Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 stycznia 2024

The Inheritance Games: chyba spodziewałam się, że będzie ciekawiej


Avery na siedemnaście lat i ani grosza przy duszy. Wyróżnia ją inteligencja, jednak w szkole jest zwyczajną, szarą myszką. Aż do dnia, kiedy okazuje się, że pewien miliarder zapisał jej w spadku cały swój majątek. Zasada jest jedna: ma przez rok mieszkać pod jego dachem.

The Inheritance Games
Cykl The Inheritance Games, t. 1
Jennifer Lynn Barnes
wyd. Must Reed, 2022


Nim za tę książkę się zabrałam, przewijała mi się co jakiś czas w książkowych mediach społecznościowych. Nie słuchałam raczej pełnych opinii, ale, tak czy siak, wytworzyła mi się pewna wizja tej książki. I dlatego też sięgając po „The Inheritance Games” wydawało mi się, że będzie to jakaś historia z zagadkami, które będę mogła rozwiązywać wraz z bohaterką. Przy okazji wydawało mi się, że całość będzie miała motyw podobny do krwawych igrzysk i że będzie po prostu czymś, co trzyma w napięciu przez cały czas. Dostałam jednak coś trochę innego.

Faktycznie Avery trafia do domu milionera, który kochał zagadki. Jego wnukowie, będący w zbliżonym wieku do protagonistki, powtarzają to wielokrotnie. Historia zaś polega głównie na rozwiązywaniu zagadki dotyczącej tego, czemu akurat ona dostała spadek, a nie krewni mężczyzny. Jednakże nie jest to zagadka, którą można śledzić i próbować na bieżąco rozwiązywać. Ona jest zrozumiała dla bohaterów, ale nie dla czytelnika, w związku z czym nie ma tutaj możliwości, aby krok po kroku samodzielnie dochodzić do prawdy.

Rozczarowałam się pod tym względem i przyznam, że dla mnie, dorosłego czytelnika, lektura była po prostu dość nudnawa. Niby sporo się tu działo, ale postacie często powtarzały dokładnie to samo. Nie był to romans, a Avery regularnie musiała komentować piękne klaty chłopców, nawet jeśli pomiędzy nimi nie dochodziło do większych bliższych interakcji (chociaż wątek romantyczny się pojawia). Sporo jest tu też obyczajowych, szkolnych scenek, które nie były napisane wystarczająco ciekawie, by utrzymać moje zainteresowanie, a nie jestem już w wieku, w którym po prostu czytanie o chodzeniu do szkoły jest wystarczające.

Ponadto autorka książki chyba sama nie do końca rozumie, ile tak naprawdę funduszy odziedziczyła jej bohaterka. Avery z dnia na dzień stała się jedną z kilku najbogatszych osób w USA i tym samym raczej nie uczęszczałaby do zwykłej szkoły z internatem o podwyższonym standardzie, bo to byłoby po prostu dla niej dość niebezpieczne. Niemniej, rozumiem, że jest to część konwencji.

Sam styl tej książki jest bardzo lekki, wchodzący bez większego problemu, więc w tym względzie „The Inheritance Games” spełniają swoją funkcję.

Nie jest to najgorsza książka, jaką czytałam w ostatnim czasie i rozumiem, skąd wzięła się jej popularność. Niemniej, chyba miałam jednak nadzieję, że będę się w trakcie lepiej bawić. Rozumiem, jeśli dla kogoś taka opowieść daje wystarczającą satysfakcję i też nie mam zamiaru odradzać osobom, które czują, że to lektura dla nich, ale warto chyba wziąć pod uwagę swoje oczekiwania do lektury.


niedziela, 26 listopada 2023

Despite Your (im)perfections: ogarnijcie te angielskie tytuły...

 


Destiny i Alfi przyjaźnią się od dzieciństwa, ale ostatnio ich drogi się nieco rozeszły. Dziewczyna chce, aby chłopak ponownie wrócił na łono rodziny, ale ten nie chce się na to zgodzić. Los sprawia, że Alfi ma spędzić u niej wakacje. Destiny w tym czasie musi zrozumieć, co do niego czuje.


Despite Your (im)perfections
Marta Łabęcka
wyd. Edito, 2022
Cykl Flaw(less), t. 3


Ta książka to moja wtopa. Z racji popularności, chciałam poznać „Flaw(less)”, aby wiedzieć, o czym się mówi i oczywiście chciałam zacząć od tomu pierwszego. Nie wiedzieć czemu uznałam jednak, że pierwsza część to „Despite Your im(perfections)” i dopiero po lekturze całości zorientowałam się, że to jednak była trzecia. Ale co się stało to się nie odstanie, a nie wydaje mi się, aby tej książki nie dało się sensownie ocenić bez poprzednich części.

Głównie dlatego, że jest właściwie sequelem i zamkniętą historią. Co prawda bohaterowie z poprzednich tomów się pojawiają, jednak raczej jako tło. Autorka zaś wyjaśnia ich przeszłość na tyle, by czytelnik mógł zrozumieć, na czym mniej więcej polega ich relacja, jak wyglądała ich przeszłość etc., etc.

Ta powieść Marty Łabędzkiej to jak na razie chyba najlepsza powieść wyrosła na Wattpadzie, na jaką trafiłam. To jednak nie oznacza, że jest dobra, bo w moim odczuciu jest najzwyczajniej w świecie dość nudna. Tu się przede wszystkim nic nie dzieje. Destiny cały czas zastanawia się nad relacją z Alfim, godzi się z chłopakiem, droczy, kłóci i właściwie na tym polega ta powieść. 

Dostajemy jeszcze dodatkowo wątek choroby nowotworowej w bliskiej rodzinie, który jednak nie służy zwróceniu uwagi na problem, a jedynie dodawaniu odrobiny emocji nudnej i przewidywalnej jak flaki z olejem fabule. Przyznam jednak, że osobiście nie lubię tego typu zagrań: bohaterowie przypominają sobie o tym tylko wtedy, kiedy już nie mają o czym rozmawiać bądź kiedy akurat to jedyny sposób, by znaleźli się w jednym miejscu. Poza tym przeżywają beztroskie wakacje, kompletnie ignorując istnienie chorej osoby. 

