Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alternatywna historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alternatywna historia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 grudnia 2022

Lód: przerobiona, nie przeczytana


Alternatywna rzeczywistość, w której świat został skuty lodem, a Polska nigdy nie odzyskała niepodległości. 1924 rok, Benedykt Gierosławski zostaje wysłany przez władze na Syberię, gdzie ma odnaleźć swojego ojca.



Do „Lodu” miałam trzy podejścia. Pierwsze na początku studiów, gdy przeczytałam ok. 300 stron. Drugie 2-3 lata później: dotarłam wówczas do 410 stron. I ostatnie, rok po ich zakończeniu, gdy książkę przerobiłam… ale nie mogę powiedzieć, że ją po prostu przeczytałam.

Miałam nadzieję, że do tej monumentalnej powieści Jacka Dukaja po prostu dorosnę. Jednak jak się okazało, mi po prostu najzwyczajniej w świecie proza tego autora nie do końca pasuje. I „Lód”, i „Imperium Chmur” to książki, których tak po ludzku nie lubię, nawet jeśli podziwiam umiejętności lingwistyczne autora.

Lód
Jacek Dukaj
wyd. Literackie, 2007

Bo bez wątpienia sam styl Dukaja w przypadku obydwu tych dzieł jest unikatowy. „Lód” jest stylizowany na mieszankę języka polskiego z okresu międzywojnia z rosyjskim (na moje oko), co z jednej strony utrudnia czytanie, zwłaszcza na początku, ale z drugiej wprowadza w unikatowy klimat. Sama baza koncepcyjna również bardzo mi się podoba. Dukaj wychodzi od prawdziwego wydarzenia i kreuje świat przedstawiony, o którym ja naprawdę chciałam czytać.

Mój problem polega jednak na tym, że dla mnie jego proza jest absurdalnie… nudna. Bo co z tego, że same koncepty są ciekawe, skoro fabuła skupia się na filozoficznych rozmowach bohatera z innymi postaciami, które szybko (dla mnie) stały się niestrawne i są ogółem trudne do przyswojenia? Wydaje mi się, że jeśli ktoś nie jest szczególnie zainteresowany fizyką i historią Polski z początku XX wieku to również, jak ja, może mieć po prostu problem z przyswojeniem tego wszystkiego.

Książka Dukaja sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać nad tym, gdzie leży granica pomiędzy artyzmem i grafomanią. Nie jestem przecież czytelnikiem, który nie sięga po trudniejsze książki. I choć mogę po prostu nie lubić i nie przyswajać stylu autora (bywa) to wiem, że od tej powieści wielu innych czytelników również się odbija. A mimo wszystko dzieła kultury tworzone są trochę po to, by były konsumowane, zaś Dukaj wyraźnie pisze przede wszystkim dla samego siebie.

Przerobiłam. Wystarczy. Raczej nie będę do książki wracać w celu głębszego zrozumienia treści. Wolę katować się powieściami, których czytanie sprawia mi choć trochę radości, a „Lód” był po prostu małą męczarnią.


czwartek, 2 czerwca 2022

Magia i ogień: szkoda na to czasu


Molly powróciła do swoich rodzinnych stron: do krainy logiki, postępu i strachu przed magią. Jeśli jednak jej bliscy mają przetrwać, musi rozpocząć polityczną grę. Co wspólnego z całym magicznym zamieszkaniem ma jej brat i czy jej przyjaciele z Północy dadzą radę przetrwać?

„Magia i stal” to książka, która okazała się przynajmniej drobnym rozczarowaniem, przynajmniej dla mnie. Liczyłam na steampunk dla dorosłych, a dostałam raczej przeciętną powieść młodzieżową, która przy okazji jedynie ustanawiała główną bohaterkę, będąc preludium do dalszych przygód. Z tego jednak powodu drugi tom, czyli „Magia i ogień”, mógł okazać się lepszą historią.

Magia i ogień
Nik Pierumow
wyd. Akurat, 2019
cykl Blackwater, t. 2

Otóż nie, a przynajmniej nie dla mnie.

Sam pomysł na świat Nika Pierumowa jest całkiem ciekawy. To w końcu alternatywna wersja rzeczywistości, w której naród quasi-brytyjski oraz quasi-rosyjski przez jakieś magiczne szambo znalazły się obok siebie. Pierwszy z nich jest stoi rozwojem i logiką, drugi magią i emocjami. Z tego można stworzyć naprawdę niezłą historię… o ile główna bohaterka nie ma 12-lat, a stawka nie jest zbyt wysoka.

Ja najzwyczajniej w świecie nie wierzę w tę opowieść. Dorośli nie są tu dorosłymi, a dziećmi w ciele dorosłych, które powierzają innym dzieciom niby-poważne zadania, knując niby-poważne rzeczy. Gdybym czytała tę powieść w szkole podstawowej, pewnie nie przeszkadzałoby mi takie podejście, ale obecnie po prostu takie podejście do fabuły sprawia, ze nie potrafię zaangażować się w historię. Dlatego samo czytanie było dla mnie trochę bezemocjonalne i najzwyczajniej w świecie nudne.

Ponadto byłam z jakiegoś powodu przekonana, że czytam dylogię. Dlatego liczyłam, że w tych dwóch częściach po prostu zamknie się cała opowieść i już. A tu niespodzianka! To zaledwie drugi z wielu tomów, z których pozostałe na polski nie zostały przetłumaczone. W związku, z czym to tylko jedna część z tasiemca, którego nawet nie mam jak skończyć czytać, jeśli chciałabym robić to w moim ojczystym języku. Dodajmy do tego fakt, że Nik Pierumow to Rosjanin, a od kiedy tę powieść kupiłam, zmieniła się trochę światowa sytuacja i może lepiej po prostu na takie książki nie wydawać.

Ja najzwyczajniej w świecie po prostu nie polecam. Nie dość, że jednak z powodu tego, co stało się na granicy, lepiej ograniczyć inwestowanie w rosyjskie przedmioty czy też kulturę, to na dodatek ani to nie jest szczególnie dobre, ani szczególnie wciągające, ani zakończone. Po prostu w moim odczuciu szkoda na „Magię i ogień” czasu.



poniedziałek, 1 listopada 2021

Impuls: alternatywna wojna w latach 30. XX w.


Co by było, gdyby historia potoczyła się inaczej i gdyby w latach 30. XX wieku wciąż trwała wojna? W 1932 roku Polacy wciąż toczą bój z Niemcami i Moskalami. Andrzej Winnicki, wybitny inżynier, zostaje poproszony o sprawdzenie, co stało się z zepsutą kapsułą transportową. Mężczyzna zostaje wciągnięty w państwowej wagi spisek.

