak się ma do nostalgicznego, powolnego początku powieści.

Autor w wielu miejscach sugeruje, że we „Kiedy byliśmy sierotami” chodzi o coś nieco więcej, ale przyznaję – nie widzę tego. Niby mam do czynienia z noblistą, człowiekiem, który pisać potrafi i ja gdzieś tamten kunszt widzę, ale jednocześnie albo brakuje mi umiejętności, by jego książkę odpowiednio rozkodować, albo… ona po prostu jest nijaka, kiepska, posklejana z kilku elementów, które do siebie nie pasują. A mam za sobą trochę literatury z różnych półek i wydaje mi się, że przynajmniej troszeczkę o książkach czy pisaniu wiem.

Na pewno moje drugie spotkanie z Kazuo Ishiguro było dla mnie mniej bolesne, niż to pierwsze. Nie było fascynujące, to fakt, ale nie cierpiałam aż tak w trakcie lektury. Nie żałuje też tego, że tę książkę mam i że mogłam się z nią zapoznać, bo mimo wszystko Nagroda Nobla swoją renomę ma. Ale czy uważam, że „Kiedy byliśmy sierotami” było książką, która wniosła coś szczególnego do mojego życia? Absolutnie nie. Ale kto wie – może do życia innych doda coś intrygującego czy zmusi do jakichś przemyśleń. W końcu swoich zwolenników także ma.


poniedziałek, 30 sierpnia 2021

Lato utraconych: kolejny dobry kryminał Kańtoch

 

Jest rok 1998 roku. Policja odnajduje młodego chłopaka, który mówi, że zabił własną matkę, a jego imię wcale ni jest jego imieniem. Rok później w Pogańskim Młynie, leśniczówce w okolicy Rudnika, ktoś morduje cztery osoby. Sprawę przejmuje Krystyna, która ledwo dwa tygodnie wcześniej straciła męża.

 

„Wiosna zaginionych” Anny Kańtoch była pierwszym realistycznym kryminałem od dawna, który naprawdę mi się podobał. Styl autorki był świetny, a fabuła naprawdę trzymała mnie w napięciu. Dlatego oczywistym było, że po „Lato utraconych”, drugi tom z trylogii, także sięgnę. I nie żałuję.

Lato utraconych
Anna Kańtoch
wyd. Marginesy, 2021
Krystyna Lesińska, t. 2

Przyznam, że początkowo trochę się pomyliłam, co do fabuły. Byłam przekonana, że Kańtoch cofa się w przeszłość głównie po to, by skupić się na sprawie z młodości bohaterki, która sprawiła, że Krystyna postanowiła zostać policjantką. Myliłam się. „Lato utraconych” co prawda do tego nawiązuje i pojawiające się wątki sugerują, że ten temat wróci w trzecim tomie, jednak w gruncie rzeczy to po prostu zupełnie odrębna historia. Wydaje mi się nawet, że te dwie książki można byłoby czytać osobno, gdyby ktoś miał tylko drugi tom pod ręką.
Mam wrażenie, że sama zagadka w tomie drugim jest bardziej rozbudowana. Autorka podsuwa czytelnikowi więcej tropów, a przy tym mniej skupia się na sprawie rodzinnej. Przez to „Lato utraconych” wydaje mi się konkretniejsze i być może nawet lepsze, niż pierwszy tom, choć nie powiem tego z ręką na sercu.