Autorka ma styl poprawny, ale zdecydowanie toporny, co sprawia, że niektóre akapity brzmią dość nienaturalnie, a sceny pomiędzy bohaterami w moim odczuciu nie mają odrobiny chemii. Nie ma tu skupienia się na detalu, czy porządnie przeżywanych emocji. 

Przy tym wszystkim rozumiem jednak, czemu się komuś ta książka może podobać. To bardzo prosty, przewidywany romans, na dodatek z wakacyjnym klimatem i łatwym do zrozumienia językiem. A przecież jako ludzie lubimy stare, letnie piosenki, które słyszeliśmy już milion razy.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o angielskim tytule. Po co? Nie dość, że książkę napisała Polka, jest wydana w Polsce, to jeszcze wraz z polskim podtytułem całość robi się długa, trudna do zapamiętania i wymówienia. Wydawcy, ogarnijcie się. Nie jesteśmy w kraju anglosaskim. Zwłaszcza że to akurat powieść dla młodzieży. Jaki to przykład daje młodym ludziom? Że polski język jest gorszy, że źle brzmi, że jest niepotrzebny? 

Nie mam zamiaru czytać pierwszych dwóch tomów, choć podejrzewam, że mogą być nieco lepsze (zwykle tego typu sequele wypadają gorzej). To jednak nie jest mój vibe, a co się wynudziłam to moje. Cóż, przynajmniej do zasypiania ten tytuł mi się nieźle sprawdził.


środa, 18 października 2023

Piękna katastrofa: to nie ma wiele sensu (a film ma jeszcze mniej)


Abby chce zwyczajnego życia i niczego ponadto. Co jednak może poradzić na to, że Travis tak ją przyciąga? Chłopak słynie nie tylko ze swoich umiejętności bokserskich, ale również z tego, jak wykorzystuje dziewczyny. Abby nie chce mu ulec, ale jednocześnie nie potrafi się od niego odciąć.

Piękna katastrofa
Jamie McGure
wyd. Albatros, 2022
cykl Piękna katastrofa, t. 1


„Piękna katastrofa” Jamie McGuire nie ma zbyt wiele fabularnego sensu i trudno traktować ją na poważnie. Zabrałam się za nią, aby móc porównać ją z adaptacją, która podobno materiał źródłowy traktuje bardzo luźno i cóż, trudno się z tym nie zgodzić.

 W porównaniu do filmu książka mimo wszystko jest bardziej sensowna. Stawki są mniejsze, a zachowania bohaterów bardziej realistyczne, co nie oznacza, że ogólnie realistyczne. Film jednak idzie w stronę parodii tego typu historii, dlatego mimo wszystko chyba to na nim bawiłam się lepiej. Niestety, do takiego romansu trudno mi podejść na poważnie, a tam przynajmniej jego cech została w dość zabawny sposób przerysowana. 

Relacja Abby i Travisa w moim odczuciu trochę nie ma sensu. Dziewiętnastoletnia dziewczyna od początku czuje do niego mięte. Sytuacja sprawia, że wprowadza się do jego mieszkania i zaczyna spać z nim w jednym łóżku, mimo tego, że ich relacja pozostaje platoniczna. W tym czasie spotyka się z innym chłopakiem z uczelni, randkując z nim. Jednak nie dość, że wciąż czuje coś do Travisa, to ten wielokrotnie mówi jej o swoich uczuciach, a ona, choć je odwzajemnia, cały czas go odpycha… jednocześnie godząc się np. na dalsze spanie z nim w jednej przestrzeni, czy przytulanie. 

Takie zachowanie jest oczywiście toksyczne, ale w tym wydaniu nie potrafię tego traktować na serio. Autorka zdaje się na siłę wymyślać coraz to kolejne powody do kłótni bohaterów, nie pozwalając się im zejść, wszystko windując do maksymalnego poziomu melodramatyzmu.

Travis z resztą jest również moim zdaniem mało wiarygodną postacią pod kątem jego umiejętności i tego, w jaki sposób zarabia na uczelnie. Nigdy nie trenuje, nigdy nie ćwiczy, a i tak w studenckich bijatykach nie ma sobie równych. I choć nie znam na tyle realiów USA, by być tego pewną, to jakoś nie kupuje tajemniczego Kręgu, w którym studenci przychodzą bić się i doglądać, jak inni się biją, robiąc przy tym duże zakłady. 

Ponadto miałam wrażenie, że w wielu momentach zabrakło swobodnego przejścia do kolejnych (często ważnych) scen. Wielkie dramy rozpoczynają się przez jedno zdanie, miałam wrażenie, że historia po prostu czasem nienaturalnie skacze i to potrafiło wybijać mnie z czytelniczego rytmu.

Dodać muszę, że jako osobę wychowaną z psami, trochę rozbroił mnie wątek z pieskiem, który w pewnym momencie trafia w ręce Abby. Niby bohaterka psa dostaje i w gruncie rzeczy powinien gdzieś się pojawiać, ale autorka zdaje się regularnie o nim zapominać, dorzucając go tylko do wypełnienia sceny, tam, gdzie jest jej wygodnie. Tak, jakby w życiu nie miała psa i nie wiedziała, ile uwagi wymaga szczeniak.

Mimo tego wszystkiego, jako czytadełko ta książka sprawdziła mi się całkiem nieźle. To bardzo lekka lektura, która „wchodzi” bez większego problemu, a że naprawdę nie umiem traktować jej na poważnie to te wszystkie bzdury i głupotki nie wywołały u mnie wielu negatywnych emocji. Czy jednak polecam? Jeśli ktoś szuka dobrego romansu to raczej nie. Ale jeśli to ma być tylko lekkie oderwanie się od rzeczywistości, które nie będzie wymagało nadmiaru myślenia… cóż, czemu nie, w końcu takie książki chyba od tego są.


wtorek, 5 września 2023

Smocze ziarno: japońska inwazja oczami prostaczków


Ling Tan oraz jego rodzina wiodą spokojne życie na odciętej od świata wsi. Gdy do kraju dociera wojna, muszą zweryfikować swoje priorytety.


