Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dla dzieci i młodzieży (10-15 lat). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dla dzieci i młodzieży (10-15 lat). Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 stycznia 2024

Kolor magii: chaosem na przygodę


Dwukwiat to pierwszy turysta w Świecie Dysku. Bogaty i beztroski, wyrusza w podróż. Tak trafia do Ankh-Morpork, gdzie piecze zaczyna sprawować nad nim niezbyt utalentowany mag, Rincewind.

Kolor magii
Cykl Świat Dysku, t. 1
Terry Pratchett
wyd. Prószyńki i s-ka, 1994



Tej książki podobno nie lubił sam Terry Pratchett. „Kolor magii” to jego pierwsza powieść, która rozpoczyna całą serię o Świecie Dysku. Choć z autorem miałam już do czynienia, to tak naprawdę dopiero teraz postanowiłam, że spróbuje zapoznać się z całym cyklem i tak jak zostałam już przez wiele osób wcześniej ostrzeżona, pierwsza część tej historii zdecydowanie nie jest najlepszą.

Pojawia się w niej oczywiście typowy dla Pratchetta humor, pełny celnych spostrzeżeń. Gdyby ktoś zacytował mi konkretne fragmenty książki, pewnie pokiwałabym głową, uznając, że hej, to całkiem trafne. Być może Pratchett nie bawi mnie na tyle, bym śmiała się w głos, ale potrafię docenić to, jak sprawnym obserwatorem rzeczywistości był.

Problem polega na tym, że ta książka jest jednocześnie bardzo prosta fabularnie… i bardzo chaotyczna. Właściwie mamy tu po prostu przygodową historię fantasy, w której nieodpowiedzialny Dwukwiat ładuje się bezustannie w kłopoty, a mag Rincewind towarzyszy mu w tej podróży i próbuje sprawić, by ten jednak ją przeżył. Bohaterowie w trakcie latają na smokach, chodzą po lesie, uciekają przed osobami, które próbują je zabić, czy złożyć w ofierze. Przy okazji na ich drodze stają też inni bohaterowie, którzy np. są satyrą na znanych herosów fantasy. Nie jest to nic nietypowego dla gatunku, szczególnie dzisiaj. W końcu „Kolor magii” to powieść z lat 80. XX wieku i wtedy to mogłoby być czymś całkiem świeżym. 

Gdy słyszałam wcześniej o chaotyczności tej powieści, ubzdurałam sobie, że chodzi o jakiś brak liniowości, o jakąś zabawę stylem narracji, ale… nie. Fabuła jest opowiadana od początku, do końca, bez jakiś szczególnych zabaw stylistycznych. A jednak mimo tego chaotyczna faktycznie jest. Trochę tak, jakby autor wymuszał na postaciach kolejne i kolejne przygody, byleby tylko pokazać swój kolejny żart, swój kolejny pomysł, swój kolejny pogląd. I to po prostu z czasem zaczęło robić się piekielnie męczące. Choć nie jest to długa książka, osobiście pod koniec miałam jej po prostu dosyć.

Jestem na takim etapie swojego czytania, że Pratchetta po prostu „głupio nie znać”, dlatego trochę świadomie zdecydowałam się na sięgnięcie po wcale nie aż tak uwielbiany „Kolor magii”. Bo to jednak z takich książek i takich serii, które po prostu warto znać. Po lekturze wiem jedno. Ten autor generalnie w nadmiarze jest dla mnie męczący. A w swojej debiutanckiej formie… cóż, nawet nie w nadmiarze. Jedna powieść jest do tego wystarczająca.


czwartek, 14 grudnia 2023

Akademia dobra i zła: nieco inne spojrzenie na magiczną szkołę

 

Sophia od lat marzy o tym, aby zostać księżniczką i uczyć się w Akademii Dobra i Zła. Jej przyjaciółka, Agata, wcale jednak nie popiera jej pragnień i chce przede wszystkim spokojnego życia. Gdy zostają porwane i zabrane do magicznego przybytku, wydaje im się, że zaszła wielka pomyłka. Sophie ma uczyć się w szkole dla złych, zaś Agata, której znacznie bliżej do wiedźmy, ma stać się dobrą królewną.



Akademia dobra i zła
Cykl Akademia dobra i zła, t. 1
Soman Chainani
wyd. Jaguar, 2022

Powieści młodzieżowe, których akcja jest osadzona w magicznej szkole, zazwyczaj kręcą się wokół jednego schematu: bohater trafia do nowej rzeczywistości, poznaje ją razem z czytelnikiem, a następnie rozwiązuje zagadkę, która często wiąże się z pokonaniem tego jednego, złego przeciwnika. „Akademia Dobra i Zła”, którą napisał Soman Chainani trochę jednak ucieka od tego najbardziej podstawowego schematu, oferując coś nieco innego.

Ta książka dedykowana raczej młodszej młodzieży skupia się na przyjacielskiej relacji Sophii i Agaty, tworząc raczej żartobliwą rzeczywistość, której bliżej do parodii magicznych szkół, niż tych poważnego, solidnie rozpisanego uniwersum. To w żadnym razie nie jest wada „Akademii dobra i zła” - po prostu taki był pomysł autora na tę historię. Świat, który otacza prostagonistki ma być wyrazisty i przerysowany, by historia, którą autor opowiada mogła wybrzmieć. 

