poniedziałek, 31 grudnia 2018
sobota, 29 grudnia 2018
czwartek, 27 grudnia 2018
wtorek, 25 grudnia 2018
Literacka wycieczka do Warszawy
Znajdziesz mnie teraz tutaj: http://fantastykacodzienna.pl/
Co
powiecie na podróż do stolicy naszego kraju, która nie będzie wymagała
wychodzenia z domu? Polscy autorzy często zabierają nas do Warszawy i naprawdę
nie trzeba długo szukać, aby wybrać się tam razem z nimi. Przygotowałam dla Was
dziś kilka przeróżnych tytułów, dzięki której właśnie to miasto będziecie mogli
odwiedzić. No to zaczynamy!
„Dżozef” Jakuba Małeckiego
Akcja
rozpoczyna się na warszawskiej Pradze. Główny bohater zostaje napadnięty i
trafia do szpitala, gdzie wysłuchuje dziwnej opowieści. Choć nie cała akcja tej
historii dzieje się w Warszawie to jednak to miasto jak najbardziej w niej
występuje. „Dżozef” to realizm magiczny, łączący elementy fantastyczne z tymi
bardzo prawdziwymi i namacalnymi. Tą niezwykle ciekawą książkę po prostu warto
sprawdzić, nawet nie przez wzgląd na obecność w niej Warszawy.
„Nocarz” Magdaleny Kozak
Vesper
trafia do tajnego oddziału służb specjalnych, stosujących nietypowe metody:
wszyscy jego członkowie to wampiry. Akcja powieści dzieje się cały czas w
okolicach stolicy naszego kraju, oczywiście o samą Warszawę również zahaczając.
To bardzo lekka powieść pełna akcji. Choć osobiście niekoniecznie za nią przepadam
to dobrze wiem, że ma spore grono czytelników, więc jeśli szukacie niezobowiązującej
rozrywki możecie sprawdzić ten właśnie tytuł.
„Różaniec” Rafała Kosika
To
nie jest zwykła książka – zgarnęła Nagrodę im. Janusza A. Zajdla za rok 2017. To
powieść science-fiction łącząca fantastykę socjologiczną z powieścią polityczną
i thrillerem. Jej akcja rozgrywa się w Warszawie przyszłości: mieście, które
właściwie jest tylko kopią naszej stolicy. Jeśli szukacie ciekawego pomysłu na
dystopię na pewno musicie zapoznać się z tym dziełem.
„Exodus” Łukasza Orbitowskiego
Ta
powieść Orbitowskiego to książka nie tylko o Warszawie. Jej główny bohater
podróżuje, zabierając nas w różne lokacje, choć jednocześnie dowiadujemy się,
jak wyglądało jego życie przed tymi częstymi zmianami miejsc zamieszkania. A wtedy
zdecydowanie był Warszawiakiem. To książka o bardzo smutnym i męczącym klimacie,
poruszająca między innymi temat nielegalnej imigracji. I choć osobiście właśnie
przez to sama nie pałam do niej bardzo pozytywnymi emocjami to niewątpliwie
Orbitowski potrafi pisać i warto zapoznać się z jego prozą. Zwłaszcza, że mimo
wszystko w tej książce Warszawy też nie brakuje.
„Banda niematerialnych szaleńców” Marii Krasowskiej
Danny
do tej pory wiele podróżował. Teraz zostaje wysłany do ciotki mieszkającej w
Warszawie, gdzie dowiaduje się, że potrafi widzieć duchy. Ta książka
Krasowskiej to młodzieżowe urban fantasy: sympatyczne i lekkie, choć
zdecydowanie nie wybitne. Akcja tej powieści definitywnie toczy się w
Warszawie, w której główni bohaterowie przeżywają przygody w towarzystwie niekoniecznie
poważnych duchów.
„Dziewczyna z Dzielnicy Cudów” Anety Jadowskiej
W
alternatywnym świecie Warszawa podzielona jest na Wars i nieprzyjazną Sawę. To
w tym świecie żyje Nikita, płatna zabójczyni, która musi rozwikłać zagadkę
zniknięcia swojej znajomej. Choć w kolejnych częściach serii bohaterka często
zmienia lokacje to w tomie pierwszym bezustannie przebywa w stolicy, dzięki
czemu możemy poznać ją z tej drugiej, alternatywnej strony. Moja opinia o całej
serii jest raczej mieszana, ale jeśli chcecie sprawdzić jak wypada wizja
Warszawy w wykonaniu Jadowskiej po prostu musicie sami się przekonać, czy
spodoba się Wam ta książka.
