wtorek, 25 grudnia 2018

Literacka wycieczka do Warszawy


Znajdziesz mnie teraz tutaj: http://fantastykacodzienna.pl/


Co powiecie na podróż do stolicy naszego kraju, która nie będzie wymagała wychodzenia z domu? Polscy autorzy często zabierają nas do Warszawy i naprawdę nie trzeba długo szukać, aby wybrać się tam razem z nimi. Przygotowałam dla Was dziś kilka przeróżnych tytułów, dzięki której właśnie to miasto będziecie mogli odwiedzić. No to zaczynamy!

„Dżozef” Jakuba Małeckiego
Akcja rozpoczyna się na warszawskiej Pradze. Główny bohater zostaje napadnięty i trafia do szpitala, gdzie wysłuchuje dziwnej opowieści. Choć nie cała akcja tej historii dzieje się w Warszawie to jednak to miasto jak najbardziej w niej występuje. „Dżozef” to realizm magiczny, łączący elementy fantastyczne z tymi bardzo prawdziwymi i namacalnymi. Tą niezwykle ciekawą książkę po prostu warto sprawdzić, nawet nie przez wzgląd na obecność w niej Warszawy.

„Nocarz” Magdaleny Kozak
Vesper trafia do tajnego oddziału służb specjalnych, stosujących nietypowe metody: wszyscy jego członkowie to wampiry. Akcja powieści dzieje się cały czas w okolicach stolicy naszego kraju, oczywiście o samą Warszawę również zahaczając. To bardzo lekka powieść pełna akcji. Choć osobiście niekoniecznie za nią przepadam to dobrze wiem, że ma spore grono czytelników, więc jeśli szukacie niezobowiązującej rozrywki możecie sprawdzić ten właśnie tytuł.

„Różaniec” Rafała Kosika
To nie jest zwykła książka – zgarnęła Nagrodę im. Janusza A. Zajdla za rok 2017. To powieść science-fiction łącząca fantastykę socjologiczną z powieścią polityczną i thrillerem. Jej akcja rozgrywa się w Warszawie przyszłości: mieście, które właściwie jest tylko kopią naszej stolicy. Jeśli szukacie ciekawego pomysłu na dystopię na pewno musicie zapoznać się z tym dziełem.

„Exodus” Łukasza Orbitowskiego
Ta powieść Orbitowskiego to książka nie tylko o Warszawie. Jej główny bohater podróżuje, zabierając nas w różne lokacje, choć jednocześnie dowiadujemy się, jak wyglądało jego życie przed tymi częstymi zmianami miejsc zamieszkania. A wtedy zdecydowanie był Warszawiakiem. To książka o bardzo smutnym i męczącym klimacie, poruszająca między innymi temat nielegalnej imigracji. I choć osobiście właśnie przez to sama nie pałam do niej bardzo pozytywnymi emocjami to niewątpliwie Orbitowski potrafi pisać i warto zapoznać się z jego prozą. Zwłaszcza, że mimo wszystko w tej książce Warszawy też nie brakuje.

„Banda niematerialnych szaleńców” Marii Krasowskiej
Danny do tej pory wiele podróżował. Teraz zostaje wysłany do ciotki mieszkającej w Warszawie, gdzie dowiaduje się, że potrafi widzieć duchy. Ta książka Krasowskiej to młodzieżowe urban fantasy: sympatyczne i lekkie, choć zdecydowanie nie wybitne. Akcja tej powieści definitywnie toczy się w Warszawie, w której główni bohaterowie przeżywają przygody w towarzystwie niekoniecznie poważnych duchów.

„Dziewczyna z Dzielnicy Cudów” Anety Jadowskiej
W alternatywnym świecie Warszawa podzielona jest na Wars i nieprzyjazną Sawę. To w tym świecie żyje Nikita, płatna zabójczyni, która musi rozwikłać zagadkę zniknięcia swojej znajomej. Choć w kolejnych częściach serii bohaterka często zmienia lokacje to w tomie pierwszym bezustannie przebywa w stolicy, dzięki czemu możemy poznać ją z tej drugiej, alternatywnej strony. Moja opinia o całej serii jest raczej mieszana, ale jeśli chcecie sprawdzić jak wypada wizja Warszawy w wykonaniu Jadowskiej po prostu musicie sami się przekonać, czy spodoba się Wam ta książka.


