Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 kwietnia 2023

Ptakologia: książka miłośniczki ptaków


Szukając informacji i książek na temat papug, zaczynam odkrywać, że o ile łatwo jest znaleźć literaturę o ptakach, tak znalezienie czegoś scricte o papugach nie jest już takie proste. Nawet jeśli chodzi o rozdział w książce. „Ptakologia” Sy Montgomery to książka dziennikarki, która w siedmiu rozdziałach opowiada o siedmiu typach ptaków i jeden z nich właśnie jest poświęcony papugom.

Ptakologia
Sy Montgomery
wyd. Marginesy, 2018

Tylko co z tego, skoro nie ma tam niczego, czego bym już nie wiedziała? Autorka skupia się w nim na najpopularniejszych tematach, takich jak gadanie, czy niezwykła inteligencja tych ptaków, podając przykłady, które każdy zainteresowany bardziej papugami po prostu wie. Nie jest to więc coś, co jakoś szczególnie wnosi do mojego życia. Nie widzę w tym też szczególnego waloru edukacyjnego, bo Montgomery buduje obraz papug jako fajne pupile, gdy w rzeczywistości to naprawdę trudne zwierzęta do trzymania w domu.

Poza tym ta książka jest po prostu dość przyjemną, solidnie napisaną lekturą. Montgomery zwykle pisze o swoich doświadczeniach, zręcznie wybierając anegdotki. Widać, że ma wprawę w pisaniu. Rozdziały dotyczą ważnych dla niej zwierząt, sama jest też bardzo zainteresowana tematem. 

Wśród rozdziałów znajdzie się jeden dotyczący kur (głównie jej własnego stada, które nazywa Damami), sokołów (ćwiczyła sokolnictwo), kolibrów (i historii z wychowywania młodych, w czym brała udział), kazuarów, gołębi, czy wron. Tu warto jednak nadmienić, że to mimo wszystko są dość sztampowe wybory i nawet ja, osoba, która czyta jedynie pojedyncze książki tego typu, czuła wtórność. Dlatego że wybór tematów jest niezwykle podobny do książki „Rzecz o ptakach” i jeśli ktoś czytał jedną, nie powinien chyba sięgnąć po drugą, jeśli chce unikać tych samych tematów. 

Zresztą, te dwa tytuły mają bardzo podobną strukturę, z takim zastrzeżeniem, że Montgomery jest wprawniejszą pisarką, dlatego, jeśli ktoś się waha pomiędzy tymi dwoma, to polecałabym jednak „Ptakologię”.

Koniec końców to była całkiem miła lektura. Może niewiele wnosząca mi do życia (spodziewałam się jednak więcej), ale miła. Więc jeśli ktoś po prostu chce zanurzyć się na chwilę w świecie miłośniczki ptaków to jak najbardziej, polecam. Szczególnie że jest naprawdę ładnie wydana. Oprawa jest wprawdzie miękka, ale wewnątrz nie brakuje ilustracji i wydanie dobrze prezentuje się na półce. 


środa, 1 lutego 2023

Antyspołeczny: dobry temat, kiepski autor

Takie to miało być zabawne (pojawia się na okładce ze trzy razy) i pouczające, a w praktyce wyszła z tego bardzo niekompetentna książka. „Antyspołeczny” może porusza istotne tematy, ale niestety, bardzo wiele mu brakuje do tego, aby naprawdę być czymś wyjątkowym.

Nie bez powodu najlepsze reportaże piszą profesjonalni dziennikarze, którzy latami uczyli się zbierać materiał, przerabiać go, a potem przemieniać w książkę, czy film dokumentalny. Nie wystarczy mieć wiedzy na dany temat czy specyficznych doświadczeń, aby być w stanie przekazać to innym w satysfakcjonujący sposób. I niestety, ale Nick Pettigrew jest tego doskonałym przykładem. 

Antyspołeczny
Nick Pettigrew
wyd. Insignis, 2021

Aby sprawa była jasna, najpierw warto wyjaśnić, kim ten pan w ogóle jest. To pracownik społeczny, który zajmuje się rozwiązywaniem spraw lokalnych mieszkańców, np. związanych z przeszkadzającymi sąsiadami, czy z osobami chorymi fizycznie/psychicznie i pozbawionymi pomocy.

Ta książka ma formę po prostu dziennika. Takiego, który z powodzeniem mógłby być publikowany na blogu, czy w mediach społecznościowych. Język jest lekki i wręcz potoczny. Przedstawiane przez autora historie zwykle dotyczą jednego dnia. Czasem wracają, ale nie w jakiś ustrukturyzowany sposób, więc nim człowiek do nich dotrze, to zwykle już zapomni, że w ogóle o tym czytał. 

Sama forma dziennika prowadzonego właściwie dzień po dniu też jest w przypadku książki problemem, dlatego że wiąże się z brakiem selekcji spraw. Nie są one posegregowane tematycznie, autor nie wgłębia się w żaden konkretny rodzaj prowadzonych dochodzeń, a wiele z nich jest bardzo do siebie podobnych, więc łatwo zlewają się w całość. Przy okazji regularnie dostajemy wstawki związane ze zdrowiem psychicznym autora, co oczywiście jest tematem ważnym, ale nie dotyczącym tematu tej książki, więc nie wiem, dlaczego redaktor postanowił je zostawić. 

Wróćmy jeszcze na chwilę do humoru. To autor, który próbuje mieć cięty język, ale kompletnie mu to nie wychodzi, przynajmniej nie w wersji polskiej. Przez co wielokrotnie jego docinki brzmią wrednie, zdają się być pozbawione szacunku do osób, którym autor próbuje pomóc, i to wcale nie wzbudziło we mnie ciepłych emocji w stosunku do niego, co wydaje mi się, że jest zrozumiałe.