Sięgniecie po któryś z tych tytułów? A może jakieś już znacie? Zapraszam też do polecania innych książek, których akcja choć na chwilę przenosi nas do Warszawy!
niedziela, 23 grudnia 2018
piątek, 21 grudnia 2018
środa, 19 grudnia 2018
poniedziałek, 17 grudnia 2018
Steampunk w mojej biblioteczce
Znajdziesz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Steampunk
od dawna ma w moim serduszku specjalne miejsce. Choć przyznaję, nie znam
wyjątkowo dużo książek napisanych w tym nurcie to osobiście uwielbiam wizualną
część tego zakątka fantastyki: gorsety, cylindry, spódnice i gogle to zdecydowanie
coś, co po prostu cieszy moje oko. Uznałam więc dziś, że zbiorę do kupy
wszystkie moje książki napisane właśnie w tym nurce, lub w nurtach pokrewnych (tzn.
clockpunk, silkpunk, etherpunk i tym podobne) i po prostu Wam je pokaże.
Najpierw
jednak może kilka słów o samym steampunku. Co to w ogóle jest? To nurt
fantastyki (który może być w moim odczuciu zarówno fantasy, science-fiction jak
i science-fantasy), który nawiązuje do rewolucji przemysłowej. Główną rolę w
rozwoju światów przedstawionych w takich historiach odgrywa właśnie energia
tworzona przez parę. „Odmiany” steampunku właściwie robią to samo, tylko na
warsztat biorą inną „energię” – na przykład w clockpunku będą to mechanizmy zegarowe.
Skoro mamy tę podstawę wyjaśnioną… już pokazuje Wam moje książki nawiązujące do
tej stylistyki! Nie wszystkie lubię, ale wszystkie chce Wam pokazać.
„Dziewczyna płaszczka i inne nienaturalne atrakcje” Roberta Rankina
Muszę
przyznać, że to dość specyficzny tytuł. Ta historia to mocno osadzona w
steampunkowych realiach, przygodowa komedia, która nawiązuje do wielu dzieł kultury.
Jednak jednocześnie ja po prostu nie do końca „kupuję” jej przerysowania i
żartu, w związku z czym w gruncie rzeczy po dłuższym czasie od lektury niewiele
z niej pamiętam. Niemniej, myślę, że to książka, która może sprawdzić się u
czytelnika dość młodego, albo takiego, który nie jest zbyt wybredny pod
względem humoru.
„Wilcza godzina” Andriusa Tapinasa
O
ile książka Rankina po prostu mi „nie siadła”, tak „Wilczej godziny” najzwyczajniej w
świecie nie lubię. Choć to tytuł mocno czerpiący z klasyki steampunku to ten
debiut nie jest książką, za którą przepadam i raczej nie sięgnę po
kontynuacje. Szczerze mówiąc obecnie z samej treści nie pamiętam zbyt wiele:
wiem, że jedna z postaci to była młoda dziewczyna, wiem, że coś wiązało się z
wielkim, mechanicznym wilkiem, ale… generalnie gdy myślę o tej pozycji mam po
prostu pustkę w głowie, jeśli chodzi o jej treść i niemiłe wspomnienia, jeśli
chodzi o samo czytanie jej. Niestety.
„Wojny Alchemiczne” Iana Tregillisa
W
przypadku tej trylogii mamy do czynienia właśnie z clockpunkiem. To historia,
której autor wymyślił sobie, że w jego świecie ludzie nauczyli się w jakiś
sposób tworzyć dusze, co doprowadziło do stworzenia swoistych myślących robotów,
których ciała zostały wytworzone z mechanizmów zegarowych. Tę serię naprawdę
bardzo lubię: to przygodowa, dość lekka historia, której czytanie może sprawiać
sporo radości. Żałuję jedynie, że autor tylko w pierwszym tomie skupił się na
wątkach filozoficznych, w kolejnych zupełnie o nich zapominając.
„Zadra” oraz „Czterdzieści i cztery” Krzysztofa Piskorskiego
Kolejny
tytuł, który stoi co najwyżej obok steampunku. Te dwie książki Piskorskiego to
zupełnie odrębne historie, ale osadzone w tym samym świecie: w alternatywnej
rzeczywistości, w której ludzkość wynalazła energię próżni, czyli ether, który
pozwala im nie tylko na rozwój technologii, ale także na podróże między
wymiarami. „Zadra” jest w tym przypadku tytułem nieco lżejszym i bardziej
przygodowym. „Czterdzieści i cztery” zaś bawi się podróżami między wymiarami
oraz polską kulturą nawiązując do Adama Mickiewicza, czy Juliusza Słowackiego. Gdybym
miała wybierać jedną książkę z tych dwóch zdecydowanie wolę ten drugi tytuł, ale
obydwa to pozycje warte polecenia i przeczytania.