Nie łatwo się ani pisze, ani czyta o wojnie. Zwłaszcza gdy nie jest to wojna przerysowana w popkulturowy sposób, a historia faktycznie próbuje wejść w realny świat i pokazać, jak tak straszny czas wygląda z perspektywy zwykłych ludzi. I chyba dlatego „Smocze ziarno” było dla mnie jedną z trudniejszych w przyswojeniu powieści Pearl S. Buck.

Smocze ziarno
Pearl S. Buck
wyd. Muza, 2008

To autorka, która często poruszała tematykę zmian kulturowych w krajach Azjatyckich, zwłaszcza w Chinach, które pojawiały się na przełomie XIX i XX wieku oraz w pierwszej połowie XX wieku. Ta historia nie jest wyjątkiem. Jej tematyką jest w końcu japońska inwazja na Chiny, która zmieniła życie wielu mieszkańców tego kraju. 

Autorka, ponownie jak to zwykle miała w zwyczaju, ustanowiła bohaterów z prostego, raczej tradycyjnego domu. Rodzina Ling Tana to prości wieśniacy, których rytm życia jest wyznaczany przez zbiory. 

Jest to więc z jednej strony powieść dość typowa dla twórczości Pearl S. Buck, ale jednak w porównaniu do wielu innych jej książek – otwarcie poruszająca naprawdę trudne, wojenne tematy. I choć jej tekst nigdy nie epatuje dokładnymi opisami okrucieństw wojny, zamyka je raczej w dość ogólnikowych słowach, to jednak sam klimat wojny jest w moim odczuciu przedstawiony naprawdę dobrze.

I właśnie dlatego nie czytało mi się tej historii zbyt dobrze. Przyznaję, sięgając po kolejną książkę Peal Buck miałam nadzieję na kolejną ładną, interesującą, ale jednocześnie dość lekką dla mnie powieść. A jednak trudno mówić o lekkości, gdy ktoś opowiada o wojnie. Ponadto często autorka skupia się na jednym bohaterze. „Smocze ziarno” jest zaś historią o całej rodzinie i trochę zabrakło mi skupienia się na jednej postaci.

Na pewno ta historia jest warta uwagi i poznania, nie odstaje przy tym jakościowo od innych powieści Buck, które do tej pory poznałam. Piękny styl, postawienie się nieco z boku bohaterów, przedstawienie chińskiej kultury w sposób zrozumiały dla świata zachodniego to bez wątpienia typowe cechy dla jej twórczości, których nie brakuje i w tej części. Ale jednak to nie do końca była powieść dla mnie w tym konkretnym czasie, w którym się za nią zabrałam.



niedziela, 20 sierpnia 2023

For sure not you: naiwna baśń o trudnych tematach


Natalie chodzi do prywatnej, prestiżowej szkoły i od zawsze jest numerem jeden. Nikt wokół niej nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że jej pozornie idealne życie ma również ciemną stronę.


„For sure not you” to teen drama, która po prostu nijak do mnie przemawia i uważam, że mimo poruszania poważnych tematów, nie jest książką dobrą.

Zacznijmy od tego, że na pewno nie jest to książka napisana szczególnie dobrze. Styl Wreoniki Ancerowicz określiłabym jako bardzo prosty i rzemieślniczy, acz po tej słabszej stronie spektrum. Dlatego moim zdaniem nie ma tu ani dobrej chemii pomiędzy postaciami w dialogach, ani jakoś szczególnie ciekawie opisanych sytuacji, czy czegokolwiek podobnego. Tę książkę czyta się jak amatorskie opowiadanie po redakcji. 

For sure not you
Weronika Ancerowicz
wyd. Niezwykłe, 2023
cykl Westwood Academy, t. 1

Ma to oczywiście pewne zalety, np. dzięki temu powieść jest naprawdę wybitnie prosta w odbiorze, łatwo „wchodzi”, więc osoby, które szukają właśnie tego być może odnajdą w stylu Ancerowicz coś dla siebie.

Trudno mi w ogóle określić fabułę tej książki bez żadnych spoilerów, więc może trochę bardziej ją w tym momencie przybliżę. Nasza protagonistka. Natalia, jest już w ostatniej klasie. Wiedzie księżniczkowe życie, ale szybko dowiadujemy się, że jej rodzice traktują ją bardzo przedmiotowo, że między nią a przyjacielem ojca jest jakaś dziwna relacja oraz że ma w szkole jednego „wroga”: chłopca, który po prostu robi jej na złość. I splot przypadków sprawia, że owy chłopiec prosi ją o korki. Dla mnie bardzo jasnym było od samego początku, że jego zachowanie to próba hmmm… podrywu na wrednego chłopca, tak to nazwijmy, a ich relacja ma sporo niezdrowych tropów, ale cóż, może młodszego czytelnika to zachowanie będzie zaskakiwać.

No i właśnie ja poznając tę historię, odczuwałam dysonans, trochę podobnie jak w przypadku „It ends with us” Hoover. Z jednej strony mamy tu poważne problemy rodzinne głównej bohaterki: tam naprawdę dzieją się bardzo nieprzyjemne rzeczy. Z drugiej strony narracja jest tak naiwna, a fabuła tak pretekstowa, że ja po prostu nie umiem tej historii traktować na poważnie. Niby wiem, że Ancerowicz chciała poruszyć trudne tematy i być może one nie są wcale poruszone aż tak źle (toksyczne tropy w relacjach nie są wybielane jako coś wspaniałego, narracja wyraźnie je krytykuje), ale o trudnych rzeczach trzeba umieć pisać. A mam wrażenie, że autorce na to zabrakło warsztatu.

Poza tym warto dodać, że choć jest to jak najbardziej literatura młodzieżowa to raczej dla młodzieży 16+. Nie ma tu być może wielu bardzo pikantnych scen, ale jednak pojawiają się tutaj i to także w kontekście wykorzystywania seksualnego, dlatego czytelnik powinien być już trochę bardziej dojrzały. 