„Antyspołeczny” to bez wątpienia książka poruszająca ważny temat i opowiadająca o ciekawym stanowisku. Ale w tej formie to materiał na artykuł albo wywiad, ewentualnie prywatny i nieodpłatny dziennik w sieci, nie na książkę, którą należy sprzedawać w księgarni. Szkoda, bo liczyłam na coś lepszego.


wtorek, 1 listopada 2022

Pi razy oko: matematyczne ciekawostki, które stały się bestsellerem

Niezbyt często sięgam po literaturę faktu, a ostatnio, gdy to się już dzieje to… mam pecha. Kolejna książka okazała się kompletnie nie tym, czego chciałam. W gruncie rzeczy nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie zależało mi na czymś takim. „Pi razy oko” Mattas Parkera, podobno znanego Youtubera (którego osobiście nigdy nie oglądałam), jest książką kompletnie nie dla mnie.

Pi razy oko
Matt Parker
wyd. Insignis, 2021

Dlaczego? Powodem jest jej struktura, znana mi już z innych książek, np. z „Rzeczy o ptakach”. To zbiór ciekawostek podzielonych tematycznie na trzynaście rozdziałów. Każdy fragment to case study. Autor przedstawia nam sytuację, która jest śmieszną lub tragiczną pomyłką, a następnie poddaje ją matematycznej analizie. Wyjaśnia, skąd wziął się błąd i w jaki sposób można próbować go uniknąć. I o ile pisze dość lekko, a same sytuacje bywają cudnie absurdalne, to taka forma mnie niezwykle męczy.

Gdy dostaje wiele rozdziałów, z krótkimi ciekawostkami to po prostu nie umiem się do nich przywiązać. Często książki czytam ciągiem, a w takiej sytuacji tego typu pozycje robią się po prostu nudne i trudne do przyswojenia. Jeśli przeczytam na raz o 10 sytuacjach, to zapamiętam może jeden. A jak dodamy do tego moje ogólne problemy z liczbami i matematyką to okaże się, że zapamiętam wyłącznie anegdotę: nie jestem w stanie faktycznie nauczyć się czegoś matematycznego z tego typu pozycji.

Jednocześnie mój brak wiedzy w temacie pozwala mi jedynie ocenić formę książki jako takiej, a nie faktyczność faktów i założeń. Wierzę, że autor w tym względzie nie popełnił wielu błędów, ale nie mogę mieć takiej pewności.

Wydaje mi się jednak, że to jest książka, która może pasować jednej grupie osób przede wszystkim: amatorom matematyki. Nie znawcom tematu, bo ci niemal na pewno po prostu te zasady matematyczne znają. Ale na przykład uczeń szkoły średniej, który przygotowuje się do matury i intrygują go tego typu ciekawostki, już być może będzie z tej książki naprawdę czerpał. Choćby po to, by zabłysnąć na lekcjach.

Muszę dodać jeszcze tylko kwestię tego, że nie podoba mi się do końca podejście Parkera do tragedii. Jasne, założenie tej książki jest takie, że ta ma być lekka i przyjemna. Po to, by po prostu zainteresować matematyką i to jest jak najbardziej OK. Ale autor nie zmienia tonu nawet jeśli pisze o tragediach, np. wynikających z tworzenia nieprzemyślanej architektury. I przyznaję, trochę mnie to momentami raziło.


sobota, 11 grudnia 2021

Ptaki nie znają granic: w pogoni za rekordem


Podróż dookoła świata jest jeszcze bardziej pasjonująca, gdy próbuje się pobić jakiś rekord. Noah Strycker wyruszył, aby zaobserwować co najmniej 5000 różnych gatunków w ciągu roku.

 

„Rzecz o ptakach” i „Ptaki nie znając granic” Stryckera kupiłam na dużych przecenach, przy okazji. Uznałam wówczas, że właściwie będą obok siebie ładnie wyglądały, a przecież nie mogą być złe, więc czemu nie? Niestety, „Rzecz o ptakach” okazała się raczej kiepską pozycją… a „Ptaki nie znają granic” w pewnych względach jeszcze gorszą.

Zacznijmy od tego, że polski tytuł wprowadza czytelnika w błąd. Oryginalny brzmi: „Birding without borders”, czyli w wolnym tłumaczeniu „Ptasiarstwo bez granic”. To zdecydowanie lepiej obrazuje, o czym ta książka jest. Bo Strycker nie pisze bezpośrednio o ptakach, a o swojej podróży dookoła świata, w której trakcie miał je obserwować. Zadanie wykonuje jako ptasiarz, czyli osoba, która po prostu patrzy na te zwierzęta i odhacza kolejne i kolejne gatunki na swojej liście.

Ptaki nie znają granic
Noah Strycker
wyd. Muza, 2019

Na początku myślałam, że będzie to tytuł lepszy, niż „Rzecz o ptakach”. Samo ptasiarstwo to temat raczej mi obcy, a Strycker zaczyna od wykładu na ten temat. Tłumaczy, skąd się to wzięło, jak działają takie osoby, z jakich aplikacji warto korzystać itp., itd. To było ciekawe wprowadzenie do jego pasji i pozwoliło mi trochę poznać ten nieznany mi świat.

Potem robi się gorzej, głównie dlatego, że „Ptaki nie znają granic” to po prostu bardzo, bardzo nudny reportaż. Schemat tej książki wygląda mniej więcej tak: Strycer opisuje, że przybywa do jakiegoś kraju. Tam spotyka swojego przewodnika albo dwóch, szukają ptaków. Zazwyczaj najważniejszy dla danego rozdziału jest jakiś jeden, o którego zobaczeniu autor marzy. Następnie widzi go, zachwyca się tym, jak to zwierzę wygląda, zapodaje jedna lub dwie ciekawostki i leci dalej.