Sięgniecie po któryś z tych tytułów? A może jakieś już znacie? Zapraszam też do polecania innych książek, których akcja choć na chwilę przenosi nas do Warszawy!


poniedziałek, 17 grudnia 2018

Steampunk w mojej biblioteczce

Znajdziesz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/
 
Steampunk od dawna ma w moim serduszku specjalne miejsce. Choć przyznaję, nie znam wyjątkowo dużo książek napisanych w tym nurcie to osobiście uwielbiam wizualną część tego zakątka fantastyki: gorsety, cylindry, spódnice i gogle to zdecydowanie coś, co po prostu cieszy moje oko. Uznałam więc dziś, że zbiorę do kupy wszystkie moje książki napisane właśnie w tym nurce, lub w nurtach pokrewnych (tzn. clockpunk, silkpunk, etherpunk i tym podobne) i po prostu Wam je pokaże.
Najpierw jednak może kilka słów o samym steampunku. Co to w ogóle jest? To nurt fantastyki (który może być w moim odczuciu zarówno fantasy, science-fiction jak i science-fantasy), który nawiązuje do rewolucji przemysłowej. Główną rolę w rozwoju światów przedstawionych w takich historiach odgrywa właśnie energia tworzona przez parę. „Odmiany” steampunku właściwie robią to samo, tylko na warsztat biorą inną „energię” – na przykład w clockpunku będą to mechanizmy zegarowe. Skoro mamy tę podstawę wyjaśnioną… już pokazuje Wam moje książki nawiązujące do tej stylistyki! Nie wszystkie lubię, ale wszystkie chce Wam pokazać.




„Dziewczyna płaszczka i inne nienaturalne atrakcje” Roberta Rankina
Muszę przyznać, że to dość specyficzny tytuł. Ta historia to mocno osadzona w steampunkowych realiach, przygodowa komedia, która nawiązuje do wielu dzieł kultury. Jednak jednocześnie ja po prostu nie do końca „kupuję” jej przerysowania i żartu, w związku z czym w gruncie rzeczy po dłuższym czasie od lektury niewiele z niej pamiętam. Niemniej, myślę, że to książka, która może sprawdzić się u czytelnika dość młodego, albo takiego, który nie jest zbyt wybredny pod względem humoru.

„Wilcza godzina” Andriusa Tapinasa
O ile książka Rankina po prostu mi „nie siadła”, tak „Wilczej godziny” najzwyczajniej w świecie nie lubię. Choć to tytuł mocno czerpiący z klasyki steampunku to ten debiut nie jest książką, za którą przepadam i raczej nie sięgnę po kontynuacje. Szczerze mówiąc obecnie z samej treści nie pamiętam zbyt wiele: wiem, że jedna z postaci to była młoda dziewczyna, wiem, że coś wiązało się z wielkim, mechanicznym wilkiem, ale… generalnie gdy myślę o tej pozycji mam po prostu pustkę w głowie, jeśli chodzi o jej treść i niemiłe wspomnienia, jeśli chodzi o samo czytanie jej. Niestety.

„Wojny Alchemiczne” Iana Tregillisa
W przypadku tej trylogii mamy do czynienia właśnie z clockpunkiem. To historia, której autor wymyślił sobie, że w jego świecie ludzie nauczyli się w jakiś sposób tworzyć dusze, co doprowadziło do stworzenia swoistych myślących robotów, których ciała zostały wytworzone z mechanizmów zegarowych. Tę serię naprawdę bardzo lubię: to przygodowa, dość lekka historia, której czytanie może sprawiać sporo radości. Żałuję jedynie, że autor tylko w pierwszym tomie skupił się na wątkach filozoficznych, w kolejnych zupełnie o nich zapominając.

„Zadra” oraz „Czterdzieści i cztery” Krzysztofa Piskorskiego
Kolejny tytuł, który stoi co najwyżej obok steampunku. Te dwie książki Piskorskiego to zupełnie odrębne historie, ale osadzone w tym samym świecie: w alternatywnej rzeczywistości, w której ludzkość wynalazła energię próżni, czyli ether, który pozwala im nie tylko na rozwój technologii, ale także na podróże między wymiarami. „Zadra” jest w tym przypadku tytułem nieco lżejszym i bardziej przygodowym. „Czterdzieści i cztery” zaś bawi się podróżami między wymiarami oraz polską kulturą nawiązując do Adama Mickiewicza, czy Juliusza Słowackiego. Gdybym miała wybierać jedną książkę z tych dwóch zdecydowanie wolę ten drugi tytuł, ale obydwa to pozycje warte polecenia i przeczytania.

