Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dla dzieci (0-12 lat). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dla dzieci (0-12 lat). Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 grudnia 2022

Wampirologia. Prawdziwa historia upadłych: książka-zabawka warta uwagi

 

Nie sądziłam, że taka książka kiedykolwiek trafi w moje ręce… a jednak! Czekając w grudniu 2021 na pociąg do domu, wycieczka do księgarni skończyła się tym, że opuszczałam ją z „Wampirologią. Prawdziwą historią upadłych” w ręku. Akurat była na promocji, a zauroczyła mnie swoją formą, więc uznałam: dlaczego nie?

Wampirologia. Prawdziwa historia upadłych
Nicky Raven
Wydawnictwo Debit, 2012

W teorii to książka-zabawka dla dzieci. W praktyce mam wrażenie, że i dorosły fan fantastyki może się przy niej dobrze bawić. O co chodzi z tym tytułem? To książka z różnorodnymi wklejkami, ukrytymi elementami i „ręcznie” pisanymi listami, która stanowi podręcznik do wampirologii z komentarzami kogoś, kto na te wampiry natrafił. 

Oczywiście treść to tylko pewne ciekawostki, wybrane przez twórcę bądź twórców cechy, które następnie zostały zebrane w całość i raczej nie należy tego traktować na poważnie. Ale jednocześnie… ta książka to naprawdę kawał dobrej zabawy. Samo jej przeglądanie, szukanie ukrytych treści i dotykanie różnych tekstur jest po prostu interesujące. Dlatego to może okazać się świetna książka np. dla nauczyciela wczesnoszkolnego, który w trakcie wydarzenia typu Halloween pokaże uczniom coś innego i ciekawego.

Dla dorosłych książka sprawdzi się wcale nie gorzej, choć tu już można zauważyć pewnie niedociągnięcia. To może być dobry dodatek na sesje RPG, szczególnie jeśli prowadzicie wampirzą kampanię. Niestety, po prostu niektóre wklejki nie są najlepszej jakości. Metalowe elementy to kawałki wypukłego papieru, kule do broni to plastikowe koraliki itd. Niemniej, rozumiem, że jest to kwestia masowej produkcji, ostatecznej ceny i celu tej książki: tytuł dla dzieci nie może być przecież w żaden sposób groźny.

Niemniej, w dalszym ciągu książka może bawić, a przy okazji może stanowić doskonałą inspirację, np. do stworzenia własnego dziennika łowcy wampirów z dopracowanymi wklejkami. Ba, to może być dobry pomysł i dla dzieci, i dla dorosłych!

Trudno jest o niej napisać właściwie cokolwiek więcej, zważając na to, że treść, choć przyjemna w przyswajaniu, jest po prostu dobrą zabawą. Ona nie próbuje udawać, że tak faktycznie jest, że treści o wampirach to naukowo zbadane dane. Ale dla mnie była i jest po prostu ciekawym elementem kolekcji, który podoba się każdemu, komu ją pokazuje!



poniedziałek, 15 sierpnia 2022

Skorek i czarownica: książka, która przełamuje schemat


Skorek mieszka w sierocińcu. Jednak w przeciwieństwie do innych dzieci, nie ma najmniejszej ochoty na to, aby go opuszczać. W końcu tu wszyscy zachowują się tak, jak ona chce! Dlatego też jest naprawdę niezadowolona, gdy adoptuje ją pewna dziwna kobieta, która szybko okazuje się czarownicą.



Przyznaję, że biorąc „Skorka i czarownicę” do swojej biblioteczki, nie do końca kojarzyłam, kim jest autorka. Dopiero w międzyczasie zapoznałam się z animowanym „Ruchomym zamkiem Hauru”, czyli adaptacją chyba najpopularniejszej powieści Diany Wynne Jones, a już po lekturze opowieści o sierotce Skorek połączyłam kropki i zorientowałam się z kim mam do czynienia. Ale właściwie to dobrze: dzięki temu wydaje mi się, że pierwsze odczucia względem tej krótkiej książeczki miałam po prostu szczere i niezabarwione jakimikolwiek emocjami względem twórczości autorki.

Skorek i czarownica
Diana Wynne Jones
wyd. Nowa Baśń, 2022

To niedługa książeczka, która ma ok. 110 stron, dużą czcionkę i ogromną liczbę obrazków. Nie ma tu więc nawet zbyt wiele miejsca na rozbudowaną opowieść. Ale to w końcu tytuł dla dzieci: on nie powinien być ani zbyt długi, ani zbyt skomplikowany.

Tyle że… to dość specyficzna literatura dziecięca. Skorek nie jest bohaterką, która przypadła mi do gustu. To dziewczynka, która wymusza, by inni zachowywali się tak, jak ona chce. Jest gotowa kłamać i knuć po to, by dotrzeć do celu. I szczerze przyznam, że wydawało mi się, że puenta tej historii będzie trochę inna, niż jest ostatecznie. Książki dla dzieci w moim odczuciu powinny mimo wszystko pokazywać prospołeczne zachowania, a „Skorek i czarownica” kompletnie się od tego schematu odcina.