Tak naprawdę w przypadku tej książki trudno cokolwiek więcej napisać. To w końcu kryminał i zbyt wiele informacji może zdradzić fabułę, a przecież właśnie o to chodzi, by tą odkrywać samemu. Na pewno jednak muszę wspomnieć o sposobie narracji Kańtoch.
Autorka zdecydowała się – ponownie – na narrację pierwszoosobową, przynajmniej w lwiej części powieści. Jednocześnie perspektywa Krystyny jest bardzo osobista. Dzięki temu jest nie tylko bardziej wiarygodna, ale po prostu ciekawsza. Dowiadujemy się, co z czym się kojarzy, obserwujemy świat jej oczami. W ten sposób zdecydowanie łatwiej da się wczuć w klimat, choć chwilami miałam wrażenie, że jednak to wszystko idzie odrobinkę za daleko.
Jednocześnie warsztat w „Lecie utraconych” jest na tyle dobry, że taka narracja nie wpływa negatywnie na fabułę. Kańtoch wie, kiedy coś przemilczeć, albo kiedy urwać scenę, aby jeszcze prze chwilę potrzymać czytelnika w niepewności.

Jeśli nie znacie książek tej autorki to ja jedyne, co mogę zrobić, to po prostu je polecić. W tej chwili mam ich za sobą już osiem i tylko jedna (będąca debiutem) okazała się raczej przeciętna. Ten kryminalny cykl z kolei bez wątpienia będzie wśród moich ulubionych powieści tego typu.


środa, 14 lipca 2021

Denat wieczorową porą: bardziej obyczaj, niż kryminał Christie

 

Maria Garstka dostaje zaproszenie na tajemnicze przyjęcie. Wybiera się na nie wraz z przyjaciółką, Anielą. Nie spodziewa się, że wydarzenie będzie czymś więcej, niż tylko dobrą zabawą z wymyśloną przez organizatora zagadką.

 

Po naprawdę kiepskim „Martwym sezonie” byłam przekonana, że do cyklu o rodzinie Garstek Jadowskiej już nie powrócę. Obyczajowość, brak konkretnej linii fabularnej i wplecione w powieść moralizatorskie wykłady naprawdę nie były niczym przyjemnym. Ale nadarzyła się okazja, zaś „Denat wieczorową porą” miał być ostatnim tomem z cyklu, na dodatek podobno zdecydowanie innym, niż dwie poprzednie książki. A że to lekkie „czytadła”, które można bez problemu przeczytać w jeden lub dwa dłuższe wieczory, postanowiłam spróbować.

Denat wieczorową porą
Aneta Jadowska,
Wyd. SQN, 2021
Garstka z Ustki, t. 3

Sama autorka określa „Denata wieczorową porą” jako mistery czerpiące z powieści Aghaty Christie, okraszone humorem jakiejś polskiej twórczyni, której szczerze mówiąc nie kojarzę. Nie ma się czemu dziwić – w końcu raczej interesuje się fantastyką, a nie kryminałem. Niemniej, nie da się ukryć, że inspiracja zamkniętą przestrzenią typową dla tej klasycznej pisarki kryminału jak najbardziej w najnowszej powieści Jadowskiej występuje. Czy to jest jednak udane połączenie?

Zacznijmy może od tego, że „Denat wieczorową porą” jest lepszy, niż „Martwy sezon”, głównie dlatego, że po pierwsze, zawiera jednak jakąś fabułę, a po drugie – ogranicza moralizatorski ton. On tutaj jak najbardziej gdzieś tam się przewija, szczególnie jeśli chodzi o przemoc wobec kobiet, ale nie jest aż tak nachalny jak poprzednio. Muszę jednak zwrócić uwagę na to, że właśnie kwestia owej przemocy jest w tym cyklu bezustannie obecna i bezustannie podkreślana. Rozumiem, że taki był zamysł, ale ponieważ nie jest to w żaden sposób błyskotliwie rozpisane to na etapie trzeciej części jest już po prostu nużące, mimo istotności samego problemu.

Chciałabym, aby to był jedyny problem powieści, ale niestety – nie jest. Nie da się ukryć, że w tym tomie fabuły jest więcej, niż poprzednio, ale to nie oznacza, że jest jej „wystarczająco”. Jeśli przy książce mającej 300 stron pierwsza setka jest typowo obyczajowa to trudno mówić o tym, że mamy do czynienia z typowo kryminalną opowieścią. W końcu na początku obserwujemy głównie typowo kobiece rozmowy, problemy związane z ewentualnym zajściem w ciąże, obserwujemy rozważania na temat wpływu garnków na ludzkość… Ponadto, nawet gdy już zagadka rozpoczyna się na dobre, ta obyczajowość jest w historii dalej dość mocno wyczuwalna.