W końcu tu chodzi o bardzo mocne kontrasty. Sophia jest postacią, która bardzo pragnie być dobrą i uczynną księżniczką, jednak jest to tylko jej powierzchowność. Tak naprawdę w duchu często krzywi się, woląc skupiać się po prostu na swojej urodzie. Z kolei Agata być może preferuje czarne kolory (bo nie widać na nich brudu) oraz cmentarze (bo tam ma święty spokój), ale jest w stanie dostrzec prawdziwe dobro. Żadna z nich nie jest jednak tylko dobra lub zła. Obydwie są w końcu młodymi dziewczynami, które muszą jeszcze odnaleźć siebie.

Sam ten koncept uważam za naprawdę uroczy i nie dziwię się młodzieży, której ta książka się spodobała. To w końcu coś nieco innego, niż zwykle wśród popularnych, amerykańskich książek tego typu. Z tym że mi, jako dorosłemu czytelnikowi, już nie w pełni podobało się wykonanie. W moim odczuciu Agata i Sophia są po prostu na dłuższą metę dość drażniącymi bohaterkami, które bezustannie się kłócą, drą koty i wpadają na coraz to głupsze pomysły. Rozumiem, że jest to część konwencji i z tego powodu akceptuje to, ale osobiście mniej więcej w okolicy połowy książki powoli zaczynałam mieć dosyć ich zachowania. 

Pod względem stylu to jednak naprawdę bardzo lekka w przyswojeniu książka, która często zahacza o bycie „puchatą” lekturą. Mimo tego, że jest lekturą dla młodszej młodzieży to i ja byłam w stanie spędzić przy niej dość miło czas. Widzę też w niej pewne wartości, które może warto przedstawić nastoletniemu czytelnikowi i naprawdę doceniam kreatywność autora, który stworzył coś nieco mniej typowego, niż standardowa szkolno-magiczna opowieść. Co prawda wolałabym, aby styl Chainaniego był nieco bardziej zwinny w porównaniach oraz opisywaniu absurdów świata przedstawionego, ale to i tak dość przyzwoity poziom.

Muszę też dodać, że ilustracje wewnątrz książki są naprawdę urocze i cieszę się, że zostały umieszczone również w polskim wydaniu. Na takie rzeczy aż miło się patrzy.

Na mojej półce czeka już drugi tom z cyklu, dlatego nie było to na pewno ostatnie spotkanie z postaciami z tego uniwersum. Mam nadzieję na lekturę przyjemną przynajmniej na tym samym poziomie, a że protagonistki być może czegoś się już w tym tomie nauczyły, to widzę szansę na poprawę w ich zachowaniu.


piątek, 9 czerwca 2023

Dom wielu dróg: zakończenie daje radę, ale...


Życie Charmain kręci się wokół książek. Młoda dziewczyna z dobrego domu jest przez rodziców trzymana pod kloszem i raczej nie ma ani okazji, ani szczególnej ochoty, by poznawać świat na zewnętrz. Pewnego dnia okazuje się, że jej krewny czarodziej jest chory i musi udać się na leczenie, a ona została wyznaczona, aby przypilnować jego zaczarowanego domu.


Dom wielu dróg
Diana Wynne Jones
wyd. Nowa Baśń, 2021
Cykl Zamek, t. 3

„Dom wielu dróg” to ostatni tom z trylogii „Zamek” i przy tym najbardziej typowo młodzieżowa powieść z cyklu. W poprzednich dwóch częściach główni bohaterowie byli młodzi, lecz już dorośli. W tym przypadku Charmain oraz główny męski protagonista to nastolatkowie. I choć „Ruchomy zamek Hauru”, pierwszy tom, chyba na zawsze pozostanie moim ulubionym, tak trzecia część jest w moim odczuciu zdecydowanie lepsza od drugiej, czyli „Zamku w chmurach”.

Być może właśnie dlatego, że ta historia jest nieprzekombinowana. Druga część była dla mnie częściej drażniąca i czegoś po prostu w niej brakowało. Tutaj jest dość klasycznie, bezpiecznie i właściwie stwierdziłabym, że na warstwie fabularnej dość przeciętnie, jednak przy tym autorka ma na tyle wprany i ciepły styl, że po prostu dobrze się tę historię czyta.

Charmain może być bohaterką odbieraną jako nieco irytującą, aczkolwiek z drugiej strony dziewczynka trzymana przez całe życie pod kloszem, na dodatek rozpieszczana, ma moim zdaniem prawo do takiego zachowania od czasu do czasu i to po prostu do niej, jako postaci, pasuje. I chociaż oczywiście wolałabym dla samej siebie bardziej dojrzałego, ciekawszego bohatera, to nie należy zapominać, że to literatura dla młodszej młodzieży, co w przypadku tej części widać zdecydowanie bardziej, niż w przypadku tomu pierwszego.

W tej części oczywiście również pojawiają się bohaterowie z „Ruchomego zamku Hauru”. I muszę przyznać, że nasz główny czarodziej w całym tym cyklu, w tej części wypada dość… cóż, dziecinnie. O ile jeszcze po pierwszym tomie można było się spodziewać, że Hauru dorośnie i stanie się postacią z wersji animowanej, o tyle ta część sprawia, że czytelnik (a przynajmniej ja) po prostu przestaje mieć jakiekolwiek złudzenia. Właściciel ruchomego zamku może być całkiem uroczą postacią, ale to wieczny chłopiec, który chyba nigdy nie dorośnie. Przyznaję, wolałabym, by jednak jego wątek poszedł z nieco innym kierunku, ale ponownie: to książka dla młodszego targetu. I jestem przekonana, że takowy zachowanie Hauru w tym tomie będzie po prostu bawić.

