Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hard science-fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hard science-fiction. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 sierpnia 2023

Legion wspomnień: opowiadania jak z fast fooda



Na cykl „The Expanse” nabierałam się już wiele razy i myślałam, że kolejny raz się to nie uda. A jednak. „Legion wspomnień” miał być zbiorem opowiadań, który wróci jakością do dwóch pierwszych tomów i który będzie po prostu miłą przygodą. Koniec końców zaś podobał mi się jedno opowiadanie, a pozostałymi nie byłam kompletnie zainteresowana.

Legion wspomnień
James S. A. Corey
wyd. Mag, 2022
cykl The Expanse, t. 10

Akcja pojedynczych tekstów rozgrywa się w różnych momentach cyklu i dotyczy pobocznych bohaterów, występujących na jego kartach (przynajmniej w większości). I mam wrażenie, że zostały napisane właściwie wyłącznie z myślą o tym, by lepiej go sprzedać. Zresztą, to się zgadza, bo autorzy w komentarzach do tekstów sami przyznają, że wydawnictwo zamówiło u nich część z nich.

Ogółem nie widzę nic złego w tym, że autorzy piszą pod zamówienie. W końcu to dla nich po prostu gwarancja pieniędzy za wykonaną pracę. Ale wszystkie wyżej wymienione czynniki sprawiły, że to nie jest zbiór dla mnie.

Cykl czytałam na przestrzeni wielu lat, przez większość książek czując po prostu nudę. Więc ja już nie pamiętam, co działo się pomiędzy poszczególnymi częściami. Wszystko zlało mi się w jedno. To sprawia zaś, że te opowiadania czytane teraz, po zakończeniu wszystkiego, trudno było mi wpasować w konkretne ramy czasowe, co męczyło w trakcie.

Poza tym trzymanie się istniejących już bohaterów mam wrażenie, że zawęziło trochę pole do popisu, zwłaszcza że ten duet autorów przynajmniej razem nie jest moim zdaniem szczególnie wybitny. Ktoś lepszy być może by z tego coś wyciągnął, ale im moim zdaniem nie bardzo to wyszło. Te opowiadania są jedzenie w fast foodzie. Niby jadalne, ale smakują jak karton. Brakuje w nich polotu, ciekawej puenty, interesującej narracji. Jak już wspominałam na początku, podobało mi się jedno, przy pozostałych naprawdę usychałam z nudów i nie miałam ochoty na dalsze ich poznawanie.

Znudziłam się więc, ale z drugiej strony, cieszę się, że to w końcu koniec. Dobrze jest nie mieć na półce kolejnej części, która czeka, aż w końcu się nad nią zlituję i się za nią wezmę.


wtorek, 4 kwietnia 2023

Upadek Lewiatana: w końcu koniec!

Załoga Holdena ma teraz nowych członków, nastoletnią Teresę oraz jej psa. Gdy chcą odstawić dziewczynę do szkoły z internatem, zostają zaatakowani przez kobietę, która ma zamiar odebrać córkę jednego z kluczowych przywódców. Wkrótce okazuje się, że to był najmniejszy z ich problemów.



Na Merlina, w końcu to koniec. Jak mi ulżyło!

Mam wrażenie, że o tym cyklu napisałam już wszystko, co mogłam i że właściwie nie ma o czym mówić. „Upadek Lewiatana” to kolejny schematyczny i moim zdaniem stosunkowo nudny (choć nieco mniej niż poprzedni) tom cyklu duetu skrywającego się przed pseudonimem James S. A. Corey. Wyróżnia się jednak tym, że jest ostatnią powieścią w ramach tego cyklu i nie ukrywam, naprawdę niezmiernie mnie to raduje.

Przebudzenie Lewiatana
James S. A. Corey
wyd. Mag, 2022
cykl Ekspansja/The Expanse, t. 9

Tu nawet nie ma czego do końca podsumowywać. Te dziewięć grubych tomów to tak naprawdę co najwyżej rozwleczona trylogia, o której już i tak napisałam zbyt dużo słów. Ale to nie mogła być trylogia, jako że autorzy chcieli chyba pokazać upływ czasu pomiędzy początkiem a końcem całej przygody. Moim zdaniem dużo lepiej całość mogłaby wyjść, gdyby stworzyli z tego trzy trylogie, każdą z inną ekipą i w nieco większym odstępie czasowym. 

Dlaczego? Akcja cyklu rozgrywa się gdzieś pomiędzy Jimem Holdenem w wieku lat 20-paru a Jimem w wieku lat 60-70-paru. I choć to długi czas dla człowieka, to dla ludzkości podbijającej kosmos już niekoniecznie. Dlatego też z jednej strony cykl jest fabularnie rozwleczony, by ten czas mógł minąć, z drugiej to w dalszym ciągu za mało, abym uwierzyła w to, gdzie jest ludzkość po tych kilkudziesięciu latach. Trzy trylogie, każda po np. 40-50 latach od poprzedniej dałaby lepsze wrażenie upływającego czasu oraz potencjalnie ciekawsze konflikty oraz linie fabularne.

Jednocześnie takie krótsze opowieści są chyba mniej męczące dla pisarzy, a mam wrażenie, że to akurat tutaj miałoby spore znaczenie…

W każdym razie ostatni tom nie zaskoczył mnie niczym. Takiego zakończenia mniej więcej się spodziewałam, zwłaszcza biorąc pod uwagę tytuł pierwszego i ostatniego tomu. Dzieją się rzeczy i jest dramatycznie, niby trochę bardziej, niż w poprzednich częściach, ale i tak całość napisana jest na schemacie konflikt->eskalacja->trudne wybory i bitwa w kosmosie. Rozwiązania „zagadki” spodziewałam się niemal od początku i właściwie nie jest ono niczym szczególnie oryginalnym. Ot, cieszę się z dotrwania do końca, nie z tego, jak całość została poprowadzona.