Druga era „Ostatniego Imperium” Brandona Sandersona
Oto mój największy zawód, jeśli chodzi o Sandersona: autor uznał, że po pierwszej trylogii przedstawi nam świat kilkaset lat w przód, który właśnie przechodzi rewolucje przemysłową. Problem w tym, że choć jej przedstawienie jest bardzo klasyczne to nijak ma się do magii istniejącej w tym świecie, a za samymi historiami po prostu nie przepadam. Niemniej, jestem człowiekiem wybrednym i dobrze wiem, że te niedługie książki mają sporą rzeszę czytelników. Jeśli więc szukacie steampunku pamiętajcie, że znajdziecie go także w twórczości Sandersona.

„Para w ruch” Terry’ego Pratchetta
Z tą książką wiąże się moje początkowe „ale” do Pratchetta. Kupiłam tytuł na wyprzedaży, chcąc po prostu poznać coś od tego autora. Niestety, z tego co wiem „Para w ruch” była pisania przez niego już w trakcie choroby, co odbiło się mocno na jakości tekstu. Zapewne fani autora poznają ten tytuł tak czy siak, jednak po mojej przygodzie z nią nie sądzę, aby to był dobry początek przygody ani z Pratchettem, ani strampunkiem.

„Pod sztandarem dzikiego kwiatu” Kena Liu
Choć pierwszy tom tej serii niezwykle mnie wymęczył, tak już drugi sprawił mi naprawdę wiele radości i wciągnął w ten świat. Te książki Kena Liu są przez samego autora określane mianem „silkpunku” – magia obecna z nich to właściwie technologia oparta na technologii rodem z Dalekiego Wschodu. Naprawdę nie potrafię przejść obojętne wobec tak ciekawego konceptu i choć mam wrażenie, że ze wszystkich moich książek ta seria najbardziej odbiega pod względem wizualnym od steampunku to po prostu przez same pomysły Kena Liu warto przebić się przez pierwszy tom, aby dotrzeć do o wiele lepszej kontynuacji.

Macie w swojej biblioteczce książki związane ze steampunkiem? Lubicie ten nurt?

piątek, 7 grudnia 2018

8 jednotomowych powieści fantastycznych



Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/

Jakiś czas temu stworzyłam wpisy o jednotomowych powieściach fantasy oraz sceince-fiction. Sytuacja na rynku przez te kilka miesięcy absolutnie nie uległa zmianie: wciąż wśród fantastyki królują serie. I dobrze, bo chyba jednak to po nie sięgamy najczęściej i najchętniej. Niemniej, czasem ma się po prostu ochotę na krótką jednotomówkę, a że ostatnio kilka takich mi się uzbierało uznałam, że się nimi z Wami ponownie podzielę.

„Limes Inferior” Janusza A. Zajdla
Uważana za jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą powieść autora. Ta niedługa fantastyka socjologiczna to nie tylko świetna analiza PRLu, ale także dobra przygoda w roli głównej z bohaterem-oszustem. Historię Sneera naprawdę warto poznać, nawet jeśli nie przepadacie za science-fiction samym w sobie. Ponadto choć książka powstała w latach 80. dalej jest naprawdę przyjemna w odbiorze i mimo trudnych tematów czytanie jej jest po prostu niezwykle przyjemne.

„Tryjon” Melissy Darwood
Jeśli szukacie powieści dla młodzieży, która porusza tematy związane z psychologią, czy chorobą psychiczną to na tę powieść polskiej autorki warto zerknąć. Nie jest to wprawdzie wybitna fantastyka – ekspozycja świata przedstawionego nie należy do najlepszych – ale w swojej kategorii sprawdza się naprawdę nieźle. A dzięki wątkowi miłosnemu ma też szansę trafić do fanek paranormalnych romansów.

„Narzeczona księcia” William Goldman
Najpierw był film. Potem na jego bazie powstała dość nietypowa książka. To fantastyczny pastisz, który na warsztat bierze sporo elementów powieści fantasy: przygoda, magia i miłość to motywy, które zdecydowanie w tej książce się pojawiają. Z tym, że… jeśli nie kupicie humoru autora prawdopodobnie nie spodoba Wam się całokształt, bo to właśnie na nim ta historia bazuje. Dlatego nim po nią sięgniecie polecam pójść do księgarni, wziąć ją do ręki i przeczytać kilka pierwszych stron.