Kolejnym problemem jest – przynajmniej dla mnie – styl Jadowskiej. Aby tego typu opowieść odpowiednio działała, musi być napisana w klimatyczny sposób. To jest ta rzecz, która wciąga i sprawia, że czytelnik chce rozwiązać zagadkę. Niestety, w tym przypadku dostajemy słodko-uroczą narrację, która próbuje być śmieszna i zdaje się traktować całą opowieść (w której przecież pojawia się trup!) bardzo lekko. Ale jednocześnie przynajmniej mnie próby komediowe Jadowskiej kompletnie nie bawią, zaś niektóre sceny i wybory bohaterów raczej wzbudzają zażenowanie. Jakby tego było mało, ta ilość słodyczy chyba po prostu trochę mnie przerosła.

Rozwiązanie zagadki też nie wypada spektakularnie. Właściwie mam wrażenie, że Jadowska nie do końca sobie z tym po prostu radzi. „Morderca” zbyt szybko się ujawnia, a tropy są bardzo toporne. Zresztą, mam wrażenie, że czasem w przypadku tego cyklu po prostu czytelnik jest traktowany, jakby nie był inteligentnym, myślącym człowiekiem. Wszystko jest podawane na tacy i to w stosunkowo prostacki sposób.

„Denat wieczorową porą” jest dla mnie książką podobną do „Bandy szalonych obozowiczów” Krasowskiej. Także jest lekki, obiektywnie raczej przyjemny w odbiorze, ale przy tym mocno obyczajowy i w gruncie rzeczy niewiele wnoszący. Osoby, które szukają typowego „odmóżdżenia” (np. po ciężkim dniu pracy), albo po prostu lubią przesłodzone historie, czy też mają słabość do Ustki/Garstek – pewnie będą się w trakcie lektury dobrze bawić. I fajnie – w końcu o to w literaturze chodzi. Dla mnie ta powieść to niestety zbyt mało we właściwie każdym względzie, abym czuła się lekturą usatysfakcjonowana.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

niedziela, 3 stycznia 2021

Wiosna zaginionych: Polska Panna Marple i śmierć staruszka


W czasach młodości Krystyny jej brat wraz z grupą znajomych zaginął w tracie górskiej wycieczki. Po latach, jako już emerytowana policjantka, kobieta spotyka Jacka: jedynego człowieka, który wrócił z wyprawy cały i zdrowy. Wkrótce później mężczyzna zostaje znaleziony martwy, a Krystyna angażuje się w śledztwo.

 

Rok 2020 okazał się w pewnej mierze czasem poznawania przeze mnie Anny Kańtoch. „Wiosna zaginionych” jest piątą powieścią tej autorki po którą sięgnęłam i pierwszą w pełni niefantastyczną. W ostatnim czasie nie dane było mi jednak sięgać po naprawdę dobry i dość klasyczny kryminał, dlatego pokładałam w Kańtoch spore nadzieje. I jak najbardziej: spełniła je. Jednocześnie muszę chyba na wstępie zaznaczyć, że w dalszym ciągu jej „Przedksiężycowi” uznaję za dzieło bardziej unikatowe, lepsze i ciekawsze. „Wiosna zaginionych” to wprawdzie porządny kryminał, ale wydaje mi się, że nie wnosi do gatunku nowej jakości.

