Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popkulturowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popkulturowo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 czerwca 2020

Wspominkowo o "Wiedźminie": książka, gra i serial


Zorientowałam się ostatnio, że właściwie nigdy nie napisałam tu niczego więcej o “Wiedźminie” Sapkowskiego (“Sezonu burz” do tego nie wliczajmy, nie będę go brała pod uwagę w tym tekście w ogóle). Ten cykl czytałam jeszcze przed założeniem Drewnianego Mostu i po prostu nie było ku temu okazji. Jednocześnie czasu na ponowne czytanie całości raczej nie mam, granie w gry zajęło mi więcej czasu, niż przypuszczałam, a choć serial obejrzałam w trakcie premiery to wtedy nie miałam ochoty, aby o nim pisać. Uznałam więc, że skoro całkiem niedawno skończyłam swoją pierwszą rozgrywkę w “Wiedźmina 3: Dziki Gon” to może… po prostu napiszę Wam zbiorowy post? Taki wspominkowy, po trochu i o oryginale, i o adaptacjach. 

UWAGA: TO NIE TYPOWA RECENZJA. Mogą wystąpić spoilery. 



Zacznijmy więc może od oryginału. Czytałam go w całości dwukrotnie, najpierw z dużymi przerwami pomiędzy tomami, a potem hurtem. Pamiętam stosunkowo niewiele, a przynajmniej tak mi się wydaje. Wracałam jedynie do niektórych opowiadań po premierze serialu Netflixa. I choć nie mogę powiedzieć, jak odebrałabym tę serię teraz, tak wtedy absolutnie te książki uwielbiałam. Wydaje mi się jednak, że wiele by się mimo wszystko nie zmieniło, bo same opowiadania Sapkowksiego są naprawdę bardzo dobrze napisane. 

Pamiętam, że uwielbiałam Cahira. Dziś widzę, że to chyba najbardziej pozbawiona charakteru postać Sapwkoskiego, ale wtedy! Gdy jest się nastoletnią dziewczyną łatwo się zauroczyć w rycerzu, który robi wszystko, aby przynajmniej żyć w otoczeniu swojej ukochanej. Cóż. To wydawało mi się wtedy bardzo romantyczną fantazją. Bardzo lubiłam też Milvę, bo choć elfką nie była, to z elfami miała sporo wspólnego. No i strzelała z łuk. A moja ukochana postać z MMORPG też była elfką strzelającą z łuku. To zawsze było takie moje małe “marzenie”. Milva więc była mi bliska pod tym względem.

Wtedy nie doceniałam Regisa. Wtedy też nie widziałam problemu z podróżą Ciri przez pustynię, choć teraz widzę, że wiele osób to krytykuje. W tym wątku wystąpił przecież jednorożec, a mi to absolutnie wystarczało do tego, aby go uwielbiać. Samo zakończenie też często jest krytykowane, a mi po prostu było smutno, że Cahir umiera, więc nie zwróciłam wtedy na to uwagi. Gdybym dziś czytała to po raz pierwszy i pisała typową recenzję pewnie również bym ten aspekt krytykowała.

Ogólnie więc rzecz ujmując: lubiłam i lubię, a opowiadania uwielbiam. Są doskonale pod względem języka, pomysłów i tempa akcji. 




Przejdźmy więc do gier. Początkowo zaczęłam od “Wiedźmina 2: Zabójców królów”, jako że na jednym z sylwestrów mój kolega po prostu włączył grę na konsoli, a ja jakoś podłapałam i bardzo chciałam sprawdzić, jak trzyma się pada w rękach. Porzuciłam jednak po czasie, bo mój stary laptop nie był w stanie dobrze udźwignąć gry, a pierwszy bos na poziomie łatwym okazał się dla mnie zbyt trudny (i dalej jest zbyt trudny).

Zabrałam się więc potem za pierwszą odsłonę i… o mój Boże, jak mnie ta gra wymęczyła. Widzicie, ja nie jestem typowym graczem. Owszem, gram sobie w gry, ale żaden ze mnie koneser tej sztuki. Nie chcę się więc w trakcie nudzić i męczyć, a ta część nie dość, że ma swoje lata i miała stosunkowo niski budżet (więc nie wyglądała) to jeszcze ma masę zadań pokroju: zbierz dziesięć kwiatków do zupy dla wiedźmy. Czułam się, jakbym krążyła w kółko, często się gubiąc, często irytując… Aż w końcu porzuciłem grę przed ostatnim (ponoć najlepszym) aktem. Pod kątem fabularnym to była całkiem ciekawa historia, ale po prostu nie potrafiłam w nią grać.



Dlatego też nie do końca rozumiem narzekania na “Zabójców królów”. Bo gdy już pokonałam… to znaczy - ktoś pokonał za mnie - tego pierwszego bosa (to ile razy ja słyszałam “złap go w yrden, Geralt!!!” przechodzi ludzkie pojęcie) to po prostu wciągnęłam się w historię. I całkiem dobrze się bawiłam. A potem przeszłam całość całkiem szybko, przynajmniej jak na moje standardy. 

W “Wiedźmina 3: Dziki Gon” zaczęłam grać jakoś w 2016 roku, a dopiero jakieś dwa tygodnie temu skończyłam “Wino i krew”. Nigdy, ale to nigdy nie przechodziłam żadnej gry tak długo, mimo że to naprawdę dobra produkcja, która sprawiła mi sporo frajdy. To miła historia, dobra muzyka, ciekawe postacie, ogromny świat… Nie mam właściwie nic szczególnego tej grze do zarzucenia. Choć moją “grą życia” raczej nie była i nie jest. Mogę jedynie dodać, że takich rzeczy jak "Krew i wino" mogłoby wyjść dużo, dużo więcej. To był dobry dodatek.




No i w końcu parę słów o ekranizacjach! Zacznijmy może od tej polskiej, bo tu będzie krótko. Nie obejrzałam tego nigdy w całości, nie czaiłam do końca o co w ogóle w tym chodzi, ale piosenki Jaskra były przyjemne. Czasem ich słucham. Polecam.

A teraz przejdźmy do netflixowego “Wiedźmina”, którego obejrzałam w całości w dniu premiery. I który ma elementy, które zarówno cenię, jak i takie, które mnie bardzo irytują. Aż kusi, by użyć tu niekoniecznie ładnego słówka.