Druga era „Ostatniego Imperium” Brandona Sandersona
Oto
mój największy zawód, jeśli chodzi o Sandersona: autor uznał, że po pierwszej
trylogii przedstawi nam świat kilkaset lat w przód, który właśnie przechodzi rewolucje
przemysłową. Problem w tym, że choć jej przedstawienie jest bardzo klasyczne to
nijak ma się do magii istniejącej w tym świecie, a za samymi historiami po
prostu nie przepadam. Niemniej, jestem człowiekiem wybrednym i dobrze wiem, że
te niedługie książki mają sporą rzeszę czytelników. Jeśli więc szukacie
steampunku pamiętajcie, że znajdziecie go także w twórczości Sandersona.
„Para w ruch” Terry’ego Pratchetta
Z
tą książką wiąże się moje początkowe „ale” do Pratchetta. Kupiłam tytuł na
wyprzedaży, chcąc po prostu poznać coś od tego autora. Niestety, z tego co wiem
„Para w ruch” była pisania przez niego już w trakcie choroby, co odbiło się
mocno na jakości tekstu. Zapewne fani autora poznają ten tytuł tak czy siak, jednak
po mojej przygodzie z nią nie sądzę, aby to był dobry początek przygody ani z
Pratchettem, ani strampunkiem.
„Pod sztandarem dzikiego kwiatu” Kena Liu
Choć
pierwszy tom tej serii niezwykle mnie wymęczył, tak już drugi sprawił mi
naprawdę wiele radości i wciągnął w ten świat. Te książki Kena Liu są przez
samego autora określane mianem „silkpunku” – magia obecna z nich to właściwie
technologia oparta na technologii rodem z Dalekiego Wschodu. Naprawdę nie
potrafię przejść obojętne wobec tak ciekawego konceptu i choć mam wrażenie, że ze
wszystkich moich książek ta seria najbardziej odbiega pod względem wizualnym od
steampunku to po prostu przez same pomysły Kena Liu warto przebić się przez
pierwszy tom, aby dotrzeć do o wiele lepszej kontynuacji.
Macie w swojej biblioteczce książki związane ze steampunkiem? Lubicie ten nurt?
sobota, 15 grudnia 2018
czwartek, 13 grudnia 2018
wtorek, 11 grudnia 2018
niedziela, 9 grudnia 2018
piątek, 7 grudnia 2018
8 jednotomowych powieści fantastycznych
Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Jakiś
czas temu stworzyłam wpisy o jednotomowych powieściach fantasy oraz sceince-fiction.
Sytuacja na rynku przez te kilka miesięcy absolutnie nie uległa zmianie: wciąż
wśród fantastyki królują serie. I dobrze, bo chyba jednak to po nie sięgamy
najczęściej i najchętniej. Niemniej, czasem ma się po prostu ochotę na krótką
jednotomówkę, a że ostatnio kilka takich mi się uzbierało uznałam, że się nimi
z Wami ponownie podzielę.
„Limes Inferior” Janusza A. Zajdla
Uważana
za jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą powieść autora. Ta niedługa
fantastyka socjologiczna to nie tylko świetna analiza PRLu, ale także dobra przygoda
w roli głównej z bohaterem-oszustem. Historię Sneera naprawdę warto poznać,
nawet jeśli nie przepadacie za science-fiction samym w sobie. Ponadto choć książka
powstała w latach 80. dalej jest naprawdę przyjemna w odbiorze i mimo trudnych
tematów czytanie jej jest po prostu niezwykle przyjemne.
„Tryjon” Melissy Darwood
Jeśli
szukacie powieści dla młodzieży, która porusza tematy związane z psychologią,
czy chorobą psychiczną to na tę powieść polskiej autorki warto zerknąć. Nie
jest to wprawdzie wybitna fantastyka – ekspozycja świata przedstawionego nie
należy do najlepszych – ale w swojej kategorii sprawdza się naprawdę nieźle. A
dzięki wątkowi miłosnemu ma też szansę trafić do fanek paranormalnych romansów.
„Narzeczona księcia” William Goldman
Najpierw
był film. Potem na jego bazie powstała dość nietypowa książka. To fantastyczny
pastisz, który na warsztat bierze sporo elementów powieści fantasy: przygoda,
magia i miłość to motywy, które zdecydowanie w tej książce się pojawiają. Z
tym, że… jeśli nie kupicie humoru autora prawdopodobnie nie spodoba Wam się
całokształt, bo to właśnie na nim ta historia bazuje. Dlatego nim po nią
sięgniecie polecam pójść do księgarni, wziąć ją do ręki i przeczytać kilka pierwszych
stron.
„Basza smaku” Saygina Erisina
Oto
niezwykła baśń o jedzeniu w orientalnych klimatach. Choć to teoretycznie
książka fantasy to w praktyce nie ma w niej zbyt wielu fantastycznych elementów.