Wiosna zaginionych
Anna Kańtoch
Marginesy 2020
t. 1

Mam wrażenie, że dziś często odchodzi się od klasycznego kryminału, w którym główny bohater powoli bada tropy i pozwala na stopniowe analizowanie przypadku. Autorzy często dorzucają sporą dawkę sensacji, mieszają kryminał z thrillerem; szukają swojej drogi na napisanie zbrodni doskonałej. Kańtoch zaś absolutnie nie idzie w tę stronę. Oczywiście „Wiosna zaginionych” to powieść bardziej rozbudowana od klasyków takich pisarzy jak Aghata Christie czy Doyle. Dostajemy od niej kilka różnych perspektyw i możemy skupić się również na kilku bohaterach, a nie tylko głównym detektywem. Jednocześnie dalej jednak skupia się mocno na śledztwie. Nie epatuje krwią, jest rzeczowa i stopniowo podrzuca nam coraz to kolejne elementy układanki. Więc choć to uwspółcześniony, to wciąż bardzo klasyczny w swojej konstrukcji kryminał. W trakcie lektury nie mogłam wypędzić z głowy obrazu panny Marple, stworzonej przez Aghatę Christie, mimo że Krystyna to jednak zupełnie inna postać.

To, co zwróciło moją uwagę to wiara autorki w czytelnika, której inni pisarze mogliby się od niej uczyć. Jednocześnie ta kwestia mocno świadczy o dobrym warsztacie. Mianowicie, Kańtoch nie pisze o oczywistościach. Brzmi to może jak oczywistość, ale przecież połowa obecnie wydawanych książek mogłaby być znacznie krótsza, gdyby nie pojawiały się w nich niewnoszące nic opisy jedzenia, czy ruszania ku zamkniętym drzwiom. Jak to się objawia u Kańtoch? Pozwólcie na drobny spoiler, który jednak nie powinien zepsuć Wam samej lektury.

Na samym początku książki dzieje się coś związanego ze zbrodnią, ale nie do końca z główną bohaterką. Pewna postać zdobywa informacje, które są kluczowe dla śledztwa. W wielu sytuacjach przekazanie takiej informacji detektywowi byłoby rozpisane na kolejny rozdział. Anna Kańtoch tego nie robi. Uznaje to za oczywistość i jedynie bohaterowie wspominają o tym w narracji, czy rozmowie. I tyle wystarczy.

W związku z brakiem niepotrzebnych treści, „Wiosna zaginionych” to powieść z dobrym tempem, dobrą ciężkością języka (nie infantylną, lekko wchodzącą, ale zachowującą pewną powagę) i ciekawą historią, choć na pewno osoby preferujące akcję i gonitwy tego w tej fabule nie znajdą. To w końcu nie jest sensacja. W trakcie lektury chwilami wydawało mi się jedynie, że trochę zbyt dużo było w tej fabule zbiegów okoliczności. Z drugiej strony... dobrze wiem, że takie i w realnym życiu się zdarzają. Niektóre prawdziwe historie kryminalne naprawdę brzmią bardziej nieprawdopodobnie niż ta z tej powieści. A muszę też zaznaczyć, że to pierwsza powieść kryminalna od lat, przy której właściwie zarwałam nockę. Zwykle nie mam problemów z odłożeniem lektury, gdy zbliża się późna godzina. W tym przypadku zaś po prostu czułam potrzebę dotarcia do zakończenia.

„Wiosna zaginionych” jest kryminałem, którego potrzebowałam. W końcu napisanym poprawnie, bez większych zgrzytów, z szacunkiem do klasycznych motywów w gatunku. Z dobrym językiem i napisanym w sposób, który naprawdę by mnie interesował. Jeśli mam czytać ten gatunek to właśnie w takim wydaniu i choć mimo wszystko wolałabym Kańtoch w kolejnej powieści na miarę „Przedksiężycowych” to z tej lektury po prostu również jestem zadowolona.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

piątek, 27 listopada 2020

Prosta sprawa: Co pisarz robi na lockdownie?

Gdy dawny przyjaciel Prostego odwiedza Jelenią Górę odkrywa, że po mężczyźnie i jego córce zostało jedynie zdemolowane mieszkanie. Próbując dowiedzieć się, co stało się w tym miejscu, wpada w sam środek niebezpiecznej gry.


