Pokazywanie postów oznaczonych etykietą epic fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą epic fantasy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 grudnia 2023

Legendy i latte: łowczyni przygód otwiera kawiarnie


Viv to orczyca, najemniczka i poszukiwaczka przygód. Postanawia jednak zakończyć swoją karierę, próbując czegoś nowego. Opuszcza swoją drużynę, aby otworzyć kawiarnię w mieście, które nawet nie wie, co to kawa.


Legendy i latte
Cykl Legendy i latte, t. 1
Travis Baldree
wyd. Insignis, 2023

Przytulna, lekka fantastyka, która przy okazji trzyma pewien poziom to coś, co sprawdza się doskonale zawsze, nie tylko jesienią. Jednakże nie łatwo jest znaleźć taką, która przy tym byłaby po prostu naprawdę dobrą i wciągającą książką. „Legendy i latte” Travisa Baldree chyba jednak nawet nie próbowały ponad pewną przeciętność wyjść, w związku z tym, choć to lektura całkiem sympatyczna, to jednak chciałabym, aby było w niej troszeczke więcej „czegoś”.

To doskonały przykład obyczajowego fantasy. Takiego, który opisuje po prostu zwykłe życie niby magicznych stworzeń. Dostajemy więc raczej generyczny świat wyjęty z rozgrywki RPG, którego nie trzeba szczególnie przedstawiać, bo to nie on jest tutaj istotny. Autor wyraźnie wie, z czym to się je i dobrze czuje się w takich realiach, więc przedstawia je wystarczająco dobrze, skupiając się na głównej bohaterce oraz na tym, jak rozwija ona swój interes.

„Legendy i latte” to nie jest powieść o jakiejś bardzo skonkretyzowanej fabule, która w jakiś sposób trzyma w napięciu. To naprawdę prosta, obyczajowa historia, w której Viv po prostu tworzy kawiarnie. Obserwujemy najpierw jak ją kupuje, remontuje, zatrudnia kolejne osoby, sprzedaje kawę… W międzyczasie zaczyna zaprzyjaźniać się z częścią postaci, a w tle pojawia się prościutka intryga, która pozwala autorowi nieco podkręcić akcję na samym końcu i domknąć powieść jako całość. 

Biorąc pod uwagę, że mamy tu do czynienia z debiutem, historia jest napisana naprawdę poprawnie. Czyta się ją lekko i miło. Baldree stawia przy tym raczej na ogólnie poczucie ciepła w tekście, niż na rzucacie żartami, jak to robi na przykład Marcin Mortka w „Nie ma tego złego”. 

Niemniej, jak już wspominałam, mi w tej historii po prostu brakuje „czegoś”. I „tym czymś” mogłoby być naprawdę wszystko: bardziej wyrazisty styl, lepsza chemia pomiędzy bohaterami, nieco mocniej zawiązana intryga. Coś, co naprawdę wyróżniłoby tę powieść na tle podobnej fantastyki i sprawiłoby, że trudno o niej zapomnieć. Coś, dzięki czemu „Legedny i latte” byłyby czymś nieco więcej, niż książkowym symulatorem zakładania kawiarni, w trakcie którego odblokowuje się kolejne rodzaje kaw i ciasta, które można dodać do menu. 

Co chyba warto zauważyć, choć to pierwszy tom z serii to powieść sama w sobie jest zamkniętą całością. W związku z czym bez problemu można potraktować ją po prostu jako jedyne spotkanie z bohaterami, jeśli akurat ktoś nie przepada za cyklami.

Z tego też powodu w moim odczuciu to kolejna dość generyczna historia, która niewiele do mojego w życia wnosi i w którą nie wkręciłam się na tyle, aby móc o niej powiedzieć, że zagwarantowała mi sporo dobrej rozrywki. Nie oznacza to jednak, że inne osoby się w nią nie wkręcą i nie będą się przy niej dobrze bawić, także jeśli przedstawiony przeze mnie opis powieści Wam odpowiada to być może „Legendy i latte” akurat Wam sprawią trochę radości.


czwartek, 2 listopada 2023

Pajęczyna utkana z ciemności: poznaje klasycznego bohatera fantasy

 


O tym, jak silny i potężny jest Kane krążą legendy. Mężczyzna jednak trzyma się na uboczu. Pewnego dnia spotyka się z nim wysłannik Efrel, kobiety, która pragnie wszcząć bunt i potrzebuje pomocy wojownika i dowódcy.

Pajęczyna utkana z ciemności
Karl Wagner
wyd. Amber, 1991
cykl Kane, t. 1



Mam poczucie, że Kane jako bohater jest już dzisiaj trochę zapomniany, przynajmniej w Polsce. Pamiętają o nim starzy wyjadacze oraz osoby, które faktycznie w fantastyce siedzą i grzebią, zaś „niedzielny czytelnik” często nie miał z nim wcale styczności. A jednak ta powstała w okolicach lat 70. XX wieku postać jest ważną częścią historii światowego fantasy. Mi w końcu udało się zabrać za pierwszy tom cyklu o tym bohaterze, który napisał Karl Edward Wagner, czyli za „Pajęczynę utkaną z ciemności”.

To naprawdę króciutka historia: w moim wydaniu nie ma nawet dwustu stron. Swoim klimatem i schematami bardzo przypomina opowieści o Conanie Barbarzyńcy, jest jednak od nich mroczniejsza. Kane, tak samo jak bohater stworzony przez Howarda, żyje w przeszłych i zapomnianych czasach ludzkości, większość konfliktów załatwia siłą i po prostu przeżywa przygodowe przygody, te z tych najbardziej sztampowych dla historii fantasy (a przynajmniej taka była ta, z którą zapoznałam się w tej powieści).