Mam wrażenie, że coś się podziało w literaturze obyczajowo-romansowej. Nie czytam jej szczególnie dużo, ale odnoszę wrażenie, że dość często obecnie pojawiają się historie, w których autorzy nieudolnie próbują łączyć baśniowy, idealny światek z problemami społecznymi czy rodzinnymi. I w tym nie ma nic złego, zresztą nie jest to nowy trop, ale jednocześnie, żeby zrobić go poprawnie, trzeba umieć to dobrze wyważyć i po prostu mieć pewne zaplecze, jeśli chodzi o umiejętności. Tutaj moim zdaniem tego trochę zabrakło.


wtorek, 18 lipca 2023

Arystoteles i Dante odkrywają sekrety wszechświata: literatura piękna dla młodzieży


Lata 80. XX wieku. Arystoteles, amerykański nastolatek pochodzenia Meksykańskiego, nie ma zbyt wielu przyjaciół. Pewnego lata na basenie spotyka Dantego, miłego i rozgadanego chłopaka, który uczy go pływać. Między chłopcami rodzi się przyjaźń.

Arystoteles i Dante odkrywają sekrety wszechświata
Benjamin Alire Sáenz
Wyd. We Need YA, 2022
cykl Arystoteles i Dante, t. 1


Nim zabrałam się za ten tytuł, miałam w głowie dwa założenia na jej temat i obydwa okazały się błędne. „Arystoteles i Dante odkrywają sekrety wszechświata” to literatura piękna w wersji dla młodzieży, która jest przede wszystkim sympatyczną, delikatną i spokojną, ale również poruszającą ważne tematy powieścią.

Jakie były moje założenia? A no po pierwsze, byłam przekonana, że akcja tej książki rozgrywa się w starożytnej Grecji. Oczywiście, kompletnie się myliłam. Po drugie, zakładałam, że będzie to po prostu romans. I choć owszem, taki wątek się tu pojawia, a relacja Arystotelesa i Dantego jest osią, wokół której zbudowana jest cała historia, to moim zdaniem to wcale nie jest książka o tym.

Ta powieść zbudowana jest wokół dialogów i to one moim zdaniem sprawiają, że książka przypomina trochę literaturę piękną. Rozmowy między postaciami są naprawdę ładnie napisane, wręcz dość poetycko, zawierają w sobie często jakąś ogólną prawdę o życiu, ale jednocześnie jako czytelnik mam pełną świadomość, że ludzie w rzeczywistości po prostu tak nie mówią. Nie, żeby mi to przeszkadzało: w końcu nie sięgam po literaturę po to, by oglądać to, co mam wokół sobie przedstawione 1:1. Warto też jednak dodać, że przez skupienie się na dialogach oraz naprawdę krótkie rozdziały ta powieść jest bardzo prosta w przyswojeniu, szczególnie że nie jest wcale długa. 

Jak już wspominałam, pojawia się tu romans, ale nie jest to w żadnym razie historia, która opiera się wyłącznie na nim. Dla mnie to raczej opowieść o dorastaniu, o próbie poradzenia sobie z samym sobą, znajomymi czy rodziną. Oczywiście wszystko przedstawione w raczej delikatny sposób. Nie jest to dramat, czy książka szczególnie obrazowa. „Arystoteles i Dante…” gra raczej subtelnością.

Przy tym muszę przyznać, że… nie jest to w pełni moja lektura. Raczej nie miałam podobnych przeżyć, jak bohaterowie, gdy byłam nastolatką i po prostu nie czuję, by ci bohaterzy byli moi. Czytało mi się tę historię miło, ale bez większego, emocjonalnego zaangażowania. Ot, akurat idealna książka do poczytania przed snem. Niemniej, należy wziąć pod uwagę, że nie jestem w żadnym razie targetem tej historii.

Wiem, że wokół tej książki rozegrała się internetowa drama związana z używanymi w powieści zaimkami. Nie wnikałam w nią, ale jeśli chodzi o samą książkę (nie wiem, czy sprawa dotyczyła autora bardziej personalnie) – nie widzę tutaj problemu. Kwestia dotyczy w gruncie rzeczy jednej rozmowy pomiędzy głównymi bohaterami, a biorąc pod uwagę setting (to w końcu lata 80.) takie przedstawienie sytuacji po prostu wydaje mi się bardziej realistyczne.

Podsumowując, zdecydowanie czuje się tę książką pozytywnie zaskoczona. Na pewno to książka dla młodzieży, którą warto właśnie młodzieży polecać, a i dorosły czytelnik może odnaleźć w niej coś dla siebie.


czwartek, 25 maja 2023

Rodzina Monet. Skarb: hit Wattpada w druku

 



Mama i babcia Hailie, jej jedyna rodzina o której istnieniu wie, giną w wypadku samochodowym. 14-letnia dziewczyna dowiaduje się, że ma pięciu przyrodnich braci, z których najstarszy stał się jej opiekunem prawnym. Wyjeżdża z Anglii do USA, aby rozpocząć nowe życie.



Kto by pomyślał, że hit Wattpada, którego zaczęłam kiedyś czytać i po chwili porzuciłam, zostanie wydany i stanie się hitem książkowych mediów społecznościowych… A jednak się stało. „Rodzina Monet. Skarb” zasypała wszystkie portale i uznałam, że być może warto sprawdzić, co w trawie piszczy. I jeśli było warto, to tylko po to, by wiedzieć, o czym się mówi. Zdecydowanie zaś nie dla samej lektury.

Rodzina Monet. Skarb
Weronika Marczak
wyd. You&YA, 2022
Cykl Rodzina Monet, t. 1

To opowiadanie z Wattpada, nie powieść profesjonalisty i to widać szczególnie na samym początku. Bo kogo na tym portalu obchodzi trauma bohatera wynikająca z utraty bliskich? Kogo interesuje jakikolwiek realizm, kwestie prawnego przekazania opieki czy cokolwiek takiego? Nikogo. Więc po 2-3 stronach opisujących dramat Hailie, przechodzimy do rzeczy i już jesteśmy w USA. Gdyby to chociaż było zgrabnie rozegrane językowo, ale nie. Po prostu na początku dostajemy super streszczenie i od razu przechodzimy do rzeczy, czyli do naszego życia z bogatym „boys bandem”.