Nie wiem, czy polecam ten cykl. Mam do niego nostalgię, lekko się go czyta i jeśli ktoś szuka takiej niewymagającej zbyt dużego skupienia, ale jednocześnie militarnej rozrywki to proszę bardzo. Ale jednocześnie znam sporo lepszej fantastyki naukowej, nawet w rozrywkowej kategorii…

(i tak, przede mną jeszcze opowiadania, ale to jednak trochę inna bajka)


czwartek, 23 lutego 2023

Ogień nad otchłanią: wyjątkowa cywilizacja, ale...


Rodzina naukowców wraz z dwójką dzieci ucieka przed zagrożeniem. Zmuszona do lądowania, trafia na planetę zamieszkiwaną przez Szpony: czworonożne istoty, które w oderwaniu od pozostałych ras stworzyły unikatową cywilizację.



„Ogień nad otchłanią” jest dla mnie książką dosyć… dziwną w odbiorze. Początkowo nie do końca rozumiałam, o co do końca chodzi, ale z fantastyką tak bywa, że czytelnik musi się trochę „wgryźć” w świat przedstawiony. Potem powoli zaczęłam łączyć fakty, aby ostatecznie częścią historii być naprawdę mocno zainteresowana, a część… mieć kompletnie gdzieś.

Ogień nad otchłanią
Vernor Vinge
wyd. Mag, 2021
cykl Zones of Thought, t. 1

Ta część, która była dla mnie zrozumiała i interesująca to opisy samej cywilizacji Szponów. Wraz z ludzkimi bohaterami krok po kroku zaczynamy ją poznawać, a w końcu rozumieć. Koncept Vernora Vinge jest bez wątpienia jednym z ciekawszych, na jakie wpadłam od dawna, dlatego samo czytanie o nim było dla mnie dobrą przygodą.

Książka ma jednak też drugi wątek, wychodzący poza planetę Szponów. Związany z główną linią fabularną, ale jednak odrębny. I ten zdawał się do mnie nie docierać. Nudził i sprawiał, że nie miałam ochoty na dalsze czytanie lektury, co ostatecznie sprawiło, że pastwiłam się nad nią kilka dobrych tygodni. A choć to powieść z tych dłuższych to jednak nie najdłuższych – te ok. 600 stron jest raczej standardem, a nie wyjątkiem w fantastyce.

To może wynikać z faktu, że mamy tutaj, mimo wszystko, fantastykę naukową raczej po stronie „hard” niż „science fantasy”. Zauważyłam zaś, że przy tego typu książkach osobiście muszę po prostu trafić. Albo sposób budowania świata i przedstawiania jego konkretnych fragmentów będzie dla mnie adekwatny i zrozumiały, albo nie siądzie – i tyle. Nie jestem w końcu specjalistą od nauk ścisłych. Ponadto ta książka jednak ma już kilkadziesiąt lat, a takie starsze SF też potrafi być nieco toporne.

Absolutnie nie żałuję tego, że po książkę Vernora Vinge sięgnęłam. Tego typu trudniejsza fantastyka daje jednak pewną satysfakcję z poznania jej i próby zrozumienia, nawet jeśli nie w pełni to wychodzi. Jednak zawsze przy takich lekturach odczuwam tę odrobinę zawodu. Bo przecież mogłam się przy tej książce znacznie lepiej bawić, czy to gdybym sama miała większą wiedzę, bardziej skupiła się na lekturze, albo gdyby autor nieco inaczej poukładał słowa.


środa, 12 października 2022

Niezwyciężony: podstawowa space opera Stanisława Lema

Niezwyciężony ląduje na planecie Regis III, aby odnaleźć statek, z którym kilka lat wcześniej utracono kontakt. Badając teren, załoga stopniowo odkrywa tajemnicę związaną z jego zaginięciem.



„Niezwyciężony” jest moim trzecim pełnoprawnym spotkaniem ze Stanisławem Lemem. Czwartym, jeśli zaliczyć do tego „Bajki robotów”, przez które przebrnąć po prostu nie potrafię. I przyznaję, mam wrażenie, że jego książki są jednocześnie różnorodne, jak i dość… nierówne, przynajmniej jeśli chodzi o tę niewielką część, po którą dotychczas sięgnęłam. Poprzednio czytany przeze mnie „Kongres futurologiczny” był na przykład tytułem niezwykle dla mnie męczącym, na wielu płaszczyznach absurdalnym (a tego nie lubię) i z niezbyt przyjemną, smutną atmosferą. Z kolei „Niezwyciężony” to… typowo rozrywkowa space opera, która wprawdzie wpisuje się w ramy hard science-fiction, ale pozostaje po prostu niezłą rozrywką.

Niezwyciężony
Stanisław Lem
wyd. Literackie, 2015

Przyznaję, trochę mnie to bawi w kontekście autora, który odciął się od fandomu, chcąc by fantastyka, była czymś więcej, a jednocześnie stworzył coś, co jest totalną rozrywkową sztampą… i nie wydaje mi się, aby pisząc tę powieść w latach 60. XX wieku, chciał, aby była postrzegana jako coś kompletnie unikatowego. A może jednak tak? Niemniej, główny schemat tej powieści wydaje mi się czymś eksploatowanym w gruncie rzeczy od dawna.

Widać już trochę, że czas odcisnął na tej powieści swoje piętno. Dziś zwykle pisze się jednak inaczej. Lem traktuje bohaterów po macoszemu, a klimat, choć jak najbardziej tutaj jest, buduje dość szczątkowo. Autor nie skupia się na większych opisach i trzyma liczbę znaków w ryzach „Nieśmiertelny” kojarzy mi się trochę z kryminałem Aghaty Christie, w którym to właśnie zagadka jest najważniejsza. Osobiście preferuje zaś skupienie się na bohaterach, relacjach między nimi, czy pięknym słowie, ale to nie oznacza, że taki wybór jest czymś złym sam w sobie.

Poza tym tę historię czytało mi się po prostu dobrze. Zagadka, mimo że dla mnie już dość wtórna, trzymała mnie w napięciu i choć im bliżej było końca, tym mniejsze zainteresowanie czułam, to było to przyjemne spotkanie z niezbyt długą, jednotomową powieścią. Nieprzegadaną, realizującą swoje tropy w wystarczający sposób, która była miłym wypełnieniem dnia. 