Rozumiem, że ta podróż miała na celu pobicie światowego rekordu w ilości zobaczonych gatunków w jak najkrótszym czasie. Ale taka podróż „na szybko” nie nadaje się na reportaż. Brakuje tu jakiegokolwiek zagłębienia się w temat. Gdy coś już się pojawi to znika w kolejnym akapicie. Autor nie prowadzi żadnych interesujących rozmów, a ciekawostki i zachwyty, którymi raczy czytelnika są w większości wtórne do „Rzeczy o ptakach”.

Niemniej, mimo wszystko rozumiem osoby, którym się ta książka podobała. Pokazuje nieco inny świat, na dodatek jest po prostu lekka. Mnie styl Stryckera nudzi: jest w nim za mało konkretów, a za dużo jego prywaty. Ale wyobrażam sobie, że po ciężkim dniu pracy taka gawęda może niektórym odpowiadać, a same ptaki to po prostu sympatyczny temat. Zwłaszcza, że autor nie wchodzi głęboko w temat zmian klimatycznych, czy wymierających gatunków, więc ten tytuł nie obarczy niczyjej głowy tego typu zmartwieniami.

Warto dodać, że książka ma ok. 380 stron, ale tak naprawdę tylko 300 stron czegoś, co można czytać. Na końcu można znaleźć m.in. podziękowania, listę ekwipunku (to akurat przydatna sprawa!) oraz całą listę ponad 6000 gatunków ptaków, które autor zobaczył na wyprawie. A wystarczyło dać tam link do dokumentów Google! Osobiście odbieram to jako marnotrawstwo papieru, które niewiele do książki wnosi.

Nie jestem zadowolona z lektury. Nie jest ona odrażająco zła, przeciwnie – uznałabym ją po prostu za przeciętną. Ale od miłośnika ptaków naprawdę spodziewałabym się odrobiny więcej zaangażowania w przedstawienie konkretnych gatunków, albo opisanie ciekawych historii. Zaś pośpieszna podróż przez świat, byleby tylko odhaczyć kolejne gatunki i przedstawić kolejne nudne statystyki kompletnie mnie nie interesowała.


poniedziałek, 8 lutego 2021

Fenix Antologia 9/2018: Ptak powstający z popiołów... ale tylko na chwilę.

 

Mimo formy, nie chce, by ten tekst był recenzją jako taką. Raczej połączeniem elementów opinii z treścią informującą, bo wiem, że wielu osobom nawet zainteresowanym fantastyką ta sprawa mogła umknąć, a wydaje mi się, że warto o niej pamiętać.

Fenix Antologia
nr 9/2018

W PRLu w Polsce dostępny był jeden fantastyczny periodyk. Dobrze znana wszystkim starym wyjadaczom „Fantastyka” (od 1990 roku – „Nowa fantastyka”) była wówczas jednym z niewielu miejsc, w których młody autor mógł debiutować. Po 1989 roku na rynku pojawiły się jednak również inne pisma. Jednym z pierwszych, jeśli nie pierwszym był „Fenix”. Założone przez grupę fantastów pismo było długo główną konkurencją na rynku dla „Nowej Fantastyki”. 

Nie miałam nigdy tego pisma w rękach i właściwie wiem o nim tyle, co z dyskusji na grupach Facebookowych, z książek Macieja Parowskiego i innych, które omawiają literaturę fantastyczna w Polsce. Jednego jednak jestem pewna: te dwie redakcje długo żyły w dość mocnym skłóceniu. W każdym razie, „Nowa fantastyka” przetrwała, a „Fenix” został zawieszony w 2001 roku.

Ale jak „każdy” wie, feniksy mają do siebie to, że powstają z płomieni. Odnoszę wrażenie, że przez lata pismo obrosło pewną swoistą legendą, choć nigdy bliżej nie badałam tego zjawiska. I tak w 2018 roku powstał „Fenix Antologia”, wydawany w 500 drukowanych egzemplarzach. Śledziłam mniej-więcej ten proces na facebookowej grupie, choć bez jakiegoś szczególnego zainteresowania (nigdy z „Fenixem” związana nie byłam). Koniec końców, udało się wydać 9 numerów, po czym okazało się, że przynajmniej na razie kolejne nie będą wydawane. E-booki są cały czas dostępne, pojedyncze numery można dostać na księgarni Esef, ale nakłady są już na wyczerpaniu.

Do mnie trafił tylko numer 8, poświęcony Maciejowi Parowskiemu. To wydanie będące swoistym trybutem dla zmarłego w czerwcu 2019 roku redaktora. Jest to, bądź co bądź, drobny zwrot akcji, zważając na to, że w „Małpach pana Boga” wspominał o kłótniach z redakcją starego „Fenixa”. W każdym razie, miałam okazję przeczytać te nieco ponad 100 stron. Antologia zawiera kilka opowiadań, parę komiksowych stron oraz trochę publicystyki.

Szczerze przyznam, że wolałam fragmenty publicystyczne, ale opowiadania również były na dobrym poziomie. Wszystkie, poza jednym, zostały napisane przez Parowskiego. Ten jeden rodzynek został zaś stworzony według jego pomysłu. Redaktor po prostu nie zdążył.

W tym momencie raczej nie będę kompletować wszystkich nowych „Fenixów”, choć trochę żałuję, że nie zbierałam ich od początku. Bo kusiło. Nie mamy w Polsce wielu tego typu działań, bo właściwie z pism drukowanych funkcjonuje w miarę dobrze chyba tylko „Nowa Fantastyka” i trochę brakuje mi innego periodyka, czy też takiego właśnie formatu, który dostarczałby regularnie i dobrej publicystyki, i ciekawych opowiadań. Co tu kryć – szkoda, że tak się przygoda „Fenixa Antologii” na razie zakończyła.

piątek, 8 stycznia 2021

Dramat zwierząt domowych: co dzieje się z naszymi pupilami?