 

„Impuls” Tomasza Duszyńskiego kupiłam nieco na oślep: w księgarni SQN nie było tego, czego akurat chciałam, więc uznałam, że OK – sprawdźmy to! Nie był to wcale taki zły wybór, bo to właśnie dzięki niemu w końcu uświadomiłam sobie, że jeśli za czymś nie przepadam to zdecydowanie za połączeniem dwudziestolecia międzywojennego, z wyjątkowymi wynalazkami i wojną. Jeśli już mam czytać o militariach, szczerze mówiąc wolę jakieś średniowiecze, bądź inne czasy, w których broń palna była używana w ograniczonym stopniu.

Impuls
Tomasz Duszyński
wyd. SQN, 2017

Piszę te słowa z pełnym szacunkiem do tej powieści. Dlaczego? Bo „Impuls” tak właściwie jest książką napisaną całkiem sprawnie. Duszyński prowadzi wątki w konkretny sposób, a w jego języku jest pewna klasa. Być może nie jest to najpiękniej napisana powieść, jaką znam (bo gdyby tak było, to jej temat raczej nie robiłby mi różnicy), ale widzę w tym twórcy potencjał i chętnie sprawdzę inne jego dzieło, które może dotyczy po prostu trochę innego tematu.

Ta powieść po prostu najzwyczajniej w świecie nie poruszała jednak tematyki, która by mnie jakkolwiek bardziej interesowała. Właściwie podobny problem miałam choćby ze „Szponami smoka” Szmidta – obiektywnie to nie była zła powieść, jeśli chodzi o rozrywkową alternatywną historie, ale czasy Polski za Piłsudzkiego jakoś nijak mnie nie potrafią zainteresować. Mam też wrażenie, że sporo podobnych historii jest już u nas na rynku i po prostu czuje, że już to kiedyś gdzieś widziałam, że to po prostu jest dla mnie wtórne.

„Impuls” jest powieścią sięgającą do steampunku (choć pary jako takiej tu nie ma, chodzi mi raczej o bardziej ogólny koncept). Olbrzymią rolę w jej przypadku stanowią techniczne wynalazki, a to też jest motyw, który niekoniecznie w powieściach szukam. Ponadto ogólnie rzecz biorąc to rozrywkowa, sensacyjno-wojenna powieść, dość „męska” i co tu kryć – nie moja. Ale osoby, które właśnie czegoś w takich klimatach poszukują, mogą się jej przyjrzeć.

Wydaje mi się też, że ta historia jest po prostu… koniec końców, dość przeciętna na wielu płaszczyznach. Bo nawet nieinteresujący mnie temat mógłby mnie chwycić, gdyby np. same postacie bardziej mnie interesowały. Niestety, tak się nie stało. Potrzebowałam dłuższej chwili, by zorientować się, kto jest kim, postacie wydawały mi się napisane trochę na jedno kopyto, styl autora i klimat pomiędzy poszczególnymi wątkami również był dość monotonny. Nie widzę w „Impulsie” nic, co mogłoby mi na dłużej pozostać w pamięci, ale ponownie – tu wiele robi też mój brak zainteresowania tym tematem.

Dodać muszę na pewno, że podoba mi się samo wydanie. Nie jest może jakoś szczególnie wybitne, ale SQN zadbało, by każdy początek rozdziału miał jakiś ozdobnik, a to zawsze miły bonus. Poza tym dostajemy klasyczna miękką oprawę ze skrzydełkami – nie jest to nic nadzwyczajnego, ale książki tego wydawcy zawsze wydają mi się dość porządne.

Podsumowując, jeśli wojna i dwudziestolecie to jest coś, czego szukacie i jeśli ogólnie wolicie bardziej stereotypowo męską literaturę, która przy tym będzie napisana z klasą i zostawi kobiece wdzięki w spokoju (bo Duszyński, na szczęście, nie na tym się skupia w narracji – i dobrze) to „Impuls” może być ciekawą propozycją jako lektura na wieczór. Ja sama do niej wracać raczej nie będę, ale chyba kiedyś samym Duszyńskim się jeszcze zainteresuje, bo naprawdę mam wrażenie, że on potrafi. Po prostu w przypadku tej powieści się „nie dogadaliśmy”. Bywa czasem i tak.


środa, 24 lutego 2021

Inne światy: Antologia inspirowana "1920+" Jakuba Różalskiego

 

Dziesiątka pisarzy, zainspirowana pracami Jakuba Różalskiego ma zamiar przenieść czytelnika w „Inne światy”. Nie znam innej takiej fantastycznej antologii. W 2018 roku SQN spróbowało połączyć świat obrazu ze słowem, tworząc piękne (choć nie bez wad) wydanie z tekstami znanych polskich pisarzy. Trafiło do mnie już w okolicy premiery, ale choć zaczęłam ja czytać, długo nie mogłam go skończyć.

„Pomiędzy” przeczytałam za to dwie książki, które są rozwiniętą wersją treści z „Innych światów”. „Zgasić słońce. Szpony smoka” Szmidta to powieść na bazie opowiadania, która nieszczególnie mi się spodobała, a „Imperium chmur” Dukaja jest jedynie trochę rozwiniętą powieścią, która w tym zbiorze się znalazła. Choć jest piękna językowo, nie za bardzo intryguje mnie pod kątem fabularnym.

Inne światy
antologia
wyd. SQN, 2018

W końcu jednak udało mi się tę antologię przeczytać w całości. Na dziesięć opowiadań okazało się, że mam w gruncie rzeczy dwa typy, które naprawdę mi się podobały. Bo o ile Dukaj jest mistrzowski, jeśli chodzi o język, o tyle, jak już napisałam, ta konkretna historia mnie nie fascynuje, po prostu. Za to opowiadania Anny Kańtoch i Łukasza Orbitowskiego są naprawdę dobrymi opowiadaniami, które przy okazji w znacznej mierze do mnie przemawiają.

Przyznaję, że z tej dwójki wolę Kańtoch. Ta pisarka swoim stylem świetnie buduje pewną baśniowość i magię, a sam tekst ma pod koniec dobrą puentę i dla mnie jest po prostu opowiadaniem kompletnym. Orbitowski jest zaś znacznie bardziej horrorowy w ten brudny, szary i smutny sposób. Przedstawia Polskę przez wiele dekad, opowiadając w krótkim tekście historię naszego kraju aż do współczesności. I niestety, o ile ten tekst naprawdę bardzo cenię to najzwyczajniej w świecie: horror nie jest „mój”. Dlatego wolę Kańtoch, jednak w tym przypadku to jest rzecz zupełnie subiektywna, bo obydwa opowiadania są bardzo dobre.