O ile „Solaris” był dla mnie swego czasu trochę objawieniem, o tyle „Nieśmiertelny” jest dla mnie, jak już wspominałam, solidną rozrywką. Taką, przez którą nie będę wychwalać mistrzostwa Lema, ale którą będę miło wspominać. W takich chwilach zadaje też sobie czasem pytanie, czy twórczość takich autorów nie jest wywyższana ponadto, czym są w praktyce właśnie przez samo nazwisko? Sama próbuje w Lemie się zakochać, ale choć rozumiem jego wpływ na polską fantastykę, to jakoś mi to po prostu nie do końca wychodzi.


czwartek, 11 sierpnia 2022

Płomień: dwa umysły, jedna misja



Ludzkość rozpoczyna największą misję w historii. Misję, nad którą pracowały i pracować będzie kilka pokoleń. W końcu terraformacja najbliższej planety typu ziemskiego spoza Układu Słonecznego to nie lada wyzwanie. Za projektem stoi przede wszystkim utalentowany i charyzmatyczny naukowiec, Albert Townsedem. Na jego drodze szybko staje jednak kobieta, której nie do końca podoba się to, jak twórcy projektu chcą naginać zasady moralne.



Po początkowym lekkim zagubieniu przyszła dobra zabawa – tak mogłabym w wielkim skrócie opisać moją przygodę z „Płomieniem” Magdaleny Salik. To dziennikarka i niezbyt płodna pisarka powieści (5 wydanych pomiędzy 2009 a 2022), ale przecież nie chodzi o ilość, a jakość, a nie da się ukryć, że pisać potrafi.

Zagubienie wynikało przede wszystkim z kilkuwątkowej narracji. Zmiana perspektyw była wyraźna, ale krótkie rozdziały i jednak odrobinę techniczne słownictwo utrudniło mi wejście w świat. Wystarczyła jednak odrobina skupienia i cierpliwości, aby wszystko ułożyło mi się w odpowiedniej kolejności. Niemniej, tu chyba warto nadmienić, że choć Salik stworzyła dość rozrywkowe hard SF to jednak jest to hard SF. Nie jest wyjątkowo trudne, raczej przeciętne/umiarkowane, ale trzeba mieć to na uwadze, sięgając po jej powieść.

Płomień
Magdalena Salik
wyd. Powergraph, 2021

Gdy już zajarzyłam, po prostu dałam się porwać. Salik ma sprawne pióro, które określiłabym jako pozytywnie niezauważalne. Dobrze przedstawia świat, jest klarowne, ale tu nie o piękno czy poetyckość języka chodzi. To przecież konkretne SF i takie też pozostaje w języku.

Nie da się ukryć, że główna fabuła opiera się na relacji dwóch postaci. Relacji wcale nie oczywistej, bo choć opis wydawcy opisuje romans, to w gruncie rzeczy tu nie do końca o niego chodzi. To nie jest młodzieńcza miłość, to nie jest w pełni zdrowa relacja, a dwa dojrzałe umysły, które wchodzą między sobą w pewną grę, tak jak w grę wchodzi autorka z czytelnikiem. I wydaje mi się, że aby dobrze się bawić w trakcie lektury, trzeba trochę złapać tego bakcyla, bo w innym przypadku może okazać się, że czytelnik odbierze tę powieść jako nudną i pozbawioną większej fabuły.

To niezbyt długa powieść, która w całości domyka się na tych 350 stronach i dobrze, bo dziś cierpimy na nadmiar przegadanych książek. Przeskakiwanie pomiędzy narracjami nadaje całości dobrego tempa i w świetny sposób buduje napięcie, a samo zakończenie „Płomienia” przynajmniej dla mnie było naprawdę satysfakcjonujące. Nie zupełnie nadzwyczajne, ja już takie zabiegi widziałam nie raz i nie dwa, ale Salik poprowadziła całość na tyle inteligentnie, że po prostu niczego więcej nie potrzebuje.

Powieść Magdaleny Salik to hard SF, którego potrzebowałam. Które pokazuje, że dalej można z tym gatunkiem zrobić wiele ciekawych rzeczy, nawet jeśli sięga się po teoretycznie dość oklepane motywy. To dobra powieść z lekko rozrywkowym zabarwieniem, która najpewniej będzie satysfakcjonującą lekturą dla wyjadaczy gatunku. Niestety, nie da się ukryć, nieco wyższy punkt wejścia sprawia, że część czytelników, zwłaszcza nieprzyzwyczajonych do lekkiego chaosu narracyjnego i naukowego słownictwa, może się od niej odbić. Ale warto chociaż spróbować!



poniedziałek, 18 października 2021

Robot: próbowałam zrozumieć najlepsze SF w Polsce

 

Kilka lat po apokalipsie, ludzie żyją w schronie. Mechanizm z kolei tworzy sztucznych ludzi, którzy jedynie pozornie posiadają wolną wolę. Rez próbuje dojść do tego, czy naprawdę jest człowiekiem.

 

Mam wrażenie, że kompletnie nie rozumiem. „Robot” Adama Wiśniewskieg-Snerga po prostu mnie przerósł.

Doskonale wiem, jak ważna jest ta książka dla polskiej fantastyki i jak wiele osób niezwykle ją sobie ceni. Myślałam przy tym, że przecież podobał mi się i Zajdel, i „Solaris” Lema (bo więcej od niego nie czytałam w całości). Bez większych problemów pochłonęłam VanderMeera, książkę China Mieville’a czy Wattsa. Z czymś takim jak „Robot” nie powinnam mieć więc problemów, prawda? Okazało się, że absolutnie nie.

Robot
Adam Wiśniewski-Snerg
wyd. Literackie, 1977

Ta powieść jest gęsta, nieprzyjazna, naszpikowana nieinteresującymi mnie opisami oraz dialogami, z których przynajmniej dla mnie zwykle nic nie wynika, mimo że niby są naukowe i filozoficzne. Być może wynika to z braku wiedzy z mojej strony, ale jednocześnie nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że gdyby tak było to wiele innych książek też powinno być dla mnie nie do zrozumienia nawet w najmniejszym stopniu. A jednak były. Tylko „Robot” nie był.