„Dom wielu dróg” to naprawdę sympatyczna powieść dla młodzieży, pełna przygody, napisana ładnym stylem. I choć nie mam jej nic do zarzucenia, to jednak chciałabym od niej troszeczkę więcej. Jednocześnie w pełni zdaje sobie sprawę z tego, że to naprawdę „wystarczająco”, jeśli ktoś szuka lekkiej dziecięco-młodzieżowej literatury.

  



niedziela, 19 marca 2023

Zamek w chmurach: arabska baśń nie sprostała pierwszej części

Na południu mieszka Abdullah. Młody handlarz nie jest zbyt zamożny, ale pewnego dnia w jego ręce trafia warty fortunę latający dywan. W ten sposób dostaje się do ogrodów zamieszkiwanych przez Kwiat Nocy, piękną córkę bogacza. Niestety, pewnego dnia dziewczyna zostaje porwana.



Miałam nadzieję, że wszystkie opinie uznające „Zamek w chmurach” za słabszy od „Ruchomego zamku Hauru” po prostu się mylą. W końcu wiele osób po prostu jest przywiązanych do bohaterów, a jednak ta część kręci się wokół Abdullaha, a nie Hauru oraz Sophii. Niestety, okazało się, że po prostu ta powieść na chyba wszystkich płaszczyznach wypada gorzej.

Zamek w chmurach
Diana Wynne Jones
wyd. Nowa Baśń, 2020
Cykl Zamek, t. 2

Nie chodzi o to, że to, tak ogólnie rzecz biorąc, jest zła powieść. To bardzo baśniowa historia, osadzona w świecie zainspirowanym krajami arabskimi, czy po prostu opowieścią o Aladynie. To niezwykle kuszące klimaty, a Diana Wynne Jones ma na tyle ładny styl, że to momentami naprawdę działa. Mój główny problem polega na tym, że w tym tomie po prostu czuć, że targetem tej powieści nie jest osoba dorosła, a dziecko.

„Ruchomy zamek Hauru” jest na tyle wyjątkowy, że w jego przypadku wiek odbiorcy nie ma większego znaczenia, ale tutaj moim zdaniem już jak najbardziej tak. Fabuła tej części jest dużo prostsza. To po prostu powieść drogi, w trakcie której bohater cały czas natrafia na inne przygody i inne postacie, z wielką „bitwą” na samym końcu. 

Ponadto pierwszy tom stał dobrze poprowadzonymi relacjami postaci. Tutaj nic takiego nie ma miejsca. Relacja romantyczna głównego bohatera i Kwiatu Nocy jest po prostu bardzo niemrawa, a on sam nie sprawia zbyt sympatycznego wrażenia. Dla mnie jako dorosłego czytelnika Abdullah jest po prostu męczący, a sposób, w jaki zwraca się do wszystkich (kwiecisty i poetycki) mnie w żadnym stopniu nie bawi. Rozumiem, że 9/10-latek, który po tę książkę sięgnie, może być zadowolony, ale… ja nie.

Ponadto należy pamiętać, że to jedynie amerykańska wizja krajów arabskich tak jak choćby Aladyn w wersji Disneya. To nie jest książka, z której młody człowiek nauczy się o kulturze arabskiej, czy też pozna podstawy Islamu. I moim zdaniem nie ma w tym nic złego, tak długo, jak młody człowiek będzie rozumiał, że to jest po prostu fikcja, niemająca wiele wspólnego z rzeczywistością. Ale to jest już rola rodzica.

Chciałabym, by ten tom był po prostu ciekawszy i głębszy, tak jak robiła to pierwsza powieść z cyklu. Niemniej, jednocześnie zdaje sobie sprawę, że to mimo wszystko literatura dla dzieci, czy też „wczesnej młodzieży” i jako taka, jest po prostu w porządku. Dlatego, o ile nie polecałabym jej tym, którzy chcą drugiego „Ruchomego zamku Hauru” to jako książka do biblioteczki dziecka może się jak najbardziej sprawdzić.

Uwaga, mimo tego, że to odrębne fabuły, tę książkę najlepiej czytać po pierwszym tomie cyklu.


poniedziałek, 19 grudnia 2022

Wampirologia. Prawdziwa historia upadłych: książka-zabawka warta uwagi

 

Nie sądziłam, że taka książka kiedykolwiek trafi w moje ręce… a jednak! Czekając w grudniu 2021 na pociąg do domu, wycieczka do księgarni skończyła się tym, że opuszczałam ją z „Wampirologią. Prawdziwą historią upadłych” w ręku. Akurat była na promocji, a zauroczyła mnie swoją formą, więc uznałam: dlaczego nie?

Wampirologia. Prawdziwa historia upadłych
Nicky Raven
Wydawnictwo Debit, 2012

W teorii to książka-zabawka dla dzieci. W praktyce mam wrażenie, że i dorosły fan fantastyki może się przy niej dobrze bawić. O co chodzi z tym tytułem? To książka z różnorodnymi wklejkami, ukrytymi elementami i „ręcznie” pisanymi listami, która stanowi podręcznik do wampirologii z komentarzami kogoś, kto na te wampiry natrafił. 

Oczywiście treść to tylko pewne ciekawostki, wybrane przez twórcę bądź twórców cechy, które następnie zostały zebrane w całość i raczej nie należy tego traktować na poważnie. Ale jednocześnie… ta książka to naprawdę kawał dobrej zabawy. Samo jej przeglądanie, szukanie ukrytych treści i dotykanie różnych tekstur jest po prostu interesujące. Dlatego to może okazać się świetna książka np. dla nauczyciela wczesnoszkolnego, który w trakcie wydarzenia typu Halloween pokaże uczniom coś innego i ciekawego.