Mimo tego to naprawdę warta uwagi lektura, która po prostu sprawi, że zaburczy
Wam w brzuchu. Warto jednak pamiętać, że to raczej spokojna książka, która
wprawdzie porusza tematykę zemsty, czy naprawdę ładnej miłości, ale jej akcja
jednak zazwyczaj ma miejsce w kuchni.
„Grillbar Galaktyka” Mai Lidii Kossakowskiej
Znów
o jedzeniu – tylko tym razem w trakcie galaktycznych podróży. Książka Kossakowskiej
czerpie trochę ze space opery, w której główny bohater podróżuje po
wszechświecie i zdobywa wiedzę na temat różnych typów kuchni. To ciekawa i
przyjemna powieść, która nawiązuje do wielu znanych filmów, czy motywów popkulturalnych.
Nie jest wprawdzie książką absolutnie genialną, ale na pewno wartą uwagi, jeśli
szukacie fantastyki powiązanej z jedzeniem właśnie.
„Woda na sicie. Apokryf czarownicy” Anny Brzezińskiej
Doskonała,
delikatnie stylizowana polszczyzna to bez wątpienia ogromny atut książki Brzezińskiej.
Tytuł ten to zapis spowiedzi kobiety oskarżonej o morderstwo oraz o bycie czarownicą.
Nietypowa forma sprawia, że powieść pozbawiona jest dialogów, czy nadzwyczaj
wartkiej akcji, ale to nie zmienia faktu, że „Woda na sicie” to po prostu naprawdę
dobra książka poruszająca wciąż aktualne tematy. Jeśli szukacie ciekawego
historycznego fantasy, albo książki związanej z problemami kobiet to po ten
tytuł naprawdę warto sięgnąć.
„Dżozef” Jakuba Małeckiego
Relizm
magiczny jest gatunkiem mocno nietypowym, znajdującym się gdzieś pomiędzy
powieścią realistyczną, a fantastyczną. „Dżozef” Małeckiego właściwie właśnie
taki jest: wydarzenia z książki możemy traktować dwojako. Zarówno jak
szaleństwo bohaterów, jak i coś, co naprawdę miało miejsce. Jednocześnie to
książka, którą niezwykle dobrze i szybko się czyta i która łączy ze sobą literaturę
wysoką z „ulicznymi” tematami.
„Banda niematerialnych szaleńców” Marii Krasowskiej
Książka
Krasowskiej to historia przygodowa dla młodzieży o duchach i przyjaźni. Choć
nie jest wybitną literaturą to jest po prostu bardzo sympatyczną książką, która
świetnie sprawdzi się jako lektura dla młodszego czytelnika. I właśnie dla
takiego mogę ja spokojnie polecić. Poza tym ona w końcu świeci w ciemności! Muszę
tu jednak nadmienić, że choć z tego co się orientuje nie jest to część serii
(kolejne tomy nie zostały zapowiedziane) to informacji na temat ewentualnej
braku kontynuacji również nie znalazłam.
Którąś z tych książek znacie? Jakie polecacie jednotomowe powieści fantastyczne?
środa, 5 grudnia 2018
poniedziałek, 3 grudnia 2018
niedziela, 2 grudnia 2018
ROZDANIE! Wygraj "Dynię i jemiołę" Anety Jadowskiej w konkursie na Instagramie!
Znajdziesz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Część z Was nie zdaje sobie z tego sprawy,
ale już od dłuższego czasu prowadzę bookstagrama. I to właśnie na nim
organizuje dla was ROZDANIE z najnowszą książką Anety Jadowskiej, czyli „Dynią
i Jemiołą”. Egzemplarz jest nowy i zawiera autografy zarówno autorki, jak i ilustratorki.
Jak
o książce mówi wydawca?
Świąteczny koniec roku, okres od Halloween
do sylwestra . Oto magiczny czas między dynią a jemiołą.
Dora Wilk, Nikita, Witkacy, Karma, Malina,
Roman, Baal i inni przybywają z nowymi historiami. Burzliwe przygody i ciepłe
opowieści – wszystko, czego trzeba, by przegonić zimową chandrę.
Słodkie i ostre, romantyczne i całkowicie
nieprzewidywalne. Opowiadania ze świata Thornu są jak czekoladki w doskonałej
bombonierce. Nie poprzestaniesz na jednym.
Najpyszniejsze opowiadania tej zimy!
Co
ja o niej sądzę? Przeczytajcie TUTAJ!
Jak wygrać?
Dowiecie się wszystkiego w moim poście na Instagramie!