Zacznijmy od tych udanych elementów. Henry Cavil to mój Geralt. Wygląda w tej roli naprawdę świetnie. Medalion też ma fajny. Jego relacja z Jaskrem wypada bardzo fajnie, choć ta postać jest na mój gust jednak ciut za bardzo “rockowa”, a za mało “bardowa”. Ale tak tylko “ciut”. Po prostu brakowało mi kapelusza z piórami. Ciri gra prześliczna dziewczyna, doskonale pasująca do swojej roli. Yennefer z resztą również wygląda urokliwie, ale o niej będzie mimo wszystko trochę później. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że te elementy, które są zgodne z powieścią, wypadają naprawdę dobrze - i tak jest. Gorzej z tym, co twórcy próbowali zmienić albo dodać od siebie.

Najpierw więc taki “pół-minus”, bo też wiem, że to sprawa bardzo kontrowersyjna. Aktorka grająca Yennefer jest naprawdę śliczna, ale mimo wszystko… ta postać oryginalnie słynęła z tego, jak zimna była, co podkreślało absolutnie wszystko w jej wyglądzie. Kolor skóry, kolor włosów, ubrania, sposób mówienia, ruchów. A w roli obsadzono dziewczynę o indyjskim pochodzeniu, a więc o bardzo ciepłym odcieniu skóry. Niby nic, ale… jednak trochę mnie to razi. Często kolor skóry czy włosów nie ma wpływu na fabułę, ale w tym przypadku to w moim odczuciu jest istotny element. Yennefer powinna być zimną, arogancką i pełną seksapilu kobietą, a Chalotrze i za miło z oczu patrzy, i jednak sprawia zbyt “ciepłe” wrażenie przez sam swój wygląd. 

No to teraz przejdźmy do minusów-minusów. Nie będę mówić tutaj o zmianie linii czasowych, bo akurat ten zabieg rozumiem i nie mam nic przeciwko niemu. Zacznijmy więc może o czymś, co doprowadzało mnie do białej gorączki, mimo że koniec końców nie miało wcale tak dużego znaczenia fabularnie. Mianowicie: CALANTHE. Z książki kojarzę ją jako pewną siebie, władczą, ale rozsądną kobietę. Elegancką. Pełną gracji. A ta serialowa zachowuje się - w moim odczuciu - jak baba ze wsi, która nie potrafi usiedzieć prosto. Albo jak władca ze Skellige, a nie królowa Cintry, najpotężniejszego z imperiów w tamtym czasie. Na Boga, jak ona mnie irytowała! Z resztą, wątek powiązanego z nią Myszowora też poszedł w jakimś dziwnym kierunku… a to przecież tak przyjemna postać/ 

Kolejnym problemem jest wątek Yennefer. Oryginalnie ta postać faktycznie miała problem z zajściem w ciążę. Sapkowski jednak po prostu o tym czasem wspomina, stopniowo buduje tę postać, ale nie ciągnie tego jako głównego wątku. Serial jednak rozbudowuje przeszłość Yen (to samo w sobie nie jest złym pomysłem) i skupia się właśnie na tym aspekcie. Tyle, że tutaj nasza bohaterka ZGADZA SIĘ DOBROWOLNIE na wycięcie macicy w całości (książkowo - nie do końca wiemy, czemu czarodziejki przestają być płodne), a potem przyjmuje postawę ofiary, uznając, że to wina całego świata, że ona dzieci nie może już mieć. Sapkowski pociągnął ten wątek z klasą - serialowi jej zabrakło. I zrobiło z Yennefer niezła hipokrytkę. 

Sama końcowa bitwa wypada jakoś tak… niemrawo? Wątku związanego z Cahirem chyba po prostu nie do końca czaję. Stroje nie zawsze wyglądają tak, jak powinny: brakuje im konkretnego charakteru i skupieniu się na jednej epoce. Raz są niczym z epickiego fantasy, a po chwili Yennefer wygląda, jakby właśnie szła na studniówkę. Ten serial ma naprawdę masę, masę elementów, które wyglądają, jakby nie zostały dopracowane. Nie mówię, że ogląda to się bardzo źle, bo koniec końców to taki przeciętny serialik, który miewa fajne żarty i ciekawe elementy, czasem też po prostu wygląda dobrze. Zakończenie niby ładnie skleja wszystko w całość, ale ten wielki przytulas Ciri i Geralta, który widzą się po raz pierwszy w życiu na oczy jest dla mnie zbyt przerysowany. Widzę tu potencjał na ciekawe wątki w przyszłości, ale ogółem całość wydaje mi się dość nieskładna i niedopracowana. Mimo że ogląda się go nawet miło. 

Niemniej - fajnie, że serial powstał. Bo fantasy nie dostaje zbyt wielu nawet “przeciętnych” produkcji, a przy okazji to w końcu nasze, polskie i miło jest wysłać coś takiego dalej w świat. 


Jeśli macie jakiekolwiek przemyślenia co do któregokolwiek z “Wiedźminów” - piszcie, dzielcie się. Możemy sobie o nim porozmawiać, bo czemu nie. W końcu to nasza największa, polska franczyza, a o takich często po prostu chce się gadać.



środa, 6 listopada 2019

Moje żeńskie bohaterki z lat wczesnoszkolnych



Regularnie dochodzą do mnie głosy mówiące, że w literaturze brakuje postaci kobiecych. Że jest ich za mało, że dziewczynki nie mają skąd brać przykładu także w trakcie dorastania. Osobiście nigdy nie odczuwałam takiego dyskomfortu. Może dlatego, że „przypadkiem” sięgałam po książki z bohaterkami w roli głównej? Zaczęłam się więc zastanawiać nad tym, czy aby przypadkiem to marudzenie nie wynika właśnie ze złego doboru lektur i generalnie – tworów kultury.
Choć może osoby urodzone przed latami 80. miałyby problem ze znalezieniem żeńskich postaci w dziecięco-młodzieżowych dziełach kultury (nie dorastałam w tamtych czasach), tak dzieci lat 90. niekoniecznie mają powody, by na to narzekać! Żeńskich bohaterek naprawdę nie brakuje i pozwólcie, że po prostu przedstawię Wam kilka z nich.