Nastepnie mamy „paczkę” tekstów, która właściwie nie do końca mnie obeszła. Co prawda Małeckiego zapamiętałam na dłużej, ale koniec końców, nie było w tym tekście niczego, co by mnie szczególnie poruszyło. Jadowska, Zielińska i Chutnik napisały „po prostu teksty” – no były, dały się czytać, ale już powoli ulatują mi z głowy. Mróz, jak na Mroza, był zaskakująco ciekawy, ale to, tak czy siak, raczej dość przeciętny poziom. Szmidt? Ponownie, nie obszedł mnie zupełnie. Żulczyk zaś wyróżnił się, sięgając po inny koncept, niż pozostali twórcy, ale że już się, z czym podobnym spotykałam, to nie zrobiło na mnie nie wiadomo jak wielkiego wrażenia.

Gatunkowo króluje tu fantastyka historyczna i alternatywna historia. Nie dziw: w końcu prace Różalskiego to często połączenie polskości z mechami. Dwa z tekstów nawiązują do Dalekiego Wschodu (Dukaj, Szmidt), jeden – do arabskiego świata (Jadowska). Jest momentami bardziej horrorowo (Orbitowski), nie brakuje post-apokalipsy (Zielińska, Małecki) czy zabaw z podróżami w czasie (Mróz). Mimo wszystko całość utrzymana jest w niezbyt kolorowym, raczej smutnym niż radosnym i baśniowym settingu. Autorzy nie zawsze trzymają się bezpośrednio ilustracji, odbijając w różne kierunki, ale klimat prac Różalskiego jest mniej-więcej oddany. 

Wiem, że z samym wydaniem były pewne kontrowersje. Niektóre prace Różalskiego są wklejone w dziwny sposób, albo np. są tylko kolorowymi ozdóbkami. Nie był to chyba najlepszy wybór SQNu i książka graficznie mogłaby wypadać lepiej, ale, tak czy siak, uważam, że taka próba zasługuje na uwagę. Nie miałabym nic przeciwko całej serii antologii, która brałaby na tapet jakiegoś twórcę dzieł plastycznych.

„Inne światy” to pięknie wydana i dość wyjątkowa pod kątem konceptu antologia. Niemniej, pod względem treści wypada dość… przeciętnie. Na dziesięciu autorów w moim odczuciu mocniej wyróżnia się trzech (z czego od Dukaja wiele osób może się odbić). Pozostałe teksty są często „do przeczytania”, nie mam na ich temat szczególnych krytycznych uwag, ale nie jestem w stanie uznać tego zbioru za coś absolutnie wyjątkowego.


niedziela, 13 grudnia 2020

Diabeł na wieży: Domenic Jordan i polowanie na demony


Tajemniczy medyk, Domenic Jordan, przemierza XVIII-wieczny świat. Kierowany ciekawością, bada nietypowe przypadki, stykając się z magią i demonami.


„Przeksiężycowi” Anny Kańtoch to lektura praktycznie idealna. Oryginalna, ciekawa, dobra zarówno na poziomie rozrywkowym i intelektualnym. Nie mogłam więc poprzestać tylko na niej. Gdy tylko nadarzyła się okazja kupiłam więc „Diabła na wieży”. To zbiór opowiadań zawierający debiut autorki z 2004 roku oraz pięć jej innych opowiadań: pierwszych, jakie zostały wydane w formie książkowej.

Koncept, jaki stoi za tym zbiorem jest wybitnie prosty. Nie jest to też forma niespotykana u nas. „Diabeł na wieży” przypomina wiedźmińskie opowiadania czy – nawet bardziej – „Cykl Inkwizytorski” Jacka Piekary. Tak jak i tam, nasz główny bohater to powiązany z religią (choć nie tak bezpośrednio) człowiek, który rozwiązuje magiczne zagadki. Podobnie jak u Piekary, tak i u Kańtoch świat udaje nasz, choć wydaje mi się, że w tym przypadku miasta, lokacje, osoby, rodziny itd. są w pełni fikcyjne. W przeciwieństwie jednak do opowieści o Mordimerze, Domenic Jordan jest postacią spokojniejszą, bardziej zamkniętą w sobie i inteligentniejszą. Jest też znacznie mniej wulgarny i o wiele bardziej elegancki, swoją konstrukcją postaci przypominając nieco Sherlocka Holmesa. Jako, że to właściwie jeden z moich ulubionych „typów” detektywów (a tych generalnie bardzo lubię) miał spore szansę, aby wpisać się do kanonu moich ulubionych.

Diabeł na wieży
Anna Kańtoch
wyd. Powergraph, 2018
Domenic Jordan, t. 1

Niestety, choć bardzo liczyłam na Kańtoch to… to się niestety nie zdarzyło. Te opowiadania są debiutem autorki i to bardzo, ale to bardzo widać. „Diabeł na wieży” ma fragmenty bardzo klimatyczne. Jego styl zapowiada już inteligentną i zgrabnie poprowadzoną narrację z „Przedksiężycowych”. Ogół tych opowiadań wypada jednak dosyć miernie. Autorce wyraźnie brakowało jeszcze warsztatu, aby tak prosty pomysł dobrze ograć.

W swoich opowiadaniach autorka często skacze po narracjach. Buduje tajemnice wokół Jordana, ale nie trzyma jej się odpowiednio. Spójrzmy choćby na tytułowe opowiadanie. Tekst zaczyna się z perspektywy innego medyka, z którym spotyka się Domenic. Widzimy go jego oczami; powoli zaczynamy zastanawiać się, kim jest ten tajemniczy i dobrze ubrany człowiek. Dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej? A potem, zamiast trzymać się tego od początku do końca, autorka nagle przeskakuje na Jordana, psując cały budowany przez opowiadanie suspens.

Kolejnym problemem w tym zbiorze jest samo budowanie zagadki. Mam wrażenie, że Kańtoch w tamtym okresie jeszcze nie do końca potrafiła kreować świat przedstawiony. Informacje, które podaje czytelnikowi, zwykle wydają się być niepewne, jakieś takie… niedorobione. Zagadek nie rozwiązuje się więc płynnie. Albo zbyt szybko da się odgadnąć zakończenie, albo Jordan dochodzi do konkluzji ot tak, bez odpowiedniej drogi do niej. To psuje zaskoczenie. Niestety, kryminał fantasy jest często trudniejszy do napisania, niż ten realistyczny, bo trzeba skutecznie wpleść w ekspozycje opis świata przedstawionego, ale robiąc to tak, by czytelnik nie połączył od razu wszystkich kropek.