Oczywiście istnieją różnice pomiędzy bohaterem Howarda i Wagnera. Przede wszystkim Kane, choć chwilami zachowuje się jak barbarzyńca, ma przebłyski geniuszu. Ponadto, jak już wspominałam, to mroczniejsza historia, ale z tych przerysowanych, mrocznych opowieści. Zło w tej historii zawsze jest bardzo złe i brzydkie, wszystko jest ciemne i ponure, a Kane wzbudza postrach samym spojrzeniem.

Przyznam, że początkowo cały ten klimat całkiem mnie kupił. Styl Wagnera, tak jak i Howarda zresztą, jest momentami naprawdę bardzo ładny. Gorzej zaczęło się jednak robić dalej. „Pajęczyna utkana z ciemności” dość mocno skupia się jednak na militarnych starciach, a te mnie raczej nie interesują. Ponadto bohaterowie z tej książki raczej deklamują słowa, niż ze sobą rozmawiają i trudno tu o jakieś naprawdę żywe, wciągające relacje, przez co z czasem zaczęłam się w trakcie lektury nudzić. Niemniej, wiem, że to stricte moje subiektywne odczucia i wiem, że są osoby, które dokładnie tego szukają.

To, że się w trakcie lektury trochę nudziłam, nie oznacza jednak, że nie ma tu elementów, które nie sprawiłyby mi trochę radości. To sztampowa i przerysowana książka, ale ten kicz momentami po prostu mnie bawił. [SPOILERY] Mamy tu na przykład złą i potężną, magiczną kobietę (bo kto inny może być złolem w takim fantasy?), która jest przy okazji obrzydliwie brzydka. Mam też tą jedną, piękną kobietę, która jest pozytywną postacią, głównie właśnie przez swoją urodę. Owa bohaterka ma klika niezbyt rozbudowanych scen erotycznych (raczej dość ogólnikowo rozpisanych), choć narracja nazywa ją raz czy dwa nastolatką. I OCZYWIŚCIE, że zła Efrel musi w którymś momencie próbować przejąć jej ciało, aby sama wyglądać pięknie. [KONIEC SPOILERA]

Tego typu historie są zawsze warte poznania. Choćby po to, by wiedzieć, co i jak pisało się dawniej w gatunku. Szczególnie że „Pajęczyna utkana z ciemności” nie jest wcale historią długą, czy trudną. Podobnie jak w przypadku historii o Conanie, raczej jednak nie będę na siłę szukać kolejnych tomów cyklu. Może przeczytam kiedyś dalej, może nie, ale przynajmniej przekonałam się na własnej skórze, z czym się historie o tym bohaterze wiążą.

Mała uwaga na koniec: ta historia jest zamkniętą całością. Nie trzeba więc sięgać po kolejne tomy, by poznać zakończenie.



wtorek, 23 sierpnia 2022

Zawiść: prawdopodobnie najnudniejsze fantasy roku

Corban jest chłopcem, który marzy o byciu wojownikiem, jednak nie jest ani odważny, ani szczególnie utalentowany. Jednak trafia na nauczyciela, który zaczyna pokazywać mu, w jaki sposób trzymać miecz. W tym czasie zbliża się wielka wojna bogów.



„Zawiść” Johna Gwinne jest jak wielka, pusta hala. Nic w niej nie ma, ale echo jest jakieś takie dziwnie znajome… Coś się odbija, ale jest zniekształcone, gorsze, słabsze. Czasem rozpoznajecie głos, czasem trudno powiedzieć, skąd zna się te słowa, ale wszystkie są dobrze znane. Tyle tylko, że nie mają już w sobie piękna oryginału.

To niezwykle wtórne i sztampowe high fantasy, które było chyba jedną z najnudniejszych książek, jakie miałam w ostatnim czasie w rękach. Gwynne wrzuca czytelnika w pusty świat, który jest kopią wielu poprzednich. Ma raczej prosty, ale absurdalnie nudny styl. Do tworzenia imion postaci prawdopodobnie używa generatora i bierze pierwsze lepsze z brzegu, przez co wszystkie brzmią identycznie. Ba, przy charakterach swoich bohaterów nawet nie potrzebuje nacisnąć przycisku, bo wszystkie wydają się takie same. 

Zawiść
John Gwynne
Wyd. Mag, 2018
Cykl Wierni i Upadli, t. 1

Spodziewałam się, że nie będzie to najlepsza powieść. Widziałam opinie i cóż, trudno pozostać na nie ślepym. Ale jednocześnie miałam nadzieję, że nie będzie aż tak źle, a było gorzej, niż się spodziewałam, niż być może.

Ta powieść ma prawie 700 stron. I choć niby dzieje się na jej kartach dużo, w praktyce nic z tego nie ma większego znaczenia. Postacie się biją, wchodzą w zasadzki w lesie, ujeżdżają konie i ćwiczą walkę na miecze, ale to nie ma w sobie energii, nie ma dobrej narracji. Nie byłam w stanie się w to zaangażować. 

A główny wątek? Ten, kto zna choć kilka powieści tego typu od początku musi zdawać sobie sprawę, że to Corban będzie wybrańcem. To nie jest żaden spoiler. Problem polega na tym, że powieści dla młodzieży, które ten wątek poruszają, zwykle dość szybko przerabiają kwestię szkolenia i wysyłają bohatera dalej, po przygodę i nowe doświadczenia, bo to po prostu jest ciekawe. W tym przypadku Gwynne chciał chyba się wyróżnić, bo ta cała pierwsza część cyklu, która jest naprawdę DŁUGĄ książką to opis przygotowań bohatera do dalszych przygód. Dostaliśmy więc jeśli nie prolog, to pierwszy akt, rozciągnięty na jakiś minimum milion znaków (a przypominam lub uświadamiam, że przeciętny romans będący zamkniętą historią to jakieś 200-300 tys. znaków).