Dla dorosłych książka sprawdzi się wcale nie gorzej, choć tu już można zauważyć pewnie niedociągnięcia. To może być dobry dodatek na sesje RPG, szczególnie jeśli prowadzicie wampirzą kampanię. Niestety, po prostu niektóre wklejki nie są najlepszej jakości. Metalowe elementy to kawałki wypukłego papieru, kule do broni to plastikowe koraliki itd. Niemniej, rozumiem, że jest to kwestia masowej produkcji, ostatecznej ceny i celu tej książki: tytuł dla dzieci nie może być przecież w żaden sposób groźny.

Niemniej, w dalszym ciągu książka może bawić, a przy okazji może stanowić doskonałą inspirację, np. do stworzenia własnego dziennika łowcy wampirów z dopracowanymi wklejkami. Ba, to może być dobry pomysł i dla dzieci, i dla dorosłych!

Trudno jest o niej napisać właściwie cokolwiek więcej, zważając na to, że treść, choć przyjemna w przyswajaniu, jest po prostu dobrą zabawą. Ona nie próbuje udawać, że tak faktycznie jest, że treści o wampirach to naukowo zbadane dane. Ale dla mnie była i jest po prostu ciekawym elementem kolekcji, który podoba się każdemu, komu ją pokazuje!



poniedziałek, 24 października 2022

Ruchomy Zamek Hauru: uniwersalna baśń nie tylko dla dzieci

Sophie to młoda dziewczyna pracująca w sklepie z kapeluszami. Pewnego dnia zła Wiedźma z Pustkowia zamienia ją w staruszkę. Kapeluszniczka, zamiast się smucić, wyrusza jednak w podróż, która prowadzi ją do Ruchomego Zamku należącego do owianego złą sławą czarnoksiężnika Hauru.



Wiedziałam, że sięgnę po tę książkę zaraz po obejrzeniu ekranizacji, której klimat po prostu mnie urzekł. I nie zawiodłam się, choć dostałam odrobinkę inne dzieło, niż chciałam.

Dlaczego? Bo chciałam powieści skupionej niemal wyłącznie na relacji Hauru i Sophie. Wiedziałam, że adaptacja ma wyraźnie różnice, ale to dla spotkania z tymi postaciami zaopatrzyłam się w tę książkę. A film animowany, jak to filmy mają w zwyczaju, oczywiście wykroił z książki nadmiar treści, skupiając się właśnie na tych postaciach, gdzie w książce tych relacji między bohaterami jest po prostu znacznie więcej. I to jest jak najbardziej OK, po prostu miałam nadzieję na coś nieco innego. Relacja Hauru i Sophie w powieści jest znacznie chłodniejsza, inna, mnie osobiście angażująca sama w sobie nieco mniej, ale to nie oznacza, że jest w jakiś sposób gorsza.

Ruchomy Zamek Hauru
Diana Wynne Jones
wyd. Nowa Baśń, 2020
Zamek, t. 1

Ale poza tym w gruncie rzeczy książka po prostu dostarczyła mi dobrej zabawy. To pięknie napisana, baśniowa powieść, która w moim odczuciu jest dość uniwersalna, jeśli chodzi o wiek czytelników. Jest przy tym dość chaotyczna i dość obyczajowa w swojej formule (autorka często opisuje zwykłe, codzienne błahostki), ale w tym przypadku kompletnie mi to nie przeszkadzało. To doskonała propozycja na odprężenie, która po prostu pozwala cieszyć się magicznym i nieco absurdalnym światem otaczającym Sophie.

Nie mogę jednak nie wspomnieć o tym, jak, mimo tej całej baśniowej otoczki, autorka świetnie kreuje swoje postacie. Bo być może owszem, sama relacja bohaterów bardziej podobała mi się w animacji (zauroczyły mnie chyba te rzucane ukradkiem spojrzenia, których w książce nie da się w tak cudowny sposób oddać), ale to książka lepiej (i inaczej) rozwija ich charakterologicznie. 

Wystarczy przyjrzeć się na przykład Hauru. Jeśli pozbawimy go magii, dostaniemy bardzo realistycznego bohatera [uwaga, mogą być ogólne SPOILERY]. Nasz czarnoksiężnik to człowiek, który nie mówi zbyt wiele o sobie i o swoich uczuciach. Nawet jeśli kogoś lubi, to nie wyraża tego słowami, co budzi często zmieszanie u bliskich mu osób. Troszczy się o osoby wokół siebie, ale robi to tak, aby nie mogły tego dostrzec. To sprawia, że w moim odczuciu jest niezwykle ludzki, a ponadto dzięki temu ma nad czym pracować, ma jak dojrzewać i się zmieniać, a dzięki temu można go z zainteresowaniem obserwować. 

„Ruchomy Zamek Hauru” to powieść, która jest naprawdę ładnie napisana, przyniosła mi trochę dobrej zabawy i ukojenia, ale jednocześnie muszę przyznać, że nie jest książką kompletnie nadzwyczajną. Nie widzę w niej czegoś, co przecierałoby nowe ścieżki, nie widzę czegoś ponad bycie tą przeciętnie bardzo dobrą książką. Nie chciałam kończyć tej przygody, na pewno będę ją polecać i generalnie teoretycznie nic mi w niej nie brakuje, ale jednocześnie wiem, że nie nazwę jej nigdy wybitnym dziełem sztuki literackiej. 