 

Ludzkie niedopatrzenie, okrucieństwo czy nieprawidłowa hodowla to jedynie niektóre z powodów licznych cierpień domowych pupili. Co najbardziej krzywdzi naszych podopiecznych i w jaki sposób doprowadza do ich zgonu? Achim Gruber, weterynarz patolog, dzieli się swoimi doświadczeniami.

 

Gdy sięgam po tego typu tytuł raczej spodziewam się prozy popularnonaukowej, która wyłoży mi pewną problematykę w sposób lekki i z dodatkiem odrobiny ciekawostek. Achim Gruber podszedł jednak do swojej książki w sposób nieco inny. Jego „Dramat zwierząt domowych” to najpierw literatura faktu, zbierająca jego historie, anegdotki i opinie. Dopiero później wiedzę, która może przydać się posiadaczowi zwierzęcia lub zwierząt. Co prawda robi to w sposób całkiem interesujący, jednak przyznaję, że nie jest to lektura pozbawiona wad.

Dramat zwierząt domowych
Achim Gruber
wyd. Feeria, 2020
„Dramat zwierząt domowych” rozpoczyna się od opisów spraw, nad którymi pracował autor. Przedstawia nam historie z ogrodów zoologicznych; opisuje sekcje zwłok rasowych zwierząt, czy postrzelonych w lesie psów. Skupia się na ciekawostkach, opisując czasem niedorzeczne lub wręcz okrutne przypadki. Nie zachowuje jednak przy tym obiektywizmu, naprawdę chętnie dzieląc się swoimi opiniami. Nie dziwię się: jest przecież weterynarzem, a nie dziennikarzem piszącym profesjonalny reportaż. Gdy jedna trzeba wyjaśnić kwestie medyczną robi to w sposób jasny i interesujący, a wydaje mi się, że w tego typu książkach to jest mimo wszystko najważniejsze.

Przyznaję, że generalnie to tej pierwszej części książki nie miałam większych zarzutów. Ot, dostałam od autora garść całkiem ciekawych historii kryminalnych, przy okazji dowiadując się kilku ciekawostek ze świata zwierząt, który przecież jak najbardziej mnie interesuje. A potem Gruber postanowił przejść do kwestii hodowli zwierząt rasowych...

Początek rozdziału o zwierzętach rasowych to właściwie wykład opinii autora na temat hodowców. Według niego tworzenie ras jest procederem zupełnie sztucznym i złym; jego kundel jest istotą przewyższającą genetycznie każdego rasowego psa czy kota, bo został stworzony w sposób naturalny. I choć w dalszej części zdanie Grubera mięknie to jako weterynarz będzie dla wielu osób autorytetem i może mocno zniechęcić innych do idei hodowania zwierząt w ogóle. A przecież chcemy mieć wokół siebie psy, koty czy inne żywe stworzenia: w końcu to daje nam radość.  W jaki więc sposób mamy je pozyskiwać? „Naturalnie”? Może biorąc psy do parku dla zwierząt, spuszczając je ze smyczy i hulaj dusza – niech się dzieje co chce! To na pewno jest bardziej odpowiedzialne podejście, niż staranny dobór osobników, połączony z genetycznymi badaniami, co robi się w dobrych hodowlach psów czy kotów.

Na szczęście, jak wspominałam, po tym wstępnie autor mięknie i skupia się po prostu na konkretnych problemach, które w hodowlach faktycznie występują. Są one być może z tych bardziej, niż mniej znanych (psy z krótkimi pyskami, geny merle, kwestia chowu wsobnego itd.), ale biorąc pod uwagę, że taka lektura ma z założenia trafić do jak najszerszego grona czytelników: nie dziwi mnie to, ani też nie gorszy.

Koniec końców, jestem z lektury zadowolona, choć absolutnie nie zachwycona. To na pewno tytuł, który ma szansę poszerzyć wiedzę i świadomość czytelnika, zwłaszcza jeśli ten zwykle o zwierzętach nie czyta. Być może nawet dzięki tej lekturze niektóre zwierzęta zostaną szybciej zdiagnozowane, a w przypadku innych: poprawi się ich poziom życia, co jest zawsze jak najbardziej dużą zaletą tego typu książek. Czy jednak „Dramat zwierząt domowych” jest przełomem i czymś, co każdy miłośnik zwierząt powinien przeczytać? Ku temu mam wątpliwości: wiele wiedzy zawartej w książce swobodnie da znaleźć się w sieci w bardziej skondensowanej wersji. Mimo wszystko, zbyt wiele jest w tym tytule samego autora oraz jego wspomnień, aby uznawać „Dramat zwierząt domowych” za kompendium wiedzy albo przełomowe dzieło, przedstawiające ciekawe badania czy fakty.


wtorek, 22 grudnia 2020

Małpy Pana Boga: Podręcznik każdego fantasty

 

Maciej Parowski (1946-2019) był postacią dla polskiego fandomu kluczową. Jako osoba odpowiedzialna za dział literatury polskiej „Fantastyki”, a potem redaktor naczelny „Nowej Fantastyki” przedstawił światu wielu niezwykłych twórców, których możemy czytać do dzisiaj. „Małpy Pana Boga” (2012) są kontynuacją nieznanego mi jeszcze „Czasu fantastyki” (1990) i zawierają przekrój prac Parowskiego od końcówki lat 80. aż do czasów bardziej współczesnych.