„Basza smaku” Saygina Erisina
Oto niezwykła baśń o jedzeniu w orientalnych klimatach. Choć to teoretycznie książka fantasy to w praktyce nie ma w niej zbyt wielu fantastycznych elementów. Mimo tego to naprawdę warta uwagi lektura, która po prostu sprawi, że zaburczy Wam w brzuchu. Warto jednak pamiętać, że to raczej spokojna książka, która wprawdzie porusza tematykę zemsty, czy naprawdę ładnej miłości, ale jej akcja jednak zazwyczaj ma miejsce w kuchni.

„Grillbar Galaktyka” Mai Lidii Kossakowskiej
Znów o jedzeniu – tylko tym razem w trakcie galaktycznych podróży. Książka Kossakowskiej czerpie trochę ze space opery, w której główny bohater podróżuje po wszechświecie i zdobywa wiedzę na temat różnych typów kuchni. To ciekawa i przyjemna powieść, która nawiązuje do wielu znanych filmów, czy motywów popkulturalnych. Nie jest wprawdzie książką absolutnie genialną, ale na pewno wartą uwagi, jeśli szukacie fantastyki powiązanej z jedzeniem właśnie.

„Woda na sicie. Apokryf czarownicy” Anny Brzezińskiej
Doskonała, delikatnie stylizowana polszczyzna to bez wątpienia ogromny atut książki Brzezińskiej. Tytuł ten to zapis spowiedzi kobiety oskarżonej o morderstwo oraz o bycie czarownicą. Nietypowa forma sprawia, że powieść pozbawiona jest dialogów, czy nadzwyczaj wartkiej akcji, ale to nie zmienia faktu, że „Woda na sicie” to po prostu naprawdę dobra książka poruszająca wciąż aktualne tematy. Jeśli szukacie ciekawego historycznego fantasy, albo książki związanej z problemami kobiet to po ten tytuł naprawdę warto sięgnąć.

„Dżozef” Jakuba Małeckiego
Relizm magiczny jest gatunkiem mocno nietypowym, znajdującym się gdzieś pomiędzy powieścią realistyczną, a fantastyczną. „Dżozef” Małeckiego właściwie właśnie taki jest: wydarzenia z książki możemy traktować dwojako. Zarówno jak szaleństwo bohaterów, jak i coś, co naprawdę miało miejsce. Jednocześnie to książka, którą niezwykle dobrze i szybko się czyta i która łączy ze sobą literaturę wysoką z „ulicznymi” tematami.

„Banda niematerialnych szaleńców” Marii Krasowskiej
Książka Krasowskiej to historia przygodowa dla młodzieży o duchach i przyjaźni. Choć nie jest wybitną literaturą to jest po prostu bardzo sympatyczną książką, która świetnie sprawdzi się jako lektura dla młodszego czytelnika. I właśnie dla takiego mogę ja spokojnie polecić. Poza tym ona w końcu świeci w ciemności! Muszę tu jednak nadmienić, że choć z tego co się orientuje nie jest to część serii (kolejne tomy nie zostały zapowiedziane) to informacji na temat ewentualnej braku kontynuacji również nie znalazłam.

Którąś z tych książek znacie? Jakie polecacie jednotomowe powieści fantastyczne?

niedziela, 2 grudnia 2018

ROZDANIE! Wygraj "Dynię i jemiołę" Anety Jadowskiej w konkursie na Instagramie!

Znajdziesz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/

Część z Was nie zdaje sobie z tego sprawy, ale już od dłuższego czasu prowadzę bookstagrama. I to właśnie na nim organizuje dla was ROZDANIE z najnowszą książką Anety Jadowskiej, czyli „Dynią i Jemiołą”. Egzemplarz jest nowy i zawiera autografy zarówno autorki, jak i ilustratorki.

Jak o książce mówi wydawca?
Świąteczny koniec roku, okres od Halloween do sylwestra . Oto magiczny czas między dynią a jemiołą.
Dora Wilk, Nikita, Witkacy, Karma, Malina, Roman, Baal i inni przybywają z nowymi historiami. Burzliwe przygody i ciepłe opowieści – wszystko, czego trzeba, by przegonić zimową chandrę.
Słodkie i ostre, romantyczne i całkowicie nieprzewidywalne. Opowiadania ze świata Thornu są jak czekoladki w doskonałej bombonierce. Nie poprzestaniesz na jednym.
Najpyszniejsze opowiadania tej zimy!

Co ja o niej sądzę? Przeczytajcie TUTAJ!