Rozbraja mnie w ogóle jak bardzo autorka, składając te swoje słowa i myśli w całość, uznała, że śmierć matki bohaterki jest nieistotna, ale ważne jest np. to, że jej pomadka znajdowała się na dnie bagażu, albo to, jak wyglądał drogi zegarek jej brata, którego widzi po raz pierwszy w życiu. To powinno zostać poprawione w trakcie procesu wydawniczego, zdecydowanie.

Brak profesjonalizmu widać też w ogólnym braku fabuły. Ogółem to powieść polegająca na tym, że nasza bohaterka ma przestrzegać zasad życia w domu z pięcioma chłopakami, co oznacza zero wychodzenia na randki, niewchodzenie w bójki, niewtrącanie się w bójki braci, niewchodzenie do skrzydła biurowego itd. I chociaż Hailie to grzeczna nastolatka, która lubi książki i siedzenie w domu to jakimś cudem w kółko te zasady łamie, bracia ją ochrzaniają, mamy chwilę spokoju i znów się dzieje. Niby w drugiej połowie zaczynają się dziać jakieś niby porwania i mocniejsze akcje, ale w gruncie rzeczy to nie ma większego znaczenia. Także przede wszystkim ta książka jest cholernie nudna.

Ponadto pokazuje dość toksyczne relacje, bo oczywiście Hailie jest po prostu przez braci kontrolowana: jest śledzona 24/7 (na żywo i w sieci), nie może pogadać z żadnym chłopakiem, nie może sobie sama wybrać telefonu itd. I choć owszem, protagonistka się na to wkurza, to ostatecznie okazuje się, że „bracia mieli rację”, np. chłopak, w którym się zauroczyła, faktycznie nie okazał się względem niej fair. 

Jednocześnie, o dziwo, nie uważam, by ta powieść była szczególnie problematyczna. To na tyle odrealniona historia, że nie wierzę, aby nastolatek tego nie wyłapał. Ta książka jest bają, fantazją o życiu w ładnym domu z przystojnymi chłopcami. I choć oczywiście może trafić się osoba, która będzie traktować tę historię jak prawdziwe życie, to mimo wszystko wierzę, że osoba powyżej 12 roku życia (a taki target sugeruje nazwa imprintu Muzy) zazwyczaj jest już na tyle dojrzała, by to rozpoznać. Acz oczywiście to chodzenie po grząskim gruncie i mimo wszystko wolałabym, by jednak powieści dla młodzieży były pod tym względem bardziej „ogarnięte”.

Pod względem samego stylu: mamy tu rzemieślniczy, prosty i łatwy w przyswojeniu język polski. Taki, przez który się „płynie”. Nie jest więc to poziom „selfów”, w których czasem nie wiadomo, o co chodzi. Ale jednocześnie trudno mówić, by ta książka pod tym względem brylowała. A że tu nie ma też za bardzo fabuły…

W ogóle mam wrażenie, że autorka chciała bardzo napisać romans, ale że nie mogła się zdecydować na jednego z bohaterów, to zrobiła z tej piątki postaci braci. Dlatego też dostajemy np. dokładne opisy ich wyglądu, tego, jak są przystojni, czy też po jakiejś kłótni mamy „cute” scenki, które mają sprawić, że młody czytelnik zrobi „aww” i wszystko tym przystojniakom wybaczy (którzy, tak btw. nie mają jakiś wielkich różnic w charakterach i część z nich zlewa się w jedno).

Nie polecałabym tej książki nigdy jako dobrej lektury. Ale jeśli ktoś szuka czegoś na rozluźnienie i tego typu fantazja mu to zapewni – have fun, tylko bardzo proszę, nie bierzcie przykładów z rodziny Monetrów proszę.


PS Czy tylko ja, wpadając na tę książkę po raz pierwszy w formie papierowej, myślałam, że to historia o rodzinie Claude Monet w jakiejś młodzieżowej wersji?


poniedziałek, 27 marca 2023

Pałac kobiet: studium odcieni kobiecości

 

Pani Wu kończy czterdzieści lat. Żyje w pięknym domu, jest otoczona luksusami, a jej mąż zawsze był dla niej dobry. Podejmuje jednak decyzje, że nie chce więcej rodzić dzieci i mając pełną świadomość potrzeb partnera, przyprowadza dla niego konkubinę. Sama zaś przenosi się do innych komnat, powoli odkrywając samą siebie.



Tytuł „Pałacu kobiet” jest naprawdę adekwatny. Choć większość książek Peal S. Buck skupia się na postaciach kobiecych, to mam wrażenie, że w tej konkretnej autorka położyła największy nacisk na nieco filozoficzną analizę pojęcia kobiecości. Czym jest, z czym się wiąże, czy jakie mogą być jej odcienie, oczywiście w kontekście Chin na przełomie XIX i XX wieku.

Pałac kobiet
Pearl S. Buck
wyd. Mag, 2011

Przy okazji to powieść o naprawdę interesującym temacie. Pani Wu to ciekawa bohaterka, z nieco innym spojrzeniem na świat, niż wszyscy, ale jednocześnie nie buntowniczka. To osoba mądra i szanowana, dlatego też to, jak zmienia się jej życie, jest naprawdę ciekawe w obserwacji. To chyba jedna z powieści Buck, która ma w sobie najwięcej fabuły, a nie po prostu scenek z życia bohaterów (co nie zawsze jest wadą, wszak to powieści obyczajowe).

Jak jednak na tę autorkę przystało, „Pałac kobiet” to powieść napisana zręcznie, acz delikatnie, lekko. Niby zaglądając w dusze bohatera, ale wciąż zostawiając mu trochę przestrzeni dla siebie. Nie jest to w żadnym względzie powieść akcji. 

Buck naprawdę zręcznie kreuje swoich bohaterów, co wiem nie od dziś, ale za każdym razem jest miło sobie o tym przypomnieć. Postacie są po prostu wiarygodne. Popełniają błędy, nawet jeśli są mądre i wykształcone. Mają swoje marzenia i cele, a jednocześnie są po prostu zakorzenione w swojej kulturze. Chiny zaś zdają się, również jak zwykle, przedstawione z miłością do tego miejsca, ze zrozumieniem kultury i czasem również z krytyką i pochwałą dla pewnych sytuacji społecznych.