Odnoszę wrażenie, że być może ta książka po prostu dość mocno zestarzała się już, jeśli chodzi o sposób pisania. Fantastyka naukowa ma to tego tendencje, a jednak Snerg napisał ją w 1971 roku. W przypadku niektórych starszych książek z tamtego okresu w Polsce mam podobne odczucia, co w tym. Nie dociera do mnie treść, wydaje się zbyt gęsta, nudna, nieinteresująca. To, co rozumiem, wydaje się wtórne, a to, czego nie rozumiem jedynie irytuje mnie coraz bardziej z każdą kolejną stroną.

Bardzo chciałam tę książkę zrozumieć i polubić. Poświęciłam jej naprawdę wiele czasu, czytając dokładnie zdanie po zdaniu, ale… po prostu się od „Robota” raz za razem odbijałam. Nie czuję się z tym najlepiej: to moja mała osobista porażka, bo przecież powieść Snerga uchodzi za jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą polską książką SF. Ale niestety, po prostu muszę przyznać, że tym razem nie wyszło: między mną a tym tekstem nie ma śladów nie tylko chemii, ale też jakiegokolwiek zrozumienia.


środa, 28 lipca 2021

Poklatkowa rewolucja: jak w takiej sytuacji wznieść bunt?

Sunday bierze udział w kosmicznej misji. Budzona co kilka milionów lat na swoją zmianę, prawdopodobnie wraz ze swoją załogą przeżyła pozostałych ludzi. Po załamaniu się jednej z członkiń swojej wachty zaczyna rozumieć, że załoga szykuje się do rewolucji.

 

Po kilku latach nadszedł czas na moje drugie spotkanie z twórczością Petera Wattsa. Przyznaję, że po tym czasie ledwo kojarzę, o czym było „Ślepowidzenie”, jednak wiem, że mimo swojej dziwności, bardzo przypadło mi do gustu. Jaka jednak jest „Poklatkowa rewolucja”? Przede wszystkim należy zacząć od tego, że to właściwie nie powieść, a nowelka, która ledwo przekroczyła magiczne anglosaskie 40 tysięcy słów (co pozwala ją kwalifikować jako powieść). Daje to nieco ponad 150 stron w wydaniu Maga.

Poklatkowa rewolucja
Peter Watts
wyd. Mag, 2018
Sunflower Cycle, t. 1

Zwykle twórczość Wattsa jest bardzo mocno zakorzeniona w zdobytej przez ludzkość wiedzy. I choć w tym przypadku także mamy do czynienia z hard SF to jednak autor sam przyznaje, że z powodu tego, o jak odległej przyszłości pisze, nasza współczesna wiedza nie ma z tym wiele wspólnego. Wydaje mi się jednak, że tą warstwę „hard” widać choćby w samym stylu, ale jednocześnie jeśli ktoś nie ma specjalistycznej wiedzy to wydaje mi się, że, tak czy siak, samą książkę zrozumie. Bo w gruncie rzeczy, ona fabularnie zbyt trudna nie jest. Nic zresztą dziwnego, zważając na jej długość.

„Poklatkowa rewolucja” to po prostu ciekawy koncept. Bo choć to niby „zwykła” historia o rewolucji (jak sugeruje tytuł) to jednak jej bohaterzy mają utrudnione zadanie. Są wybudzani w wachtach, zawsze w tych samych grupach. Jeśli chcą cokolwiek zorganizować, muszą wykazać się dużą kreatywnością. Zwłaszcza że nowoczesny statek przecież jest wszędzie!

Nie powiem, ta historia mocno kojarzy mi się z fantastyką socjologiczną. Choć w tym przypadku „społeczeństwo” jest ograniczone do (dość licznej) załogi to samo założenie jest bardzo podobne: bohaterowie muszą poradzić sobie z reżimem. Tyle że w jeszcze mniej codziennych warunkach. Zwłaszcza że od rozpoczęcia misji minęły już miliony lat i z ludzkości mieszkającej na Ziemi prawdopodobnie niewiele już zostało.

To, co lubiłam w „Ślepowidzeniu” i to, co pojawia się tutaj, to fakt, że mimo naukowego podejścia, autor naprawdę nieźle buduje postacie. Chemia między nimi naprawdę dobrze gra. Są ludzcy, a ich interakcje naprawdę dobrze się obserwuje. Nie będę jednak udawać: mam słabość do relacji człowieka ze sztuczną inteligencją i ten motyw w przypadku tej książki również sprawił mi trochę radości.

Watts uchodzi raczej za trudnego pisarza. I choć przyznaje, że niekoniecznie jest świetnym twórcą na start z fantastyką naukową to mam wrażenie, że jest owiany złą sławą. Bo przecież „Poklatkowa rewolucja” wcale aż tak trudna nie jest. Owszem, trzeba się przy niej nieco skupić i ponad poetyckość języka stawia konkretne opisy i naukowe sformułowania, ale przy odrobinie chęci ze strony czytelnika zrozumienie tego nie powinno być większym problemem.


piątek, 26 marca 2021

Prochy Babilonu: wojna o wpływy w Układzie

Zmiany w Układzie, jakie przyniósł Pierścień, doprowadziły do wojny. Marco Inaros, stojący na czele Wolej Floty, chce uczynić mieszkańców Pasa prawdziwie wolnymi. Załoga Rosynanta, na czele z kapitanem Jamesem Holdenem, robi wszystko, by zminimalizować rozlew krwi.

 

Gdy odkładam kolejny tom „Expanse” zwykle myślę o tym, że właściwie przeczytanie książki poszło mi szybciej, niż zakładałam i właściwie mam ochotę na kolejny tom. A potem okazuje się, że sięgam po kolejny prawie po roku. Ale cóż, przynajmniej sięgam. I mam wrażenie, że „Prochy Babilonu”, czyli tom szósty, chyba wypadają lepiej od piątej części cyklu i właściwie na pewno są lepsze od czwartej.