Mam na swojej półce jeszcze dwa tomy tego cyklu. Pewnie sobie tego zakupu nie daruje i za jakiś czas je przeczytam. Ale jak na rozrywkową fantastykę, nieźle się na tej historii wynudziłam. Nie mam jak ani komu tej historii polecić. Nawet w kategorii wyjątkowych wybrańców w wersji dla młodzieży, która nie obfituje w wybitne tytuły, jest wiele lepszych, a jeśli nie lepszych to przynajmniej nie tak nudnych, powieści.



poniedziałek, 29 listopada 2021

Oko świata: wielki cykl fantasy kontra wybredna ja

 

Rand to młody pasterz wychowywany przez ojca. Pewnego dnia do jego wsi trafia piękna, bogata kobieta, która włada magicznymi mocami. Gdy wioska zostaje zaatakowana przez potworne stworzenia, okazuje się, że jest wraz z dwoma innymi chłopcami ich prawdopodobnym celem. Wyrusza więc w podróż z nieznajomą, jej towarzyszem oraz przyjaciółką z dzieciństwa.

 

„Oko świata” to pierwszy tom jednego z wielkich cyklów high fantasy – „Koła czasu”. Ten liczący czternaście tomów cykl jest już chyba powszechnie uważany za klasyczny, choć przyznam, że wcześniej jedynie czasem o nim słyszałam. Niemniej, bądź co bądź niewiele mamy tak potężnych cyklów na rynku, które przy tym są raczej lubiane, więc naprawdę chciałam dać mu szansę. Po niemal tysięcy przeczytanych stron (to naprawdę niezła cegła) muszę przyznać – nasz Polak, Robert M. Wegner jest dużo sprawniejszym twórcą, niż autor „Koła czasu”, czyli Robert Jordan. A jego „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” to przecież debiut!

Oko świata
Robert Jordan
wyd. Zysk, 2021
Koło czasu, t. 1

Zacznijmy może jednak od dobrych stron, bo to też nie jest tak, że „Koło czasu” jest książką ogólnie złą, a raczej po prostu przeciętną. „Oko świata” to prosta historia o wybrańcu i choć próbuje się maskować to dla każdego, kto trochę poczytał i pooglądał powinno być to jasne. W każdym razie, na pewno zaletą jest fakt, że ta książka łatwo i lekko wchodzi. Ponadto sam koncept związany z kołem czasu jest całkiem sympatyczny, a powieść, mimo młodych bohaterów, nie jest typowo młodzieżowa.

To w ogóle chyba największa zaleta tych starszych dzieł fantasy. Podobnie jest choćby z trylogią „Skrytobójca” Hobb. Choć i tam mamy młodego bohatera, i tutaj to język tych historii jest na tyle dojrzały, że przeczyta je i nastolatek, i dorosły, bez poczucia, że ktoś obraża jego intelekt.

Jordan popełnia kilka światotwórczych błędów, jeśli chodzi o detal, który nieco wybija z czytania, ale sam klimat historii też jest sympatyczny. Przez to mimo wszystko książkę po prostu całkiem sprawnie mi się czytało. Ale tu już muszę powoli zacząć przechodzić do jej problemów.

Ta powieść to prawie tysiąc stron, o czym już pisałam. I na tym tysiącu stron postacie przede wszystkim podróżują. „Oko świata” jest więc właściwie powieścią drogi, ale… jakże śmiertelnie nudną i przewidywalną. No jadą, rozmawiają z ludźmi, poznają kolejne osoby. Tu usłyszymy jakąś opowieść, tam przed kimś pouciekają, tu ktoś spróbuje zrobić im krzywdę… ale w sumie nic z tego nie wynika. Ta podróż jest zbyt rozwleczona i zbyt mało charakterystyczna, abym mogła śledzić całość z zainteresowaniem.

Kolejnym problemem są bohaterowie. Niezbyt wyraziści, wręcz nudni. Chłopcy nie różnią się od siebie niczym szczególnym i zwłaszcza na początku łatwo ich ze sobą mylić. Dorosłe postacie – Moiraine czy Lan – są mentorami, ale też nie mają jakiś konkretnych cech charakteru, poza tymi przypisanymi do klasy postaci. Ona, jako dobra czarodziejka jest dobrą, mądrą czarodziejką. Lan zaś, pełniący rolę Strażnika to trochę podróbka tolkienowskiego Aragorna, niewychodząca poza swoje ramy. Tak mogłabym wymieniać dalej.

Gwoździem do trumny jest zaś jakość wydania, a przynajmniej mam wrażenie, że to ją powinnam tu winić. Tej książce przydałaby się co najmniej porządna korekta i redakcja, jeśli nie nowe, świeże tłumaczenie. Język miejscami jest naprawdę toporny, wyłapałam też sporo powtórzeń i innych błędów, a na karcie redakcyjnej widnieje tylko redaktor prowadzący. Tak, jakby przynajmniej tego wydania nikt dodatkowo nie sprawdził.

Nie mam pojęcia, co robić z tym cyklem dalej. Gdzieś do połowy, mimo problemów książki, bawiłam się całkiem dobrze. Dawno nie czytałam tego typu przygodowego fantasy i miło było wrócić „do korzeni”. Ale przy tym obawiam się, że dalej może być już tylko gorzej, a nie wiem, czy chce siebie samą na to skazywać.