Jak wygrać? 
Dowiecie się wszystkiego w moim poście na Instagramie!

Sponsorem nagrody jest portal CzytamPierwszy!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

sobota, 1 grudnia 2018

Anihilacja (2018): Baśniowa metafora science-fiction


Recenzja: https://fantastykacodzienna.pl/2018/12/01/anihilacja-2018-recenzja/

poniedziałek, 19 listopada 2018

Duma i uprzedzenie: Oryginał, a film z 2005 roku

Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
 
Książka i film – odwieczni rywale, wrogowie wręcz, zwłaszcza, jeśli spojrzymy na to, jak na to drugie dzieło patrzą często książkoholicy. Ja jednak od tej walki staram się odcinać, a o powodach dlaczego pisałam już w TYM miejscu. Dziś jednak uznałam, że ze zestawie ze sobą dwa dzieła: „Dumę i uprzedzenie” Jane Austen z ekranizacją, czy też adaptacją tej powieści z 2005 roku. Dlaczego?
Po pierwsze, obydwa dzieła poznałam praktycznie w tym samym czasie, a co za tym idzie: mam na obydwa bardzo świeże spojrzenie. Po drugie, na temat dzieła Austen powstało już tyle oficjalnych recenzji, że po prostu nie czuję potrzeby, aby tworzyć na jego temat coś osobnego. Mam przy tym wrażenie, że z pomieszania recenzji z porównaniem może wyjść coś nowego.



O czym w ogóle jest ta historia?
XIX wiek. Rodzina Bennetów nie należy do najbogatszych. Nie łatwo jest wydać za mąż pięć córek, w chwili, gdy cały majątek po śmierci głowy rodziny przejdzie na odległego kuzyna. W związku z tym gdy do okolicy przeprowadza się bogaty młodzieniec, pan Bingley,  pani Bennet robi wszystko, aby wydać za niego jedną ze swoich córek. W tym czasie Elizabeth Bennet poznaje przyjaciela pana Bingley’a, pana Darcy’ego. Mężczyzna jest względem niej niezwykle nieprzyjemny. Elizabeth nawet nie domyśla się, że pan Darcy zaczyna darzyć ją uczuciem.



Film
To film w reżyserii Joe Wright’a był pierwszą „wersją” historii Jane Austen jaką poznałam. W związku z czym moje spojrzenie na historie było wtedy po prostu zupełnie świeże. Wprawdzie o „Dumie i uprzedzeniu” słyszałam już wiele, ale poza kilkoma głównymi faktami (jak to, że w tej historii występuje „super-łamacz-serc-od-pokoleń”, czyli pan Darcy) nie znałam treści tego dzieła. Dlatego sama fabuła była dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem: choć obyczajowa to miała w sobie bardzo wiele uroku i drobnych zwrotów akcji, o których istnieniu nie posądzałabym tak klasycznej historii.
Jednocześnie „Duma i uprzedzenie” z 2005 roku to przepiękna muzyka i zdjęcia. Na ten film po prostu patrzy się niezwykle przyjemnie, zwłaszcza jeśli do wszystkiego dodamy przepiękną Keirę Knightley w roli głównej.
Pozytywnym zaskoczeniem była też chemia między głównymi bohaterami. Knightley i Matthew Macfadyen grający pana Darcy’ego zostali naprawdę dobrze do siebie dopasowani. Nawet, jeśli widzimy, jak bardzo się sprzeczają to po prostu nie da się nie zauważyć uczucia między nimi. Co z tego, że w tej chwili się wyzywają, skoro oglądając ich na ekranie razem i tak ma się wrażenie, że za chwilę dojdzie do pocałunku?
Z tym, że… do pocałunku w gruncie rzeczy nie dochodzi. To właśnie jest chyba najbardziej „nietypowe”, jeśli chodzi o filmy będące adaptacjami XIX-wiecznej twórczości. W zupełnie współczesnych historiach wręcz nie do pomyślenia jest, aby główni bohaterowie nie wylądowali po chwili razem w łóżku, a tutaj… ich pocałunek obserwujemy aż, uwaga! Raz. To kolejna rzecz, która – moim zdaniem – tej historii po prostu dodaje uroku.