Wojciecha Chmielarza zawsze czyta się po prostu dobrze – co do tego nie mam wątpliwości. Jego lekki styl i dość umiejętne trzymanie tempa to niewątpliwe zalety jego twórczości. „Prosta sprawa” jest jednak powieścią inną, niż pozostałe. Napisana w trakcie pandemii powieść początkowo była publikowana w odcinkach na jego profilu na portalu społecznościom (przyznaję, ominęło mnie to), jako rodzaj literackiej gry, bez większego planu na fabułę. Wydawnictwo Marginesy wydało w druku jej poprawioną i rozszerzoną. Jak wypada tego typu eksperyment? Przyznać muszę, że dość przeciętnie.

Prosta sprawa, Wojciech Chmielarz
wyd. Marginesy, 2020

Dotychczas znałam dwie powieści tego autora. „Żmijowisko”, które początkowo mnie zauroczyło oraz „Ranę”, którą czytało się świetnie, ale po której zaczęłam orientować się, że w obydwu tych historiach coś „nie siada” pod kątem prowadzenia bohaterów i logiki zdarzeń. Niemniej, obydwie te książki były thrillero-kryminałami, stawiającymi na klimat i zaskakujące zakończenie. „Prosta sprawa” jest czymś innym. To raczej sensacja z elementami kryminalnymi. Męskie kino akcji, ale przeniesione na łamy powieści. To faktycznie prostsza historia, dość mocno przerysowana, chwilami wręcz komiksowa, której założenie zdaje się jasne: ma po prostu bawić czytelnika.

Niestety, już samo takie podejście sugeruje powieść co najwyżej przeciętną, rozrywkową, która nie niesie niczego więcej. Jeśli autor nie wybije się konceptem czy kreacją postaci (która przecież z takich fabuł potrafi zrobić majstersztyk!) to właściwie trudno tu mówić o czymś innym, niż porządnym czytadle, a tak w gruncie rzeczy określiłabym właśnie ten tytuł.

Z takim zastrzeżeniem, że mi po prostu tematyka „Prostej sprawy” po prostu kompletnie mija się tematycznie z moimi literackimi zainteresowaniami. Bo ani nie przepadam za sensacją pozbawioną fantastycznych elementów (w literaturze), ani nie kręci mnie temat mafii, ani też nie przemawiają do mnie amerykańskie historie dziejące się we współczesnej Polsce.

Sami główni bohaterowie też niezbyt do mnie przemawiają. Narrator większej części tej powieści to mruk, kobieciarz, człowiek, który niewiele mówi – postać nie tylko bardzo sztampowa, ale też nie mająca właściwie niczego ciekawego. Widziałam już takich na pęczki i kolejnej identycznej po prostu nie potrzebuje. Towarzysząca mu kobieta również nie ma jakiś bardzo szczególnych cech i właściwie nie jestem pewna, czy jej brak tutaj cokolwiek by zmienił poza po prostu brakiem romantycznego wątku. Typy spod ciemnej gwiazdy? Zlewali mi się w jedno. Nie widzę w tych postaciach niczego szczególnego, nic też innego do tej lektury nie przyciąga mnie szczególnie. Potrafiłam ją odłożyć i nie sięgnąć przez dwa tygodnie, zapominając o istnieniu czegoś takiego jak czytanie w ogóle, mimo że przecież Chmielarz ma ten swój lekki styl, którzy szynko i miło „wchodzi”.

Rozumiem eksperyment autora, szanuje jego pomysł i rozumiem, że wydawca nie mógł przepuścić okazji. Gdy taki pisarz jak Chmielarz coś tworzy, aż żal tego nie wydrukować i nie postawić na półce księgarni. Nie uważam też tego za złą książkę w ogóle. W gruncie rzeczy chyba wolę chyba tego typu, lekką i nieco głupią prozę, niż przerysowany i przeintelektualizowany świat „Rany”. Niemniej, dobrze wiem, że tego autora chyba stać na więcej. „Prosta sprawa” jest jedynie pewną zabawą literacką i tak powinna być traktowana. I jeśli czytelnika bawi świat akcji, który jest pełny przemocy, silnych mężczyzn i ładnych kobiet to nie widzę przeciwskazań, aby po tę książkę nie sięgnąć. Sama jednak na pewno do niej nie wrócę.




Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl


piątek, 9 października 2020

Martwy Sezon: ...trwa w najlepsze u Jadowskiej

 


Jesienny czas nie sprzyja prowadzeniu pensjonatu. Magda Garstka oraz jej babcia, Maria, ledwo wiążą koniec z końcem. Za rogiem czają się jednak nie tylko rządni pieniędzy bankierzy, ale również trupy, które zaczynają wysypywać się z szafy.

 

Razem z lekturą „Martwego sezonu” poznałam już osiem książek Anety Jadowkiej. Po upływie czasu w miarę pozytywnie oceniam może trzy z nich. Niestety, kontynuacja „Trupa na plaży” nie jest wśród nich. Bo choć tom pierwszy był całkiem uroczą i nawet sympatyczną lekturą, to w topie drugim autorka daje po prostu popis tego, co wychodzi jej najgorzej.

Odnoszę coraz większe wrażenie, że uwielbienie Jadowskiej do swoich bohaterów oraz kreowanych przez siebie „rzeczywistości” (ta książka to nie fantastyka) jest jej najgorszym wrogiem. Bo gdy czytam jej książki mam wrażenie, że naprawdę czuje i rozumiem to, jak bardzo ta pisarka cieszy się z tego, co pisze. Ale jednocześnie czuję, że przez to sama siebie zapędza w kozi róg i przez to „Martwy sezon” wypada tak, jak wypada. Oczywiście to tylko moje prywatne spekulacje, ale nie umiem pozbyć się tego wrażenia.

Żeby napisać coś może nieco bardziej konkretnego, skupmy się na tym, ile w tym komediowo-obyczajowym kryminale jest kryminału. Jadowska dzieli „Martwy sezon” na dwie równe części. Kryminał pojawia się dopiero w tej drugiej, na dodatek początkowo będąc nie tyle znalezieniem trupa, a takim „śmieszkowaniem” i tworzeniu legendy miejskiej (pensjonatowej?) przez grupkę przyjaciół. Chodzi mi o rozmowy w stylu: „Patrzcie! Wrócił z toalety bez kapelusza! Na pewno zabił nim pana Mietka!”. Coś, co czasem robi się prywatnie i w sprzyjających okolicznościach bywa nawet zabawne, z takim zastrzeżeniem, że nie w przypadku tej powieści. Zwłaszcza, że gdy już prawdziwe trupy się pojawiają to zachowanie bohaterów przynajmniej mnie odrzuca. Jest nie na miejscu i niewłaściwie. Dziecinne. Ponadto, zagadki kryminalnej jako takiej tu nie ma, bo rozwiązanie nasuwa się samo i jest oczywiste od samego początku powieści.

Cóż więc z częścią obyczajową, która właściwie stanowi większą część książki? No niewiele. Co prawda mamy tu parę dramatów, powiązanych z przeszłościami bohaterów, ale przez lwią część ci po prostu sobie rozmawiają o przyziemnych rzeczach. Niby jakaś linia fabularna to łączy (owy „Martwy Sezon” w pensjonacie), ale koniec końców niewiele z tego wynika i wstęp do kryminału jest przesadnie rozbudowany, a przez to nudny.