(Ale serio, było fajnie. Tyle że to ten poziom fajności, który chciałabym widzieć w każdej miłej, rozrywkowej lekturze. Mam poczucie, że to wiele innych rozrywkowych książek jest zbyt słaba, a nie, że ta jest szczególnie dobra, jeśli wiecie, o co mi chodzi).



niedziela, 16 października 2022

Tajemnica nawiedzonego lasu: nastolatkowie i komuniści


Po powrocie do domu Nina wciąż zauważa u siebie znaczny wzrost bystrości. Niedługo po rozpoczęciu roku szkolnego zostaje porwana przez komunistów. W ten sposób trafia do ukrytego w lesie ośrodka, pełnego powiązanych z Aniołami dzieci oraz nastolatków.



Przyznaję: „Tajemnica diabelskiego kręgu” jest jedyną książką Anny Kańtoch, która była dla mnie po prostu nieco nudna (mimo m.in. ciekawego settingu Polska w latach 50. to nie jest typowy wybór). Dlatego zwlekałam z zapoznaniem się z kontynuacją i… okazuje się, że niepotrzebnie, bo tom drugi jest znacznie lepszy od pierwszego, mimo że magii jako takiej jest w nim stosunkowo niewiele.

Tajemnica nawiedzonego lasu
Anna Kańtoch
wyd. Uroboros, 2014
Tajemnica diabelskiego kręgu, t. 2

Tak naprawdę lwia część fabuły kręci się wokół porwania Niny przez komunistów. Przetrzymywana razem z innymi dziećmi trzynastolatka dobrze wie, że coś nie gra i ponownie próbuje rozwikłać zagadkę. Ta jednak raczej skupia się na komunistach i ośrodku, w którym bohaterka się znajduje. Magiczne elementy jako takie są zaś przede wszystkim tłem i bardzo klimatycznym dodatkiem… który ostatecznie oczywiście ma spory wpływ na samo rozwiązanie fabuły, bo nie oszuszukujmy się, w takiej opowieści tak po prostu musi być. 

Nie miałam okazji doznać życia w PRL-u. Znam ten okres dziejów Polski jedynie z opowieści, lekcji, czy książek. Ale jeśli miałabym wyobrażać sobie wierzących w ustrój komunistów, to w głowie pojawiłby mi się bardzo podobny obraz do tego, który kreuje w swojej książce Kańtoch. Choć teoretycznie to książka napisana z myślą o młodzieży to jest momentami tak jednocześnie realistyczna, mroczna i brutalna, że ta 13-letnia bohaterka i narracja kierowana do nastolatka po prostu mi się ze sobą gryzły. 

Z jednej strony styl sugeruje mi, że mam rozwiązywać zagadkę i przeżywać przygodę, a z drugiej strony mam ludzi, którzy robią krzywdę nieletnim. Mam wrażenie, że ta książka, mimo wszystko, lepiej by działała, gdyby była po prostu horrorem o dzieciach, ale kierowanym do dorosłego czytelnika. Anna Kańtoch ma w sobie potężną dawkę umiejętności, wrażliwości artystycznej i wiedzy, ale odnoszę wrażenie, jakby właśnie to przeszkadzało jej napisać scricte powieść dla dzieci. Ona jest po prostu w tym zbyt dobra, aby dostarczyć lekką i miłą lekturę. Z tego powodu to dla mnie powieść, która sprawdzi się jako lektura tylko w przypadku dość wąskiej grupy nastolatków, którzy szukają tego mroku i realizmu, a nie tylko przyjemnej przygodówki.

Naprawdę nie sądziłam, że tak wsiąknę w kolejną opowieść z tej serii, biorąc pod uwagę, że tom pierwszy naprawdę jakoś szczególnie mi się nie spodobał. To unikatowa książka, nie tylko w kontekście książek dla młodzieży: niewiele mamy fantastyki w Polsce, której akcja rozgrywa się w tym wczesnym PRL-u i jednocześnie faktycznie skupia się na tym aspekcie. I choć są historie z bohaterami, których bardziej lubię i takie, które fabularnie są bardziej rozbudowane, ale naprawdę w pewnym momencie dałam się po prostu „Tajemnicy nawiedzonego lasu” wciągnąć.



wtorek, 23 sierpnia 2022

Zawiść: prawdopodobnie najnudniejsze fantasy roku

Corban jest chłopcem, który marzy o byciu wojownikiem, jednak nie jest ani odważny, ani szczególnie utalentowany. Jednak trafia na nauczyciela, który zaczyna pokazywać mu, w jaki sposób trzymać miecz. W tym czasie zbliża się wielka wojna bogów.



„Zawiść” Johna Gwinne jest jak wielka, pusta hala. Nic w niej nie ma, ale echo jest jakieś takie dziwnie znajome… Coś się odbija, ale jest zniekształcone, gorsze, słabsze. Czasem rozpoznajecie głos, czasem trudno powiedzieć, skąd zna się te słowa, ale wszystkie są dobrze znane. Tyle tylko, że nie mają już w sobie piękna oryginału.

To niezwykle wtórne i sztampowe high fantasy, które było chyba jedną z najnudniejszych książek, jakie miałam w ostatnim czasie w rękach. Gwynne wrzuca czytelnika w pusty świat, który jest kopią wielu poprzednich. Ma raczej prosty, ale absurdalnie nudny styl. Do tworzenia imion postaci prawdopodobnie używa generatora i bierze pierwsze lepsze z brzegu, przez co wszystkie brzmią identycznie. Ba, przy charakterach swoich bohaterów nawet nie potrzebuje nacisnąć przycisku, bo wszystkie wydają się takie same. 

Zawiść
John Gwynne
Wyd. Mag, 2018
Cykl Wierni i Upadli, t. 1

Spodziewałam się, że nie będzie to najlepsza powieść. Widziałam opinie i cóż, trudno pozostać na nie ślepym. Ale jednocześnie miałam nadzieję, że nie będzie aż tak źle, a było gorzej, niż się spodziewałam, niż być może.