Ze wszystkich opowiadań najbardziej podobało mi się chyba to zatytułowane „Serena i cień”. Było chyba jednym z najdłuższych i często naprawdę dobrze budowało klimat, choć i w nim nie wszystko gra doskonale. Niestety, te pozornie drobne elementy sprawiały, że wybijałam się z lektury i choć chciałabym uwielbiać Domenica Jordana – na tę chwilę nie umiem tego zrobić. Kańtoch przedstawiła jego oraz otaczającą go rzeczywistość zbyt topornie.

Zapewne sięgnę po kolejne tomy, choćby po to, aby sprawdzić, czy kolejne teksty będą warsztatowo lepsze. W końcu dobrze wiem, jak mocno wyrobiła się ta pisarka i mam szczere przeczucie, że kolejne opowiadania mają pełne prawo wypadać znacznie lepiej i płynniej. Przyznam jednak, że spodziewałam się jednak czegoś lepszego. Sięgałam po „Diabła na wieży” z nadzieją na bardzo porządnie skonstruowane historie, a dostałam raczej dość zwyczajny i problematyczny debiut. Na szczęście  z dwojga złego lepiej w tę stronę! Zawsze cieszy mnie „widok” autorów, którzy faktycznie rozwijają się literacko.


czwartek, 22 października 2020

Imperium Chmur: "Lalka" i haiku, czyli Dukaj przedstawia inny świat

 


Kiyoko straciła ojca jeszcze nim zdążyła go dobrze poznać. Choć niewykształcona, została nauczona pisma. Dokumentuje więc to, o czym słyszy w górskich stoczniach, w których tworzona jest niezwykła armia składająca się z latających maszyn.

 

Naprawdę trudno pisze się o takich książkach, jak „Imperium chmur” Jacka Dukaja (którą otrzymałam dzięki współpracy z Tanią Książką). A przynajmniej mi, zwłaszcza, że to pierwsze moje pełne spotkanie z tym autorem. Poprzednio porwałam się z motyką na słońce, próbując przeczytać w całości jego „Lód”, co okazało się kompletnym fiaskiem. Choć styl Dukaja był wyśmienity to przynajmniej w tamtym czasie po prostu nie potrafiłam przez tę powieść przebrnąć.

Bo czym jest w ogóle „Imperium chmur”? Wedle gatunku to fantastyka; alternatywna historia nawiązująca (według wydawcy) do „Lalki” Bolesława Prusa. I choć z jednej strony ten opis nie mija się wcale z prawdą to z drugiej: ta książka po prostu nie jest typowym, rozrywkowym dziełem. Po prostu.

Dlatego, że w tej powieści kluczowa zdaje się być forma, o czym z resztą mówi sam autor.  Dukaj zdecydował się na bardzo, bardzo mocną inspiracją haiku, co samo w sobie jest wręcz wspaniałym pomysłem. Jeśli chcemy oddać klimat Japonii to najlepiej sięgnąć po coś co będzie się kojarzyło właśnie z tym krajem, nie tylko w formie nawiązań kulturowych do innych bogów, strojów czy rodzajów broni. A skoro haiku jest formą, która od razu przywodzi na myśl Kraj Kwitnącej Wiśni to ten wybór zdaje się z jednej strony oczywisty, z drugiej – trudny do realizacji. To bez wątpienia ogromne wyzwanie dla pisarza. 

I muszę przyznać, że w tych elementach, w których to nawiązanie jest widoczne najbardziej, czyli w opisach przyrody, ta forma sprawdza się doskonale. Niektóre akapity aż proszą się o to, aby włożyć je w ramkę i gdzieś powiesić. Nie czytałam wielu książek dotyczących Japonii, ale z nich wszystkich „Imperium chmur” miało najbardziej nietypowy i najbardziej kojarzący się z tamtymi rejonami świata klimat. Zwłaszcza, że autor zdaje się mieć dużą wiedzę na temat rejonu, o którym pisze.

Jednakże przy tym wszystkim: gdyby to była powieść obyczajowa o życiu w Japonii chyba podobałaby mi się po prostu bardziej. Wolałabym skupienie się na drobnych dniach życia codziennego, na zabawie formą z delikatną, miłą fabułą. Bo ta forma jest tu już tak duża, że dodanie do tego jakiejś technologii, postaci z polskiej literatury, jakiejś próby stworzenia większej historii po prostu w moim odczuciu umyka. Fantastyka wymaga bardzo dobrej ekspozycji. Tak aby czytelnik mógł dobrze zrozumieć świat i nawiązania. A mam wrażenie, że aby to zrobić w pełni musiałabym tę powieść przeczytać jeszcze kilka dobrych razy. Zastanawiam się, czy nie mamy tu odrobiny przerostu formy nad treścią, ale nie czuje się na tyle kompetentna, aby to ocenić.

Co mnie jednak zaskoczyło to fakt, że przy tak specyficznej formie Dukaj wcale nie rezygnuje chwilami z żartu. Aby go dostrzec, trzeba się dość mocno wczytać, ale on tam jak najbardziej jest. Niemniej, muszę przyznać, że czasem miałam jednak problemy, aby przebić się przez poetyckość języka oraz dialogi nie tylko oznaczane w sposób anglosaski, ale też często znajdujące się w jednej linijce (tj. zapis wygląda tak: „Witaj” „Witam” „Co robisz?”).

Spotkanie z „Imperium chmur” na pewno było dla mnie rozwijającym doświadczeniem. Sama najzwyczajniej w świecie nigdy w życiu nie wpadłabym na pomysł, aby wykorzystać tak specyficzną poezję do pisania prozy i jeszcze zrobić to z takim taktem. Dawno nie czytałam czegoś tak artystycznego i zdecydowanie nie napisanego z myślą o sprzedanych egzemplarzach. Jednocześnie jednak mam bardzo mocne poczucie, że osoby bardziej zainteresowaniem tematyką Japonii czy nawet po prostu „Lalki” Prusa wyciągną z niej więcej, niż ja. Aby ten tytuł naprawdę dogłębnie ocenić trzeba byłoby chyba (w moim odczuciu) skupić się na analizie obrazu tego kraju w powieści Dukaja, a ja po prostu nie mam narzędzi, aby tego dokonać.