Na dodatek zwłaszcza ta pierwsza część jest wręcz łopatologicznym wciskaniem przez autorkę jej prywatnych poglądów czytelnikowi. Jasne, „Trup na plaży” już poruszał ważne w przestrzeni publicznej tematy, ale robił to znacznie delikatniej i znacznie z większym taktem. A w „Martwym sezonie” mamy sceny napisane wręcz SPECJALNIE pod to, aby autorka mogła się wypowiedzieć. Na przykład, pojawia się scena z wózkiem inwalidzkim, w której bohater wykłada o wykluczeniu w przestrzeni publicznej z powodów architektonicznych. Albo pojawia się postać (która nigdy więcej nie wraca!) zastanawiająca się, czy może w kawiarni nakarmić dziecko piersią. Dodatkowo mamy tu też poruszoną tematykę przemocy w rodzinie (ze strony mężczyzny oraz kobiety) oraz zaburzeń żywieniowych. To ważne tematy, owszem. Ale nie dość, że Jadowska wrzuca je do powieści wręcz na sile to jej (?) pogląd na te sprawy jest tak sztampowy i tak bezpieczny, że nawet nie zachęcił mnie do konfrontacji opinii. To były po prostu niepotrzebne wstawki, które niewiele wnosiły do fabuły i powinny zostać ucięte na etapie redakcji tekstu (jak ¾ pierwszej połowy).

Skoro obyczaj nie działa, kryminał też nie… to może chociaż komedia? Uwaga, będzie plot twist: NIE. Żart w „Martwym sezonie” możemy podzielić na dwie kategorie.

Pierwsza to przerabianie powiedzonek. Na przykład: „mieć Garstkę w garści” albo „nie żebym zaglądała darowanej rezydencji w zęby”. Z tym, że akurat to mnie nie bawi. W ogóle. Nie w wykonaniu Jadowskiej. Takie zabiegi wychodzą Marcie Kisiel, ale nie jej. Po prostu ta autorka jest w tym zbyt toporna, zbyt „śmieszna na siłę”.

Druga to śmieszne historie z życia. Albo właściwie „śmieszne”. Takie na poziomie: „chciałam zafarbować włosy na tęczę, ale wyszedł mi kolor kupy”. To może bawić raz. Dwa, jeśli jest dobrze zrobione. Ale że ten raz był już w „Trupie…” i wtedy także mnie nie bawił to zgadnijcie, czy uśmiałam się przy tym tomie.

Dodać muszę, że jak lubiłam Garstkę po tomie pierwszym tak teraz coraz bardziej mnie ta mała Madzia irytuje. Ta dziewczyna nawet psów nie lubi.

Czy ta powieść ma jakieś zalety? Może jedną kluczową. Lekko się ja czyta. Wchodzi szybko i natychmiastowo, bo w stylu Jadowskiej po prostu nie ma żadnego ciężaru. Ot, można przeczytać, pewnie mało wymagającemu czytelnikowi nawet się spodoba. Ale ja naprawdę potrzebuje od książki chociaż czegoś nieco więcej! Tak ciut-ciut, by w powieści było naprawdę nad czym się pozytywnie pochylić, a nie tylko narzekać.

Jadowska napisała już sporo. To nie jest poczatkująca pisarka. Mimo to mam wrażenie, że ona naprawdę dalej nie potrafi wyjść poza swoje osobiste fantazje. To rzecz jasna SPEKULACJE i MOJE ODCZUCIA (coby mnie nikt nie posądzał, że ja tu jakieś wyroki wydaje!), ale odnoszę wrażenie, że jak „Dora Wilk” była fantazją tej młodziutkiej osoby, która chciała kopać tyłki i mieć masę kochanków, tak „Garstka z Ustki” jest fantazją już starszej wersji tej osóbki, która chce się ustatkować. Najlepiej w niewielkim miasteczku, z kochającą rodziną u boku i odrobinką dreszczyku. W tym rzecz jasna nie ma nic złego, jak najbardziej rozumiem takie pragnienia. Ale przelanie ich na papier bez (jak mi się zdaje) większego odsiana ziarna od plew i rozpisania to po prostu kiepski pomysł. I takie fantazjowanie mogłam wybaczyć debiutance, ale nie osobie z takim stażem pisarskim.

 


Nomida zaczarowane-szablony