Nie jestem pewna, czy to jest dobre, czy złe. Z jednej strony to pokazuje, że faktycznie dziewczynki nie zawsze muszą być idealnie grzeczne i posłuszne i że mogą walczyć o swoje. To też na pewno miłe oderwanie od typowych schematów dla dzieci, które pewnie też czasem czują się znudzone powtarzaniem w kółko tych samych opowieści.

Z drugiej jednak strony przyznaję szczerze, że nie polubiłam głównej bohaterki. Mam niesmak do jej postawy, nawet jeśli zyskuje trochę przy bliższym poznaniu. Poza tym nie podoba mi się taka ogólna powierzchowność tej opowieści. Autorka pisze ogólnikami, nie pozwala czytelnikowi wniknąć w codzienny świat bohaterki, a sama chciałabym jednak czegoś trochę więcej. Mamy w końcu na naszym polskim rynku choćby Martę Kisiel, która tę codzienność w magicznych opowieściach dla dzieci naprawdę całkiem nieźle przedstawia, nie rozwijając jej nadmiernie.

„Skorek i czarownica” to dla mnie opowiastka pół-na-pół. Ciekawa na swój sposób, na pewno znajdzie swoich zwolenników, ale do mnie takie podejście nie do końca przemawia. Mimo wszystko chyba osobiście wole nieco bardziej klasyczne opowieści dla najmłodszych.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Nowa Baśń!




wtorek, 8 marca 2022

Małe Licho i babskie sprawki: cykl dla dzieci traci rozpęd?


Kolejny rok szkolny właśnie się rozpoczyna. Bożek idzie do czwartej klasy, co oznacza wiele ZMIAN! To jednak nie tylko nowy wychowawca i nowe przedmioty, ale również… nowa dziewczyna w klasie. Co ukrywa znielubiony przez Bożka nauczyciel i czy Szczęsny ma racje, śpiewając poematy o bolesnej miłości do bladolicych niewiast?



Seriale telewizyjne dla dzieci zazwyczaj mają bardzo prostą konstrukcję. Każda historia, nawet ta fantastyczna, w gruncie rzeczy dotyka prostych, dość przyziemnych problemów. Sympatyczni bohaterowie sprawiają, że dzieciaki w trakcie oglądania dobrze się bawią, a wtórna formuła sprawia, że nikt nie czuje się w trakcie oglądania zagubiony. Właściwie książki dla dzieci są w tym bardzo podobne. I o ile pierwszy tom „Małego Licha” był czymś dla mnie, jako dorosłego czytelnika, czymś całkiem wyjątkowym, o tyle im dalej w las, tym bardziej robi się wtórnie.

Małe Licho i babskie sprawki
Marta Kisiel
wyd. Wilga, 2021
Małe Licho, t. 4

To właściwie nie wada, a pewna cecha tego typu książek. One takie po prostu są. W końcu to lektura, która ma pomóc 8-11 latkowi czegoś się nauczyć, zrozumieć, że nie tylko on/a ma takie problemy i przy okazji przeżyć jakąś przygodę w magicznym świecie i nie ma w tym kompletnie nic złego. Tyle tylko, że mnie po prostu to chyba powoli przestaje bawić. Nawiązania Marty Kisiel do kultury w pierwszych tomach były czymś świeżym i unikalnym, a teraz zaczynają mnie trochę nudzić. Mam wrażenie, że powtarzają się motywy, tak samo jak morały i to, czego bohaterowie się uczą. Nawet jeśli nie w pełni to po prostu są do siebie zbliżone duchem.

Przy okazji sama przygoda jest… jak przygoda. Ponownie, jak w poprzedniej części, to raczej obyczaj z elementami fantastycznymi, które dałoby się ograć w dużej mierze bez udziału nadnaturalnych elementów. Z nimi jest po prostu fajniej i ciekawiej, bo dzieją się jakieś rzeczy, różowe króliki latają, macki gotują, krasnoludki harcują i wszystko wybucha. 

Przyznaję, mam dylemat co do tej książki. Bo w swojej kategorii po prostu powinna się sprawdzić i jestem gotowa ją uznać za poprawną, miłą, ale dość neutralną pozycję. Ale czy mnie w jakimkolwiek stopniu emocjonalne ruszyła? Nie. Chociaż chciałabym wrócić do świata stworzonego przez Kisiel i dobrze się bawić z bohaterami, których w gruncie rzeczy lubię, to tego nie jestem w stanie zrobić w przypadku tej powieści, po prostu. Jednocześnie nie da się ukryć, że to najzwyczajniej w świecie nie jest historia napisana dla mnie.