Książka podzielona jest na sześć bardzo przemyślanych rozdziałów. Pierwszy to swoisty wstęp. Definicja fantastyki; tekst o popkulturze, o generacjach polskich twórców. Wywiad ze Smuszkiewiczem oraz ze specjalistą od Stanisława Lema. To jest fragment książki, który pomoże laikowi zrozumieć, w jakim świecie i czyim umyśle właśnie się znalazł. Bo nie oszukujmy się – umysł fantasty działa nieco inaczej.

Małpy Pana Boga
Maciej Parowski
wyd. Narodowe Centrum Kultury
Małpy Pana Boga, t. 1

Drugi rozdział to dalsza analiza gatunku ora teksty dotyczące najbardziej popularnych polskich twórców. Jest też trochę o teologii i fantastyce, trochę też o samym pisaniu. Następnie Parowski przedstawia nam książki traktujące o gatunku, potem – same powieści i zbiory opowiadań. Dalej są recenzje tytułów popularnonaukowych, zgodnie z tezą Parowskiego, że fandom w latach 80. i później pełnił rolę latającego uniwersytetu. Ostatni rozdział to polemiki, czyli innymi słowy: odpowiedzi Parowskiego na zarzuty, jakie miał względem niego rodzimy fandom.

„Małpy Pana Boga” są więc dla mnie książką dosyć kompletną, która może stanowić coś w rodzaju podręcznika do fantastyki. Czytaczowi gatunku pozwoli poznać od środka fandom i ucieszyć się z anegdotek. Uzupełni wiedzę i pozwoli na konfrontację z kimś, kto o gatunku wiedział niezwykle wiele. Nowicjuszowi zaś otworzy drogę do poznawania dobrych książek i pomoże sobie wszystko nieco poukładać.

Przyznaję jednak, że Parowski potrafi przytłaczać. Rzuca tytułami i nazwiskami niczym kartami z rękawa i jeśli sama nie znałam danych twórców/książek czasem czułam się nieco zagubiona. Przynajmniej ja wolę jednak takie rzeczy czytać wtedy, gdy znam przynajmniej większość przywoływanych tytułów. Przy tym generalnie same treści są napisane z reguły bardzo ciepło, dobrodusznie, z widoczną pasją i miłością do literatury. Z „ojcowskim” nastawieniem do twórców. Parowski wielokrotnie podkreśla, że większość kłótni w fandomie, nawet jeśli z daleka wyglądały na niezwykle zażarte, to w gruncie rzeczy były raczej sprzeczkami w rodzinie, niż prawdziwą wojną. Perspektywy innych uczestniczących nie znam, ale śmiem wierzyć, że przynajmniej dla niego to była prawda.

„Małpy Pana Boga” nie są książką do przeczytania na raz. To lektura, do której warto wracać wielokrotnie, zwłaszcza wtedy, gdy zabraknie nam czytelniczych inspiracji. To też doskonała baza do wszelakich artykułów z gatunkiem związanych. Dobrze wiem, że jako lektura dość specjalistyczna, nie będzie książką dla wszystkich. Ale ja sama z radością będę trzymać ją w swojej kolekcji i regularnie doń zaglądać aby odświeżyć sobie słowa Parowskiego.


poniedziałek, 21 września 2020

Wcierki rtęciowe i obcęgi: pamiętnik lekarza z Międzywojnia

 


Zaraz po studiach rozpoczęła praktykę na polskiej wsi i przez lata walczyła po równi z systemem zdrowia oraz z lokalnymi zabobonami. Zofia Karaś działała zawodowo w dwudziestoleciu międzywojennym, a w swoim pamiętniku opisywała co ciekawsze, zabawniejsze bądź bardziej emocjonujące chwile ze swojej pracy.

 

„Wcierki rtęciowe i obcęgi” to pamiętnik wydany przez wcześniej nieznane mi Wydawnictwo Nawias. Nie dziwię się jednak, że trafiłam na nie dopiero teraz. Nie dość, że wygląda mi na stosunkowo nowe to na dodatek jego książki, przynajmniej w chwili pisania tego tekstu, są dostępne jedynie na ich stronie. Jeśli więc ktoś przypadkiem nie zainteresuje się ich książkami i nie odwiedzi ich własnej księgarni to nie natrafi na nie w żadnym z popularnych miejsc, w których sprzedaje się literaturę. A szkoda, bo ta niedługa książka to naprawdę ciekawy wycinek z polskiej historii, przedstawionej w ciekawy sposób i na dodatek z pierwszej ręki.

Zofia Karaś była osobą wykształcona. Miała wiedzę niedostępną mieszkańcom wsi. Nic więc dziwnego, że często załamywała ręce na widok kłód, które pod nogi rzucała jej zarówno mentalność lokalsów, jak i ówczesny system zdrowia. Sama nie zarabiała fortuny, pracując niemalże bez przerwy, a na dodatek nie raz przychodziło jej opłacać leczenie własnych pacjentów, bo ich po prostu nie było na to stać. Mimo tego nie brakowało jej poczucia humoru. „Wcierki rtęciowe i obcęgi” to książka pełna zabawnych porównań oraz ironii, chociaż należy dodać, że często to po prostu śmiech przez łzy. Czasem po prostu trudno reagować w inny sposób, mając wokół siebie tak wiele chorób i śmierci.

Mimo że to bardzo krótka książka (niecałe 150 stron) to zawiera bardzo dużo treści. Osoby piszące przed laty miały w swoim stylu coś, co pozwalało unikać im nadmiernego rozwlekania i to jest coś, co bardzo sobie cenię. Na dodatek, choć autorka tej książki nie była z zawodu pisarką to jest w jej stylu pewne naturalne wyczucie i po prostu bardzo dobrze się jej wspomnienia przyswaja.