Więcej ciekawych książek fantastycznych znajdziecie na stronie księgarni Tania Książka:

czwartek, 16 kwietnia 2020

Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu: Zbrodnia w wiktoriańskim Londynie




Wiktoriański Londyn. Clovis LaFay, nekromanta ze znamienitego rodu, na prośbę przyjaciela, Johna, dołącza do Scotland Yardu jako specjalista do spraw osób umarłych. Mężczyźni zaczynają wspólnie pracować nad zagadkami. W tym samym czasie Clovis odkrywa, że siostra Johna, Alicja, ma niewątpliwy potencjał magiczny. Jako, że oficjalne nauczanie magii jest niedostępne dla kobiet, LaFay zaczyna pełnić rolę jej mentora.
Tytuł: Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu
Autor: Anna Lange
Liczba stron: 448
Gatunek: fantasy, alternatywna historia
Wydanie: SQN, Kraków 2016

Dobrze pamiętam, że gdy „Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu” zostały wydane, podchodziłam do tej książki jak pies do jerze. Eee, to brzmi jak kolejna młodzieżówka z dzieciakiem w roli głównej – myślałam sobie. I choć kusiło mnie, by kiedyś książkę sprawdzić, ta myśl sprawiła, że wiecznie było mi szkoda na nią czasu i finansów. Aż w końcu trafiła w moje ręce. I wiecie co? Jeśli czytaliście to wiecie. Troszeczkę się pomyliłam.
„Clovis LaFay…” to może i debiut, ale na pewno nie jest książką typowo młodzieżową, ani też niekompetentną i głupią. Przeciwnie wręcz. O tak porządną pierwszą książkę naprawdę trudno. Bo choć może ideałem nie jest, to jako rozrywkowe fantasy sprawdza się znakomicie.
Przede wszystkim dostajemy od autorki grupę naprawdę sympatycznych bohaterów. Clovis to pozornie bogaty dzieciak, ale mimo wszystko swoje o życiu wie. Potrafi być leniwy, ale gdy się na czymś zna to jest kompetentnym specjalistą. To dobra dusza, może trochę naiwna, którą chciałoby się mieć w roli własnego przyjaciela. John jest w pewnym sensie jego przeciwieństwem. Twardo stoi na własnych nogach, jest konkretniejszy i zdecydowanie mniej rozmarzony, ale ma swoją moralność i dobre serce. Alicja to zaś dość typowa postać wyrastająca poza swoją epokę. Ambitna dziewczyna, która nie do końca potrafi zrozumieć, dlaczego sam fakt bycia kobietą sprawia, że nie może tego czy tamtego. Niemniej, nie zostało to podane w przesadny sposób. Alicja nie jest typem kompletniej buntowniczki; raczej po prostu nie waha się korzystać z okazji, jeśli życie jej takową daje.
Bohaterowie potrafią więc naprawdę zauroczyć. Zauroczyć też może sam świat. Zwykle magiczny i steampunkowy, a’la wiktoriański Londyn kojarzy mi się z kiczem, ale nie w tym przypadku. Być może Lange nie ma rozmachu Tolkiena, ale sensownie ustanawia zasady i wpasowuje magię w nasze realia, zmieniając je odrobinę. Ale też nie do przesady: „Clovi LaFay…” jest dalej powieścią osadzoną w naszym świecie. To urban fantasy, jedynie przeniesione do wiktoriańskich czasów. Nie oszukujmy się – to ma swój unikatowy klimat.
Językowo Lange też jest całkiem niezła. Nie ma w jej stylu infantylności. Ma adekwatny ciężar, ale nie przytłacza. Może nie należy do nadmiernie poetyckich, ale jednocześnie zachowuje klimat bardziej historycznej ery. Nie oszukujmy się, gdyby pod kątem językowym ta książka była po prostu zła – nie czytałoby mi się jej tak dobrze.
Mimo tego tu zaczynają się już drobne schody. Bo jeśli miałabym się do czegoś w tej powieści przyczepić to między innymi do doboru scen przez autorkę. Lange w wielu momentach sięga po ogólne opisy sytuacji, zamiast skupić się na dialogu i opisywaniu detalicznych relacji między postaciami. Przez to chwilami odnosiłam wrażenie, jakby albo chciała się pośpieszyć albo czuł się niekomfortowo w opisywaniu zbliżeń między postaciami. Nie chodzi mi tu, broń Boże, o intensywne sceny romantyczne. Jedynie czasem przyjaźnie, jakie zawiązują się między bohaterami, nie wybrzmiewają tak mocno. Rozumiem, że łatwiej jest czasem napisać, że postacie wspólnie spędziły popołudnie, ale to jednak pozostawia pewien niedosyt. Szczególnie, że postacie wykreowane przez autorkę są bardzo sympatyczne i po prostu aż chciałoby się spędzić z nimi kilka nieco bardziej intymnych chwil.
Drugą kwestią, która – mam wrażenie – w tej powieści kuleje jest sama fabuła. To nie tak, że jej nie ma, bo jak najbardziej jest. Ale samo zawiązanie akcji i to, o co w gruncie rzeczy chodzi nadchodzi dosyć późno i jednocześnie sprawia chwilami wrażenie zbyt dużego zbiegu przypadków. Nie razi to szczególnie, bo Lange jest całkiem kompetentna, ale po prostu muszę zwrócić na to uwagę.
Wracając jeszcze na chwilę do późnego zawiązania akcji dodam tylko, że w związku z tym „Clovis LaFay…” początkowo sprawia wrażenie bardzo niezdecydowanej powieści. Czy chce być kryminałem, czy może jednak historią przyjaźni? Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by było i jednym, i drugim, ale najzwyczajniej w świecie odniosłam wrażanie, że autorce zabrakło warsztatu, by zupełnie płynnie wprowadzić nas i w świat, i relacje między bohaterami, i intrygę.
Niemniej, te wszystkie problemy są naprawdę drobne w stosunku do tego, jak przyjemną powieść dostajemy jako produkt końcowy. „Clovis LaFay. Magiczne akta Scotlnd Yardu” to naprawdę niezwykle przyjemna, rozrywkowa fantastyka, w której widać i serducho do tworzonych treści, i dokładność w kreacji całości. Choć kilka lat minęło już od jej wydania, mam szczerą nadzieję, że autorka pracuje nad kolejną powieścią, bo chętnie sprawdziłabym, czy w kolejnej książce załata te drobne minusy i przedstawi coś jeszcze lepszego.