W każdym razie, mimo wszystko wydaje mi się, że „Oko świata” może być dobrym wyborem dla osób, które lubią podobne klimaty i dopiero zaczynają z gatunkiem bądź też po prostu poszukują tego typu historii. Ale przynajmniej w moim odczuciu tej opowieści naprawdę wiele brakuje do doskonałości.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!

środa, 3 marca 2021

Władca Pierścieni: wracam do historii po latach


Nad Śródziemiem zaległ cień. Sauron chce odzyskać swój pierścień o potężnej mocy. Ludy z różnych krajów i ras zbierają więc drużynę, która ma jeden główny cel: zniszczyć potężny artefakt.

 

Po „Władcę pierścieni” pierwszy raz sięgnęłam po raz pierwszy około 10 lat temu, wypożyczając książki ze szkolnej biblioteki. Zrobiłam to jednak raczej z poczucia obowiązku, niż szczerej chęci. W końcu wszyscy tak mówią o tym Tolkienie, każdy wie, że jest istotny dla fantastyki, a ja ją przecież czytam, prawda? Musiałam go poznać. I przyznaję, że wtedy kompletnie nie miałam narzędzi, aby tę powieść odpowiednio ocenić.

Lata minęły, a choć dalej nie uważam się za specjalistę od Tolkiena i jako taki nie mam zamiaru się wypowiadać, w końcu wydaje mi się, że mam narzędzia, które pozwalają mi na lepszą analizę tego dzieła. Nie wybitną, ale lepszą, która pozwala mi na przynajmniej częściowe zrozumienie fenomenu „Władcy pierścieni” i rozłożeniu książki na drobniejsze czynniki. Nie powiedziałabym przy tym, że na „części pierwsze”: aby tego dokonać, musiałabym wiedzieć więcej choćby o konstrukcji baśni.

Władca Pierścieni
J. R. R. Tolkien
wyd. Muza, 2012

Nie jest to typowa recenzja i nie ma nią być – takowymi niech zajmują się literaturoznawcy, bo najzwyczajniej w świecie nie odważyłabym się tego zrobić. Ale być może moje spostrzeżenia po przeczytaniu książki po latach po prostu komuś w jakimś stopniu pomogą.

Przede wszystkim niewątpliwe jest jedno – Tolkien posługiwał się absurdalnie przepięknym stylem. Poetyckim, wzniosłym i bardzo baśniowym, choć w niektórych momentach przełamywanym drobnym żartem czy po prostu bardziej „ludzkimi” elementami. To historia stworzona z wielkim kunsztem, wyczuciem i świetnym warsztatem.

Warsztat Tolkiena świetnie widać też w samej konstrukcji powieści. Tu każdy rozdział jest konkretną historią, którą można swobodnie poznać osobno i też mniej-więcej zrozumieć, o co chodzi. Współczesna literatura to często poplątane ze sobą wątki, chaotycznie rozłożone postacie, ogrom emocji i myśli. „Władca pierścieni” zaś sprawia wrażenie bardzo klarownego, idealnie czystego, wypieszczonego wręcz. W tej historii nie da się zgubić.

Tu dochodzimy do kolejnej różnicy między fantastyką współczesną a historią stworzoną przez Tolkiena. „Władca pierścieni” pod kątem fabularnym jest… zaskakująco prosty. Przyznaję, że w ciągu tych dziesięciu lat kilkukrotnie obejrzałam filmy, w związku z czym fabułę mniej-więcej pamiętałam dość dobrze, ale tam, ta prostota nie rzuca się aż tak w oczy. Tak naprawdę gdyby z rozdziałów wykluczyć pieśni czy opisy świata, „Władca pierścieni” byłby co najmniej o połowę krótszy i fabularnie nie straciłby właściwie nic. Przy tym warto zauważyć, że wydanie zawierające wszystkie trzy części to ok. 1200 stron, gdzie dzisiaj jeden tom książki fantasy potrafi mieć ich bez problemu 600-800. To epicka, ale naprawdę zaskakująco krótka i konkretna historia.

Oczywiście to, czemu tak się stało, jest dość oczywiste. Tolkien, pisząc swoje dzieła, pracował ręcznie lub na maszynie. Musiał więc znacznie bardziej ważyć stawiane słowa i nie mógł pozwolić sobie nawet na odrobinę grafomaństwa, co jest zmorą wielu dzisiejszych twórców. Zresztą, ktoś o takim wykształceniu i wiedzy jak on, chyba nie zrobiłby tego nawet współcześnie.

Choć ponowne przeczytanie „Władcy pierścieni” sprawiło, że zaczęłam doceniać Tolkiena jeszcze bardziej, nie mogę ukryć tego, że w dalszym ciągu preferuje raczej współcześnie pisaną fantastykę. Czemu? A no właśnie przez baśniowość tego świata i języka. Jest przepiękny, owszem, ale osobiście wolę, gdy autor skupia się bardziej na bohaterze. Gdy mogę w niego w pełni uwierzyć i po prostu się do niego przywiązać. W tej historii zaś postacie są przede wszystkim figurami, które służą autorowi do wypełnienia historii. One deklamują, nie rozmawiają. Mają konkretne cechy charakteru, ale tak naprawdę czytelnik musi dopowiedzieć sobie relacje między nimi, bo w narracji Tolkiena nie ma dłuższych opisów myśli bohaterów, ich bardziej „prywatnych” chwil ze sobą.

Co się z tym też wiąże, każdy punkt podróży bohaterów ma właściwie taką samą długość. Organizowane jest przyjęcie urodzinowe? Super. Będzie miało mniej więcej tyle samo uwagi autora, co wyruszenie bohaterów w podróż, ranienie jednego z nich czy nawet śmierć, albo sam finał historii. Nie da się ukryć, naprawdę wolę bardziej emocjonalne podejście do narracji, ale jednocześnie: to po prostu moja osobista preferencja, a nie wada „Władcy pierścieni”. Bo on, w gruncie rzeczy, wad jest niemalże pozbawiony, jeśli chcemy oceniać historię obiektywnie.