Dodatkowo, to jeden z tych „autobusowych” tytułów. Stosunkowo duża czcionka, niewielki format oraz krótkie rozdziały sprawiają, że jeśli lubicie czytać w krótkich fragmentach albo macie na to czas tylko przez chwilkę w ciągu dnia to „Wcierki rtęciowe i obcęgi” powinny się dla Was sprawdzić. Zwłaszcza, że to lektura jednocześnie stosunkowo lekka (pod kątem stylu a nie opisu chorób oraz sposobów leczenia) i pozwalająca liznąć czytelnikowi odrobinę z polskiej historii.

Samo wydanie prezentuje się nienagannie, ale mam z nim pewien drobny problem. Wydawnictwo Nawias dodało jedynie krótką notkę o autorce, nie wspominając na przykład o tym, w jaki sposób ta straciła życie. Wydaje mi się zaś, że w przypadku tego typu postaci przydałby się jakiś esej, który szerzej przedstawiłby pisarkę oraz jej życiorys i praktykę. To na pewno ubogaciłoby tę lekturę. Zwłaszcza, że sama w sobie jest naprawdę krótka i dodanie kilku dodatkowych stron wcale by jej nie zaszkodziło. Przeciwnie!

Mimo tej drobnej wady, naprawdę polecam spróbować ten tytuł upolować każdemu, kto jest zainteresowany taką tematyką. Albo nawet nie: w końcu ze mnie ani żaden historyk, ani wielki fan dwudziestolecia czy medycyny. A jednak naprawdę szczerze dobrze się przy tej lekturze bawiłam i mam wrażenie, że sporo z niej wyniosłam. Zwłaszcza, ze Zofia Karaś wydaje mi się po prostu taką dobrą, „swoją” kobietą: silną i inteligentną, która jednak nie zapomina o tym, że czasem trzeba po prostu pomóc innym. Nawet, jeśli „pomoc” oznacza wejście w ich życie z butami, bo czasem najzwyczajniej w świecie nie ma innego wyjścia.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

piątek, 1 maja 2020

Seryjni Mordercy: FAQ na temat zbrodniarzy



 Wstrząsające mordy seryjnych morderców od lat na równi przerażają i fascynują. Kim są ci zbrodniarze? W jaki sposób dobierają swoje ofiary i dlaczego to robią? Czy w ogóle istnieje możliwość, aby się przed nimi uchronić?

Tytuł: Seryjni mordercy
Autor: Michelle Kaminsky
Tłumaczenie: Stanisław Bończyk
Liczba stron: 370
Gatunek: literatura faktu
Wydanie: Muza, Warszawa 2020
Gdy zaczynałam myśleć o tym, co napiszę o „Seryjnych mordercach” pierwsze, co przychodziło mi do głowy to uznanie, że tej książki za „klozetowe czytadło”. Zupełnie na poważnie: jeśli czytacie w toalecie to ten tytuł może się Wam całkiem nieźle sprawdzić, bo forma książki pani Kaminsky wydaje się być ku temu idealna. Czy jednak jest to dobry tytuł? Wydaje mi się, że tu nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Wszystko zależy od tego, czego akurat szukacie.
Zacznijmy więc może od tego, czego się spodziewałam. Biorąc w ręce „Seryjnych morderców” liczyłam na pewne kompendium wiedzy. Na analizy konkretnych spraw, przypadków, statystyk. Na konkretną wiedzę, która będzie stosunkowo unikatowa, której nie znajdę ot tak, wchodząc do sieci.
Dostałam jednak coś zgoła innego. To książka, która ma formę pytań na tematy powiązane z seryjnymi mordercami oraz odpowiedzi na nie. Te zaś nie są szczególnie długie: mają zwykle po 2-3 strony, jeśli nie mniej. Dzięki temu „Seryjni mordercy” to książka, która może nadać się dla osoby nieco zainteresowanej tematem, ale nieszczególnie mającej czas na długie posiedzenia przy lekturze. To swoisty zbiór ciekawostek, nie pogłębiający szczególnie problemu.
Zwłaszcza, że autorka często zakłada, że czytelnik dobrze zna te najpopularniejsze sprawy związane z tytułowymi zbrodniarzami. Nie wyjaśnia więc np. detali sprawy Teda Bundy’ego, uznając je za oczywiste. Przyznam, że sama musiałam sobie więc po prostu przypomnieć, kim ten pan był, bo choć swego czasu o nim czytałam to po czasie wiedza z pamięci najzwyczajniej w świecie mi umknęła. Przyznam, że było to nieco przykre odkrycie, zwłaszcza, że „Seryjni mordercy” zaczynali się całkiem dobrze. Autorka zaczęła od wyjaśniania definicji tego zjawiska i podania pewnych statystyk oraz danych, kluczowych by temat dobrze omówić. Tyle tylko, że w kolejnej części książki skupiła się za bardzo na ciekawostkach, a za mało na omówieniu spraw.