Sponsorem nagrody jest portal CzytamPierwszy!
sobota, 1 grudnia 2018
Anihilacja (2018): Baśniowa metafora science-fiction
Recenzja: https://fantastykacodzienna.pl/2018/12/01/anihilacja-2018-recenzja/
czwartek, 29 listopada 2018
wtorek, 27 listopada 2018
niedziela, 25 listopada 2018
piątek, 23 listopada 2018
środa, 21 listopada 2018
poniedziałek, 19 listopada 2018
Duma i uprzedzenie: Oryginał, a film z 2005 roku
Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
Książka
i film – odwieczni rywale, wrogowie wręcz, zwłaszcza, jeśli spojrzymy na to,
jak na to drugie dzieło patrzą często książkoholicy. Ja jednak od tej walki
staram się odcinać, a o powodach dlaczego pisałam już w TYM miejscu. Dziś
jednak uznałam, że ze zestawie ze sobą dwa dzieła: „Dumę i uprzedzenie” Jane
Austen z ekranizacją, czy też adaptacją tej powieści z 2005 roku. Dlaczego?
Po
pierwsze, obydwa dzieła poznałam praktycznie w tym samym czasie, a co za tym
idzie: mam na obydwa bardzo świeże spojrzenie. Po drugie, na temat dzieła
Austen powstało już tyle oficjalnych recenzji, że po prostu nie czuję potrzeby,
aby tworzyć na jego temat coś osobnego. Mam przy tym wrażenie, że z pomieszania
recenzji z porównaniem może wyjść coś nowego.
O czym w ogóle jest ta historia?
XIX
wiek. Rodzina Bennetów nie należy do najbogatszych. Nie łatwo jest wydać za mąż
pięć córek, w chwili, gdy cały majątek po śmierci głowy rodziny przejdzie na odległego
kuzyna. W związku z tym gdy do okolicy przeprowadza się bogaty młodzieniec, pan
Bingley, pani Bennet robi wszystko, aby
wydać za niego jedną ze swoich córek. W tym czasie Elizabeth Bennet poznaje
przyjaciela pana Bingley’a, pana Darcy’ego. Mężczyzna jest względem niej niezwykle
nieprzyjemny. Elizabeth nawet nie domyśla się, że pan Darcy zaczyna darzyć ją
uczuciem.
Film
To
film w reżyserii Joe Wright’a był pierwszą „wersją” historii Jane Austen jaką
poznałam. W związku z czym moje spojrzenie na historie było wtedy po prostu zupełnie
świeże. Wprawdzie o „Dumie i uprzedzeniu” słyszałam już wiele, ale poza kilkoma
głównymi faktami (jak to, że w tej historii występuje „super-łamacz-serc-od-pokoleń”,
czyli pan Darcy) nie znałam treści tego dzieła. Dlatego sama fabuła była dla
mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem: choć obyczajowa to miała w sobie bardzo wiele
uroku i drobnych zwrotów akcji, o których istnieniu nie posądzałabym tak
klasycznej historii.
Jednocześnie
„Duma i uprzedzenie” z 2005 roku to przepiękna muzyka i zdjęcia. Na ten film po
prostu patrzy się niezwykle przyjemnie, zwłaszcza jeśli do wszystkiego dodamy
przepiękną Keirę Knightley w roli głównej.
Pozytywnym
zaskoczeniem była też chemia między głównymi bohaterami. Knightley i Matthew
Macfadyen grający pana Darcy’ego zostali naprawdę dobrze do siebie dopasowani.
Nawet, jeśli widzimy, jak bardzo się sprzeczają to po prostu nie da się nie
zauważyć uczucia między nimi. Co z tego, że w tej chwili się wyzywają, skoro
oglądając ich na ekranie razem i tak ma się wrażenie, że za chwilę dojdzie do
pocałunku?
Z
tym, że… do pocałunku w gruncie rzeczy nie dochodzi. To właśnie jest chyba
najbardziej „nietypowe”, jeśli chodzi o filmy będące adaptacjami XIX-wiecznej twórczości.
W zupełnie współczesnych historiach wręcz nie do pomyślenia jest, aby główni
bohaterowie nie wylądowali po chwili razem w łóżku, a tutaj… ich pocałunek
obserwujemy aż, uwaga! Raz. To kolejna rzecz, która – moim zdaniem – tej
historii po prostu dodaje uroku.
Książka
Z
prozą Jane Austen miałam już styczność – poznałam już „Rozważną i romantyczną”
(pełna opinia TUTAJ) oraz „Mansfield Park (pełna opinia TUTAJ). Nim sięgnęłam
po „Dumę i uprzedzenie” słyszałam jednak, że to konkretne dzieło autorki jest tym
najlepszym pod każdym względem. Z tym, że… o ile uważam, że na pewno jest to
książka lepsza od wcześniej przeze mnie poznanych to raczej daleka jestem od
nadmiernych zachwytów.