Przyznaję też, że osobiście nie przepadam za fragmentami opisującymi Sama i Froda. Znacznie bardziej wolę przebywać z drugą częścią drużyny – tam się po prostu dzieje więcej istotnych dla fabuły i świata przedstawionego rzeczy. Sam i Frodo po prostu wędrują, spotykając na swojej drodze niewiele osób. Niemniej, ten sam problem mam zawsze także w chwili, w której oglądam ekranizacje.

Cieszę się, że w końcu do tej historii wróciłam. Że teraz lepiej rozumiem jej fenomen. Jej konstrukcję, jej sposób narracji, jej wielkość, bo to historia prawdziwie wielka. Jednocześnie jednak jeszcze bardziej cieszę się, że będę mogła wrócić do współczesnego fantasy. Teraz, być może, z lepszym zrozumieniem tej odmiany fantastyki.


wtorek, 6 października 2020

Każde martwe marzenie: Najlepsze, jakie można przeczytać

 


Na południu wybucha powstanie niewolników. Czaardan Laskolnyka zmierza więc do Białego Konoweryn, aby pertraktować z młodą dzikuską, która (jak wieść niesie) objęła tron po swym kochanku. Jeśli mu się nie uda, południe spłynie krwią pochodzących z Imperium ludzi. W tym czasie Czerwone Szóstki zostają wysłane na odległą północ, gdzie napotykają coś wymykającego się ich wyobraźni.

 

Czuję, że wkręciłam się w „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” tak na dobre. Cztery poprzednie części były książkami naprawdę bardzo dobrymi. Powieściami, które pokochałam za styl autora, za prowadzenie wątków, tworzenie świata i postacie. Ale mam wrażenie, że dopiero teraz – przy „Każdym martwym marzeniu” – zaczęłam naprawdę rozumieć, o co chodzi Wegnerowi w tym świecie, przez co mój „hype” w stosunku do tej serii tylko się wzmógł. I nie mam pojęcia, czy jestem w stanie o tej powieści napisać coś dłuższego i konstruktywnego. Ale spróbujmy.

Zacznijmy może od konstrukcji powieści. Wenger prowadzi swoje wątki w bardzo skalkulowany sposób. Najpierw w zbiorach opowiadań przedstawił nam bohaterów. Potem w „Niebie ze stali” spotkał północ ze wschodem. W „Pamięci wszystkich słów” skupił się na wątkach zachodu i południa. Teraz zaś łączy je wszystkie i powoli składa w jedną całość, która bardzo dobrze się ze sobą spina. Ponadto, jak każda z wcześniejszych części, i ta dzieli się na dwie kolejne. W tym przypadku w pierwszej części, poza bohaterami, obserwujemy też wydarzenia w stolicy Imperium, dzięki czemu możemy lepiej zrozumieć kto, gdzie i w którym momencie przebywa. Dzięki tak przemyślanej konstrukcji mimo ogromu postaci i miejsc powieść jest niezwykle poukładana i bez problemu da się w niej odnaleźć. Chociaż muszę przyznać, że czasem posiłkowałam się meekhańską Wiki. W tym cyklu nie brakuje detali i czasem zerknięcie do streszczenia bywa bardzo pomoce i rozjaśniające umysł, w którym plączą się te wszystkie nazwy miejsc, magii, bogów…



Kolejną kwestią, którą warto poruszyć, jest chyba kwestia świata. „Opowieści…” są generalnie rzecz ujmując dość realistycznym fantasy. Choć magia istniała w cyklu od samego początku to jednak nie mamy tu za bardzo innych ras, niż ludzie, a same opisy postaci, ich zachowań, bitew itd. są niezwykle realistyczne i wiarygodne. Mimo tego im dalej w las, tym istotniejszą rolę odgrywają kwestie nadprzyrodzone i właściwie już w tym tomie Wegner nie pozostawia złudzeń. Polityka polityką, ale tu rozgrywają się rzeczy większe i ważniejsze. W związku z tym autor dość mocno skupia się na ekspozycji, przez co chwilami powieść lekko traci na tempie, jednak jak najbardziej rozumiem czemu. To potężny świat, a w takich uniwersach czasem po prostu trzeba poświecić chwilę na wyjaśnienie jego zasad.

Ponadto, jak zwykle nie lubię opisów bitw, tak w tym cyklu mają one szczególne znaczenie. Nie chcę podawać detali, aby nikomu nie zepsuć zabawy ze spotkania z książką, ale w tym tomie dzieje się rzecz podobna do tego, co miało miejsce w „Niebie ze stali”. I Wegner ponownie opisuje śmierć i ból w sposób niezwykle przejmujący. Potrafi skupić się na detalu, jest świetny w utrzymaniu uwagi i sprawia, że bitwa to naprawdę coś więcej, niż polityczne zagrywki oraz cierpienie tysięcy. Kto czytał, ten pewnie wie o co mi chodzi – a kto nie to po prostu powinien nadrobić. I już.