W ogóle samego Licha w tym tomie właściwie nie ma. I rozumiem, że to fajnie brzmi, ale o ile w części pierwszej ten bohater faktycznie się gdzieś tam pojawiał to im dalej w las, tym mniej jest zakatarzonego aniołka. Nie powiem, jest to trochę przykre, biorąc pod uwagę, jak sympatyczna jest ta postać.

Tak podsumowując całość: dla dzieci ta książka to na pewno jest coś fajnego i sympatycznego. Dla mnie, jako dorosłego czytelnika, czwarty tom z tego cyklu jest zbyt prosty i wtórny, by mnie w pełni bawił.  Ale nie da się ukryć, że nie ja jestem w tym przypadku targetem.




Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Wilga!


czwartek, 3 grudnia 2020

Lato z diabłem: Ile rogów zmieści się w namiocie?

Bożek właśnie skończył trzecią klasę i teraz czekają go wakacje. Cudowne wakacje, które planuje spędzić w łóżku z książką w dłoni. Jego rodzina ma jednak inny pomysł: chłopiec ma wyjechać na miesiąc do ciotki Ody. Licho aż przyklasnęło. To w końcu pora na ich pierwszą, wspólną wielką przygodę.


Małe Licho i lato z diabłem
Marta Kisiel
wyd. Wilga, 2020
Małe Licho, t. 3

O tym, że Marta Kisiel pisze książki miłe powtarzać się nie muszę. Nie muszę też raczej wspominać o tym, że „Małe Licho” jest serią ogólnie sympatyczną z prostymi, ale ciepłymi morałami. Ale wspominam i tak, dla jasności. O tym, że trzeci tom tego cyklu dla dzieci będę chciała przeczytać wiedziałam, nim jeszcze wyszedł, dlatego nic dziwnego nie ma w tym, że się za „Małe Licho i lato z diabłem” zabrałam. Mam jednak w związku z tym tytułem pewne drobne przemyślenia, którymi się chyba powinnam w tym tekście podzielić.

Mianowicie, zaczynam mieć obawy co do jakości całej tej serii. Niekoniecznie już teraz, ale autorka pisze już tom czwarty, a tego typu książki dla dzieci lubią zmieniać się w „taśmówki”. W końcu stosunkowo łatwo się je pisze (bo długie nie są), a ludzie (nie tylko ci najmłodsi!) uwielbiają wracać do swoich ukochanych bohaterów. A mam wrażenie, że już tu zaczyna wkradać się pewna monotonia. Bożek znów – jak w tomie drugim – zostaje wysłany do Ody. Znów musi mierzyć się z kimś, kogo niekoniecznie lubi, choć w inny sposób. Problemy, przygody i morały zdają się już powoli nieco powtarzać, a to przecież zaledwie trzecia część. Na dodatek autorka nie buduje żadnej większej fabuły (a przynajmniej na to się nie zanosi), tworząc po prostu odrębne dzieła, których nie trzeba nawet czytać po kolei. To nie jest wada sama w sobie: sama jako dziecko nie interesowałam się kolejnością tego typu lektur i po prostu je czytałam. Ale jestem już od dawna dorosłym czytelnikiem i po prostu muszę zwrócić na to uwagę.

Czytając tytuł właściwie byłam przekonana, że nasz bohater będzie przyjaźnił się z jakimś diablikiem. Że to właśnie będzie główny motyw. Zakładałam, że znajdzie sobie jakiegoś rogatego przyjaciela, którego na przykład nie będzie akceptował ktoś z jego rodziny. Kisiel poszła jednak w stronę bardziej „zwyczajną”, tworząc raczej (jak w przypadku całego cyklu o „Dożywociu”) obyczaj z dodatkiem fantastyki. Bo gdybyśmy fantastyczne elementy wycieli ta główna oś pozostałaby raczej niezmienna. Zasady magii, czy inne takie nie mają tu szczególnego znaczenia. Przyznam, że po prostu po cichu liczyłam na nieco więcej rogów na metr kwadratowy. Niemniej, to narzekanie w pełni bierze się tylko z moich nieco złudnych oczekiwań. No, może jeszcze nieco podrasowały je końcowe moralitety, które są prawione Bożkowi: niby słusznie, ale miałam wrażenie, że było tego po prostu ciut za dużo.

Przyznaję jednak, że te wszystkie moje wątpliwości i uwagi to raczej wynik wrodzonego czepialstwa, niż jakieś faktyczne wady. Trzeci tom „Małego Licha” jest miłą książką dla dzieci, która i dla dorosłych może być krótką, ale sympatyczną odskocznią. Kisiel potrafi bawić się słowem, dzięki czemu jej powieści są po prostu ciepłe i zabawne, a że przekazują bardzo proste, podstawowe wartości to zwykle trudno się z nimi przynajmniej w części nie zgadzać.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Wilga!