By
nie było wątpliwości: bardzo cenię sobie Jane Austen. Jej książki z „Dumą i
uprzedzeniem” włącznie są niezwykle brytyjskie. Powolne i piękne, pozwalają rozkoszować
się językiem, spokojnym tonem i ironicznymi szpileczkami, które autorka
zgrabnie wbija swoim bohaterom, dzięki czemu jej proza nie jest sztuczna i
sztywna. Z tym, że przez ostatnie dwieście lat jednak zmienił się nieco sposób
przedstawiania historii i przez to osobiście nie potrafię w pełni wejść w
emocje bohaterów.
Czemu?
Bo Jane Austen zarówno w tej, jak i w innych swoich książkach stoi z boku
bohaterów. Nie przytacza nam wszystkich szczegółów, często te istotne rozmowy podając
w formie narracji (pisząc coś w stylu: … i powiedział jej o tym, jak bardzo ją
kocha, mówiąc o pięknie jej oczu). Pozwala im na sporą dawkę intymności,
unikając nadmiernego wchodzenia w ich głowy, czy pokazywania pikantnych
szczegółów. Nie przeczę: to zdecydowanie ma swój urok. Jednak jednocześnie
sprawia, że nie potrafię wgryźć się w historię tak bardzo, jakbym chciała.
Książka a film
Gdybym
miała wybrać historie do której być może wrócę w tym przypadku na pewno byłby
to film. Przede wszystkim przez to, że po prostu łatwiej jest spędzić dwie
godziny na seansie, niż kilka-kilkanaście godzin na przeczytanie książki. Ponadto,
pewnie częściowo przez kolejność, w jaką poznałam obydwa dzieła, czuje się bardziej
związana emocjonalnie z ekranizacją.
Czy
jednak książka, albo film jest gorsza albo lepsza? Nie wydaje mi się. To dwie
różne formy przekazu i po prostu trudno jest tak dokładnie je porównać. Gdybym
miała jednak wskazać kilka konkretnych „różnic” to właściwie… podałabym dwie główne
rzeczy dzielące te dwa dzieła.
„Duma i uprzedzenie” w wersji filmowej
to współczesny twór, który po prostu może sobie pozwolić, aby wpasować się w
emocje dziś żyjącego widza. Z tego powodu Elizabeth jest bardziej wygadana, w związku z tym akcja jest szybsza i bardziej dynamiczna. Ponadto tam, gdzie Austen opisuje
piękne widoki, tam film po prostu je pokaże i leci dalej. Tam, gdzie Austen
opisuje drobne niuanse społeczne, tam film może nie zwrócić na to uwagi. Z tego
względu z jednej strony książkowa „Duma i uprzedzenie” jest niezwykle cenna jeśli
chodzi o piękny tekst i opisy ówczesnych zwyczajów, a z drugiej – gra na delikatniejszych
nutach. Moim zdaniem przez to dopiero w o wiele bardziej współczesnym filmie charakterek
Elizabeth może naprawdę wybrzmieć; w książce jest przytłumiony, tak, aby nie
zrazić czytelnika.
Drugą
kwestią jest coś, o czym z resztą już wcześniej pisałam – film ma tę niezwykłą
zaletę, że do ról głównych bohaterów zostali dopasowani aktorzy, pomiędzy
którymi po prostu czuć chemię. Oryginał, który raczej unika bezpośredniości, mi
osobiście nie dał tyle satysfakcji z obserwacji starć tych dwóch postaci, co
wersja z 2005 roku głównie dzięki nim.
Co
jednak jest w tej historii niezwykłe to jej aktualność. „Duma i uprzedzenie” –
niezależnie, czy mówimy o książce, czy jej kinowej wersji – to cały czas
historia Kopciuszka, który poznaje swojego księcia. Wprawdzie w tym przypadku
mamy do czynienia z bardzo charakternymi głównymi bohaterami (co jest tylko
zaletą tej historii), ale jak najbardziej rozumiem zachwyty odbiorców (a
właściwie odbiorczyń) nad panem Darcy’m. W końcu to po prostu bogaty,
tajemniczy i inteligentny mężczyzna, zakochujący się w biednej młodej damie, z
którą chciałaby utożsamiać się większość kobiet. Mimo że od powstania tej historii minęło ponad dwieście lat to dalej jest baśnią, pokazującą, że ludzkie pragnienie chęci posiadania drugiej osoby, z którą spędzi się całe życie w zgodzie i szczęściu dalej pozostanie niezmienne.
sobota, 17 listopada 2018
czwartek, 15 listopada 2018
wtorek, 13 listopada 2018
Wiatraki: Konkretna, pomorska zagadka
Sprawdź recenzję: https://fantastykacodzienna.pl/2018/11/13/wiatraki-recenzja/
Etykiety:
dla dorosłych,
kryminał,
literatura polska,
recenzja,
thiller
niedziela, 11 listopada 2018
9 głupotek w filmowym „Zmierzchu”
Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
Po
kilku dobrych latach włączyłam ponownie filmowy „Zmierzch”. Gdy oglądałam go w
szkole podstawowej absolutnie uwielbiałam tę historie – to był pierwszy romans,
jaki trafił w moje ręce, więc po prostu na swój sposób mnie zafascynował. Gdy
jednak z ciekawości włączyłam go po latach… cóż, zaczęłam zauważać pewne
rzeczy, na które wtedy nie zwróciłam uwagi. I nawet nie chodzi o to, jak głupiutka
jest ta historia jako całość, tylko pewne absolutnie dziwne i nienaturalne
elementy, których wtedy nie dostrzegałam. Już się z Wami nimi dziele!