Serial/Film

„W. I. T. C. H.”
Znalezione obrazy dla zapytania: w. i. t. c. h. series"
Serial i komiks o grupie nastoletnich czarodziejek był wydarzeniem okresu mojej szkoły podstawowej. Piątka różnych dziewczyn, która walczy ze złem stanowiła wtedy naprawdę istotną część naszych przednastoletnich rozważań. Czarodziejki były nie tylko częściami zabaw, ale także czymś, o czym się marzyło i co się kolekcjonowało. Karteczki, plecaki, piórniki, gumki. Do dziś pamiętam, że bazując na piśmie związanym z tą marką próbowałam ćwiczyć jogę, a artykuł ze zbieraniem i wykorzystaniem świeżej mięty bardzo chciałam wcielić w życie.

„H20 – wystarczy kropla”
Znalezione obrazy dla zapytania: h2o just add water"Do dziś uważam, że serial o syrenkach (który dziś w całości można obejrzeć na Youtube!) miał jedne z najładniejszych sztucznych ogonów, które kiedykolwiek pojawiły się w tego typu produkcji. Może dlatego, że nie były wynikiem efektów specjalnych, a grające główne role dziewczyny naprawdę nosiły przebrania na planie.
O ile „W. I. T. C. H.” skupiało się na walce ze złem, o tyle ten serial opowiadał po prostu o nastolatkach. Tyle, że dziewczyny miały dodatkowy problem w postaci swojej wielkiej, syreniej tajemnicy. Był obyczajowy, lekki, czasem zabawny. I na pewno poruszał wyobraźnię. Nie oszukujmy się, fajnie byłoby móc swobodnie pływać pośród rafy koralowej!

„WINX”
Znalezione obrazy dla zapytania: winx"Ten serial był dla mnie istotny niekoniecznie przez to, że namiętnie go oglądałam, a przez to, że był dla mnie swoistym świętym Graalem. Nie byłam w stanie go swobodnie oglądać, a wszystkie dziewczyny w szkole o nim mówiły. Zbierałam więc informacje na jego temat jak tylko mogłam, byleby tylko nie poczuć się wykluczoną.
Ostatecznie niekoniecznie wywarł na mnie olbrzymie piętno, ale na pewno dał możliwość do snucia kolejnych historii związanych z posiadania nadprzyrodzonej mocy. Dziś jednak, zapytana, czy wolę „W. I. T. C. H.” czy „WINX” wybrałabym to pierwsze dzieło. Mimo wszystko, było i jest bardziej „moje”. Nie do końca podoba mi się koncept międzyplanetarnej szkoły czarodziejek.

„Czarodziejki”
Znalezione obrazy dla zapytania: czarodziejki"To był dopiero serial! Trzy siostry, należące do rodziny czarownic, muszą przejąć dziedzictwo i zająć się ochrony świata przed złem. Byłam tą historią naprawdę oczarowana i gdy tylko leciała w telewizji, ja musiałam ją obejrzeć. Niestety, serial nie przetrwał próby czasu. Około roku temu próbowałam do niego wrócić, ale plany spełzły na niczym. Z ledwością wytrzymałam kilka pierwszych odcinków.

Książka

„Żadnych chłopaków! Wstęp tylko dla czarownic!” Thomasa Breziny
Znalezione obrazy dla zapytania: żadnych chłopaków wstęp tylko dla czarownic"O tym cyklu usłyszałam po raz pierwszy, gdy wracałam z koleżanką ze szkoły. Pamiętam, że było dość ciepło (kwiecień? Maj?), a ja chodziłam do podstawówki. Zaczęła mi o tej serii opowiadać, a potem przyniosła mi książeczkę z tej serii. To trochę takie dziecięco-młodzieżowe urban fantasy. Opowiada o dwóch dziewczynach, które przypadkiem dziedziczą stary dom oraz magiczne talenty.
Nie poznałam wielu książek z tego cyklu, ale naprawdę zapadł mi w pamięć. Sama chciałam być na miejscu tych bohaterek. Przecież to niezwykłe: masz naście lat i własny dom! I na dodatek czarujesz! Z tego, co pamiętam, seria jednocześnie w lekki sposób poruszała dość trudne problemy, takie jak połączenie się dwóch rodzin przez ślub rodziców (z których każde ma dorastające dzieci).

„Opowieści z Narnii” C. S. Lewisa
Znalezione obrazy dla zapytania: Opowieści z Narnii” C. S. Lewisa"Na spotkaniu autorskim z Samanthą Shannon autorka wspomniała o tym, że obraziła się na Tolkiena i fantasy po tym, gdy w „Władcy Pierścieni” nie znalazła adekwatnej dla siebie, żeńskiej postaci. Szkoda, ze wtedy nie sięgnęła po klasykę Lewisa, która powstała przecież w zbliżonym czasie.
Głównymi bohaterami pierwszych części jest czwórka rodzeństwa: dwie siostry i dwóch braci. W kolejnych tomach pojawiają się także kolejne żeńskie postacie, a niezaprzeczalnie z całej tej ekipy wyróżnia się Łucja. Ta, która wierzy najbardziej, ta najodważniejsza i ta, która najbardziej kocha Aslana. Wydaje mi się, że wiele dziewczynek, które tę serię poznają lub poznały w jakiś sposób utożsamiły się z którąś z sióstr. Jak na dłoni więc widać, że nawet w tak leciwej literaturze fantasy można znaleźć wzory do naśladowania przez nastolatki… które wcale nie siedzą w wieży, czekając na księcia.

„Heartland” Lauren Brooke
Znalezione obrazy dla zapytania: heartlnd ksiazka"Heartland to schronisko dla koni, wtulone między wzgórza Wirginii, ale i coś więcej – tak zaczynał się opis każdej z tych książek, który pamiętam do dzisiaj. Choć może ta seria nie jest mistrzostwem świata to dla nastoletniej mnie była lekturą idealną. Były konie? Były. I właściwie to już mi wystarczało. Na dodatek (jako że to książki skierowane jednak głównie do dziewczynek) główną bohaterką jest Amy. Poznajemy ją jako szesnastolatkę po traumatycznym przeżyciu, która musi poradzić sobie i z samą sobą, i z opieką nad schroniskiem. Wprawdzie im dalej w las, tym seria bardziej zmienia się w skupiony na romansie, taśmowy „serial”, ale pierwsze książki poruszają naprawdę istotne problemy. Ponadto młody czytelnik dostaje stosunkowo silną, główną bohaterkę, która może nie jest ideałem, ale naprawdę stara się walczyć o to, co kocha.