środa, 27 maja 2020

Złota Karta: Kosik i jego literatura dziecięca


Kuba i jego młodsza siostra zaprasza Amelię razem z bratem, Albertem, na koncert. Przypadkowo trafiają na legendarną złotą kaczkę, która oferuje im milion polskich złotych, zupełnie za darmo… pod warunkiem, że wydadzą je tylko na siebie w jedną dobę.


Dla każdego, kto choć trochę zajmuje się polską fantastyką Rafał Kosik nie powinien być osobą nieznaną. To nie tylko całkiem sprawny pisarz, autor tekstów dla dzieci i młodzieży, ale też jeden z właścicieli Powergraphu, wydawnictwa, które ma w swojej ofercie kawał dobrej, polskiej fantastyki. To on często przygotowuje też okładki do książek, to on podróżuje na zagraniczne targi książki, próbując promować polską literaturę. Obok tego nazwiska nie można przejść obojętnie. 

Tyle, że ja dość długo to robiłam. Jego najpopularniejsza seria - młodzieżowy cykl “Felix, Net i Nika” - była na tyle znana, że postanowiłam po nią w czasach szkolnych nie sięgać. Bo i po co, prawda? Dlatego ominął mnie etap poznania Kosika na tym polu. Ale na szczęście w nieszczęściu w moje ręce wpadł najnowszy tom “Amelii i Kuby” pod tytułem “Złota karta”. To cykl dla nieco młodszych dzieciaków, niż druga seria dla młodzieży autora, ale przecież nie mogłam jej nie sprawdzić.

Zacznijmy więc może od takich… wdaje mi się, że całkiem obiektywnych kwestii, które raczej o książce świadczą dobrze. Rafał Kosik w “Złotej karcie” porusza ważne, często mocno edukacyjne tematy. Mamy tu i jakieś informacje o Fryderyku Chopinie, trochę o Aspergerze; mocne nawiązania do polskich legend (to jest naprawdę super sprawa!) i całkiem sporo o zarządzaniu budżetem. Styl autora jest dopasowany do odbiorcy. Dobrze wiem, że Kosik potrafi pisać niezłe rzeczy dla dorosłych (“Różaniec”), ale nie ma też problemu, aby przestawić się na tworzenie powieści napisanych lżejszym, przyjemnym językiem. Ba! Nawet trudne wyrazy w książce wyjaśnia i klarownie, i żartobliwie.

“Złota karta” zawiera też ilustracje, które są przyjemne dla oka.. Z resztą, jak na Powergraph to ta seria ma nawet całkiem ładną okładkę. A choć to seria, to ten tom można czytać odrębnie od reszty i wydaje mi się, że może dotyczyć to innych części biorąc pod uwagę konstrukcję tej konkretnej książeczki. Idealnie! W końcu dzieci niekoniecznie są zainteresowane czytaniem czegoś idealnie w kolejności.

Same zalety, prawda? Naprawdę, pod takim ogólnym względem… nie mam się do czego przyczepić. Ale po czytaniu tej książki zadałam sobie pytanie: czy ja w wieku 7-12 lat (wg. wydawnictwa zalecany dla czytelników) lubiłabym tych bohaterów i tę książkę.

Otóż nie. W żadnym razie.

Co prawda w tamtym czasie poznawałam kilka zbliżonych książek. Takich trochę semi-fantastycznych i edukacyjnych. Czytałam przecież “Żadnych chłopaków! Wstęp tylko dla czarownic”, które od pewnego stopnia miały podobną formę. Czytałam jakąś serię o dzieciach przenoszących się w czasie i przestrzeni i poznających w ten sposób świat. Ba, nawet trafiła mi się jakiś cykl o dziewczynce marzącej o zostaniem projektantką mody. Tyle tylko, że większość z tych serii miała przynajmniej jeden z trzech elementów. Albo były o zwierzętach, albo zawierały baśniowy klimat zbliżony do fantasy, albo były ogólnie rzecz ujmując “jasne”, przyjemne, lekkie i miłe.

A “Złota karta” wydała mi się jakaś taka… przytłaczająca. Niby nie brakuje tu żartów, niby postacie są miłe i sympatyczne, ale moje wewnętrzne dziecko krzyczało, że jakby… za dużo jest tu tej próby edukacji i pokazania konsekwencji czynów głównych bohaterów.

Dlatego osobiście najchętniej skonsultowała bym treść tej książki z docelowym odbiorcą. Bo choć jako osoba dorosła oceniam pod kątem merytorycznym “Złotą kartę” naprawdę całkiem dobrze, to mam obawy, czy dzieci faktycznie będą się na lekturze aż tak dobrze bawić. Niestety, tego w tej chwili nie jestem w stanie zweryfikować. Ciekawi mnie jednak, czy w “Felixie, Necie i Nice” Kosik skupia się na podobnych aspektach i emocjach; i chyba kiedyś będę musiała to sprawdzić.





Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Lodowy Smok: Literatura dziecięca czy kolekcjonerska książka?



Lodowy smok nigdy wcześniej nikomu nie dał się oswoić ani dotknąć. A jednak połączyła go nić porozumienia z człowiekiem. Adara nie jest jednak zwykłą dziewczynką: to dziecko zimy, które zawsze wydawało się bliskim zbyt opanowane i smutne jak na swój wiek. Wkrótce sielskie życie rodziny przerywa zbliżająca się od południa wojna.

Tytuł: Lodowy Smok
Autor: George R. R. Martin
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Liczba stron: 110
Gatunek: high fantasy, literatura dziecięca
Wydanie: Zysk i S-ka, Poznań 2019
„Lodowy smok” w pierwszej chwili łudząco może kojarzyć się z „Pieśnią Lodu i Ognia” George’a R. R. Martina. Jednak jeśli spojrzymy w daty wydania to opowiadanie czy też powieść dla dzieci ukazało się wcześniej od „Gry o tron”. Niemniej, wydaje mi się, że ten tekst stworzył pewne podwaliny dla tej niezwykle znanej sagi, bo niektóre elementy (takie jak smoki czy pory roku o różnych długościach) w tych dwóch dziełach jak najbardziej się powtarzają.
Przyznam, że nie do końca mam co omawiać, jeśli chodzi o samą treść. „Lodowy smok” to krótkie opowiadanie, które jest raczej stosunkowo sztampowe. Jednocześnie nie do końca rozumiem, do kogo jest kierowane. Niby dla dzieci, ale nie ma w sobie raczej infantylności typowej dla młodszych czytelników. Dla dorosłego zaś to może być krótki „zapychacz czasu”, bo treścią również raczej nie będzie powalać. Być może sprawdzi się po prostu jako łącznik między dzieckiem, a rodzicem, który po prostu chce pokazać swojego ulubionego autora latorośli. Niemniej, to tylko moje spekulacje i szczerze mówiąc, chętnie dowiedziałabym się, jak dzieci faktycznie na tę książkę reagują.


Niektóre opowiadania są po prostu przepiękne. Zachwycają stylem, językiem czy dowcipem. Jednak w przypadku „Lodowego smoka” po prostu nic szczególnie nie zwróciło mojej uwagi. Historia przebiega w sposób bardzo sztampowy dla literatury fantasy. Sam autor raczej nie ma wybitnego stylu. Martin pisze poprawnie językowo, ma dobry warsztat i wspaniale budując świat, ale daleko jego twórczości do takiej, która czaruje samym operowaniem słowem. W tym tekście nie ma ani wyjątkowego morału, ani nagłego zwrotu akcji. Ot, to sympatyczna historia o magii i smokach, którą przeczytać można, ale która w człowieku na dłużej nie zostaje. Przynajmniej w moim odczuciu.
Trochę inaczej sprawa ma się z samym wydaniem. Twarda oprawa i przepiękne ilustracje robią wrażenie. Luis Royo stworzył detaliczne i efektowne grafiki, którym cudownie jest się przyglądać. Mam jednak dwa małe zastrzeżenia co do tego wydania. Po pierwsze, nie powiedziałabym, że to ilustracje książki dla dzieci. Są piękne, ale na pewno nie nadają się dla najmłodszych, a i wiek wczesnoszkolny to chyba jeszcze ciut za wcześnie. Mam wrażenie, że ich odbiorcą docelowym jest raczej dorosły fan autora.


Druga kwestia dotyczy samego układu graficznego. Odniosłam wrażenie, że nie zawsze jest on dopracowany. Że często ilustracji jest za mało w stosunku do treści, że w niektórych miejscach niepotrzebnie występują białe kartki i puste miejsca. Być może nie dało się tego zrobić inaczej, niemniej – zwróciło moją uwagę.
Nie zmienia to jednak faktu, że „Lodowy smok” to przepięknie wydana książka. Poleciłabym ją jednak przede wszystkim fanom autora i osobom lubiącym ładne, fantastyczne ilustracje. Czy jest to dobra książka dla dziecka? Z mojego (niedoświadczonego) punkty widzenia: tak, o ile sam rodzic jest zainteresowany fantastyką i najzwyczajniej w świecie wie, z czym to się je.

* * *

Lodowy smok przynosił na świat śmierć. Śmierć spokój i zimno.

Fragment „Lodowego Smoka” George’a R. R. Martina



Za możliwość przeczytana książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!





wtorek, 12 listopada 2019

Małe Licho i anioł z kamienia: Najlepsze ferie z (nie swoim) aniołem



Święta, święta… i po świętach. Za to przychodzi ospa, która atakuje pół domostwa. Bożkiem nie ma się kto zająć, więc razem z Tsadkielem i Guciem wyjeżdża na ferie do cioci Ody. Taki obród rzeczy nie podoba się ani chłopcu, ani poważnemu aniołowi.