Naprawdę nie wiem, co mogłabym napisać więcej bez zdradzania detali. Bo wprawdzie mogłabym analizować system magiczny wprowadzony przez Wegnera (uwierzcie, to jest sztos), ale aby to zrobić, musiałabym też zdradzić szczegóły cyklu, a nie o to przecież chodzi. To tak dobra historia, że chyba każdy zainteresowany fantasy powinien po prostu sprawdzić sobie, co stworzył Wegner. Co prawda na pewno jego twórczość nie zadowoli 100% czytelników, ale wiem, że w gruncie rzeczy większość z pióra tego pana jest zadowolona, a unikanie „Opowieści z mekkańskiego pogranicza” jest jak odmówienie sobie naprawdę bardzo dobrze zapowiadającej się przygody. Nic, tylko brać i czytać. No i konie kraść, aby dołączyć z nimi do czaardnau. Tylko pamiętajcie, żeby były najlepsze, jakie można kupić, ukraść lub zdobyć w walce. Inaczej generał Laskolnyk może Was nie przyjąć!



niedziela, 6 września 2020

Mit o Alarze: Epicka historia pełna jednozdaniowych akapitów

 


Andrygon, razem ze swoją kompanią, wyrusza w podróż na drugi koniec świata. Mieszkańcy wysp badają tajemnicze i niemal opuszczone ziemie. W tym czasie Ja-meke wyrusza w podróż, aby zbliżyć się do Słońca i zdobyć trzecie imię, dzięki czemu stanie się Ujętym – wyniesionym ponad ludzi. Obydwoje nie mają pojęcia, że w Raju, odizolowanym od reszty świta regionie, zaczyna dziać się coś dziwnego i jeden z jego mieszkańców pierwszy raz opuszcza znane sobie ziemie, aby znaleźć odpowiedź na pytanie, co takiego się tam wydarzyło.

 

Po książki self-publisherów sięgam bardzo rzadko. Nie bez powodu. Do dziś pamiętam moje spotkanie w 2017 roku z książką Michała Podbielskiego („Wojny żywiołów. Przebudzenie ziemi: Udręczeni”), której najzwyczajniej w świecie nie dało się czytać. Wiem jednak, że obecnie z powodu światowej sytuacji debiutanci mogą mieć problem z wejściem na rynek. Dlatego „Mitowi o Alarze” Ryszarda Feina postanowiłam dać szansę. I choć nie czułam niemożliwych boleści, jak w przypadku powieści Podbielskiego to chwilami miałam ochotę płakać przez łzy.

High fantasy to kuszący gatunek. Nie dziwię się więc, że Fein sięgnął właśnie po niego, próbując stworzyć epicki, potężny świat. I właściwie nawet miał kilka ciekawych pomysłów. Na przykład stworzył lud bazujący na starożytnym Egipcie, który (jak już człowiek przywyknie do dziwnych nazw) właściwie ma nawet interesującą strukturę. Nie jest to może koncept zupełnie nowatorski, ale z tego dałoby się coś wyciągnąć. Mamy też zderzenia kultur, które potrafią w fantasy wypadać wręcz fenomenalnie. Wystarczy sprawdzić sobie wegnerowskie „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” by zrozumieć siłę miejsc, w których łączą się różne ludzkie spojrzenia na świt.

Ale… „Mit o Alarze” dla mnie nie jest skończonym, książkowym produktem. A jako taki jest sprzedawany. Tej powieści brakuje zarówno autorskiego warsztatu, jak i porządnej redakcji. Z pozytywów pod tym względem właściwie mogę powiedzieć tylko jedno. Fein ZAZWYCZAJ w miarę poprawnie składa zdania.

Problemem jest już sama konstrukcja tekstu. Akapity w tej powieści są w lwiej części jednozdaniowe i często jednolinijkowe. Na dodatek, gdy autor chce napisać coś bardziej dynamicznego to do tych akapitów dodaje nagminnie powtarzające się wykrzykniki, a jeśli chce zbudować napięcie kończy akapit trzema kropkami…

       … i kolejny też od nich zaczyna, dodając przy tym parę dodatkowych spacji. Czemu, jak, po co i komu jest to potrzebne? Nie mam pojęcia, bo mi na pewno nie uprzyjemniało to czytania.

Dodatkowo autor w narracji skupia się tylko na czynnościach bohaterów, często opisując je bardzo ogólnie. Przykładowo, pisze, że postać wstała, poszła pracować, zjadła, poszła wstać, a potem znów wstała. Nie wgłębia się w ogóle w emocje i odczucia bohaterów. Przez to całokształt wypada bardzo topornie i sztucznie, zaś o kreacji postaci niemal nie da się tu mówić.

Jakby tego było mało, Feinowi zdarzają się dziwne, słowne wstawki. W quasi-antycznym świecie postacie na przykład żartują sobie z tego, że „woda” rymuje się z „broda” (aż musiałam się po tym napić), a jeden z bohaterów pisze o tym, że chce mu się „siku”, używając tego właśnie słowa, które nijak nie pasuje do całokształtu.

Przy okazji, autor dość często próbuje poruszać filozoficzne tematy. Ba, początek „egipskiego” wątku kojarzył mi się bardzo mocno z „Czarnoksiężnikiem z  Archipelagu” Le Guin. Problem polega na tym, że jeśli takie tematy mają w powieści dobrze wybrzmieć to warsztat autora musi być nienaganny. A w tym przypadku wypadają co najwyżej głupio i śmiesznie.

Nie wymęczyłam się w trakcie czytania. Widzę przy tym w tej powieści sporo radości z pisania, typowej dla takiego taniego, masowo pisanego fantasy (co jest fajne w taki naiwny, głupiutki sposób). Ale jednocześnie nie dostrzegam w „Micie o Alarze” pełnoprawnej powieści. Mamy na rynku książki tańsze, ładniej wydane, łatwiej dostępne i o wiele, wiele lepsze, niż powieść Feina – dlatego nie mam pojęcia, komu mogłabym ją polecić. Może co najwyżej temu, który przeczytał już absolutnie każdą powieść high fantasy dostępną na rynku? Ale to będzie przecież nieistnie… przepraszam, niebywale wąskie grono odbiorców.