„Kroniki Świata Wynurzonego” Lici Troisi
Znalezione obrazy dla zapytania: kroniki świata wynurzonego"Nie pierwszy raz wspominam na tym blogu o tej serii. To chyba było jedno z pierwszych high fantasy, które poznałam. To trylogia opowiadająca o dziewczynie, która przede wszystkim chce stać się jeźdźcem smoka. Mamy tu elfy, wielkiego złego, potężny świat, magię, przygody, smoki… i oczywiście tę główną, żeńską bohaterkę. Do dziś wydaje mi się, że romans w tej trylogii był jednym z ciekawszych (bo bazujących na przyjaźni), które poznałam w okresie nastoletnim. Choć wolę więcej tych książek nie otwierać to mimo wszystko myślami wracam do nich dość regularnie.

Cykl „Martynka”
Znalezione obrazy dla zapytania: martynka ksiazka"
Teraz możecie mnie wyśmiać, ale ja naprawdę o tym cyklu muszę wspomnieć! Wydawana chyba do dzisiaj seria książeczek o Martynce towarzyszyła mi od lat. Przygody dziewczynki, która w każdej odsłonie musi coś nowego poznać i z czymś się zmierzyć były czymś, do czego naprawdę wracałam. A do tego te urocze ilustracje! No i oczywiście, żeńska główna bohaterka, która uroczy się, jak opiekować się rodzeństwem, pieskiem, króliczkiem, osiołkiem… cóż, nie oszukujmy się, miałam w swoim domu odsłony głównie związane ze zwierzątkami.



Jak widzicie – tych żeńskich bohaterek, które poznawałam do mniej-więcej końcówki szkoły podstawowej (12 lat) było naprawdę sporo, a to przecież na pewno jeszcze nie wszystkie! Być może dlatego daleko mi do narzekania na tę kwestię? Dziewczyn w nastoletniej literaturze czy serialach naprawdę nie brakowało, przynajmniej w moim odczuciu. A obecnie mamy przecież cały wysyp takich postaci. W końcu paranormalne romanse, czy fantasy z żeńską główną bohaterką to wręcz norma. Mam czasem wrażenie, że dziś przeciwnie: trudniej znaleźć jest urban fantasy z panem w głównej roli.

piątek, 4 października 2019

Trzy kroki od siebie – najpierw film, potem książka



Myślałam, aby zrobić na temat tych dzieł odrębny tekst. Naprawdę miałam taki zamiar, gdy zabierałam się za czytanie książki. W trakcie jednak uznałam, że… to nie ma najmniejszego sensu. Ale dlaczego – do tego przejdziemy zaraz. Najpierw może kilka słów o fabule omawianej dziś historii, czyli „Trzech kroków od siebie”. W wersji filmowej i książkowej.



Od podstaw
„Trzy kroki od siebie” opowiada o cierpiącej na mukowiscydozę Stelli. Dziewczyna ma siedemnaście lat. Jest bardzo dokładna i inteligentna: samodzielnie stworzyła aplikację, która przypomina chorym o braniu leków. Ponadto prowadzi także kanał na Youtube, gdzie opowiada o swojej przypadłości. Gdy trafia do szpitala z powodu infekcji, poznaje w nim Willa: zbuntowanego chłopaka, który przypadkiem złapał groźnego wirusa, będącym właściwie wyrokiem śmierci dla chorych na muko osób. Stella nie może znieść tego, jak zachowuje się chłopak i próbuje przekonać go do zwracania większej uwagi na swoją terapię.
Mamy więc właściwie wszystko, co może „chwycić” za serce nastolatków. Zakazaną miłość. Chorobę, która na ekranie bądź w literaturze potrafi być pociągająca. Postacie, które faktycznie mają jakieś zainteresowania i pasje; te są nakreślone bardzo wyraźnie, zarówno w książce, jak i w filmie. Jednocześnie w tych dwóch dziełach naprawdę widać, że twórcom zależało na przedstawieniu nie tylko samej historii Stelli i Willa, ale też charakteru mukowiscydozy. Wyjaśnienia, czym ta choroba jest i na czym polega. To całkiem sprytny sposób na szerzenie edukacji wśród młodych ludzi i naprawdę nie mam nic przeciwko samemu zamysłowi „Trzech kroków od siebie”.


Najpierw film, potem książka

„Trzy kroki od siebie” (2019)
ang. Five Feet Apart
reż. Justin Baldoni
dramat, romans
Swoją przygodę z tymi dwoma dziełami zaczęłam od filmu właśnie. To on z resztą z tej dwójki jest oryginałem: książka jest jego nowelizacją. W każdym razie – sam seans był dla mnie po prostu całkiem przyjemny. W żadnym razie nie odkrywczy (fabuła „Trzech kroków… nie jest niczym nowym w świcie nastoletnich romansów), ale przyjemny.
Miło było zobaczyć na ekranie Cole Sprouse’a w roli Willa, czy Moisesa Ariasa grającego Poe, których znam z ekranu od lat, głównie z Disney Channel. Ponadto aktorka grająca Stellę, Haley Lu Richardson, wydała mi się dość autentyczna, a relacja głównych bohaterów wypadała całkiem uroczo. Jasne, „Trzy kroki od siebie” są przerysowane. Przedstawiony szpital wygląda bardziej jak hotel, a w okolicy finału cała opowieść wyrasta do wręcz nierealnych, epickich momentów. Niemniej, to film kierowany do nastolatków. On właściwie „musi” mieć takie elementy, szczególnie jeśli ma się sprzedać i trafić do szerokiej publiki. Z resztą to się chyba udało. Przy budżecie rzędu siedmiu milionów dolarów, obraz zarobił prawie dziewięćdziesiąt.
Nie miałam zamiaru narzekać na ten film. Rzadko się zdarza, bym nie marudziła na nastoletni romans, ale tym razem… po prostu nie chciałam tego robić. Przekaz całości jest całkiem mądry, ogląda to się całkiem miło, dla młodzieży (i starszych lubiących młodzieżową twórczość) jest jak znalazł jako seans na wolny wieczór. A potem zaczęłam trochę grzebać.