Tytuł:  Małe Licho i anioł z kamienia
Tytuł serii: Małe licho
Numer tomu: 2
Autor: Marta Kisiel
Liczba stron: 235
Gatunek: literatura dziecięca, fantasy
Wydanie: Wilga, Warszawa 2019
Bożek powraca w kolejnej przygodzie. Tym razem Marta Kisiel zabiera najmłodszego z dożywotników Konrada na ferie, gdzie musi przetrwać z dala od wujków, mamy i swojego Licha. Tak jak i w przy części poprzedniej, tak i przy tej, wiedziałam, że nie będę narzekać na lekturę. I w żadnym razie się nie pomyliłam.
Przeciwnie, jest nawet lepiej, niż w tomie pierwszym. W przypadku „Tajemnicy Niebożątka” narzekałam odrobinkę na chaos w treści. Tu już go nie ma, a przynajmniej nie w takiej ilości. Kisiel zdążyła przedstawić czytelnikowi świat przedstawiony już w poprzednim tomie, więc teraz może po prostu skupić się na przygodach Bożka. Wprawdzie wciąż w tej książce dzieje się dużo i szybko – ale to w końcu książka dla dzieci, ona taka po prostu musi być.
Ujmujące jest to, jak cudownie autorka oddaje dziecięce zachowania. Tonę pytań, fochy, nagłe zmiany nastroju, niezrozumienie jasnych dla dorosłych sytuacji. Naprawdę coraz bardziej ciekawi mnie, jak dzieci reagują, czytając te książeczki. Ja niestety po prostu nie mam szansy, aby to w tej chwili sprawdzić. Ale jeśli tylko nadarzy się okazja, na pewno spróbuje!
Ta część, w porównaniu do poprzedniej, wydaje mi się w pewnym sensie mroczniejsza. Oda kojarzy mi się z czymś mroczniejszym i poważniejszym, niż Konrad i jego spółka i choć Bazyl jest przy niej dobrą przeciwwagą to jednak ta postać po prostu robi swoje. Muszę jednak przyznać, że mimo wszystko trochę żałuję, że ta urocza kobieta musi mieszkać akurat w TYM miejscu: wolałabym, aby stał na nim poprzedni dom Konrada. Jest to chyba jednak po prostu moje osobiste zboczenie.
O ile w tomie poprzednim Kisiel poruszała tematykę dorastania oraz nauki przebywania w społeczeństwie, tak w tym Bożek musi zrozumieć, że czasem ludzkie (i nieludzkie) zachowania wynikają z czegoś więcej, niż tylko charakteru. Musi nauczyć się dogadywać z tymi, z którymi pozornie nic go nie łączy. Zrozumieć te osoby i do nich w jakiś sposób dotrzeć: to naprawdę cenna lekcja dla dzieci, a połączenie jej z zabawą wśród demonów, duchów i potworów jest czymś z ogromnym potencjałem.
Chyba nie muszę tu więcej dodawać. „Małe Licho i anioł z kamienia” to po prostu przeurocza książka dla dzieci, które są młode duchem bądź ciałem. Jeśli jeszcze nie znacie tej serii to naprawdę polecam ją sprawdzić, szczególnie jeśli macie wokół siebie spragnione lektury pociechy.


* * *

– Wujku, a wiesz, że Bożek ma potwora pod łóżkiem?
W korytarzu zapadła cisza. Konrad zrobił się prawie przezroczysty, Turu bardzo szybko przełykał Bardzo Brzydkie Wyrazy, żeby mu się żaden nie wymknął przy dzieciach, a mama wyglądała, jakby chciała kogoś zadusić.
Wujek Tomka niczego nie zauważył.
– Ach, naprawdę? Potwora? – odparł grzecznie, próbując dojść, co się stało z rękawem Tomkowej kurtki.
– No! Ale to bardzo miły potwór, nie trzeba się go wcale bać.
[…]
– Chyba fajnie się bawili, co? – spytał tym tonem, z jakim zwykle mówią dorośli o Sprawach, Których Dzieci Nie Zrozumieją, a oni natychmiast ruszyli z zapewnianiami, że tak, jasne, oczywiście, zabawa była na sto dwa! Ach, te dzieci i ich wyobraźnia…
Fragment „Małego Licha i anioła z kamienia” Marty Kisiel


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Wilga!

niedziela, 3 listopada 2019

Małe Licho i tajemnica Niebożątka: (Nie)zwyczajny chłopiec idzie do szkoły

Bożek spędza beztrosko czas z Lichem, potworem spod łóżka i resztą swojej nieco nietypowej rodziny. Nie musi przejmować się tym całym światem, który znajduje się poza jego domem. Dzieciństwo nie może trwać jednak wiecznie. Niedobry wujek Konrad zmusza go, by w końcu poszedł do szkoły i Bożkowi wcale, ale to wcale ten pomysł się nie podoba.