Książka
Z prozą Jane Austen miałam już styczność – poznałam już „Rozważną i romantyczną” (pełna opinia TUTAJ) oraz „Mansfield Park (pełna opinia TUTAJ). Nim sięgnęłam po „Dumę i uprzedzenie” słyszałam jednak, że to konkretne dzieło autorki jest tym najlepszym pod każdym względem. Z tym, że… o ile uważam, że na pewno jest to książka lepsza od wcześniej przeze mnie poznanych to raczej daleka jestem od nadmiernych zachwytów.
By nie było wątpliwości: bardzo cenię sobie Jane Austen. Jej książki z „Dumą i uprzedzeniem” włącznie są niezwykle brytyjskie. Powolne i piękne, pozwalają rozkoszować się językiem, spokojnym tonem i ironicznymi szpileczkami, które autorka zgrabnie wbija swoim bohaterom, dzięki czemu jej proza nie jest sztuczna i sztywna. Z tym, że przez ostatnie dwieście lat jednak zmienił się nieco sposób przedstawiania historii i przez to osobiście nie potrafię w pełni wejść w emocje bohaterów.
Czemu? Bo Jane Austen zarówno w tej, jak i w innych swoich książkach stoi z boku bohaterów. Nie przytacza nam wszystkich szczegółów, często te istotne rozmowy podając w formie narracji (pisząc coś w stylu: … i powiedział jej o tym, jak bardzo ją kocha, mówiąc o pięknie jej oczu). Pozwala im na sporą dawkę intymności, unikając nadmiernego wchodzenia w ich głowy, czy pokazywania pikantnych szczegółów. Nie przeczę: to zdecydowanie ma swój urok. Jednak jednocześnie sprawia, że nie potrafię wgryźć się w historię tak bardzo, jakbym chciała.

Książka a film
Gdybym miała wybrać historie do której być może wrócę w tym przypadku na pewno byłby to film. Przede wszystkim przez to, że po prostu łatwiej jest spędzić dwie godziny na seansie, niż kilka-kilkanaście godzin na przeczytanie książki. Ponadto, pewnie częściowo przez kolejność, w jaką poznałam obydwa dzieła, czuje się bardziej związana emocjonalnie z ekranizacją.
Czy jednak książka, albo film jest gorsza albo lepsza? Nie wydaje mi się. To dwie różne formy przekazu i po prostu trudno jest tak dokładnie je porównać. Gdybym miała jednak wskazać kilka konkretnych „różnic” to właściwie… podałabym dwie główne rzeczy dzielące te dwa dzieła.
„Duma i uprzedzenie” w wersji filmowej to współczesny twór, który po prostu może sobie pozwolić, aby wpasować się w emocje dziś żyjącego widza. Z tego powodu Elizabeth jest bardziej wygadana, w związku z tym akcja jest szybsza i bardziej dynamiczna. Ponadto tam, gdzie Austen opisuje piękne widoki, tam film po prostu je pokaże i leci dalej. Tam, gdzie Austen opisuje drobne niuanse społeczne, tam film może nie zwrócić na to uwagi. Z tego względu z jednej strony książkowa „Duma i uprzedzenie” jest niezwykle cenna jeśli chodzi o piękny tekst i opisy ówczesnych zwyczajów, a z drugiej – gra na delikatniejszych nutach. Moim zdaniem przez to dopiero w o wiele bardziej współczesnym filmie charakterek Elizabeth może naprawdę wybrzmieć; w książce jest przytłumiony, tak, aby nie zrazić czytelnika.
Drugą kwestią jest coś, o czym z resztą już wcześniej pisałam – film ma tę niezwykłą zaletę, że do ról głównych bohaterów zostali dopasowani aktorzy, pomiędzy którymi po prostu czuć chemię. Oryginał, który raczej unika bezpośredniości, mi osobiście nie dał tyle satysfakcji z obserwacji starć tych dwóch postaci, co wersja z 2005 roku głównie dzięki nim.


Co jednak jest w tej historii niezwykłe to jej aktualność. „Duma i uprzedzenie” – niezależnie, czy mówimy o książce, czy jej kinowej wersji – to cały czas historia Kopciuszka, który poznaje swojego księcia. Wprawdzie w tym przypadku mamy do czynienia z bardzo charakternymi głównymi bohaterami (co jest tylko zaletą tej historii), ale jak najbardziej rozumiem zachwyty odbiorców (a właściwie odbiorczyń) nad panem Darcy’m. W końcu to po prostu bogaty, tajemniczy i inteligentny mężczyzna, zakochujący się w biednej młodej damie, z którą chciałaby utożsamiać się większość kobiet. Mimo że od powstania tej historii minęło ponad dwieście lat to dalej jest baśnią, pokazującą, że ludzkie pragnienie chęci posiadania drugiej osoby, z którą spędzi się całe życie w zgodzie i szczęściu dalej pozostanie niezmienne.