Historia na faktach
Pierwsza rzecz, a właściwie osoba na jaką wpadłam jest Clarie Wineland. Youtuberka, która zmarła w 2018 roku. Śliczna, inteligentna i naprawdę charyzmatyczna dziewczyna, która odeszła z tego świata… zgadnijcie sami na co. Oczywiście, że na mukowiscydozę.
Film powstawał już w 2017 roku w związku z czym Clarie wtedy na naszym świecie jeszcze była z moich informacji wynika, że nie tylko wiedziała, że taki film jak „Trzy kroki od siebie” powstaje. Nawet współpracowała przy tworzeniu go. Tyle, że jeśli obejrzy się fragmenty „nagrań” vloga Stelli oraz przejrzy się kanał Clarie okaże się, że… główna bohaterka filmu mówi w słowo w słowo to, co ta prawdziwa dziewczyna. Nawet jej energia, sposób poruszania się, zachowanie ma w sobie wiele podobieństw. Tak, jakby aktorka właściwie udawała Wineland.
Z jednej strony nie jest to coś złego, szczególnie, że Clarie wiedziała o całym projekcie. Z drugiej… naprawdę chciałam pochwalić aktorstwo Richardson. Tyle tylko, że jeśli Haley Lu właściwie „małpowała” zachowanie prawdziwej osoby to chyba nie zasługuje na aż takie „ochy” i „achy”. Dużo łatwiej jest skopiować cudze zachowanie niż wykreować swoją własną postać. Dlatego moje pozytywne emocje względem tej aktorki trochę opadły.




Nowelizacja to chyba zły pomysł
Następnie postanowiłam sięgnąć po książkę. Nie była długa, jest o niej całkiem głośno, więc pomyślałam… czemu nie? To lektura, którą można połknąć w jeden wieczór, więc po prostu ją otwarłam. I wiecie co znalazłam? Scenariusz „Trzech kroków od siebie”, niemal bez dodanych scen.
Tytuł: Trzy kroki od siebie
Autor: Rachael Lippincott
Tłumaczenie: Maciej Potulny
Liczba stron: 336
Gatunek: dramat, romans
Wydanie: Media Rodzina, Warszawa 2019
Teraz muszę powtórzyć coś, co właściwie powtarzam od lat: nie ma absolutnie żadnego sensu, by adaptacja była identyczna jak oryginał. Po co się powtarzać, po co opowiadać drugi raz dokładnie tę samą historię? Film, książka, gra, cokolwiek – ma być przede wszystkim dobrą całością samą w sobie. Jeśli spełnia oczekiwania fanów – cudownie. Jeśli nie, bo jest złym filmem/grą/książką/czymkolwiek – gorzej. Jeśli nie, bo jest złą adaptacją, a świetnym filmem/grą/… – naprawdę, fani, wybaczcie, ale mam Was gdzieś.
A książka „Trzy kroki od siebie” jest po prostu cholernie pustą nowelizacją, napisaną chyba głównie przez względy finansowe. Ewentualnie po to, by szerzyć wiedzę o chorobie, ale… skoro twórcy mieli tak duże serducho do mówienia o tym w filmie, czemu przy książce poszli na aż tak dużą łatwiznę?
Nie chodzi o to, że to kompletnie zła książka, grafomania, coś, czego nie da się czytać. Absolutnie nie. „Trzy kroki od siebie” w wersji książkowej to bardzo lekka powieść, która na pewno spodoba się (i już spodobała) sporej grupie osób. Tyle tylko, że dla mnie osobiście jej istnienie nie ma żadnego sensu. Film by wystarczył, naprawdę.
Nie tylko niemal nie dodaje scen do „filmu”, ale również nie zachwyca językiem. Ten jest tak prosty, jak to tylko możliwe, byleby tylko trafić do szerokiego grona odbiorców. Postacie zaczynają się wydawać nieco odrealnione. W ekranizacji to aktor dźwiga sporą część charakteru bohatera, w książce robią to tylko słowa. W związku z tym pasje głównych postaci niby istnieją – ale jakoś ich nie czuć. To samo dotyczy chemii między postaciami. Czytając, widziałam sceny z filmu. Widziałam uśmiech Sprouse’a, widziałam emocje Richardson…  ale nie widziałam tych postaci jako postaci. No wiecie, w trakcie lektury zwykle tworzy się w głowie twoja-własna-osobista-wizja-bohaterów. Tyle, że nie w tym przypadku. Ta książka to nieco rozpisany scenariusz, którego role przynależą do konkretnych aktorów, a chemia wynika z zachowania osób grających bohaterów. Nie zaś z samych, pustych dialogów, które serwuje nam nowelizacja.
Po prostu czuje, że straciłam czas. Nabrałam się na sztuczkę marketingową, tylko po to, by znów poznać dokładnie tę samą historię, tylko w wersji gorszej i okrojonej, pozbawionej obrazu, dzięki któremu „Trzy kroki od siebie” nawet działały jako romans/dramat dla młodzieży.
Jeśli więc interesuje Was ta historia i chcecie ją poznać, ale nie macie czasu na dwa z tych dzieł, bierzcie się za oryginał. Za film. Podejrzewam, że Ci z Was, którzy lubią czytać i którym to dzieło się spodoba, sami z siebie sięgną za książkę, ale… po prostu lojalnie uprzedzam, jak ona wygląda. Jest spora szansa, że po prostu zmarnujecie kilka godzin na poznawanie dokładnie tego samego, zamiast poznawać coś bardziej kreatywnego.

sobota, 12 stycznia 2019

Legalna Blondynka: film czy musical?