Tytuł: Małe Licho i tajemnica Niebożątka
Tytuł serii: Małe Licho
Numer tomu: 1
Autor: Marta Kisiel
Liczba stron: 206
Gatunek: literatura dziecięca, fantasy
Wydanie: Wilga, Warszawa 2018
Absolutnie nie bałam się sięgnąć po „Małe Licho i tajemnicę Niebożątka”. Marta Kisiel udowodniła mi już w swoich innych książkach, że swobodnie posługuje się żartem i słowem, znając umiar dobrego smaku. Nie wątpiłam, że w powieści dla dzieci po prostu sprawnie uniknie treści nieodpowiednich dla najmłodszych, jednocześnie tworząc powiastkę, z której cieszyć się mogą absolutnie wszyscy. Ałtorka niewątpliwie posiadane w niej nadzieje spełniła. Pierwszy tom „Małego Licha” to naprawdę niezwykle sympatyczna książka.
Jak na literaturę dziecięcą przystało, nie jest długa. Dwieście stron zapisanych dużym druczkiem mi zajęło około godziny uważnego czytania. Dla dorosłego czytelnika to więc co najwyżej krótki przerywnik od codzienności, a nie coś, czym można cieszyć się długimi godzinami. Szczególnie, że wewnątrz znajdziemy też sporo ilustracji. Schludnie wykonanych, choć przyznaje: nie do końca w moim guście. Biorę jednak pod uwagę, że to literatura dziecięca, a dla młodszych czytelników rysuje się jednak trochę inaczej.
Przedstawiona w książce historia wydaje mi się całkiem inteligentna i zręczna. Bożek to trochę odcięty od życia chłopiec, który po prostu musi trochę dorosnąć. Zrozumieć, jak działa społeczeństwo i pojąć, że bycie innym wcale nie jest złe. Choć raczej nie mam dużej wiedzy na temat dziecięcej psychiki to wydaje mi się, że młodszy czytelnik naprawdę ma szansę się z nim utożsamić. Szczególnie, że Kisiel opowiada o rzeczach stosunkowo trudnych i istotnych, ale w sposób lekki, pełny szalonych pomysłów. Nie tylko samo otoczenie Bożka jest niezwykle tłoczne i kolorowe, ale same jego przygody również. Ponadto to książka doskonała na jesienny czas, choćby przez nawiązania do Halloween.
Jeśli mogłabym się do czegoś przyczepić to do obecnego w książce chaosu. Choć rozumiem, że młodszy czytelnik nie może dostać nadmiaru opisów, by skupić się na lekturze to zabawnych detali przedstawianych przez autorkę było czasem aż za dużo. Nie jest to duża wada, być może w kontekście literatury dziecięcej nie jest wadą w ogóle, ale myślę, że warto o tym wspomnieć.
Najcudowniejszym elementem „Małego Licha” jest to, że seria należy do tego samego uniwersum co „Dożywocie”. Zawiera tych samych bohaterów, tylko opowiada nam historię z perspektywy dziecka. Dzięki temu także rodzic może doskonale bawić się przy lekturze, zwłaszcza jeśli zna inne teksty Kisiel. Wyłapywanie (ogromu) nawiązań może być naprawdę dobrą zabawą, a dziecko, gdy podrośnie, zawsze może do świata przedstawionego wrócić w odpowiedniej dla swojego wieku wersji. To naprawdę jest coś wspaniałego.
Jak wspominałam – nie jestem „znawcą dzieci” i raczej nie jestem w stanie wypowiedzieć się na temat powieści, skupiając się tylko na aspekcie jej targetu. Mi samej poznanie historii Bożka sprawiło po prostu przyjemność. Wierzę, że dzieciom, i rodzicom także sprawi: Marta Kisiel w „Małym Lichu i tajemnicy niebożątka” naprawdę sprawnie operuje słowem, tworząc przesympatyczną historię.
* * *


Oprócz tych wszystkich skarbów drobnych i nie do końca poważnych chłopiec miał też skarb największy - mamę, którą bardzo kochał i która bardzo kochała jego. I choć mama głęboko wierzyła w chodzenie spać wcześnie, tran i brokuł i często musiała za dużo pracować, to chłopiec w starym domu pod uśmiechniętym dachem nigdy, nawet przez chwilę, nie był sam.
Fragment „Małego Licha i tajemnicy Niebożątka” Marty Kisiel



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Wilga!

sobota, 15 grudnia 2018

Sztuczne broda Świętego Mikołaja: Opowiadania (nie tylko) dla najmłodszych


Święty Mikołaj stanie przed sądem i będzie próbował pracy w innych fachach, a miasteczko Blackbury poza niezwykłym ciastem i sportem będzie mogło poszczycić się też epoką lodowcową. Oto 10 opowiadań dla młodszych i starszych – ostatni prezent na święta od Terry’ego Pratchetta.