niedziela, 11 listopada 2018

9 głupotek w filmowym „Zmierzchu”

Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
Po kilku dobrych latach włączyłam ponownie filmowy „Zmierzch”. Gdy oglądałam go w szkole podstawowej absolutnie uwielbiałam tę historie – to był pierwszy romans, jaki trafił w moje ręce, więc po prostu na swój sposób mnie zafascynował. Gdy jednak z ciekawości włączyłam go po latach… cóż, zaczęłam zauważać pewne rzeczy, na które wtedy nie zwróciłam uwagi. I nawet nie chodzi o to, jak głupiutka jest ta historia jako całość, tylko pewne absolutnie dziwne i nienaturalne elementy, których wtedy nie dostrzegałam. Już się z Wami nimi dziele!
Nim jednak do tego przejdę pragnę zwrócić uwagę, że ten wpis nie jest recenzją. Jest raczej przeznaczony dla osób, które znają tę historię. Dlatego też ostrzegam przed spoilerami, które znajdziecie poniżej.
No to lecimy!

1. Bella dostaje nowy samochód. I o ile lata temu wydawało mi się, że jej zachwyt jest absolutnie szczery tak teraz mam wątpliwości. Jej reakcja sugeruje absolutnie ironiczne podejście do „uwielbiania” swojego pick-upa, choć według pierwowzoru książkowego szczerze go lubiła.

2. Bella jest wredna. Olewa znajomych, woli siedzieć sama, nie potrafi być miła, albo po prostu – na bardzo, bardzo niskie umiejętności społeczne. Mimo tego wszyscy wokół niej absolutnie ją uwielbiają. Nie mam pojęcia za co. Cóż, wyraźnie Forks działa zdecydowanie inaczej niż jakakolwiek inna szkoła, w których takie dzieciaki są raczej traktowane jako tło.

3. Reakcje Belli za często sugerują, że wie „coś więcej” niż powinna, mimo że początkowo przecież nie ma absolutnie żadnych podstaw, by sądzić, że z Edwardem jest coś nie tak. Weźmy scenę jej pierwszego spotkania z przyszłym ukochanym na lekcji biologii. Edward spogląda na nią i zatyka usta. To przecież nie znaczy od razu, że to ONA śmierdzi, lub że z NIĄ jest coś nie tak. Normalna osoba siadając obok niego spytałaby się: „Hej, coś się stało? Źle się czujesz? Nie użyłam dezodorantu?”. Ale nie Bella. Ona od razu wie, że chodzi konkretnie o nią.

4. Edward ma około setki na karku. Jest super przystojnym gościem, na którego ochotę mają wszystkie dziewczyny w szkole. I absolutnie nie potrafi się wypowiadać. Jego pierwsza rozmowa z Bellą to jakieś mruczenie słówek, tak, jakby też miał poważne problemy z relacjami międzyludzkimi. Czemu w takim razie dziewczyny się za nim uganiają? Trudno stwierdzić, bo przecież niepewni siebie kolesie, nawet jeśli są bardzo ładni, niekoniecznie wzbudzają tak wielki zachwyt w szkole.

5. Bella początkowo absolutnie nie chce mieć nic wspólnego z Edwardem, a przynajmniej sama do niego nie podchodzi i z nim nie rozmawia. Z resztą, jej wyraz twarzy bezustannie mówi „niedobrze mi”. To on za nią łazi. I za każdym razem uznaje, że hej, nie powinniśmy być przyjaciółmi. Patrząc na twarz aktorki mam wrażenie, że Bella uznaje jego zachowanie za dziwne, jednak ani razu nie powie mu tego, co aż ciśnie się na język – weź koleś spier*alaj.

6. Po wypadku Belli stuletni wampir znów nie popisuje się intelektem. Gdy Bella zaczyna doszukiwać się prawdy mógł swobodnie powiedzieć: hej, to była adrenalina, serio nie wiem jak to się stało. Zamiast tego zaczął dziewczynę straszyć (podobna rzecz się stała, gdy Bella zapytała go, czy nosi kontakty – wystarczyło, by przytaknął). Swoją drogą to kolejny przypadek w którym Bella doszukuje się czegoś, jakby już wcześniej dostała informacje o tym, że Edward chyba tak do końca nie jest człowiekiem. 