Nim
jednak do tego przejdę pragnę zwrócić uwagę, że ten wpis nie jest recenzją. Jest raczej przeznaczony dla osób,
które znają tę historię. Dlatego też ostrzegam
przed spoilerami, które znajdziecie poniżej.
No
to lecimy!
1. Bella
dostaje nowy samochód. I o ile lata temu wydawało mi się, że jej zachwyt jest
absolutnie szczery tak teraz mam wątpliwości. Jej reakcja sugeruje absolutnie
ironiczne podejście do „uwielbiania” swojego pick-upa, choć według pierwowzoru
książkowego szczerze go lubiła.
2. Bella
jest wredna. Olewa znajomych, woli siedzieć sama, nie potrafi być miła, albo po
prostu – na bardzo, bardzo niskie umiejętności społeczne. Mimo tego wszyscy
wokół niej absolutnie ją uwielbiają. Nie mam pojęcia za co. Cóż, wyraźnie Forks
działa zdecydowanie inaczej niż jakakolwiek inna szkoła, w których takie
dzieciaki są raczej traktowane jako tło.
3. Reakcje
Belli za często sugerują, że wie „coś więcej” niż powinna, mimo że początkowo
przecież nie ma absolutnie żadnych podstaw, by sądzić, że z Edwardem jest coś
nie tak. Weźmy scenę jej pierwszego spotkania z przyszłym ukochanym na lekcji biologii.
Edward spogląda na nią i zatyka usta. To przecież nie znaczy od razu, że to ONA
śmierdzi, lub że z NIĄ jest coś nie tak. Normalna osoba siadając obok niego
spytałaby się: „Hej, coś się stało? Źle się czujesz? Nie użyłam dezodorantu?”.
Ale nie Bella. Ona od razu wie, że chodzi konkretnie o nią.
4. Edward
ma około setki na karku. Jest super przystojnym gościem, na którego ochotę mają
wszystkie dziewczyny w szkole. I absolutnie nie potrafi się wypowiadać. Jego
pierwsza rozmowa z Bellą to jakieś mruczenie słówek, tak, jakby też miał
poważne problemy z relacjami międzyludzkimi. Czemu w takim razie dziewczyny się
za nim uganiają? Trudno stwierdzić, bo przecież niepewni siebie kolesie, nawet
jeśli są bardzo ładni, niekoniecznie wzbudzają tak wielki zachwyt w szkole.
5. Bella
początkowo absolutnie nie chce mieć nic wspólnego z Edwardem, a przynajmniej
sama do niego nie podchodzi i z nim nie rozmawia. Z resztą, jej wyraz twarzy
bezustannie mówi „niedobrze mi”. To on za nią łazi. I za każdym razem uznaje,
że hej, nie powinniśmy być przyjaciółmi. Patrząc na twarz aktorki mam wrażenie,
że Bella uznaje jego zachowanie za dziwne, jednak ani razu nie powie mu tego,
co aż ciśnie się na język – weź koleś
spier*alaj.
6. Po
wypadku Belli stuletni wampir znów nie popisuje się intelektem. Gdy Bella
zaczyna doszukiwać się prawdy mógł swobodnie powiedzieć: hej, to była
adrenalina, serio nie wiem jak to się stało. Zamiast tego zaczął dziewczynę
straszyć (podobna rzecz się stała, gdy Bella zapytała go, czy nosi kontakty –
wystarczyło, by przytaknął). Swoją drogą to kolejny przypadek w którym Bella doszukuje
się czegoś, jakby już wcześniej dostała informacje o tym, że Edward chyba tak do
końca nie jest człowiekiem.
7. Koleś
za nią łazi. Straszy ją. Na jej twarzy bezustannie widać zażenowanie i chęć
pozbycia się go. Ale nie! To ONA prosi się o wspólne spędzanie czasu. Czemu? W
gruncie rzeczy to nie jest w żaden sposób podbudowane fabularnie.