Kolejna z rzeczy, która zwróciła moją uwagę to brak przypisów. Co prawda w tekście często mamy odwołania do jakiś filmów, seriali, czy książek, ale wolałabym jednak, aby autorka w przypisach oznaczyła, od kogo czy skąd czerpie daną wiedzę. Gdy zaś zerkniemy do bibliografii zaatakuje nas ogrom linków. Oczywiście pozycje książkowe również się tam znajdują, jednak wydaje mi się, że są znaczną mniejszością.
Jeśli liczycie też na zdjęcia, ilustracje, wykresy – to tego w „Seryjnych mordercach” po prostu nie ma. Ta książka to pytania i odpowiedzi pozbawione jakiejkolwiek ilustracji. Jest to do pewnego stopnia zrozumiałe, bo takie dodatki zwiększyłyby cenę druku. Osobiście jednak, gdy słucham o sprawach kryminalnych, wolę móc przy okazji zobaczyć zdjęcie sprawcy, czy miejsc, w których do tego doszło. Dlatego też, mając do wyboru tego typu książkę, a artykuł w sieci prędzej wybiorę to drugie.
Samo czytanie „Seryjnych morderców” jest raczej szybkie. Autorka napisała książkę lekki językiem, prostym do przyswojenia. Czasem odnosiłam wrażenie, ze jest zbyt bezosobowy; że brakuje mi jakiegoś odautorskiego komentarza, czy też większej empatii. Jednocześnie wyraźnie widać, że ten tekst ma interesować i być może nawet szokować. Te dwa elementy, połączone ze sobą, potrafiły wzbudzić we mnie dysonans, chociaż też nie na tyle mocny, abym porzuciła czytanie.
Poza tym muszę dodać, że… nie mam pojęcia, kim jest sama autorka. Nie znalazłam takiej informacji wewnątrz książki, mam też trudność z wygrzebaniem tego z sieci. Dlatego też trudno mi w ogóle powiedzieć, do jakiego stopnia mogę w ogóle ufać przedstawionym przez nią informacjom. Wydaje mi się, że w przypadku takich pozycji dobrze jednak wiedzieć, za czyj tekst się bierzemy. To zbyt wrażliwy temat, by przed lekturą nie wiedzieć, jaką wiedzę i jakie podejście do takich spraw ma sam autor.           
Jeśli chcecie po tę książkę sięgnąć, zastanówcie się, czego szukacie. Jeśli jesteście zainteresowani tą tematyką i jeśli przy tym szukacie czegoś lekkiego oraz mocno rozrywkowego – ta książka może się sprawdzić. Sprawdzi się także jako lektura do komunikacji miejskiej na krótkich dystansach czy przerywnik pomiędzy innymi pozycjami. Jeśli jednak zależy Wam na głębszej analizie tego, kim jest seryjny morderca, czy na dokładnym omówieniu spraw – to tu tego raczej nie znajdziecie.


* * *

Gdy linią obrony jest niepoczytalność oskarżonego, ten przyznaje się do zarzucanych mu czynów, twierdząc jednak zarazem, że nie może być uznany za winnego z uwagi na chorobę psychiczną. W wielu systemach prawnych, by uniknąć odpowiedzialności karnej, zasłaniając się niepoczytalnością, oskarżony musi wykazać, że nie mógłwiedzieć, czego się dopuszcza ani że było złe to, co robił. Jest to wymóg bardzo trudny do spełnienia nawet wtedy, gdy oskarżony cierpi na klinicznie zdiagnozowaną chorobę psychiczną. Tym samym taka linia obrony rzadko okazuje się skuteczna.
Fragment „Seryjnych morderców” Michelle Kaminsky


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza!
Premiera już 6 maja 2020 roku!


niedziela, 31 marca 2019

To nie jest zawód dla cyników: Dziennikarstwo w ujęciu etycznym


Ryszard Kapuściński to ojciec polskiego reportażu. Ten wybitny dziennikarz przeprowadzał liczne wywiady i warsztaty dotyczące wykonywania swojego zawodu, w tym jego etyki. „To nie jest zawód dla cyników” zbiera kilka z nich.
Tytuł: To nie jest zawód dla cyników
Autor: Ryszard Kapuściński
Liczba stron: 240
Gatunek: literatura faktu
Wydanie: PWN, Warszawa 2013

Ryszard Kapuściński to jeden z tych niewielu polskich reportażystów, o których słyszy się już w szkole średniej. Nie ma się co dziwić: można go lubić, lub nie, ale to po prostu jest figura, którą trzeba znać. Był jedną z niewielu osób, które w okresie PRLu były w stanie wyjechać do odległych zakątków świata, będąc oknem na świat dla ówczesnego, polskiego społeczeństwa. Jednocześnie to człowiek, który o swojej profesji mówił z wielką ideą, co zdecydowanie widać w wydanym po jego śmierci zbiorze „To nie jest zawód dla cyników”.
To książka wręcz usłana cytatami o dobrym dziennikarstwie. Stanowi bardzo podstawowy „poradnik” dotyczący tego, jak ten zawód w swojej idealnej formie powinien wyglądać, w związku z tym wydaje mi się dobrym startem dla osób, które w ogóle myślą o rozpoczęciu pracy w jakichkolwiek mediach (także tych internetowych: prowadzenie bloga to dla mnie też pewna forma amatorskiego dziennikarstwa).
Jednocześnie jednak jako osoba już zapoznana z tematem miałam wrażenie, że mimo wszystko ja o tym wszystkim już wiedziałam. Bo w gruncie rzeczy Kapuściński nie odkrywa niczego, do czego można by dojść samemu. Oczywistym jest, że słowa dziennikarza mają dużą moc i mogą swobodnie zniszczyć życie szarego człowieka. Tak samo, jak jasne chyba jest to, że zupełnie obdarcie tekstu z emocji nie wyjdzie mu na dobre. To są rzeczy, o których warto przypominać innym (zwłaszcza adeptom, by wbili sobie do głowy podstawowe, moralne kwestie), ale jednocześnie nie mogę powiedzieć, aby „To nie jest zawód dla cyników” była książką, która odmieniła mi życie.
Wiadomo też, że niestety, ale idealnie dziennikarstwo zwykle rozmija się z tym, co dzieje się w praktyce. Ale to chyba dotyczy każdego zawodu. Choć do perfekcjonizmu warto dążyć to nawet życiorys Kapuścińskiego pokazuje, że jest to właściwie rzecz nieosiągalna.
Samą książkę czyta się bardzo sprawnie. Jest dobrze podzielona na rozdziały i podrozdziały. Kapuściński przekazuje wiedzę w sposób prosty, jasny. Na dodatek to wcale nie jest długa książka w związku z czym po prostu można ją bardzo szybko „połknąć”. Nie zabierze więc dużo czasu, ale jednocześnie może dać do myślenia tym, którzy nigdy nie zastanawiali się, ani nie uczyli się na ten konkretny temat.
Wydaje mi się, że nie ma tu wiele do dodania. „To nie jest zawód dla cyników” może odrobinę się zestarzał (najstarszy wywiad pochodzi z 2002 roku), ale jednocześnie zawiera bardzo podstawowe informacje dotyczące dziennikarstwa, przez co mimo wszystko moim zdaniem jest uniwersalną pozycją. Warto po ten tytuł sięgnąć zarówno, jeśli chcemy pracować w mediach, jak i wtedy, kiedy chcemy poznać „cokolwiek” od autora, a nie przepadamy za reportażem. Bo nie widzę możliwości, aby ta książka kogoś szczególnie zmęczyła, biorąc pod uwagę jej długość i lekkość czytania.