* * *

(...) Jacob Snaith miał strasznego pecha. Przyjechać na białym koniu w celu ratowania księżniczki przed smokiem i najpierw natrafić na przebywającego u niej w gościnie złego czarnoksiężnika, a potem zostać razem ze smokiem wyrzuconym przez nią z zamku...
Fragment „Clovisa LaFay. Magicznych Akt Scotland Yardu” Anny Lange


sobota, 4 kwietnia 2020

Zgasić słońce. Szpony smoka: Gdy Japonia ma wyzwolić Polskę z rąk zaborców


Początek XX-wieku. Najpotężniejsze mocarstwa zachodu, korzystając ze swojej najświeższej technologii, próbują pokonać siły japońskiego imperium, które zdaje się być w mocy zagarnąć cały świat. Nie bez powodu: za sprawą bogini, ich wojska są wspierane przez magiczne siły. Nalot na Tokio może być ostatnią szansą dla zachodniego świata. W tym samym czasie Józef Piłsudzki widzi w azjatyckiej potędze szansę dla Polski na niepodległość.

Tytuł: Zgasić słońce. Szpony smoka
Tytuł serii: Zgasić słońce
Numer tomu: 1
Autor: Robert J. Szmidt
Liczba stron: 440
Gatunek: alternatywna historia
Wydanie: SQN, Kraków 2020
Z Robertem J. Szmidtem miałam do tej pory styczność tylko raz. Pierwszy tom jego „Kronik jendorożca” był powieścią całkiem niezłą pod kątem warsztatu. Lekką i rozrywkową fantastyką, która być może nie zapadła mi na dłużej w pamięć, ale jednocześnie w trakcie czytania po prostu spełniła swoje zadanie. Dlatego po najnowszej książce tego autora – „Zgasić słońce. Szpony smoka” – spodziewałam się dokładnie tego samego.
Przyznam, że trochę obawiałam się tej historii. Sam koncept wydawał mi się co najmniej szalony. Połączenie wątku niepodległości Polski z epicką wojną świata zachodniego z Japonią, bronioną przez wielkie smoki brzmi po prostu absurdalnie. Zwłaszcza, że (przynajmniej w moim odczuciu) trudno jest nam, Polakom, dobrze oddać kulturę azjatycką. Jeśli autor nie zna japońskiego, jeśli nie zna bezpośrednich źródeł, często to, co dostajemy jest pewną stereotypową, popkulturową papką, która – zupełnie szczerze mówiąc – raczej mnie nudzi i odrzuca, niż interesuje.
Robert Szmidt ma jednak, na szczęście, na tyle dobry warsztat, że ten cały absurdalny świat jakoś funkcjonuje jako całość. Tak, wydaje mi się, że przedstawienie Japonii w tej powieści jest mocno komiksowe i mocno absurdalne, ale takie było chyba założenie od samego początku. Za to jednak absolutnie nie mogę powiedzieć, by „Zgasić słońce” było powieścią, którą czytałam z przyjemnością. Wręcz przeciwnie.
Nie wiem jednak, czy uda mi się wyjaśnić skąd wzięły się moje odczucia. Zacznijmy może jednak od powtórzenia: Szmidt wie, jak pisać. Wie, jak konstruować historie, jak składać całość w kupę i tworzyć rozrywkową literaturę. „Zgasić słońce” ma bardzo konkretną konstrukcję i wydaje mi się, że naprawdę wielu osobom może z tego powodu do gustu przypaść. Ja mam chyba jednak z tą powieścią dwa główne problemy.


Po pierwsze, opis bitwy. Ta książka podzielona została wyraźnie na trzy konkretne fragmenty, z czego pierwszy segment dotyczy właściwie tylko opisu nalotu na Tokio. A jeśli ktoś mnie choć trochę zna to doskonale wie, że ja i militaryzm… No, to niekoniecznie się łączy. Opisy bitew są zwykle dla mnie najnudniejszym elementem literatury i trudno wzbudzić we mnie większe zainteresowanie takimi opisami. Zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z bitwą powietrzną, która rozgrywa się na sterowcach lub latających statkach. Bardzo nie lubię sterowców i latających statków, mimo słabości do steampunkowej stylistyki. A tu właśnie to dostałam. Nic więc dziwnego, że tę pierwszą jedną trzecią powieści męczyłam przez blisko miesiąc. Szczególnie, że główny bohater nie był postacią, którą miałam ochotę obserwować, szczególnie na samym początku, gdy niewiele o nim jeszcze wiedziałam.
Mój drugi problem z tą powieścią to poczucie, że właściwie… przeczytałam trochę… nic? „Zgasić słonce” ma pewne pozornie ciekawe i oryginalne koncepty. Nie znam wśród polskiej alternatywnej historii czegoś z podobnym założeniem startowym. Dlatego samo założenie świata przedstawionego już z daleka wydaje się ciekawe. Jednakże po wczytaniu się w tą powieść doszłam do wniosku, że… ona właściwie niewiele mi oferuje. Główny bohater, Andrzej, to po prostu młody kadet, bez szczególnych cech charakteru. Czasem popełnia głupie błędy, czasem nie, ale generalnie – po prostu sobie jest. Przez blisko 2/3 powieści nie ma zaś żadnej postaci, od której mógłby się „odbijać”. Odnosiłam wrażenie, że lwia część tej książki to opisy jak postać wstała, zjadła i poszła się bić lub pracować, a to wcale nie jest dobra nowina dla powieści. Dobrze skonstruowanie relacji między postaciami to naprawdę niezwykle istotny element takich historii, a tu mi tego zabrakło. Szczególnie, że nawet gdy pojawia się na kartach powieści wszystkim nam znany Józef Piłsudzki… osobiście nie poczułam się szczególnie zaintrygowana ani nim, ani jego relacją z Andrzejem.
Fabuły też jest tu zadziwiająco mało, przynajmniej w moim odczuciu. Być może to spowodowane jest tym, że ta książka zdaje się być pewnym preludium do kolejnego tomu i raczej wprowadza nas w świat przedstawiony. Świat przedstawiony, w którym jest taka ilość elementów, że autor po prostu musiał nas w niego wprowadzić.
Niemniej, jak już pisałam – naprawdę zrozumiem, jeśli ta książka komuś się spodoba i nie mam zamiaru tego negować. Chociaż gdy odkładałam „Szpony smoka” nie miałam ochoty do nich wracać, to samo czytanie przebiegało naprawdę sprawnie. Język Szmidta jest bardzo klarowny, prosty i pozbawiony ozdobników, choć przy tym wcale nie infantylny. Jeśli lubicie opisy bitew oraz jesteście zainteresowani różnego rodzaju mechami i fantastycznymi wynalazkami: to może okazać się książka dla Was. Ba, jeśli jesteście patriotami zainteresowanymi odzyskiwaniem przez Polskę niepodległości! Ta książka zapewne też Was zainteresuje. Odnoszę wrażenie, że „Szpony smoka” to powieść zaprojektowana tak, by po prostu dobrze się sprzedawała, trochę jak filmowe blockbustery. I nie widzę w samym tym fakcie kompletnie niczego złego.
Ja sama jednak nie mam szczególnej ochoty na powrót do tej powieści. Czytałam ją naprawdę długo, nie mając czasem ochoty do niej wracać przez tydzień lub dwa. Absolutnie nie skreślam jednak przy tym autora. To, że tematyka tej książki i sposób podania historii mi nie odpowiada, nie oznacza, że inne mi się podobać nie będą. Szmidt ma naprawdę wyćwiczone pióro i przy tym będę stać murem. Nie jest może pisarzem-artystą, ale wie, jak połączyć pewne elementy, aby stworzyć rozrywkową fantastykę, a to też nie jest proste zadanie.