Tytuł: Sztuczna broda Świętego Mikołaja
Autor: Terry Pratchett
Tłumaczenie: Maciej Szymański
Liczba stron: 192
Gatunek: zbiór opowiadań świątecznych
Wydanie: Rebis, Poznań 2018
Terry Pratchett odszedł od nas po długiej chorobie w 2015. Dwa lata później za granicami ukazał się zbiór nigdy nie publikowanych opowiadań jego autorstwa. W tym roku nakładem wydawnictwa Rebis pojawił się w Polsce. „Sztuczna broda Świętego Mikołaja” przybyła do mnie odziana w czerwoną czapkę i… muszę przyznać, że samo wydanie naprawdę robi wrażenie.
To zdecydowanie tytuł „prezentowy”. Dostajemy niedługą, bo mającą niespełna dwieście stron książkę z zieloną obwolutą oraz czerwoną okładką; wewnątrz zbiorku znajdziemy zaś bardzo wiele ilustracji. Te pojawiają się niemal na każdej stronie i choć osobiście nie przepadam za tego typu kreską to nie mogę im odmówić tego, że faktycznie pasują do treści opowiadań.
Przy tym jednak mam wrażenie, że „Sztuczna broda Świętego Mikołaja” to zbiór przede wszystkim dla dzieci. Owszem, biorąc pod uwagę fakt, kto ten tytuł napisał, nikogo nie powinno dziwić, że wewnątrz znajdziemy sporo żartów skierowanych do dorosłych (nie sądzę, aby dziecko zrozumiało śmianie się z np. Unii Europejskiej). Historyjki są jednak często bardzo krótkie, zwłaszcza jeśli zauważymy, że czcionka w książce należy do bardzo dużych, a połowę ze stron zwykle zajmują ilustracje.
Niemniej, właśnie dzięki temu to świetny prezent dla dziecka przy którym także dobrze będzie bawił się dorosły. Mam też wrażenie, że o wiele, wiele lepiej jest kupić swojemu potomstwu dzieło znanego na całym świecie Pratchetta, niż „obojętnie jaką”, ładną książeczkę. Spotkanie z tym nazwiskiem ma szansę przedstawić młodemu czytelnikowi naprawdę niezwykłą postać w świecie literatury, nie tylko tej fantastycznej.
Humor zawarty w opowiadaniach jest… cóż, po prostu absurdalny. Pratchett często kojarzy się mi z naszym polskim Jakubem „Demem” Dębskim: czasem może nie do końca wiadomo, o co w tym konkretnym zdaniu w pełni chodzi, ale… brzmi śmiesznie. Jest śmiesznie. Zdecydowanie muszę sięgnąć po większą ilość twórczości tego pana, bo nie oszukujmy się – w tej chwili znam tylko kilka jego pozycji.
A które z tekstów podobały mi się najbardziej? W trakcie czytania miałam wrażenie, że „Sądny dzień Świętego Mikołaja” jest opowiadaniem najmocniej skierowanym dla dorosłych. Zawierał najwięcej odniesień, których moim zdaniem dziecko raczej nie zrozumie. Bardzo ciekawy jest też pierwszy tekst w zbiorze – czyli tytułowa „Sztuczna broda Świętego Mikołaja” – w którym właściwie czytamy korespondencje między pracownikami pewnego sklepu. To nieco inna, a przez to zwracająca uwagę forma. Należy też zwrócić uwagę na to, że w tym tekście nie ma opowiadań zupełnie złych, takich, które by mnie znudziły, czy wzbudziły oburzenie. Nie tylko są na to za krótkie, ale też… po prostu każdy ma w sobie coś sympatycznego i oryginalnego.
„Sztuczna broda Świętego Mikołaja” to świetny pomysł na prezent dla dziecka oraz „must have” dla każdego fana Pratchetta. W końcu ten autor ma na całym świecie grono dojrzałych czytelników, którzy uwielbiają jego twórczość i mimo że te teksty kierowane są raczej dla dzieci to nie wydaje mi się, aby ktokolwiek z nich chciał „odpuścić” jakiekolwiek dzieło tego pana. Zwłaszcza, że to naprawdę uroczo wydana pozycja.


* * *

Jak wszyscy mieszkańcy Blackbury Albert Sock lubił Horacego Clinkiera, nie zapominał jednak, że jest on, jak to się mówi, Człowiekiem z Pomysłami. A były to Pomysły, które zwykle zwiastowały mniejsze, lub większe kłopoty – jak choćby kolej podziemna, przez którą zapadła się główna ulica, albo ta cała elektryczność od której ratusz wyleciał w powietrze.
Fragment „Sztucznej brody Świętego Mikołaja” Terry’ego Pratchetta



Za możliwość przeczytania książki dziękuję Domu Wydawniczemu Rebis!
Nomida zaczarowane-szablony