Ta powieść ma prawie 700 stron. I choć niby dzieje się na jej kartach dużo, w praktyce nic z tego nie ma większego znaczenia. Postacie się biją, wchodzą w zasadzki w lesie, ujeżdżają konie i ćwiczą walkę na miecze, ale to nie ma w sobie energii, nie ma dobrej narracji. Nie byłam w stanie się w to zaangażować. 

A główny wątek? Ten, kto zna choć kilka powieści tego typu od początku musi zdawać sobie sprawę, że to Corban będzie wybrańcem. To nie jest żaden spoiler. Problem polega na tym, że powieści dla młodzieży, które ten wątek poruszają, zwykle dość szybko przerabiają kwestię szkolenia i wysyłają bohatera dalej, po przygodę i nowe doświadczenia, bo to po prostu jest ciekawe. W tym przypadku Gwynne chciał chyba się wyróżnić, bo ta cała pierwsza część cyklu, która jest naprawdę DŁUGĄ książką to opis przygotowań bohatera do dalszych przygód. Dostaliśmy więc jeśli nie prolog, to pierwszy akt, rozciągnięty na jakiś minimum milion znaków (a przypominam lub uświadamiam, że przeciętny romans będący zamkniętą historią to jakieś 200-300 tys. znaków).


Mam na swojej półce jeszcze dwa tomy tego cyklu. Pewnie sobie tego zakupu nie daruje i za jakiś czas je przeczytam. Ale jak na rozrywkową fantastykę, nieźle się na tej historii wynudziłam. Nie mam jak ani komu tej historii polecić. Nawet w kategorii wyjątkowych wybrańców w wersji dla młodzieży, która nie obfituje w wybitne tytuły, jest wiele lepszych, a jeśli nie lepszych to przynajmniej nie tak nudnych, powieści.



poniedziałek, 15 sierpnia 2022

Skorek i czarownica: książka, która przełamuje schemat


Skorek mieszka w sierocińcu. Jednak w przeciwieństwie do innych dzieci, nie ma najmniejszej ochoty na to, aby go opuszczać. W końcu tu wszyscy zachowują się tak, jak ona chce! Dlatego też jest naprawdę niezadowolona, gdy adoptuje ją pewna dziwna kobieta, która szybko okazuje się czarownicą.



Przyznaję, że biorąc „Skorka i czarownicę” do swojej biblioteczki, nie do końca kojarzyłam, kim jest autorka. Dopiero w międzyczasie zapoznałam się z animowanym „Ruchomym zamkiem Hauru”, czyli adaptacją chyba najpopularniejszej powieści Diany Wynne Jones, a już po lekturze opowieści o sierotce Skorek połączyłam kropki i zorientowałam się z kim mam do czynienia. Ale właściwie to dobrze: dzięki temu wydaje mi się, że pierwsze odczucia względem tej krótkiej książeczki miałam po prostu szczere i niezabarwione jakimikolwiek emocjami względem twórczości autorki.

Skorek i czarownica
Diana Wynne Jones
wyd. Nowa Baśń, 2022

To niedługa książeczka, która ma ok. 110 stron, dużą czcionkę i ogromną liczbę obrazków. Nie ma tu więc nawet zbyt wiele miejsca na rozbudowaną opowieść. Ale to w końcu tytuł dla dzieci: on nie powinien być ani zbyt długi, ani zbyt skomplikowany.

Tyle że… to dość specyficzna literatura dziecięca. Skorek nie jest bohaterką, która przypadła mi do gustu. To dziewczynka, która wymusza, by inni zachowywali się tak, jak ona chce. Jest gotowa kłamać i knuć po to, by dotrzeć do celu. I szczerze przyznam, że wydawało mi się, że puenta tej historii będzie trochę inna, niż jest ostatecznie. Książki dla dzieci w moim odczuciu powinny mimo wszystko pokazywać prospołeczne zachowania, a „Skorek i czarownica” kompletnie się od tego schematu odcina.

Nie jestem pewna, czy to jest dobre, czy złe. Z jednej strony to pokazuje, że faktycznie dziewczynki nie zawsze muszą być idealnie grzeczne i posłuszne i że mogą walczyć o swoje. To też na pewno miłe oderwanie od typowych schematów dla dzieci, które pewnie też czasem czują się znudzone powtarzaniem w kółko tych samych opowieści.

Z drugiej jednak strony przyznaję szczerze, że nie polubiłam głównej bohaterki. Mam niesmak do jej postawy, nawet jeśli zyskuje trochę przy bliższym poznaniu. Poza tym nie podoba mi się taka ogólna powierzchowność tej opowieści. Autorka pisze ogólnikami, nie pozwala czytelnikowi wniknąć w codzienny świat bohaterki, a sama chciałabym jednak czegoś trochę więcej. Mamy w końcu na naszym polskim rynku choćby Martę Kisiel, która tę codzienność w magicznych opowieściach dla dzieci naprawdę całkiem nieźle przedstawia, nie rozwijając jej nadmiernie.

„Skorek i czarownica” to dla mnie opowiastka pół-na-pół. Ciekawa na swój sposób, na pewno znajdzie swoich zwolenników, ale do mnie takie podejście nie do końca przemawia. Mimo wszystko chyba osobiście wole nieco bardziej klasyczne opowieści dla najmłodszych.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Nowa Baśń!




czwartek, 2 czerwca 2022

Magia i ogień: szkoda na to czasu


Molly powróciła do swoich rodzinnych stron: do krainy logiki, postępu i strachu przed magią. Jeśli jednak jej bliscy mają przetrwać, musi rozpocząć polityczną grę. Co wspólnego z całym magicznym zamieszkaniem ma jej brat i czy jej przyjaciele z Północy dadzą radę przetrwać?