Za możliwość przeczytana książki dziękuję autorowi!

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Lodowy Smok: Literatura dziecięca czy kolekcjonerska książka?



Lodowy smok nigdy wcześniej nikomu nie dał się oswoić ani dotknąć. A jednak połączyła go nić porozumienia z człowiekiem. Adara nie jest jednak zwykłą dziewczynką: to dziecko zimy, które zawsze wydawało się bliskim zbyt opanowane i smutne jak na swój wiek. Wkrótce sielskie życie rodziny przerywa zbliżająca się od południa wojna.

Tytuł: Lodowy Smok
Autor: George R. R. Martin
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Liczba stron: 110
Gatunek: high fantasy, literatura dziecięca
Wydanie: Zysk i S-ka, Poznań 2019
„Lodowy smok” w pierwszej chwili łudząco może kojarzyć się z „Pieśnią Lodu i Ognia” George’a R. R. Martina. Jednak jeśli spojrzymy w daty wydania to opowiadanie czy też powieść dla dzieci ukazało się wcześniej od „Gry o tron”. Niemniej, wydaje mi się, że ten tekst stworzył pewne podwaliny dla tej niezwykle znanej sagi, bo niektóre elementy (takie jak smoki czy pory roku o różnych długościach) w tych dwóch dziełach jak najbardziej się powtarzają.
Przyznam, że nie do końca mam co omawiać, jeśli chodzi o samą treść. „Lodowy smok” to krótkie opowiadanie, które jest raczej stosunkowo sztampowe. Jednocześnie nie do końca rozumiem, do kogo jest kierowane. Niby dla dzieci, ale nie ma w sobie raczej infantylności typowej dla młodszych czytelników. Dla dorosłego zaś to może być krótki „zapychacz czasu”, bo treścią również raczej nie będzie powalać. Być może sprawdzi się po prostu jako łącznik między dzieckiem, a rodzicem, który po prostu chce pokazać swojego ulubionego autora latorośli. Niemniej, to tylko moje spekulacje i szczerze mówiąc, chętnie dowiedziałabym się, jak dzieci faktycznie na tę książkę reagują.


Niektóre opowiadania są po prostu przepiękne. Zachwycają stylem, językiem czy dowcipem. Jednak w przypadku „Lodowego smoka” po prostu nic szczególnie nie zwróciło mojej uwagi. Historia przebiega w sposób bardzo sztampowy dla literatury fantasy. Sam autor raczej nie ma wybitnego stylu. Martin pisze poprawnie językowo, ma dobry warsztat i wspaniale budując świat, ale daleko jego twórczości do takiej, która czaruje samym operowaniem słowem. W tym tekście nie ma ani wyjątkowego morału, ani nagłego zwrotu akcji. Ot, to sympatyczna historia o magii i smokach, którą przeczytać można, ale która w człowieku na dłużej nie zostaje. Przynajmniej w moim odczuciu.
Trochę inaczej sprawa ma się z samym wydaniem. Twarda oprawa i przepiękne ilustracje robią wrażenie. Luis Royo stworzył detaliczne i efektowne grafiki, którym cudownie jest się przyglądać. Mam jednak dwa małe zastrzeżenia co do tego wydania. Po pierwsze, nie powiedziałabym, że to ilustracje książki dla dzieci. Są piękne, ale na pewno nie nadają się dla najmłodszych, a i wiek wczesnoszkolny to chyba jeszcze ciut za wcześnie. Mam wrażenie, że ich odbiorcą docelowym jest raczej dorosły fan autora.


Druga kwestia dotyczy samego układu graficznego. Odniosłam wrażenie, że nie zawsze jest on dopracowany. Że często ilustracji jest za mało w stosunku do treści, że w niektórych miejscach niepotrzebnie występują białe kartki i puste miejsca. Być może nie dało się tego zrobić inaczej, niemniej – zwróciło moją uwagę.
Nie zmienia to jednak faktu, że „Lodowy smok” to przepięknie wydana książka. Poleciłabym ją jednak przede wszystkim fanom autora i osobom lubiącym ładne, fantastyczne ilustracje. Czy jest to dobra książka dla dziecka? Z mojego (niedoświadczonego) punkty widzenia: tak, o ile sam rodzic jest zainteresowany fantastyką i najzwyczajniej w świecie wie, z czym to się je.

* * *

Lodowy smok przynosił na świat śmierć. Śmierć spokój i zimno.

Fragment „Lodowego Smoka” George’a R. R. Martina



Za możliwość przeczytana książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!





niedziela, 10 listopada 2019

Zakon Drzewa Pomarańczy: Królestwo bez dziedziczki, Shannon bez warsztatu



Po tysiącu lat pokoju ze snu budzi się pradawny zły. Sabran IX, pozbawiona dziedziczki władczyni Inys, musi stawić czoło niebezpieczeństwu wraz ze swoim dworem. Nie ma pojęcia, że jedna z jej dam, Ead, skrywa magiczną tajemnicę. W tym samym czasie na drugim końcu świata młoda Tane jest gotowa zrobić wszystko, aby dostąpić zaszczytu i stać się smoczym jeźdźcem.