Prochy Babilonu
James S. A. Corey
wyd. Mag, 2019
Expanse, t. 6

Poprzednia część stanowiła pewien przerywnik, który pozwalał nam wejrzeć w przeszłość bohaterów i ustanowić nową sytuację w Układzie: sprawy związane z protomolekułą są już właściwie rozwiązane i teraz fabuła po prostu musi obrać nowy tor. Ten zaś jest jak najbardziej uzasadniony. Nowe możliwości, jakie stanęły przed ludzkością, po prostu musiały doprowadzić do nowych problemów, szczególnie że sytuacja i tak od lat była napięta, co wyraźnie przedstawiły nam części poprzednie. Nic więc dziwnego, że „Prochy Babilonu” są przede wszystkim dość militarną space operą, ze sporą ilością kosmicznych bitew i politycznych elementów.

Wracając do historii, chyba po raz kolejny zaskoczył mnie sam styl autorów. Panowie piszący pod pseudonimem James S. A. Corey piszą w sposób surowy, ale interesujący i bardzo klarowny. Choć w tym świecie dzieje się dużo, w tej narracji po prostu nie da się zgubić. Jasne jest, co i gdzie się dzieje, motywacje bohaterów także są wyjaśnione. Poza tym, choć historia idzie w stronę tej bardziej militarnej fantastyki, to jednak relacje między postaciami dalej są bardzo istotne: załoga Rosynanta wielokrotnie podkreśla to, że po tylu latach wspólnych przygód stali się po prostu rodziną.

Zmorą poprzednich tomów, zwłaszcza trzeciego i czwartego, było dorzucanie nowych postaci w narracji, które następnie znikały z fabuły i w gruncie rzeczy nie miały większego znaczenia. Tu na szczęście trend ten jest przynajmniej częściowo przerwany. Część z tamtych bohaterów wraca, choć w nieco mniejszych rolach, a autorzy po prostu zaczynają częściej i swobodniej „skakać” po narracjach, nie powodując jednak przy tym chaosu. Przyznaję, że, tak czy siak, najlepiej obserwuje mi się załogę Rosynanta, ale rozumiem, że przy takiej historii inna perspektywa po prostu jest czasem istotna.

Muszę jednak przyznać, że mimo wszystko – nie do końca podoba mi się to, w którą stronę ten cykl poszedł. Dwa pierwsze tomy, skupione na rozwiązaniu zagadki protomolekuły, były po prostu najciekawsze i kolejne nie wracają do tamtego poziomu. Wciąż to dobra literatura rozrywkowa, ale jednak – „to nie to samo”. Szczególnie że osobiście za militariami nie przepadam i te naprawdę potrafią mnie dość szybko męczyć. Wole takie historie w wersji filmowej i mimo wszystko, chyba jednak preferuje ekranizacje tego cyklu.

Niemniej, koniec końców, jestem z lektury całkiem zadowolona. Niewiele jest przyjemnych space oper, które jednocześnie trzymają poziom w tworzeniu świata, a ta bez wątpienia trzyma. Po „Prochy Babilonu” można sięgać bez większych obaw.


sobota, 20 marca 2021

Fraktalny książę: gdy autor pokazuje, zamiast pisać


Jean la Flambeur, złodziej przyszłości, który zawsze dotrzymuje swojego słowa, podróżuje na Ziemię wraz ze swoją pracodawczynią. Jego statek zostaje jednak zaatakowany. W tym samym czasie na planecie dochodzi do morderstwa, w którego rozwiązywanie wplątuje się córka pewnego wpływowego człowieka.

 

Sięgając po cyklu o Jeanie la Flambeur, który został napisany przez fińskiego autora, Hannu Rajaniemi, wiedziałam, że pierwszy tom będzie książką niebywale męczącą, ale jednocześnie doszły mnie słuchy, że wraz z kolejnymi częściami będzie lepiej. Dlatego bez szczególnej ochoty (bo „Kwantowy złodziej” naprawdę dał mi się we znaki), ale z nadzieją na lepszą kontynuację wzięłam się za „Fraktalnego księcia”. Niestety – poza ciekawym tytułem ta książka nie miała mi osobiście do zaoferowania nic.

To jest chyba pierwsza książka, jaką znam, w której opisy akcji sprawiały, że nie miałam bladego pojęcia, o co chodzi, a następnie, gdy bohaterowie ze sobą rozmawiali, orientowałam się… że to było TAK proste. Tyle że pod natłokiem dziwnych słów naprawdę trudno czasem w ogóle zrozumieć, o co autorowi chodzi. Rajaniemi próbuje pokazywać, zamiast wyjaśniać, ale to przecież fantastyka! Odrobina ekspozycji i krótkiego wyjaśnienia, o co w tym świecie chodzi, byłaby naprawdę przydatna. Jestem po dwóch tomach i przyznaję – dalej nie mam pojęcia, jak Jean la Flambeur wygląda, czemu jest najlepszym ze złodziei i jak działa w swoim zawodzie.

Fraktalny książę
Hannu Rajaniemi
wyd. Mag, 2017
Jean la Flamebur, t. 2

Mam wrażenie, że w przypadku tej książki coś mogło „pójść nie tak” na etapie pisania, tłumaczenia lub obydwu. Z tego co rozumiem, autor pisze w języku angielskim, który nie jest jego rodzimym, a więc pewnie nie zna go tak doskonale, jak swojego ojczystego, co może być problematyczne, gdy próbuje się napisać bardzo techniczne SF. Ponadto takie rzeczy po prostu trudno się tłumaczy. Jeśli osoba zajmująca się tą kwestią „nie zaczai”, o co chodzi… to czytelnik tym bardziej nie. Oczywiście, to tylko spekulacje: może po prostu Rajaniemi miał taki pomysł na powieść, który… no nie do końca wyszedł. Po prostu. Przynajmniej w moim odczuciu.

Ponadto chcę zauważyć, że „Fraktalny książę” jest niezwykle chaotyczny. Tekst zmienia co chwilę perspektywę czy czasy, przez co czasem zdarzyło mi się w treści po prostu gubić. Na przykład, najpierw dostajemy narrację pierwszoosobową, w którym autor opisuje akcję z perspektywy Jeana, aby następnie zrobić „***” i przejść do narracji trzeciosobowej. Z tym że nie zmienia się miejsce akcji, jej czas ani bohaterowie.