„Magia i stal” to książka, która okazała się przynajmniej drobnym rozczarowaniem, przynajmniej dla mnie. Liczyłam na steampunk dla dorosłych, a dostałam raczej przeciętną powieść młodzieżową, która przy okazji jedynie ustanawiała główną bohaterkę, będąc preludium do dalszych przygód. Z tego jednak powodu drugi tom, czyli „Magia i ogień”, mógł okazać się lepszą historią.

Magia i ogień
Nik Pierumow
wyd. Akurat, 2019
cykl Blackwater, t. 2

Otóż nie, a przynajmniej nie dla mnie.

Sam pomysł na świat Nika Pierumowa jest całkiem ciekawy. To w końcu alternatywna wersja rzeczywistości, w której naród quasi-brytyjski oraz quasi-rosyjski przez jakieś magiczne szambo znalazły się obok siebie. Pierwszy z nich jest stoi rozwojem i logiką, drugi magią i emocjami. Z tego można stworzyć naprawdę niezłą historię… o ile główna bohaterka nie ma 12-lat, a stawka nie jest zbyt wysoka.

Ja najzwyczajniej w świecie nie wierzę w tę opowieść. Dorośli nie są tu dorosłymi, a dziećmi w ciele dorosłych, które powierzają innym dzieciom niby-poważne zadania, knując niby-poważne rzeczy. Gdybym czytała tę powieść w szkole podstawowej, pewnie nie przeszkadzałoby mi takie podejście, ale obecnie po prostu takie podejście do fabuły sprawia, ze nie potrafię zaangażować się w historię. Dlatego samo czytanie było dla mnie trochę bezemocjonalne i najzwyczajniej w świecie nudne.

Ponadto byłam z jakiegoś powodu przekonana, że czytam dylogię. Dlatego liczyłam, że w tych dwóch częściach po prostu zamknie się cała opowieść i już. A tu niespodzianka! To zaledwie drugi z wielu tomów, z których pozostałe na polski nie zostały przetłumaczone. W związku, z czym to tylko jedna część z tasiemca, którego nawet nie mam jak skończyć czytać, jeśli chciałabym robić to w moim ojczystym języku. Dodajmy do tego fakt, że Nik Pierumow to Rosjanin, a od kiedy tę powieść kupiłam, zmieniła się trochę światowa sytuacja i może lepiej po prostu na takie książki nie wydawać.

Ja najzwyczajniej w świecie po prostu nie polecam. Nie dość, że jednak z powodu tego, co stało się na granicy, lepiej ograniczyć inwestowanie w rosyjskie przedmioty czy też kulturę, to na dodatek ani to nie jest szczególnie dobre, ani szczególnie wciągające, ani zakończone. Po prostu w moim odczuciu szkoda na „Magię i ogień” czasu.



wtorek, 8 marca 2022

Małe Licho i babskie sprawki: cykl dla dzieci traci rozpęd?


Kolejny rok szkolny właśnie się rozpoczyna. Bożek idzie do czwartej klasy, co oznacza wiele ZMIAN! To jednak nie tylko nowy wychowawca i nowe przedmioty, ale również… nowa dziewczyna w klasie. Co ukrywa znielubiony przez Bożka nauczyciel i czy Szczęsny ma racje, śpiewając poematy o bolesnej miłości do bladolicych niewiast?



Seriale telewizyjne dla dzieci zazwyczaj mają bardzo prostą konstrukcję. Każda historia, nawet ta fantastyczna, w gruncie rzeczy dotyka prostych, dość przyziemnych problemów. Sympatyczni bohaterowie sprawiają, że dzieciaki w trakcie oglądania dobrze się bawią, a wtórna formuła sprawia, że nikt nie czuje się w trakcie oglądania zagubiony. Właściwie książki dla dzieci są w tym bardzo podobne. I o ile pierwszy tom „Małego Licha” był czymś dla mnie, jako dorosłego czytelnika, czymś całkiem wyjątkowym, o tyle im dalej w las, tym bardziej robi się wtórnie.

Małe Licho i babskie sprawki
Marta Kisiel
wyd. Wilga, 2021
Małe Licho, t. 4

To właściwie nie wada, a pewna cecha tego typu książek. One takie po prostu są. W końcu to lektura, która ma pomóc 8-11 latkowi czegoś się nauczyć, zrozumieć, że nie tylko on/a ma takie problemy i przy okazji przeżyć jakąś przygodę w magicznym świecie i nie ma w tym kompletnie nic złego. Tyle tylko, że mnie po prostu to chyba powoli przestaje bawić. Nawiązania Marty Kisiel do kultury w pierwszych tomach były czymś świeżym i unikalnym, a teraz zaczynają mnie trochę nudzić. Mam wrażenie, że powtarzają się motywy, tak samo jak morały i to, czego bohaterowie się uczą. Nawet jeśli nie w pełni to po prostu są do siebie zbliżone duchem.

Przy okazji sama przygoda jest… jak przygoda. Ponownie, jak w poprzedniej części, to raczej obyczaj z elementami fantastycznymi, które dałoby się ograć w dużej mierze bez udziału nadnaturalnych elementów. Z nimi jest po prostu fajniej i ciekawiej, bo dzieją się jakieś rzeczy, różowe króliki latają, macki gotują, krasnoludki harcują i wszystko wybucha. 