8. Klimat
„Zmierzchu” jako filmu cały czas próbuje sugerować, że dzieje się coś
strasznego. Kolory są zimne, wypłowiałe, muzyka niezwykle stonowana, często
dość mroczna. Nie współgra to kompletnie z tym, co widzimy na ekranie: grupę
nastolatków, którzy przez większość czasu spędzają razem czas. Ten patetyzm sprawia,
że trudno to dzieło traktować na poważnie.
9. Wampiry
powinny być tymi najpiękniejszymi osobami w całym filmie. Tyle tylko, że ich
skóra jest tak nienaturalnie wybielona, że choć to w większości ładni ludzie to wyglądają po prostu karykaturalnie.
Zauważyliście jakieś drobne dziwactwa w trakcie oglądania „Zmierzchu”? Jeśli tak – podzielcie się nimi w komentarzach!
piątek, 9 listopada 2018
środa, 7 listopada 2018
poniedziałek, 5 listopada 2018
sobota, 3 listopada 2018
Dom wschodzącego słońca: Przyjemna przygoda i naprawdę przyzwoity debiut
Recenzja została przeniesiona tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/2018/11/03/dom-wschodzacego-slonca/
Etykiety:
dla młodzieży (14-20 lat),
fantastyka,
fantasy,
literatura polska,
recenzja,
urban fantasy
czwartek, 1 listopada 2018
wtorek, 30 października 2018
niedziela, 28 października 2018
piątek, 26 października 2018
środa, 24 października 2018
Moje trzy książki o dorastaniu
Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
Po
odzyskaniu moich książek, które od przeprowadzki w 2012 roku siedziały w
kartonach natrafiłam na trzy pozycje, które towarzyszyły w trakcie dorastania. Książki
o dojrzewaniu i problemach nastolatek to bardzo przydatne przedmioty: z jednej
strony dzięki nim dorastające dziecko nie musi pytać się rodziców o niektóre,
wstydliwe kwestie, a z drugiej to jednak bardziej sprawdzone źródło informacji,
niż sieć. Ja w swoich zbiorach mam trzy takie pozycje.
Dojrzewanie. O czym dziewczynki muszą wiedzieć?
Zacznijmy
od książki, którą najgorzej pamiętam. Z resztą, zawiera ona najmniej treści ze
wszystkich trzech. To zdecydowanie pozycja dla tych „młodszych” dziewczynek,
która porusza bardzo podstawowe tematy: co to jest miesiączka, jak wygląda cały
ten proces. Pozycja jest oszczędna w słowach, ma duży tekst i liczne obrazki.
Niemniej, nie zafascynowała mnie na tyle, by pamiętać ją jako osoba dorosła:
absolutnie zapomniałam o jej istnieniu do chwili, w której natrafiłam na nią
wyciągając książki z kartonów.
Encyklopedia nastolatki
Oto
książka, której zazdrościły mi koleżanki: puchata, pięknie wydana pozycja,
która aż zachęca, by do niej zajrzeć. Książka zawiera odpowiedzi na bardzo
liczne pytania, które mogą krążyć po głowie nastolatki, i starszej, i młodszej.
Jednocześnie zawiera ogrom ilustracji i wykonana jest z naprawdę dobrej jakości
materiałów. Z tego co pamiętam jest przy tym pozycją bardzo „tolerancyjną”, uczącą
o akceptacji drugiej osoby, niezależnie od jej dziwności.
Prawda unplugged dla dziewczyn
Pozycja
znacznie odbiegająca od swoich poprzedniczek. O ile tamte dwie to swoiste
leksykony z podstawowymi faktami to ta jest zbiorem krótkich opowiadań,
przedstawiających problemy, które mogą spotkać nastolatkę i analizę ich. Z jednej
strony to pozycja, która może okazać się naprawdę pomocna. Z drugiej – ma
jednak sporo mankamentów. To pozycja mocno religijna, nastawiona na wiarę. Co sprawia,
że niektóre z opowiadań są mocno nastawione na bycie poprawnym pod względem
religii. Na przykład do dziś pamiętam opowiadanie, w którym dziewczyna
pracująca w kinie poszła obejrzeć horror ze znajomymi, a następnie bardzo się
bała, więc wg. analizy nie powinniśmy chodzić na horrory, bo… Bóg tego nie
chce. A przynajmniej ja tak to odebrałam i już wtedy nie do końca przemawiało
do mnie takie rozumowanie. Ponadto wewnątrz jest sporo problemów typowych dla
Ameryki, nie dla Polski: w końcu studia dla nas to rzecz darmowa, a 15-latki rzadko
kiedy dorabiają sobie poprzez pracę w kinie. Niemniej, to nie jest książka zła
i bardzo cenię ją za swoją formę.
A Wy? Mieliście jakieś książki o dorastaniu?
Subskrybuj:
Posty (Atom)












