Gdy jakiś czas temu opublikowałam swoją opinię na temat filmu „Legalna blondynka” okazało się, że większość z Was go zna – i absolutnie się temu nie dziwię, to w końcu nie jest nowy film. Podejrzewam jednak, że już mniejsza część z Was zna musical na jego podstawie. Jego premiera odbyła się w 2007 roku i przynajmniej w chwili, gdy pisze ten tekst jego wersja z MTV krąży na Youtube, gdzie można swobodnie go obejrzeć. Nie omieszkałam się więc tego zrobić i… mam wrażenie, że musicalowa wersja wypada przynajmniej pod niektórymi względami lepiej, niż oryginał.
Ostrzegam jednak – w tym materiale mogą znaleźć się spoilery. Jeśli jeszcze nie widzieliście musicalu, lub filmu i nie chcecie znać jego treści po prostu najpierw poznajcie którąś z wersji tej komedii, a dopiero później wróćcie tutaj.
Nim zacznę porównywać oba twory (bo tak, to mam zamiar w tym poście zrobić) pozwólcie, że najpierw przypomnę Wam samą historię. „Legalna blondynka” opowiada historię jasnowłosej Elle – pięknej i bogatej studentki, która pewnego wieczoru idzie na randkę ze swoim ukochanym, Warnerem, pewna, że chłopak się jej oświadczy. Ten jednak zrywa z nią, uznając, że dziewczyna nie jest dla niego wystarczająco „poważna”, biorąc pod uwagę, że on właśnie wybiera się na Harvard, gdzie będzie studiował prawo. Elle, absolutnie zakochana w nim, postanawia, że stanie się taką osobą, jaką on – według niej – sobie wymarzył i również robi wszystko, aby dostać się do tej samej szkoły.
Zaczynając porównywać obydwa dzieła muszę wspomnieć o tym, że jeśli nie trawicie musicalu, nie lubicie tych rytmów, nie przepadacie za ludźmi, którzy tańczą i śpiewają to prawdopodobnie i ta historia nie będzie czymś dla Was i w takim przypadku lepiej sięgnąć po film. Musical, jak i jakakolwiek inna forma rozrywki (włącznie z czytaniem, czy graniem) nie jest dla każdego. I tyle, nie ma po co na ten temat się rozwodzić.
Czym jednak różni się musicalowa „Legalna blondynka” od filmowej? Niby sporą ilością elementów, choć jednocześnie to dalej ta sama historia. Twórcy tego musicalu naprawdę wiedzieli co robią. Wzięli główny motyw z filmu, wzięli najlepsze żarty i najlepsze teksty, po prostu dostosowując je do wersji scenicznej. Dzięki temu fani filmu powinni na musicalu naprawdę dobrze się bawić. Szczególnie, że musical ma jedną olbrzymią zaletę nad filmem: to nie jest dzieło w żadnym razie stałe. Gdy film nieodwracalnie się starzeje musical może zostać zmieniony. Bohaterzy mogą dostać telefony komórkowe, aktorzy mogą zmieniać gesty tak, aby pasowały do bieżących czasów. To naprawdę sprawia, że wiele z żartów w musicalu ma szansę obecnie wybrzmieć lepiej, niż w wersji oryginalnej. Zwłaszcza, że musical ma jeszcze jedną olbrzymią siłę – muzykę.
Owszem, w filmach ta też występuje, ale jednak nie ma aż takiej mocy, jak muzyka w musicalach. Zwłaszcza, że „Legalna blondynka” ma naprawdę wiele bardzo chwytliwych kawałków, które po prostu chce się słuchać. Lekka i radosna w tonie może dać widzowi naprawdę olbrzymiego kopa pozytywnej energii oraz olbrzymią dawkę śmiechu, zwłaszcza, jeśli oglądana jest na żywo. Być może nie jest to dzieło godne wszelkich nagród (bo w końcu nie porusza bardzo istotnych tematów, jest głównie lekką komedią), ale przez muzykę dwie godziny sztuki mogą minąć bardzo szybko.
Co jeszcze musical robi lepiej, albo może – inaczej i z większą mocą? Mianowicie… rozwija bohaterów drugoplanowych. Ci w wersji filmowej byli mocno zaniedbani. Skupialiśmy się właściwie tylko na Elle i o pozostałych postaciach wiedzieliśmy absolutne minimum. Musicalowa Paulette staje się więc marzycielką, która po prostu chciałaby zakochać się w Irlandczyku, co jednocześnie jest zarówno dobrym żartem, jak i ciekawym zabiegiem właśnie rozwijającym bohaterkę. Właściwie zupełnie zmienia się też Emmett. I to zdecydowanie na lepiej!
Ten prawnik w oryginale był takim cichym pomocnikiem Elle. Ich relacja była w tle, nikt nie zarysowywał jej zbyt mocno. Pojawiał się czasem, gdy dziewczyna potrzebowała pomocy, ale nie wchodził z butami w jej życie. Poza tym był raczej człowiekiem „ustawionym”, bez jakiś większych problemów i w gruncie rzeczy – bez konkretnego charakteru. Musicalowy Emmett jest zaś… jej najlepszym przyjacielem. To postać z krwi i kości, która dostaje przeszłość i która faktycznie pomaga Elle na Harvardzie. Ich relacja naprawdę mocno wpływa na wydźwięk całej historii i po prostu wypada naprawdę i zabawnie, i uroczo.
W związku z powyższym nieco zmienia się też sama Elle, choć w tym przypadku trudno mi powiedzieć, czy na gorsze, czy na lepsze. To bohaterka, która może jest dość naiwna, ale jednocześnie ma sporą wiedzę w dziedzinach, które ją interesują. Która zawsze miała dobre oceny i która w gruncie rzeczy jest po prostu dobrym człowiekiem. Z tym, że w wersji oryginalnej sama dość szybko orientuje się, że będąc na Harvardze musi się wziąć za siebie – i faktycznie to robi. W musicalu nieco bardziej się nad sobą użala i tak naprawdę motywacją do zmiany zachowania jest Emmett, a nie jej własny, „wewnętrzny” głos. Z drugiej strony w przypadku filmu prawie do końca miałam wrażenie, że jednak Waraner jest dla niej bardzo istotny. W musicalu przez mocniejsze zarysowanie jej relacji z Emmettem oraz nieco inne rozłożenie tonów historii właściwie już w całym drugim akcie wyraźnie widać, że z tej relacji absolutnie nic nie wyniknie.

Z tych dwóch dzieł zdecydowanie na dłużej w głowie zostanie mi wersja musicalowa. To nie powinno dziwić: chwytliwe piosenki po prostu na dłużej zostają w głowie. Poza tym najzwyczajniej w świecie bardziej podoba mi się musicalowa wersja Emmetta i jako osoba, która taką rozrywkę lubi na pewno nie omieszkam zobaczyć „Legalnej blondynki” na żywo, jeśli tylko miejsce wystawiania, czas i możliwości finansowe mi na to pozwolą. Bo to po prostu bardzo przyjemny musical.

poniedziałek, 19 listopada 2018

Duma i uprzedzenie: Oryginał, a film z 2005 roku


 
Książka i film – odwieczni rywale, wrogowie wręcz, zwłaszcza, jeśli spojrzymy na to, jak na to drugie dzieło patrzą często książkoholicy. Ja jednak od tej walki staram się odcinać, a o powodach dlaczego pisałam już w TYM miejscu. Dziś jednak uznałam, że ze zestawie ze sobą dwa dzieła: „Dumę i uprzedzenie” Jane Austen z ekranizacją, czy też adaptacją tej powieści z 2005 roku. Dlaczego?
Po pierwsze, obydwa dzieła poznałam praktycznie w tym samym czasie, a co za tym idzie: mam na obydwa bardzo świeże spojrzenie. Po drugie, na temat dzieła Austen powstało już tyle oficjalnych recenzji, że po prostu nie czuję potrzeby, aby tworzyć na jego temat coś osobnego. Mam przy tym wrażenie, że z pomieszania recenzji z porównaniem może wyjść coś nowego.