„Pałac kobiet” jest książką niezwykle kobiecą, ale nie tylko dla pań. To po prostu kobieca perspektywa na wiele tematów związanych z płcią, którą warto poznać, niezależnie od tego, kim się jest. Przy okazji to powieść tak łagodna i spokojna, że jest po prostu idealnym oddechem pomiędzy historiami, w których akcja pędzi na łeb na szyję.



niedziela, 7 sierpnia 2022

Matka: prosta opowieść o prostej kobiecie

Pierwsze lata życia w małżeństwie, wydają się dla Matki spełnieniem marzeń, mimo że wraz z mężem wcale nie ma wiele. Gdy ten jednak odchodzi, kobieta musi poradzić sobie z samotnym wychowaniem trójki dzieci, a to nie jest wcale łatwe na chińskiej wsi na początku XX wieku.


„Matka” jest już dziesiątą powieścią Pearl S. Buck, która trafiła w moje ręce i właściwie nie mogła mi się trafić lepsza książka podsumowująca tropy najczęściej wykorzystywane przez tę noblistkę. To autorka, która nie tylko lubuje się w przedstawieniu chińskiego i szerzej, azjatyckiego społeczeństwa zachodniemu czytelnikowi, ale też twórczyni, której bliskie jest życie kobiety w przełomowych czasach zmian oraz egzystencja ludzi prostych, którzy jeśli do czegoś w życiu docierają to tylko przez naprawdę ciężką pracę. 

Matka
Pearl S. Buck
wyd. Muza, 2012

W tym przypadku autorka pochyla się nad matką. Bohaterka nie ma nadanego imienia, bo to właściwie nie jest tu potrzebne: to uniwersalna historia, która w tamtych czasach mogła przytrafić się wielu kobietom, z mniejszymi lub większymi zmianami.

Główna bohaterka to osoba prosta, lecz pracowita i kochająca swoje dzieci ponad wszystko. Na swój sposób bystra, ale niewykształcona, co czyni ją w wielu aspektach naiwną, lub nawet ignorantką. Jednak trudno ją za to winić, skoro w gruncie rzeczy nie ma żadnego innego wzorca. 

Buck w swojej powieści wchodzi w życie tej kobiety, przedstawiając czytelnikowi jej codzienne zmagania z niesprzyjającym światem. W subtelny i wyrazisty zarazem sposób przedstawia jej problemy, sposób myślenia, jej zmartwienia o dzieci czy męża. Nie ma tu jakiejś bardzo skonkretyzowanej linii fabularnej. Typowe dla powieści Buck jest właśnie to wrażenie, jakby historia została wyrwana z czyjegoś życia. Poznajemy je od jakiegoś punktu do pewnego punktu, który niby ma jakąś kulminację, ale tak naprawdę jako czytelnik wie się i czuje, że to przecież wcale nie koniec. Że coś było wcześniej i że coś będzie później, tylko tego już nie będzie nam dane poznać. 

Lubię to, jak ta autorka snuje swoją narrację. Pisze w sposób prosty, ale bardzo empatyczny i jednocześnie wnikliwy. Wymusza na zachodnim czytelniku wejście w obcy świat, ale przedstawiony tak, że jego zrozumienie jest po prostu możliwe. Jednocześnie muszę przyznać, że motywy, które wybiera w swoich książkach, są jednak trochę wtórne. To nie pierwsza jej książka o chińskiej wsi, którą poznałam. To nie pierwsze spotkanie z rodzicem, który w ten, a nie inny sposób traktuje swoje dzieci. Wątek komunistyczny również pojawiał się w jej powieściach, które czytałam wcześniej. Jednocześnie w jej przypadku mi ta wtórność nie przeszkadza, zwłaszcza że nie czytam powieści Buck na co dzień.

Nie wiem, czy to najlepsza z powieści Buck. W moim odczuciu te stoją na podobnym poziomie. A że, jak już wspominałam, tematycznie są do siebie zbliżone, to właściwie wszystkim zainteresowanym mogę polecić zarówno tę, jak i właściwie każdą inną jej historie. Po prostu wybierzcie cokolwiek z jej bibliografii i sprawdźcie, bo taką pisarkę po prostu warto chociaż trochę poznać.



niedziela, 22 maja 2022

Pies musi wystrzelić: największy grafoman polskiej fantastyki?

Adam Hollanek to niezwykle ważna dla polskiej fantastyki postać. Gdy w latach 80. powstawało pierwsze pismo o tej literaturze, pojawił się problem z wyborem naczelnego. Propozycji było kilka, jednak ekipa zakładająca gazetę wciąż słyszała odmowy. Dopiero na Adama Hollanka – pochodzącego ze Lwowa weterana II wojny światowej – zgodził się ówczesny rząd. Uchodził on za człowieka bojącego się władzy i cenzury. Był starszy od pozostałych członków redakcji, ale szczerze kochał fantastykę i bardzo chciał ją tworzyć. Niestety, brakowało mu talentu, a przynajmniej tak do tej pory słyszałam i czytałam, badając temat. W końcu postanowiłam sprawdzić: czy ten bądź co bądź ważny dla polskiej kultury redaktor naprawdę nie był najlepszy w pisaniu?

Pies musi wystrzelić
Adam Hollanek
wyd. Świat Książki, 2009 

Sięgnęłam więc po wybór opowiadań, zebrany przez jego córkę i okazało się, że… jest gorzej, niż przypuszczałam.

„Pies musi wystrzelić” to dwadzieścia tekstów, z których zaledwie pojedyncze są fantastyką. Większość z nich zawiera bardzo zbliżone do siebie elementy. Narracja jest pierwszoosobowa. Główny bohater to mężczyzna, który ma coś wspólnego z wojną. Wiele tekstów rozpoczyna się od zbliżenia seksualnego z kobietą, bądź jej opiewania, a jeśli nie to bohaterka i tak się pojawia. Teksty pisane są językiem niezbyt przystępnym, chyba stylizowanym na połączenie mowy potocznej z poetyckością. Ponadto autor nie szczędzi prób górnolotnego wodolejstwa, z którego generalnie nic nie wynika.