* * *

Nie możemy być cynikami, bo sfera naszej pracy to przestrzeń, którą budujemy wspólnie z innymi. To tam rozstrzyga się wszystko. Ludzie obserwują nas i nieustannie oceniają, potrafiąc bezbłędnie odróżnić dziennikarza pytającego o problemy naprawdę go interesujące od takiego, którego celem jest wydobyć kilka informacji, z których mógłby zbudować swoją historię, i czym prędzej wziąć nogi za pas. Bez empatii, owej zdolności pozwalającej poczuć się błyskawicznie tak, jakbyśmy należeli do rodziny, nie można dzielić bólu, udręki, cierpienia i radości ludzi.
Fragment „To nie jest zawód dla cyników” Ryszarda Kapuścińskiego

wtorek, 26 lutego 2019

Z psem przez stulecia: Gdy książka nie wie, czym chce być, ale ma dobrego tłumacza


Pies od lat jest uznawany za najlepszego przyjaciela człowieka. Co jednak złączyło nasze ścieżki?

Tytuł: Z psem przez stulecia
Autor: Hans Bauer
Tłumaczenie: Jan Żabiśki
Liczba stron: 239
Gatunek: literatura faktu
Wydanie: Wiedza Powszechna, Warszawa 1968
„Z psem przez stulecia” to książka specyficzna: ni to książka naukowa, ni to dziwna literatura faktu. Oryginalnie została wydana w latach 50. XX wieku, a w Polsce pojawiła się w 1968. Nie jest to więc pozycja wyjątkowo aktualna, chociaż przynajmniej teoretycznie jej historyczna część powinna być rzetelna i sprawdzona.
Problem polega na tym, że „Z psem przez stulecia” Hansa Bauera to książka absolutnie pozbawiona żadnych przypisów. Czytając, miałam wrażenie, że to trochę taki współczesny, blogowy wpis. Autor informuje nas o tym, co kiedyś usłyszał, lub wyczytał. Czasem podaje zdawkowe i niepotrzebne informacje (jakiś pies zrobił tak i tak w jakimś mieście w Europie).
Książka czasem też nie wie, czym chce być. Ma przedstawić czytelnikowi historię ludzko-psiej relacji od starożytności, a może pokazać, jak to wygląda teraz? A może jednak lepiej najpierw wyjaśnić czytelnikowi jak wygląda psia psychika, bo inaczej nie zrozumie treści? Czytając, miałam wrażenie, że autor w żaden sposób nie usystematyzował historii życia psa i człowieka, wrzucając dane w stosunkowo losowy sposób.
Nie zmienia to faktu, że „Z psem przez stulecia” bardzo dobrze się czyta. Choć to nie zaskoczenie, jeśli spojrzymy na tłumacza tego tytułu. Jan Żabiński to niezwykła postać wśród polskich zoologów: niegdyś dyrektor warszawskiego zoo, który w trakcie II wojny światowej troszczył się zarówno o zwierzęta, jak i o ludzi, potem radiowiec, odsunięty od prowadzenia swojego ukochanego ogrodu w związku z zatargami z ówczesną władzą. To człowiek z pasją, co chyba po prostu w tym tłumaczeniu widać.
            Czy samo wnętrze książki jednak cokolwiek wnosi? Tak, ale… nie dla kogoś, kto jest psiarzem od lat. O większości historii podawanych przez autora po prostu słyszałam; brakło mi wewnątrz konkretnej, dokładnej analizy relacji człowieka z psem. Ponadto zawsze w przypadku takich książek należy wziąć pod uwagę ich wiek. Wiele z faktów podawanych przez Bauera mogło się zdezaktualizować i nim wykorzystamy gdzieś jego dane to warto je dodatkowo zweryfikować, nie tylko przez wzgląd na brak przypisów.
Warto jeszcze w przypadku tej pozycji nadmienić, że wewnątrz nie brakuje czarno-białych zdjęć, które w ciekawy sposób mogą przenieść nas w przeszłość i pokazać, jak te kilkadziesiąt lat temu wyglądały psy konkretnych ras, a warto pamiętać, że niektóre z nich przez te dziesięciolecia naprawdę się zmieniły. Choć wzorce teoretycznie pozostały te same, zwierzęta potrafią naprawdę diametralnie różnić się od tych, które widzimy współcześnie na ringach wystawowych.
Jak w przypadku wielu starszych książek „poradnikowych”, tak i „Z psem przez stulecia” jest raczej ciekawostką, niż pozycją, po którą koniecznie trzeba sięgnąć. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że bardzo podoba mi się sam jej zamysł i bardzo chętnie sięgnęłabym po coś o tej samej tematyce, tylko współczesnego i lepiej opracowanego.


Nomida zaczarowane-szablony