7. Koleś za nią łazi. Straszy ją. Na jej twarzy bezustannie widać zażenowanie i chęć pozbycia się go. Ale nie! To ONA prosi się o wspólne spędzanie czasu. Czemu? W gruncie rzeczy to nie jest w żaden sposób podbudowane fabularnie.

8. Klimat „Zmierzchu” jako filmu cały czas próbuje sugerować, że dzieje się coś strasznego. Kolory są zimne, wypłowiałe, muzyka niezwykle stonowana, często dość mroczna. Nie współgra to kompletnie z tym, co widzimy na ekranie: grupę nastolatków, którzy przez większość czasu spędzają razem czas. Ten patetyzm sprawia, że trudno to dzieło traktować na poważnie.

9. Wampiry powinny być tymi najpiękniejszymi osobami w całym filmie. Tyle tylko, że ich skóra jest tak nienaturalnie wybielona, że choć to w większości ładni ludzie to wyglądają po prostu karykaturalnie.

Zauważyliście jakieś drobne dziwactwa w trakcie oglądania „Zmierzchu”? Jeśli tak – podzielcie się nimi w komentarzach!


środa, 24 października 2018

Moje trzy książki o dorastaniu

Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/

 

Po odzyskaniu moich książek, które od przeprowadzki w 2012 roku siedziały w kartonach natrafiłam na trzy pozycje, które towarzyszyły w trakcie dorastania. Książki o dojrzewaniu i problemach nastolatek to bardzo przydatne przedmioty: z jednej strony dzięki nim dorastające dziecko nie musi pytać się rodziców o niektóre, wstydliwe kwestie, a z drugiej to jednak bardziej sprawdzone źródło informacji, niż sieć. Ja w swoich zbiorach mam trzy takie pozycje.




Dojrzewanie. O czym dziewczynki muszą wiedzieć?
Zacznijmy od książki, którą najgorzej pamiętam. Z resztą, zawiera ona najmniej treści ze wszystkich trzech. To zdecydowanie pozycja dla tych „młodszych” dziewczynek, która porusza bardzo podstawowe tematy: co to jest miesiączka, jak wygląda cały ten proces. Pozycja jest oszczędna w słowach, ma duży tekst i liczne obrazki. Niemniej, nie zafascynowała mnie na tyle, by pamiętać ją jako osoba dorosła: absolutnie zapomniałam o jej istnieniu do chwili, w której natrafiłam na nią wyciągając książki z kartonów.

Encyklopedia nastolatki
Oto książka, której zazdrościły mi koleżanki: puchata, pięknie wydana pozycja, która aż zachęca, by do niej zajrzeć. Książka zawiera odpowiedzi na bardzo liczne pytania, które mogą krążyć po głowie nastolatki, i starszej, i młodszej. Jednocześnie zawiera ogrom ilustracji i wykonana jest z naprawdę dobrej jakości materiałów. Z tego co pamiętam jest przy tym pozycją bardzo „tolerancyjną”, uczącą o akceptacji drugiej osoby, niezależnie od jej dziwności.

Prawda unplugged dla dziewczyn
Pozycja znacznie odbiegająca od swoich poprzedniczek. O ile tamte dwie to swoiste leksykony z podstawowymi faktami to ta jest zbiorem krótkich opowiadań, przedstawiających problemy, które mogą spotkać nastolatkę i analizę ich. Z jednej strony to pozycja, która może okazać się naprawdę pomocna. Z drugiej – ma jednak sporo mankamentów. To pozycja mocno religijna, nastawiona na wiarę. Co sprawia, że niektóre z opowiadań są mocno nastawione na bycie poprawnym pod względem religii. Na przykład do dziś pamiętam opowiadanie, w którym dziewczyna pracująca w kinie poszła obejrzeć horror ze znajomymi, a następnie bardzo się bała, więc wg. analizy nie powinniśmy chodzić na horrory, bo… Bóg tego nie chce. A przynajmniej ja tak to odebrałam i już wtedy nie do końca przemawiało do mnie takie rozumowanie. Ponadto wewnątrz jest sporo problemów typowych dla Ameryki, nie dla Polski: w końcu studia dla nas to rzecz darmowa, a 15-latki rzadko kiedy dorabiają sobie poprzez pracę w kinie. Niemniej, to nie jest książka zła i bardzo cenię ją za swoją formę.

A Wy? Mieliście jakieś książki o dorastaniu?


Nomida zaczarowane-szablony