* * *

Zerwał się na nogi i podbiegł do najbliższej okiennicy. Deski, z których ją zbito, były bardzo nierówne, szybko więc znalazł szczelinę i wyjrzał na plac. Zobaczył tył samochodu, a tuż obok…
Uśmiechnięty od ucha do ucha Araki kucał przed dwojgiem dzieci. Dziewczynka mogła mieć cztery latka, góra pięć. Ubrano ją w różowe kimono, czyli rodzaj tutejszego stroju, noszonego zarówno przez kobiety jak i mężczyzn. Chłopczyk, może o rok starszy od niej, miał na sobie nieco wygodniejsze odzienie, aczkolwiek również fantazyjnie egzotyczne. Komendant droczył się z nimi przez chwilę, po czym ucałował oboje i nie wstając, przyglądał się, jak roześmiane pociechy odbiegają w stronę samochodu.
Potwór ukazał ludzką twarz. To powinno ucieszyć obserwującego sielski widok jeńca, ale Hordyński ani się nie uśmiechnął, ani nie poczuł ulgi. Jego sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej.
Fragment „Zgasić słońce. Szpony smoka” Roberta J. Szmidta




Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

sobota, 6 kwietnia 2019

Obudź się i śnij. Tchorosty i inne wy-tchnienia: Dobra książka, tylko nie dla mnie


Zbiór opowiadań i powieść MacLeoda w jednym tomie. Te fantastyczne teksty to triumf ludzkiej wyobraźni, traktujące między innymi alternatywną historię naszego świata, opowiadające o przyszłości zamieszkanej przez prawie same kobiety oraz o znalezionej w lesie, bezdomnej dziewczynie.

Tytuł: Obudź się i śnij. Tchorosty i inne wy-tchnienia
Autor: Ian MacLeod
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Liczba stron: 688
Gatunek: fantastyka
Wydanie: Wydawnictwo Mag, Warszawa 2015
Trafianie na książki złe nie jest przyjemne. Nie jest to jednak najgorsza rzecz, jaka może przytrafić się czytelnikowi: w końcu i z takiej lektury można czerpać radość (określenie guilty pleasure istnieje nie bez powodu) albo naukę. Dużo gorsze jest trafianie na książki dobre… ale takie, których się absolutnie nie lubi.
Zacznijmy jednak najpierw od tego, czym jest „Obudź się i śnij. Tchorosty i inne wy-tchnienia”. To tak naprawdę dwa dzieła zamknięte w jednej książce. To pierwsze jest powieścią osadzoną w alternatywnej rzeczywistości (lata 40. XX wieku, Hollywood. Ludzkość odkrywa specyficzny rodzaj kina), a drugie to po prostu zbiór opowiadań. Mamy tu do czynienia przede wszystkim z fantastyką naukową, ale pojawiają się też treści fantasy, choć nie mamy tu klasycznej historii o magach, czarach i przygodach.
Sam wstęp do tych historii naprawdę mi się spodobał. MacLeod cudownie pisze o fantastyce i powodach jej powstania, dlatego początkowo poczułam, że to naprawdę ciekawy człowiek, którego teksty chce poznać. Problem polegał na tym, że po prostu coś mi w jego opowieściach „nie siadło”. Może to przez to, że mimo wszystko moje serce należy bardziej do fantasy niż fantastyki naukowej?
MacLeod naprawdę pisze jasno. Jego język nie należy do tych najlżejszych, ale jednocześnie jest klarowny, „codzienny” i wydaje mi się, że czytelnikom nieco bardziej obytym nie powinien sprawiać najmniejszej trudności. Na dodatek wszystkie jego treści traktują fantastykę jako wymówkę do opowiedzenia historii postaci z krwi i kości. Autor skupia się na emocjach i uczuciach swoich postaci, opowiadając historie, które w gruncie rzeczy mogłyby się zdarzyć i nam, gdybyśmy tylko usunęli elementy nadprzyrodzone. Zwykle naprawdę lubię takie podejście twórców, ale… niestety, nie w tym przypadku.
Osobiście prędko poczułam się przez całą tę książkę niezwykle znudzona. Mimo że niby czytało mi się ją całkiem przyjemnie, gdy już ją otwarłam, to musiałam się zmuszać, by do niej wracać ponownie. A że z reguły czytam często, ale krótko (bo trudno mi się skupić) to automatycznie tydzień czytania przeciągnął się w dwa tygodnie… trzy… aż poczułam się zmęczona samym faktem, że cały czas jestem w trakcie tej samej książki. Zwykle tego typu tytułu połykam w weekend, albo maksymalnie „tydzień roboczy”.
MacLeod przedstawia nam naprawdę ciekawe wizje. „Tchorost” pokazuje nam świat pozbawiony mężczyzn z bohaterką, która uczy się, kim takowy jest. „Południowa sadzawka” to chyba jedyne opowiadanie, które naprawdę mnie wciągnęło: to delikatna historia muzyka, który przygarnia pod swój dach zagubioną, bezdomną, ale dziką dziewczynę. „Obudź się i śnij” jest zaś ciekawą wizją świata i przy okazji naprawdę niezłym kryminałem. Niestety, ja po prostu tej książki nie potrafię lubić.
Nie żałuję spotkania z MacLeodem, ale jednocześnie… naprawdę mam dosyć tej książki dosyć. Chciałabym, by było inaczej: to naprawdę dobre dzieło pod kątem technicznym. Ale po prostu najwyraźniej nie jest to ani książka, ani twórca dla mnie.