Początkowo miałam nadzieję, że przynajmniej jeden wątek okaże się ciekawy, bo do pewnego momentu chyba wiedziałam, o co w nim w pełni chodzi… a potem i to jakoś się rozmyło. Gubiłam więc wątki, musiałam czytać niektóre fragmenty kilkukrotnie, nie rozumiałam pobieżnych opisów autora…. A nie jestem przecież początkującym czytelnikiem. Z niejednego pieca chleb jadłam i z niejednej drukarni książki czytałam.

To zdecydowanie nie jest lektura dla mnie, która jakkolwiek by mnie zainteresowała i mam wrażenie, że wiele osób poczuje się przy niej tak samo zagubiona, jak ja. Z tym że na mojej półce czeka tom trzeci… a że jestem uparta, to pewnie przynajmniej spróbuje go przeczytać. Kiedyś, jak już trochę odpocznę.


sobota, 29 grudnia 2018

Ślepowidzenie: O wszystkim, co w SF jest analizowane


2082 rok. Ludzkość odkrywa istnienie pozaziemskiego życia. Ziemska ekipa dowodzona przez wampira wyrusza na statku kosmicznym „Tezeusz” aby zbadać pojazd obcych.

Tytuł: Ślepowidzenie
Tytuł serii: Ślepowidzenie
Numer tomu: 1
Autor: Peter Watts
Tłumaczenie: Wojciech M. Próchniewicz
Liczba stron: 338
Gatunek: hard science-fiction
Wydanie: Mag, Warszawa 2008
Hard science-fiction to podgatunek, który zakłada, że tworzona przez autora rzeczywistość jest jak najmocniej ugruntowana przez badania, a jeśli zawiera jakiś „cud”, jakąś „magię” to ta jest tylko dodatkiem do całości; wisienką na torcie, na której nie bazuje cała opowieść. Z tego powodu „Ślepowidzenie” Wattsa swobodnie możemy tym tytułem określić: to książka, której autor pod koniec nie tylko wyjaśnia nam czemu i dlaczego świat przedstawiony w jego książce wyglądają tak, a nie inaczej, ale także podaje aż sto czterdzieści cztery pozycje, które potwierdzają jego słowa. Nie zmienia to faktu, że „Ślepowidzenie” to powieść poza byciem książką trudną jest też… powieścią niezwykle dziwną, choć nie w sposób, w który myślałam, że będzie.
Nie wiedzieć czemu spodziewałam się po tym tytule jakiegoś metafizycznego podejścia do świata; czegoś w stylu weird fiction, zbliżonego klimatem do książek Dicka. A dostałam utwór, wewnątrz którego znajduje się po prostu wręcz niemożliwie duże nagromadzenie różnego rodzaju tez i analiz, dotyczących choćby świadomości, „chińskiego pokoju”, naszej przyszłości, czy ewentualnego spotkania z obcymi. Ba! Pojawia się tu nawet analiza zachowania wampira, czy głębokie zastanawianie się nad moralnością i inteligencją. Właściwie… mam wrażenie, że w tym tytule pojawiają się rozważania na właściwie każdy popularny w książkach fantastycznonaukowy temat.
Właśnie w związku z tym to książka i dziwna, i trudna do przyswojenia. Watts bazując na swoich źródłach i pomysłach swobodnie mógłby napisać kilka powieści, zamiast jednej, co być może „rozluźniłoby” nieco tekst i dało czytelnikowi trochę więcej czasu na przyswojenie treści. Na to się jednak nie zdecydował, w związku z czym sięgając po „Ślepowidzenie” należy pamiętać, że to nie jest książka, którą warto czytać w chwili, gdy zmęczony człowiek szuka odrobiny rozrywki, bo zamiast niej może nabawić się po prostu bólu głowy.
Nie zmienia to faktu, że właśnie przez to dostajemy tytuł ciekawy, intrygujący. Z jednej strony zawierający ciekawe analizy, z drugiej czasem wręcz wymuszający pytanie, czy Watts jest geniuszem, czy może jego twórczość to kompletna grafomania ukryta za ogromną ilością wiedzy, którą autor zdobył między innymi czytając pozycje podane w przypisach?
Sama historia przedstawiona w „Ślepowidzeniu” jest właściwie wyjątkowo prosta i w gruncie rzeczy… to nie jest powieść z niezwykle długą, wielowątkową fabułą. Mam wrażenie, że Watts tak bardzo skupia się na naukowych aspektach, że postacie w tek powieści to po prostu pewne figury, a nie żywi ludzie, zaś sama historia naprawdę schodzi na drugi plan. Z resztą sam schemat wydaje mi się dość sztampowy: grupa naukowców na statku kosmicznym, która próbuje badać obcą inteligencję to naprawdę nie jest nic odkrywczego. Należy jednak oddać Wattsowi, że sam pomysł na przedstawienie stworzeń z innej cywilizacji jest i ciekawe, i intrygujące, choć chyba nie będzie to dla nikogo zaskoczeniem, gdy powiem, że nie jestem pewna, czy w całości zrozumiałam, co miał w tym przypadku na myśli.

Drobna uwaga do Was: Książka nie jest w chwili, w której piszę ten wpis dostępna w księgarniach. Ale jeśli chcecie ją przeczytać i znacie dobrze język angielski to Peter Watts udostępnia sporo swoich powieści (także tę) na swojej stronie internetowej, na licencji CC.


* * *

Wspomnienia to nie archiwa historycznych materiałów. Właściwie są... improwizowane. Cała masa rzeczy, które kojarzysz z jakimś zdarzeniem, może być obiektywnie fałszywa, nawet jeśli pamiętasz je bardzo wyraźnie. Mózg ma zabawny nawyk tworzenia montaży, dostawiania szczegółów post factum. To oczywiście nie znaczy, że twoje wspomnienia nie są prawdziwe, rozumiesz? Są szczerym odbiciem twojego ówczesnego sposobu postrzegania świata i wszystkie wspólnie ukształtowały twoje widzenie. Ale to nie fotografie. Raczej obrazy impresjonistyczne.
 Fragment „Ślepowidzenia” Petera Wattsa


środa, 17 października 2018

Proxima: Ekspansja ludzkości na planetę pozasłoneczną


Yuri, wraz z dwustoma innymi osobami, zostaje przymusowo wysłany na egzoplanetę z układu Proximy Centauri. Tam, po podzieleniu na czternastoosobowe zespoły wraz z pomocą sztucznej inteligencji muszą zbudować sprawnie działającą społeczność.