Przyznaję, mam dylemat co do tej książki. Bo w swojej kategorii po prostu powinna się sprawdzić i jestem gotowa ją uznać za poprawną, miłą, ale dość neutralną pozycję. Ale czy mnie w jakimkolwiek stopniu emocjonalne ruszyła? Nie. Chociaż chciałabym wrócić do świata stworzonego przez Kisiel i dobrze się bawić z bohaterami, których w gruncie rzeczy lubię, to tego nie jestem w stanie zrobić w przypadku tej powieści, po prostu. Jednocześnie nie da się ukryć, że to najzwyczajniej w świecie nie jest historia napisana dla mnie.

W ogóle samego Licha w tym tomie właściwie nie ma. I rozumiem, że to fajnie brzmi, ale o ile w części pierwszej ten bohater faktycznie się gdzieś tam pojawiał to im dalej w las, tym mniej jest zakatarzonego aniołka. Nie powiem, jest to trochę przykre, biorąc pod uwagę, jak sympatyczna jest ta postać.

Tak podsumowując całość: dla dzieci ta książka to na pewno jest coś fajnego i sympatycznego. Dla mnie, jako dorosłego czytelnika, czwarty tom z tego cyklu jest zbyt prosty i wtórny, by mnie w pełni bawił.  Ale nie da się ukryć, że nie ja jestem w tym przypadku targetem.




Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Wilga!


wtorek, 25 stycznia 2022

Magia i stal: to nie wyglądało na książkę dla dzieci!


Molly ma 12 lat, wymagającą matkę, kochającego ojca i wielką pasję do maszyn, z których słynie Imperium. Gdy odnajduje w sobie magię, wie, że w rodzinnym państwie nie ma dla niej miejsca. Chcąc uratować swoją rodzinę, planuje ucieczkę.


Przyznam, że jest to nieco irytującem gdy wygląd książki nie sugeruje tego, czym dany tytuł jest. „Magia i stal” to powieść raczej dla młodszej młodzieży, czego po okładce kompletnie nie widać. To zaś pewnie częściowo przyczyniło się do jej małej popularności, a także trochę niższych ocen, bo po prostu to nie jest powieść, z której dojrzały czytelnik będzie w pełni zadowolony. Sama sięgałam po nią, jako po potencjalnie ciekawy, rosyjski steampunk. Dostałam zaś całkiem interesującą, ale mimo wszystko prostą w konstrukcji powieść dla dzieci. Jej autorem jest Nik Pierumow, rosyjski pisarz, który zdobył w swoim kraju wiele nagród, a od końca XX wieku mieszka w USA.

Magia i stal
Nik Pierumow
wyd. Akurat, 2018
Blackwater, t. 1

Dość długo byłam przekonana, że Molly szybko dorośnie. Że gdy trafi tam, gdzie ma trafić, autor zrobi czasowy przeskok i okaże się, że jest to jednak książka dla starszego czytelnika. Głównie za sprawą języka, który jest wprawdzie bardzo lekki, ale nie infantylny. Nie ma w sobie tego czegoś, co zwykle powieści dla tego targetu mają. Jest w nim na tyle powagi, że naprawdę długo wydawało mi się, że bohaterka dorośnie.

Niestety, to się nie dzieje i w gruncie rzeczy dostajemy powieść, która jest wstępem do kolejnej. Molly ucieka, zdobywa przyjaciół, uczy się i tak naprawdę dopiero na samym końcu powieści jest bohaterką dojrzałą na tyle, aby cokolwiek w tej fabule samodzielnie zdziałać. Nie mam nic przeciwko, ale gdyby autor zrobił przeskok 3-4 lat to już w drugiej połowie książki Molly mogłaby stać się po prostu istotniejszą postacią.

Przyznaję, że jest coś ciekawego w świecie wykreowanym przez Pierumowa. Nie jest on może bezbłędny, ale wyjaśnienie, czemu Imperium Brytyjskie oraz Rosja są tak blisko siebie i tak różnią się od tych faktycznych jest całkiem intereusjące. Może nie najmądrzej wyjaśnione, ale wystarczająco, bym mogła to po prostu kupić. Inaczej niż w przypadku innej powieści dla podobnego targetu, czyli „Zabójczych marzyn”. Jednocześnie mimo w miarę ciekawego świata, autor tworzy prostą fabułę, której zakończenie dla dorosłego czytelnika szybko stanie się jasne.

Bohaterowie tej powieści są stosunkowo sztampowi, prosto napisani i prowadzeni, ale to po prostu adekwatny poziom do tej historii, jej targetu i skomplikowania. Jeśli zaś chodzi o stempunkową duszę tej książki to choć ona tu jest, to nie jest to mój ulubiony klimat tego typu powieści, ale to jest już sprawa dość indywidualna. Tak naprawdę para i maszyny występują w największym stężeniu na pierwszych 170 stronach, potem autor trochę jakby o tym zapomina.

W ogóle te pierwsze 170 stron to chyba najciekawszy element powieści. Później w moim odczuciu wjeżdża zupełna sztampa (szkolenie Molly), która mnie po prostu nudziła.

Choć nie jest to nic wyjątkowego, to wydaje mi się, że nie jeden czytelnik, zwłaszcza młodszy, dobrze bawiłby się przy tej lekturze, a o to przecież chodzi. Niestety, ta historia nie zdobyła szczególnego rozgłosu przy premierze i dziś mało kto o niej pamięta. A szkoda, bo naprawdę dużo słabsze i mniej interesujące rzeczy zdobywają obecnie olbrzymią popularność.



Nomida zaczarowane-szablony