Tak, to zdecydowanie nie są dobre teksty. Jeśli miałabym wskazać przykład grafomaństwa, to ten zbiór jest w moim odczuciu jego idealnym przykładem.

Najsmutniejsze jest chyba to, że z tych tekstów wyłania mi się obraz autora. Człowieka romantycznego i właściwie na oko dobrego, tylko po prostu mającego sporo nieprzepracowanych problemów. Podejrzewam, że wojna i wygnanie z ukochanego, rodzinnego miasta nie były dla niego łatwe i to odbija się w jego opowiadaniach. Wyglądają one tak, jakby były po prostu jakąś formą terapii. Dziś Hollanek mógłby wybrać się do psychologa albo psychiatry, wówczas na pewno takie opcje były znacznie bardziej ograniczone. Kto wie, może cierpiał na PTSD? Nie zdziwiłabym się, chociaż wiem i o nim, i o samej psychologii zbyt mało, by nawet głębiej snuć takie tezy.

Czuję, że nie mam nawet do końca po co głębiej analizować tekstów Hollanka. Dla mnie, jako czytelnika, były po prostu przeraźliwie nudne, a przy okazji niezbyt smaczne. Zawsze zaskakuje mnie to, jak dużo bardziej przyjemne w odbiorze potrafią być współczesne opisy seksualności, niż te królujące w starszej fantastyce. Coś w tamtych czasach było takiego, że nasi rodzimi twórcy po prostu MUSIELI opisać jakąś nagą, piękną panią, która na przykład zostawia swojego ukochanego, a następnie powraca po dwudziestu latach i chce z nim znów być.

„Pies musi wystrzelić” traktuje raczej jako książkę, którą chciałam/musiałam poznać. By poznać lepiej Hollanka, by zrozumieć, o kim ci wszyscy polscy fantaści mówili. I jeśli będę musiała, na pewno jeszcze jakąś jego książkę sobie sprawdzę. Ale nie powiem, abym pisała to z przyjemnością. To nie były dobre teksty, tak po prostu. Dlatego polecam tylko osobom, które z jakichś powodów chcą poznać bliżej autora, czy to w ramach jakiejś pracy naukowej, badań albo eksperymentu. To jednak nie jest ani dobra rozrywka, ani dobra literatura.




poniedziałek, 21 lutego 2022

Pies, który nas odnalazł: nie kupuj zwierzaka przez tę książkę!


Anka jest mamą 12-letniej Poli i 4-letniego Kaja. Ponieważ jej młodszy syn znajduje się w spektrum autyzmu, zaniedbuje starszą córkę, a jej relacja z mężem nie wygląda już tak, jak dawniej. Gdy Pola do domu przyprowadza psa, życie rodziny stopniowo zaczyna się zmieniać.



Nieczęsto sięgam po obyczaj. Takie książki zwykle nawet nie kuszą mnie swoim opisem fabuły. Ale czasem warto zrobić wyjątek, by wiedzieć, a że zbieram wszystko, co ma na sobie wizerunek cocker spaniela angielskiego to „Pies, który nas odnalazł” musiał do mnie trafić. Ta powieść to przykład książki, której twórca miał bardzo szlachetne intencje, ale… trochę nie wyszło.

Zacznijmy od tego, że Jagna Kaczorowska ukończyła psychologię i to w tej książce jak najbardziej widać. Jednocześnie, choć debiutantką nie jest, popełnia błędy warsztatowe typowe właśnie dla takowych. Rozłóżmy więc tę powieść na części pierwsze.

Pies, który nas odnalazł
Jagna Kaczanowska
wyd. W.A.B., 2022

Same relacje rodzinne są pod względem psychologicznym rozpisane bardzo wiarygodnie. Mamy Polę, która bardzo chce być kochana i doceniona, a nie jest, w związku z czym bezustannie się buntuje, jak na 12-latkę przystało. Jej mama jest osobą wiecznie sfrustrowaną i krzyczącą na wszystkich i wszystko, która chce dobrze, ale po prostu jej nie wychodzi (przez co w sumie jest dość antypatyczna, ale jak najbardziej, to wiarygodne). Ojciec Poli odciął się od rodziny, skupił na pracy, a z Kajem, najmłodszym dzieckiem, kontakt jest bardzo mocno ograniczony. Nie jestem żadnym specjalistą, ale tak rozpisana rodzina wydaje mi się naprawdę wiarygodna.

Problem jest właściwie… we wszystkim innym. Zacznijmy od bardzo topornej ekspozycji, jaką stosuje Kaczorowska. Mam wrażenie, że autorka chciała nauczyć czytelnika trochę o spektrum autyzmu i o tym, jak powinno się pracować nad relacjami w rodzinie. W związku z tym co chwilę na drugim, trzecim i piątym planie pojawiają się specjaliści, którzy mówią Ance, czy Poli jak mają się zachowywać. Same bohaterki (bo narracja prowadzona jest z obydwu perspektyw) też mają tak poprowadzone rozumowanie, aby czytelnika naprowadzić na tę dobrą drogę. Ten sposób prowadzenia narracji mocno kojarzy mi się z „Martwym sezonem” Jadowskiej, który cierpiał na bardzo podobne problemy. Efekt? Ekspozycja w tej powieści jest niezwykle toporna i w gruncie rzeczy męcząca. Jako czytelnik fantastyki – nie wiem, jak można to aż tak zawalić w powieści obyczajowej, w której wyjaśniać trzeba o wiele mniej, niż w przypadku wymyślonych światów.