Tytuł: Proxima
Tytuł serii: Proxima/Ultima
Numer tomu: 1
Autor: Stephen Baxter
Tłumaczenie: Dariusz Kopociński
Liczba stron: 560
Gatunek: hard science-fiction
Wydanie: Zysk i S-ka, Poznań 2018
Ekspansja kosmosu przez ludzkość to z jednej strony wciąż interesujący i rozbudzający wyobraźnię temat. Z drugiej zaś jest jednak tak przemielony przez popkulturę, że po prostu trudno stworzyć w tej materii coś naprawdę szokującego. Mimo tego „Proxima” Stephena Baxtera jest po prostu naprawdę przyjemną i dobrze napisaną książką, która mimo swojego tematu zdecydowanie nie jest powieścią nudną.
Baxter w swojej historii robi jedną, dość ciekawą rzecz: zostawia swoich bohaterów (z Yurim Edenem na czele) na pastwę losu. Tyle tylko, że zamiast wysadzić ich na samotnej wyspie po prostu wysyła ich w kosmos, zostawia na pustej planecie z podstawowymi przedmiotami i pozwala nam obserwować dynamikę niewielkiej grupy ludzi, którzy czują się niezwykle oszukani, często też zrozpaczeni swoją sytuacją, ale którzy mimo wszystko muszą wziąć się w garść i po prostu współpracować, jeśli chcą przeżyć. Przyznaję: czytanie o czymś takim jest naprawdę ciekawym doświadczeniem, zwłaszcza, że autor po prostu sprawnie prowadzi swoich bohaterów.
Wątek dotyczący jednak samej ekspansji kosmosu nie jest jednak jedynym. „Proxima” zawiera także drugi wątek, który wprawdzie dostaje nieco mniej stron (a przynajmniej mam takie wrażenie), ale jest właściwie nie mniej istotny dla całej historii powieści. Obserwujemy w nim poczynania Steph, czyli pani naukowiec, która bada coś, co nazywa „ziarnami”. Część książki zawierająca jej historie nie analizuje tak dokładnie ludzkiego zachowania, skupiając się jednak nieco na technicznych stronach świata przedstawionego. Przyznaję, w tej historii jest to i konieczne, i potrzebne, choć ja, jako kompletny humanista, po prostu osobiście wolałam obserwowanie grupy Yuriego.
„Proxima” jest historią, która rozpoczyna się dość spokojnie i choć przez lwią część nie jest to opowieść o wielkich wybuchach, pościgach i ratowaniu świata dość szybko wciąga. Stephen Baxter doskonale pilnuje tempa swojej powieści, sprawiając, że po prostu dobrze się ją czyta, a same dramaty, które przeżywają bohaterowie są dla mnie czymś naprawdę wystarczającym, abym była cały czas zainteresowana przedstawianą historią.
Należy dodać, że autor miał naprawdę dobry pomysł na samo stworzenie planety, na której lądujemy. Opisuje świat przedstawiony dość dokładnie, tworząc stworzenia będące pół-roślinami, pół-zwierzętami, z jednej strony odróżniając florę i faunę od naszej, Ziemskiej, ale z drugiej strony nie próbując przekombinować i sprawiając, że całość po prostu da się objąć umysłem i własną wyobraźnią bez większego problemu.
Warto zwrócić uwagę na to, że choć styl Baxtera nie jest nadzwyczaj techniczny to jednak w dalszym ciągu mamy w przypadku tej książki do czynienia z hard science-fiction: w uniwersum „Proximy” nie istnieje coś takiego jak magia. Działanie statków kosmicznych, funkcjonowanie planety wokół czerwonych karłów, czy samo zachowanie ludzi w opisanej sytuacji to kwestie, które autor zbadał, nim zabrał się za pisanie swojej powieści, o czym z resztą informuje w posłowiu.
„Proxima” może nie jest powieścią ponadprzeciętną i ponadczasową, ale jednocześnie jest po prostu bardzo przyjemną, niezbyt techniczną powieścią fantastyczno-naukową, która przykłada olbrzymią wagę do analizy ludzkich zachowań, a to jest właśnie element, za który naprawdę takie powieści cenie. Myślę, że mogę ją swobodnie polecić osobom, które po prostu szukają dość wiarygodnej powieści, analizującej temat zasiedlania kosmosu przez ludzkość.

* * *

Kręciły się tam trójnogi, istoty z łodyg podobnych do trzciny, mające koszykowate, gęsto plecione korpusy. Te jednak, olbrzymy wysokie na trzy, cztery metry, sięgały ponad stromatolitowy ogród, w którym manewrowały z gracją. Były znacznie wolniejsze od lotnika czy nawet padlinożerców, które pożarły truchło, i Yuri mógł podpatrzeć, jak „działają” ich ciała. Zupełnie, jakby ktoś poskładał je w pracowni do majsterkowania z łodyg w każdym rozmiarze, od patyczków krótszych, niż ludzki palec po wielkie kłody kojarzące się z kośćmi słonia; połączenia stawowe pozwalały im na wykonywanie skomplikowanych akrobacji.
Fragment „Proximy” Stephena Baxtera


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i Sk-a!



niedziela, 29 lipca 2018

Ciemny Las: Wpatrujący się w Ścianę, którym nie można ufać


Ziemia ma zostać zaatakowana przez przybyszy z kosmosu, którzy obserwują i kontrolują wszystkie działania ludzkości, poza umysłami. Do życia zostaje więc powołany program Wpatrujących się w  Ścianę. Czwórka wybranych ma za zadanie zaplanować uratowanie ludzkości tak, aby wrogowie nie przejrzeli ich intrygi. 