* * *

Skoro wszystkie opowieści są ciekawym kłamstwem i gdyby spróbować ustalić jedną, ogólną zasadę dla całego gatunku historii fantastycznych, mogłaby ona brzmieć: Jeżeli próbujesz kłamać, rób to na wielką skalę. Dlaczego osadzać wydarzenia we własnej wersji istniejącego miasta, skoro można wymyślić całe nowe miasto? A kiedy już zaczyna się sobie to nowe miasto wyobrażać, wydaje się niemal brakiem wyobraźni autora, jeżeli ograniczy się tylko do zwykłej architektury, tradycyjnych nazw ulic, tradycji i sklepowych witryn. Szkoda byłoby się tak zamykać. I gdy raz pójdzie się tą drogą, zawsze – jak sądzę – istnieje pragnienie, by posunąć się nieco dalej. Być może potrzeba owa rodzi się z czegoś tak pospolitego jak naturalna, ludzka tendencja do przesady.
Fragment „Obudź się i śnij. Tchorosty i inne wy-tchnienia” Iana MacLeoda


sobota, 15 września 2018

Moja Jane Eyre: Młodzieżówka zachęcająca do sięgania po klasykę


Jane zaczęła pracę w szkole. Charlotte, jej przyjaciółka, wciąż się w niej uczy. Dziewczyny są nierozłączne. Charlotte zauważa jednak, że Jane często dziwnie się zachowuje, mówiąc do samej siebie. Wkrótce odkrywa, że jej przyjaciółka widzi duchy.

Tytuł: Moja Jane Eyre
Tytuł serii: Ladyjanistki
Autorzy: Cynthia Hand, Brodi Ashton, Jodi Meadows
Tłumaczenie: Maciej Pawlak
Liczba stron: 512
Gatunek: historyczne fantasy
Wydanie: SQN, Kraków 2018
Gdy trzy panie biorą się za napisanie jednej książki efekt końcowy może być naprawdę różny. Dlatego za „Moją Lady Jane”, poprzednie dzieło autorek „Mojej Jane Eyre” nawet się nie zabierałam. Skoro jednak stworzyły kolejną książkę utrzymaną w tej samej konwencji (choć historie fabularnie są zupełnie rozdzielne) uznałam, że może warto spróbować? Zobaczyć, co takiego wyszło spod ich pióra?
„Moja Jane Eyre” to książka bardzo mocno oparta na powieści Charlotte Bronte, „Dziwne losy Jane Eyre”. Autorki, czyli Cynthia Hand, Brodi Ashton oraz Jodi Meadows uznały, że nie zgadzają się z oryginalną wersją i napiszą własną, opisującą to, co według nich przydarzyło się zarówno Charlotte, jak i Jane. A to, co się wydarza, jest absolutnie szalone i sprzeczne z jakimikolwiek zasadami panującymi w realnym świecie.
Nie ma co się oszukiwać: ta pozycja to przede wszystkim komedia. To nie jest poważny utwór, który jest sens analizować pod względem sensu świata przedstawionego. W pewnym sensie kojarzy mi się z książką Marii Krasowskiej, „Bandą niematerialnych szaleńców” – obydwa utwory poruszają tematykę duchów, są niezwykle lekkie, dość rozrywkowe i niepoważne. Z tą różnicą, że „Moja Jane Eyre” jest raczej pozycją przeznaczoną dla nieco starszego czytelnika.
Skłamałabym jednak mówiąc, że w pełni pasuje mi konwencja, którą obrały twórczynie tej pozycji. Nie dość, że po prostu nie przepadam za komediami (bo po prostu bardzo trudno mnie rozbawić) to na dodatek narracja prowadzona przez te trzy panie nie do końca mi odpowiada. Autorki zdecydowały się, że co jakiś czas będą wtrącać nam jakieś spostrzeżenia od siebie, chyba uznając to za śmieszne, jednak mnie takie zabiegi co najwyżej wybijają z rytmu i przyprawiają o zażenowanie.
Samą przedstawioną historię mogę określić słowami: uroczo niedorzeczna. W tej opowieści wszyscy zdają się być niespełna rozumu w słodki sposób – główne postacie występujące w „Mojej Jane Eyre” są przerysowane, ale sympatyczne. Jednocześnie ci negatywni bohaterowie są źli do szpiku kości i praktycznie od początku tej historii jesteśmy w stanie ich wskazać. Przy tym wszystkim wiele wydarzeń (a akcji w tej książce nie brakuje!) sprawia wrażenie irracjonalnych i sprzecznych z jakimikolwiek zasadami działania ludzi, ale mimo tego całość wydaje się lekka i niewymuszona. Muszę jednak przyznać, że absolutnie nie rozumiem w jaki sposób główni bohaterowie są w stanie rozmawiać o tajemnicach dotyczących danej osoby tak, aby ten człowiek tego nie usłyszał, mimo że stoi obok nich. Jak już jednak wspominałam, to nie jest książka, której fabułę powinno się dokładnie analizować, bo po prostu coś takiego nie skończyłoby się dobrze.
Niewątpliwie dużą zaletą tej powieści jest nawiązanie do klasyki literatury. Jestem przekonana, że dzięki sięgnięciu po niej wiele młodych osób zajrzy do „Dziwnych losów Jane Eyre” choćby z czystej ciekawości, a to w przypadku powieści dla młodzieży jest naprawdę olbrzymia zaleta: w końcu takie książki mają uczyć młodsze pokolenie czytania dłuższych tekstów i przygotować je na trudniejsze lektury.
„Moja Jane Eyre” nie jest książką w żaden sposób odkrywczą, ale jednocześnie może być całkiem wartościową lekturą dla nastoletniego czytelnika. Choć humor autorek nie ukradł mojego serca dobrze wiem, że wiele osób naprawdę go polubi. Dlatego jeśli czujecie, że to jest lektura dla Was nic nie stoi na przeszkodzie, by po nią sięgnąć.



* * *

Nie odpowiedział. Zamiast tego uniósł zegarek i stuknął nim ducha w skroń.
(Zdajemy sobie sprawę, szanowni czytelnicy że to dość prostackie określenie mrożącego krew w żyłach egzorcyzmu rodem z horroru, ale po wielu sczytaniach i przeciągających się konsultacjach z tezaurusem stwierdziłyśmy, że to najtrafniejsze określenie. Stuknął ją w skroń i tyle).
Fragment „Mojej Jane Eyre” Cyntii Hand, Brodi Ashton i Jodi Meadows


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl
Nomida zaczarowane-szablony