W przypadku tej powieści, jak jej tytuł wskazuje, bardzo ważny jest wątek z psem. I tu też rodzi się nam problem. Ten wątek jest najbardziej baśniowy i – przepraszam za określenie, ale inne mi nie pasuje aż tak – „słodko-pierdzący”. Anka wielokrotnie pokazuje, jak nieodpowiedzialnym dorosłym człowiekiem jest, biorąc pod swój dach psa z ulicy i dopuszczając obce zwierzę do 4-latka  (oczami wyobraźni już widziałam, jak pies to dziecko atakuje, rodzice – nie róbcie tak, błagam). I niby bohaterka zdaje sobie sprawę z tego, jak nieodpowiedzialna jest, ale gdy dodamy do tego zakończenie i ogólną konkluzję książki to w sumie dostajemy kolejną historię, która czytelnika może zachęcić do impulsywnego zakupu/adopcji psa.

Szanowny potencjalny czytelniku tej książki: nie popełniaj błędu Anki, nie zapraszaj jakiegokolwiek zwierzaka do swojego domu w ten sposób. Jako osoba siedząca w temacie mogę Ci obiecać, że na 80% taka sytuacja skończy się szukaniem mu nowego domu w ciągu najbliższego roku.

A co z samą fabułą? Jeśli oglądaliście jakikolwiek film, czy czytaliście jakąkolwiek powieść traktującą o problemach rodzinnych związanych z dziećm, to znacie tę opowieść. Może była trochę inaczej opakowana, ale Kaczanowska odhacza wszystko, co odhaczyć należy w takiej historii i nawet się z tym nie kryje. W związku z czym „Pies, który nas odnalazł” jest też przy okazji tytułem robiącym za wyciskacz wzruszków na siłę, a ja osobiście nie lubię, gdy twórcy po ten zabieg sięgają. 

Próbując to wszystko zebrać do kupy… nie uważam, aby ta powieść była najgorszą książką roku. Mimo wszystko relacje rodzinne to naprawdę mocna strona tej powieści i na pewno znajdzie ona swojego czytelnika. Jeśli interesuje Was temat autyzmu, czy jesteście w podobnej sytuacji, albo może po prostu lubicie się wzruszać na rodzinnych książkach, to pewnie ta lektura po prostu się Wam spodoba. Nie jest długa, jest napisana w sposób stosunkowo lekki i jak najbardziej rozumiem, że swoją rolę jako rozrywkowej i ciepłej powieści obyczajowej spełnia.

Przy okazji nie da się zaprzeczyć, że nie jest to książka dla mnie. Warsztat Kaczanowskiej mi nie odpowiada, same fabuły tego typu niezbyt mnie osobiście interesują. Nie wyciągnęłam z tej historii niczego nowego dla siebie, a przecież nie znam szczególnie wielu powieści obyczajowych. Cóż, chyba ta fantastyka dla dzieci o elfach, smokach i statkach kosmicznych zbyt dobrze daje sobie radę z trudną tematyką, aby taka książka, jak „Pies, który nas odnalazł” była dla mnie wystarczająca. Naprawdę: powieść nierealistyczna w większości przypadków lepiej radzi sobie z takimi problemami, a pozornie nie jest nawet o ludziach i dalej nie jest traktowana na poważnie. Ech.



Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję wydawnictwu W.A.B.!

Premiery Wydawnictwa W.A.B. - zazyjkultury



poniedziałek, 31 stycznia 2022

Wiatr ze wschodu, wiatr z zachodu: opowieść z pogranicza kultur

Kwei-Lan miała zaledwie kilka lat, gdy została przyrzeczona swojemu obecnemu mężowi. Wychowana na idealną żonę, nie potrafi odnaleźć się w swoim związku. Jej wybranek okazuje się człowiekiem nauki, który nie zwraca na nią najmniejszej uwagi.



Pearl S. Buck jest autorką, której książki zawsze są dla mnie miłą odmianą i które przynoszą mi sporą dawkę ukojenia. To pisarka, którą można porównać trochę do Jane Austen: pisze głównie o kobietach i zwyczajnych, codziennych problemach, ale przez pryzmat chińskich (lub azjatyckich) zwyczajów. To sprawia, że to literatura dość uniwersalna, nawet mimo tego, że przepełniona typowo kobiecą wrażliwością.

Wiatr ze wschodu, wiatr z zachodu
Pearl S. Buck
wyd. Muza, 2007

„Wiatr ze wschodu, wiatr z zachodu” to naprawdę niedługa powieść: nie ma nawet 180 stron! Ale to wystarczająco, by opowiedzieć historie Kwei-Lan. Jak inne książki Buck, tak i ta jest pewnym wyrywkiem z życia bohaterki. Oczywiście ma jakiś początek i jakieś tam zakończenie, ale oczywistym jest również to, że ta historia będzie biec dalej. Nie kończy się na kartach książki.

Tytuł książki odnosi się do niczego innego, jak do zderzania się kultur. Gdy Chiny zaczęły się rozwijać, ich mieszkańcy z jednej strony bali się świata zachodu, z drugiej byli nim zafascynowani. I taki jest ukochany Kwe-Lan. To człowiek, który zachowuje się bardziej jak Amerykanin, niż Chińczyk i choć ma szacunek do swoich zwyczajów, to ma swoje własne zdanie, zna się na medycynie i chce traktować swoją żonę jako równą sobie. Młoda dziewczyna, wychowana w zupełnie innych realiach, po prostu nie potrafi tego zrozumieć. I cała powieść jest właściwie zbudowana na konflikcie stare-nowe.

Nie jest to powieść szczególnie smutna, przeciwnie: jest raczej urocza, dobra, spokojna, przyjemna w odbiorze. Nie mamy tu antagonisty, czy wybitnie konkretnej fabuły, a raczej obserwujemy różne postawy bohaterów. Ale to wszystko jest tak ładnie napisane, że przez te 170 stron po prostu się płynie.

Niektóre powieści Buck potrafiły mnie troszeczkę męczyć. Ale ta, przez wzgląd na swój interesujący temat, ładne opisy i zwartą formę była chyba jednym z przyjemniejszych spotkań z jej twórczością. A że takich autorów warto poznawać to naprawdę polecam po tę powieść sięgnąć. Nie jest długa, wiec nawet osoby średnio zainteresowane tematem nie będą miały okazji, by się znudzić, a być może akurat okaże się, że ta opowieść Was oczaruje. 



Nomida zaczarowane-szablony