O czym w ogóle jest ta historia?
XIX wiek. Rodzina Bennetów nie należy do najbogatszych. Nie łatwo jest wydać za mąż pięć córek, w chwili, gdy cały majątek po śmierci głowy rodziny przejdzie na odległego kuzyna. W związku z tym gdy do okolicy przeprowadza się bogaty młodzieniec, pan Bingley,  pani Bennet robi wszystko, aby wydać za niego jedną ze swoich córek. W tym czasie Elizabeth Bennet poznaje przyjaciela pana Bingley’a, pana Darcy’ego. Mężczyzna jest względem niej niezwykle nieprzyjemny. Elizabeth nawet nie domyśla się, że pan Darcy zaczyna darzyć ją uczuciem.



Film
To film w reżyserii Joe Wright’a był pierwszą „wersją” historii Jane Austen jaką poznałam. W związku z czym moje spojrzenie na historie było wtedy po prostu zupełnie świeże. Wprawdzie o „Dumie i uprzedzeniu” słyszałam już wiele, ale poza kilkoma głównymi faktami (jak to, że w tej historii występuje „super-łamacz-serc-od-pokoleń”, czyli pan Darcy) nie znałam treści tego dzieła. Dlatego sama fabuła była dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem: choć obyczajowa to miała w sobie bardzo wiele uroku i drobnych zwrotów akcji, o których istnieniu nie posądzałabym tak klasycznej historii.
Jednocześnie „Duma i uprzedzenie” z 2005 roku to przepiękna muzyka i zdjęcia. Na ten film po prostu patrzy się niezwykle przyjemnie, zwłaszcza jeśli do wszystkiego dodamy przepiękną Keirę Knightley w roli głównej.
Pozytywnym zaskoczeniem była też chemia między głównymi bohaterami. Knightley i Matthew Macfadyen grający pana Darcy’ego zostali naprawdę dobrze do siebie dopasowani. Nawet, jeśli widzimy, jak bardzo się sprzeczają to po prostu nie da się nie zauważyć uczucia między nimi. Co z tego, że w tej chwili się wyzywają, skoro oglądając ich na ekranie razem i tak ma się wrażenie, że za chwilę dojdzie do pocałunku?
Z tym, że… do pocałunku w gruncie rzeczy nie dochodzi. To właśnie jest chyba najbardziej „nietypowe”, jeśli chodzi o filmy będące adaptacjami XIX-wiecznej twórczości. W zupełnie współczesnych historiach wręcz nie do pomyślenia jest, aby główni bohaterowie nie wylądowali po chwili razem w łóżku, a tutaj… ich pocałunek obserwujemy aż, uwaga! Raz. To kolejna rzecz, która – moim zdaniem – tej historii po prostu dodaje uroku.

Książka
Z prozą Jane Austen miałam już styczność – poznałam już „Rozważną i romantyczną” (pełna opinia TUTAJ) oraz „Mansfield Park (pełna opinia TUTAJ). Nim sięgnęłam po „Dumę i uprzedzenie” słyszałam jednak, że to konkretne dzieło autorki jest tym najlepszym pod każdym względem. Z tym, że… o ile uważam, że na pewno jest to książka lepsza od wcześniej przeze mnie poznanych to raczej daleka jestem od nadmiernych zachwytów.
By nie było wątpliwości: bardzo cenię sobie Jane Austen. Jej książki z „Dumą i uprzedzeniem” włącznie są niezwykle brytyjskie. Powolne i piękne, pozwalają rozkoszować się językiem, spokojnym tonem i ironicznymi szpileczkami, które autorka zgrabnie wbija swoim bohaterom, dzięki czemu jej proza nie jest sztuczna i sztywna. Z tym, że przez ostatnie dwieście lat jednak zmienił się nieco sposób przedstawiania historii i przez to osobiście nie potrafię w pełni wejść w emocje bohaterów.
Czemu? Bo Jane Austen zarówno w tej, jak i w innych swoich książkach stoi z boku bohaterów. Nie przytacza nam wszystkich szczegółów, często te istotne rozmowy podając w formie narracji (pisząc coś w stylu: … i powiedział jej o tym, jak bardzo ją kocha, mówiąc o pięknie jej oczu). Pozwala im na sporą dawkę intymności, unikając nadmiernego wchodzenia w ich głowy, czy pokazywania pikantnych szczegółów. Nie przeczę: to zdecydowanie ma swój urok. Jednak jednocześnie sprawia, że nie potrafię wgryźć się w historię tak bardzo, jakbym chciała.

Książka a film
Gdybym miała wybrać historie do której być może wrócę w tym przypadku na pewno byłby to film. Przede wszystkim przez to, że po prostu łatwiej jest spędzić dwie godziny na seansie, niż kilka-kilkanaście godzin na przeczytanie książki. Ponadto, pewnie częściowo przez kolejność, w jaką poznałam obydwa dzieła, czuje się bardziej związana emocjonalnie z ekranizacją.
Czy jednak książka, albo film jest gorsza albo lepsza? Nie wydaje mi się. To dwie różne formy przekazu i po prostu trudno jest tak dokładnie je porównać. Gdybym miała jednak wskazać kilka konkretnych „różnic” to właściwie… podałabym dwie główne rzeczy dzielące te dwa dzieła.
„Duma i uprzedzenie” w wersji filmowej to współczesny twór, który po prostu może sobie pozwolić, aby wpasować się w emocje dziś żyjącego widza. Z tego powodu Elizabeth jest bardziej wygadana, w związku z tym akcja jest szybsza i bardziej dynamiczna. Ponadto tam, gdzie Austen opisuje piękne widoki, tam film po prostu je pokaże i leci dalej. Tam, gdzie Austen opisuje drobne niuanse społeczne, tam film może nie zwrócić na to uwagi. Z tego względu z jednej strony książkowa „Duma i uprzedzenie” jest niezwykle cenna jeśli chodzi o piękny tekst i opisy ówczesnych zwyczajów, a z drugiej – gra na delikatniejszych nutach. Moim zdaniem przez to dopiero w o wiele bardziej współczesnym filmie charakterek Elizabeth może naprawdę wybrzmieć; w książce jest przytłumiony, tak, aby nie zrazić czytelnika.
Drugą kwestią jest coś, o czym z resztą już wcześniej pisałam – film ma tę niezwykłą zaletę, że do ról głównych bohaterów zostali dopasowani aktorzy, pomiędzy którymi po prostu czuć chemię. Oryginał, który raczej unika bezpośredniości, mi osobiście nie dał tyle satysfakcji z obserwacji starć tych dwóch postaci, co wersja z 2005 roku głównie dzięki nim.