Niektórzy z moich czytelników mogą pamiętać, jak rok temu zachwycałam się „Problemem trzech ciał”: powieści hard sicence-fiction, która wywarła na mnie naprawdę duże wrażenie. Oczywistością było więc, że po kontynuację prędzej, czy później sięgnę. Niestety, choć to dalej książka dobra, to tym razem zamiast uwielbienia wzbudziła we mnie poczucie naprawdę ogromnego zmęczenia.
Tytuł: Ciemny las
Tytuł serii: Wspomnienie o przeszłości Ziemi
Numer tomu: 2
Autor: Cixin Liu
Tłumaczenie: Andrzej Jankowski
Liczba stron: 672
Gatunek: hard science-fiction
Wydanie: Rebis, Poznań 2017
„Ciemny las” traci bowiem dwa największe atuty, jakie miała poprzednia część. Po pierwsze, znikają nam nawiązania do historii Chin, która w „Problemie trzech ciał” stanowiła naprawdę dobre i poruszające tło. Po drugie historia traci na wiarygodności: tom pierwszy to science-fiction bliskiego zasięgu, dziejące się wręcz tu i teraz, zaś w przypadku „Ciemnego lasu” czeka nas wyprawa do dalszej przyszłości.
Jednocześnie fakt, że jednak jest to hard science-fiction sprawia, że nie jest to najlżejsza lektura. Wprawdzie nie mamy tu nadmiaru specjalistycznych terminów i wiedza nie jest wcale potrzebna, by tekst zrozumieć, jednak nie jest to bardzo lekka i przygodowa powieść. W „Ciemnym lesie” pojawiają się jednak wątki nieco bardziej filozoficzne, a sam klimat i akcja wymagają dość dużego skupienia czytelnika. Nie oznacza to oczywiście, że książka nie wciąga, bo robi to, choć jednocześnie po pewnym czasie łatwo jest poczuć pewne zmęczenie. Na dodatek jeśli już o stylu mowa to w kontynuacji zabrakło mi tych mocnych momentów, które byłabym w stanie zapamiętać; tych scenek, które zachwycałyby swoim opisem. W „Problemie trzech ciał” takowe się pojawiły, w „Ciemnym lesie” – przynajmniej dla mnie – nie było ani jednej takiej.
Niemniej, jak już wspominałam, to dalej ciekawa i dobra lektura. Szczególnie ciekawy jest główny motyw powieści, czyli właśnie Wpatrujący się w Ścianę. Ludzie, którzy mogą kłamać do woli i jednocześnie maj praktycznie nieograniczone środki na realizacje tych kłamstw. Wszystko, każde ich słowo, jest częścią ich Planu, mającego uratować ludzkość. To sprawia, że ich życie zmienia się diametralnie. Nikt im nie wierzy, nikt nie jest ich pewny, nie mogą się nikomu zwierzać i jednocześnie mają na swoich barkach olbrzymią odpowiedzialność… Cixin Liu zrobił tu naprawdę niezłą analizę takiej sytuacji i choćby dla niej „Problem trzech ciał” warto przeczytać.
Warto zaznaczyć, że choć ta część jest praktycznie bezpośrednią kontynuacją to jednak chodzi tu o kontynuacje historii Ziemi, a nie konkretnych bohaterów. Dostajemy nowe postacie i zupełnie nowe sytuacje, co pokazuje, że „Wspomnienie o przeszłości Ziemi” absolutnie nie na nich się skupia. Dlatego nic dziwnego, że sama z bohaterami nie poczułam się szczególnie związana.
Niemniej, główny bohater jak najbardziej w tej części występuje. Luo Ji  jest astronomem i socjologiem, który swego czasu postanowił tworzyć teorię dotyczące życia w kosmosie. Jest marzycielem, który jednocześnie nie jest wcale opisywany jako umysł szczególnie wybitny. Teoretycznie jest postacią nieźle skonstruowaną, ale jak wspomniałam: to nie jest osobistość, którą szczególnie bym uwielbiała.
Dodać też muszę, że same plany i knucia Wpatrujących się w Ścianę niekoniecznie mnie interesowały. Być może jest to kwestia mojego zdecydowanie humanistycznego umysłu i po prostu nie do końca je rozumiałam, niemniej: po prostu ich opisy wypadły dla mnie bardzo neutralnie. No, może z jednym wyjątkiem: obserwacja pracy Hinesa naprawdę potrafiła mnie zainteresować. Niemniej, to sam koncept i sposób funkcjonowania tej grupy ludzi mnie zafascynował, nie to, co robili.
„Ciemny las” niestety trochę mnie zawiódł. Po bardzo dobrej pierwszej części spodziewałam się równie dobrej kontynuacji, a po prostu poczułam się tą historią na tyle zmęczona, by poważnie zastanawiać się nad skończeniem trylogii. Niemniej, jeśli jesteście po tomie pierwszym i bardzo go lubicie, albo po prostu fascynuje Was tematyka poruszana w tym cyklu nie wahajcie się, by po nią sięgnąć: to dalej ciekawa dawka fantastyki.


* * *

– Naprawdę uważasz, że woda jest toksyczna, kochany? – zapytała Keiko Yamasuki ze łzami w oczach. Przed eksperymentem prosiła go wielokrotnie, by zastąpił to twierdzenie innym, również fałszywym, ale nieszkodliwym.
Skinął głową.
­­– Tak. - Spojrzał na tłum. W jego oczach widać było bezradność i zamieszanie. – Tak. Naprawdę tak uważam.
– Pozwól, że powtórzę twoje własne słowa – powiedziała jego żona, klepiąc go po ramieniu. – Życie narodziło się w wodzie i nie może bez niej istnieć. Twoje ciało składa się w siedemdziesięciu procentach z wody!
Hines pochylił głowę i spojrzał na plamy wody na podłodze. Potem potrząsnął głową.
­– To prawda, kochana. Ta kwestia mnie dręczy. To najbardziej niewiarygodna rzecz we Wszechświecie.
Fragment „Ciemnego lasu” Cixina Liu

Nomida zaczarowane-szablony