Co jednak jest w tej historii niezwykłe to jej aktualność. „Duma i uprzedzenie” – niezależnie, czy mówimy o książce, czy jej kinowej wersji – to cały czas historia Kopciuszka, który poznaje swojego księcia. Wprawdzie w tym przypadku mamy do czynienia z bardzo charakternymi głównymi bohaterami (co jest tylko zaletą tej historii), ale jak najbardziej rozumiem zachwyty odbiorców (a właściwie odbiorczyń) nad panem Darcy’m. W końcu to po prostu bogaty, tajemniczy i inteligentny mężczyzna, zakochujący się w biednej młodej damie, z którą chciałaby utożsamiać się większość kobiet. Mimo że od powstania tej historii minęło ponad dwieście lat to dalej jest baśnią, pokazującą, że ludzkie pragnienie chęci posiadania drugiej osoby, z którą spędzi się całe życie w zgodzie i szczęściu dalej pozostanie niezmienne.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Dzieła, które uczą i bawią jednocześnie


 
To, że popkultura jest dla nas rozrywką jest dla każdego jasne jak słońce. Zdarzają się jednak tytuły, które poza tym, że nas bawią i czasem poruszają społecznie istotne tematy mogą nauczyć nas czegoś „więcej”: dzięki nim możemy zdobyć wiedzę z wielu dziedzin. Zwykle nie jest to wprawdzie coś bardzo dogłębnego, ale jednak: często to wystarczy, aby po prostu wstępnie zainteresować się danym tematem. A więc dziś przedstawię Wam właśnie takie dzieła kultury: te, które jednocześnie i bawią, i uczą.



„Piraci” (serial, 2014-2017)
Na pierwszy ogień: serial o piratach, jak z reszta sam polski tytuł wskazuje. I jak po takowym mogliśmy się spodziewać, wewnątrz znajdziemy masę przygód, grabieży, morskich bitew i „politycznych” knowań. To naprawdę przyjemnie zrealizowana produkcja, która na dodatek czerpie zarówno z literatury („Wyspa skarbów” Roberta Louisa Stevensona), jak i z historii. Wielu bohaterów istniało naprawdę, choć oczywistym jest chyba fakt, że serial nie przedstawia dokładnie ich historii. Niemniej, „Piraci” mogą być dobrą zachętą do zapoznania się z historią morskich łupieżców.

„Wikingowie” (serial, 2013-)
Tak jak i „Piraci”, tak i „Wikingowie” to serial oparty na historycznych faktach. Opowiada o legendarnych Ragnarze Lorthbroku oraz jego rodzinie, którzy marzą o tym, by odkryć nowe lądy. Całość stoi na bardzo wysokim poziomie i pozwala poznać zarówno legendy, jak i kulturę tego ludu północy, jednocześnie zapewniając naprawdę dobrą rozrywkę. Czego można chcieć więcej?

„Percy Jackson i bogowie olimpijscy” Ricka Riordana
Tej serii książek po prostu nie mogło tu zabraknąć! Książkoholicy pewnie doskonale wiedzą, co to za historia: książki opowiadają o herosach, półbogach, funkcjonujących w naszym świecie. Według mnie to doskonały przykład tego, jak literatura może jednocześnie bawić i uczyć młodzież. Riordan nie tylko pisze lekko, tworząc naprawdę sympatyczną historię, ale na dodatek pozwala czytelnikowi poznać podstawy greckiej mitologii… z czego zaś ma szansę zrodzić się ciekawość, by dowiedzieć się o tym więcej.

„Ostatnie dni Nowego Paryża” China Mieville’a
Ta niedługa książka to fantastyka z gatunku new weird – jest więc bardzo, bardzo specyficzną literaturą. Nie zmienia to jednak faktu, że wielu do gustu przypaść może, a jeśli już to się stanie, zapewne zainteresuje czytelnika… surrealizmem. Oj tak, nawiązań do tego nurtu w sztuce tutaj nie brakuje. Surrealizm jest dosłownie wszędzie i nie wątpię, że czytając tę lekturę albo poznacie nowych malarzy oraz nowe obrazy, albo będziecie wyłapywać z uśmiechem na ustach wszystkie nawiązania.

„Fate/Zero” (anime)
To chronologicznie pierwszy „odcinek” serii anime, opowiadającej o grupie magów, którzy chcąc zdobyć mitycznego Grala, zaczynają ze sobą walczyć, przyzywając bohaterów, swego czasu kroczących po Ziemi. Choć to przede wszystkim akcyjniak to jednak i w nim możemy znaleźć sporo wartości dodanej. Każdy z przywołanych bohaterów to postać, która faktycznie istniała. Widz więc ma najpierw szansę samemu odgadnąć, z kim ma do czynienia, a jeśli to nie wyjdzie imię postaci zostaje w pewnym momencie zawsze wyjawione. Muszę sama się przyznać, że po oglądaniu tego anime wyszukiwałam informacji dotyczących tych postaci i była to naprawdę przyjemna zabawa.


„Problem trzech ciał” Cixina Liu
Ten pierwszy tom chińskiej trylogii hard science-fiction jest chyba najtrudniejszym dziełem do przyswojenia ze wszystkich, które tu przedstawiłam. Niemniej, naprawdę warto po tę książkę sięgnąć, bo poza tym, że jest naprawdę dobrą historią samą w sobie to na dodatek mówi między innymi o chińskiej rewolucji kulturowej, czy o tytułowym problemie trzech ciał, o którego istnieniu nie widziałabym, gdyby nie ta książka właśnie.

Nomida zaczarowane-szablony