Tytuł: Zakon Drzewa Pomarańczy
Autor: Samantha Shannon
Tłumaczenie: Maciej Pawlak
Liczba stron: 1104
Gatunek: high fantasy
Wydanie: SQN, Kraków 2019
Samantha Shannon to młoda (bo zaledwie 28-letnia) pisarka, która niewątpliwie jest bardzo sympatyczną osobą. Dane było mi ją spotkać jeszcze przed przeczytaniem „Zakonu Drzewa Pomarańczy” i muszę przyznać, że ta autorka niewątpliwie uwielbia swój pomysł na tę historię, jak i po prostu: swoje dzieło. Jak sama mówi, ta powieść to jej próba napisania własnej wersji legendy o świętym Jerzym zabijającym smoka, choć sama książka czerpie z wielu różnych kultur. Sama widzę w powieści jednak największe wpływy krajów Azjatyckich oraz europejsko-brytyjskiej kultury. Po lekturze odnoszę jednak wrażenie, że zakręcenie na punkcie tematyki i własnego dzieła to jednak trochę za mało. Shannon zabrakło umiejętności, aby z „Zakonu Drzewa Pomarańczy” zrobić coś więcej, niż tylko kolejną powieść.
Nim jednak przejdę do wymieniania błędów czy nieścisłości, muszę powiedzieć jasno. To nie jest zła powieść. „Zakon Drzewa Pomarańczy” czyta się szybko i bez większego bólu. Przy tym przez dość młodzieżowy klimat całości naprawdę wierze, że wielu osobom ta książka po prostu niezwykle się spodoba i przyjmą ją w całości. Próg wejścia książki Shannon nie jest wysoki i wydaje mi się, że szczególnie młode dziewczyny powinny się w niej odnaleźć. Wydaje mi się też, że ta powieść może być doskonałą książką przejściową pomiędzy romansami fantasy, a nieco poważniejszymi treściami. Jeśli więc czegoś takiego szukacie nawet nie czytajcie tego tekstu dalej, tylko bierzcie się za lekturę. Na pewno będziecie zadowoleni.
Teraz może przejdźmy do nieco głębszej analizy. Choć „Zakon Drzewa Pomarańczy” ma wyraźny, młodzieżowy klimat to nie wątpię, że autorka w trakcie pisania myślała o niej szerzej. To, podobnie jak „Marzyciel” Taylor, najpierw literatura fantastyczna, a dopiero potem  młodzieżowa. Target ma w jej przypadku drugorzędne znaczenie, przynajmniej w moim odczuciu. Dlatego też pozwalam sobie tę książkę traktować właśnie w ten sposób. I niestety, wtedy ta młodzieżowość trochę tę powieść zaczyna gubić.
Shannon próbowała odwrócić niektóre ze znanych nam tropów i w typowo męskich rolach osadziła kobiety. Silne, wojownicze, pewne siebie… i zachowujące się jak nastolatki. O ile Tane jestem w stanie to wybaczyć (bo poznajemy ją w naprawdę młodym wieku), o tyle Ead absolutnie na taryfę ulgową nie zasługuje. Ta bohaterka to z założenia wyszkolona czarodziejka, która w tym co robi, powinna być profesjonalistką. Niestety, popełnia często głupie błędy i naprawdę nie zachowuje się jak ktoś po wieloletnim szkoleniu. W książce Shannon narracja często mówi nam o postaci jedno, a jej zachowanie i sposób mówienia coś zupełnie innego. Przy okazji, mam wrażenie, że w kulturze ogółem im bardziej „feministyczna” próbuje być książka, tym bardziej postacie kobiece są rozlazłe i irytujące. Wprawdzie w tym przypadku aż tak źle nie jest, ale jak wspominałam, młodzieżowość postaci tę książkę gubi. Ta kwestia dotyczy też innych bohaterów (np. nadwornego szpiega), ale w przypadku postaci pierwszoplanowych to najbardziej zwraca uwagę.
Ponadto „Zakon Drzewa Pomarańczy” wydaje mi się powieścią niedokładną. Niedopracowaną. Jakby autorka, ciesząc się własnym pomysłem, leciała czasem na łeb na szyję, nie zwracając uwagi na pozornie drobne, ale istotne elementy. Mamy tu zarówno problemu konstrukcyjne świata, jak na przykład fakt, że piraci mają pistoletu, gdy na lądzie nikt o nich nie słyszał, jak i problemy z nazewnictwem (wprawdzie to akurat może być częściowo winą tłumacza). Autorka osadza swoją książkę w okolicach „naszego” XVII wieku. Mimo tego jej postacie używają kosmetyczek (nie sądzę, by wtedy istniały w obecnej formie), a przy królowej zwracają się do własnych matek per „mamo”. Językowi tej książki brakuje po prostu pewnej oficjalności tamtych czasów, co też wpływa na jej odbiór. Ponownie, jeśli traktujemy tę powieść jako młodzieżową, to nie jest problemem, ale gdy chcę ją ocenić po prostu jako fantastykę… już nim zaczyna być.
Na szczęście w nieszczęściu moja najgorsza obawa dotycząca tej powieści nie została spełniona. Obawiałam się tego, jak Shannon wyjaśni fakt zasiadania na tronie Inys tylko przez królowe, a akurat to wyszło jej całkiem nieźle. Wprawdzie nie wszystkie kobiece role są tu doskonale rozpisane i uzasadnione, ale ponieważ ta najważniejsza rzecz w miarę trzyma się kupy to nie mam zamiaru szczególnie narzekać.
Jeśli spojrzymy na samą fabułę, „Zakon Drzewa Pomarańczy” nie jest niczym szczególnym. Ot, mamy wielki świat, wielkie legendy (które są chyba tu najciekawszym elementem), wielki zły i dążenie do wielkiej bitwy, w której trzeba pokonać wroga. Autorka tylko pozornie odwraca pewne schematy, ostatecznie tworząc historię na bazie doskonale znanych nam tropów. I tu się pojawia mój kolejny drobny problem z tą powieścią. Ja, jako czytelnik, mam świat przedstawiony w czterech literach, więc nie jestem w stanie czerpać pełnię satysfakcji z przedstawionej historii. Już wyjaśniam, o co mi dokładniej chodzi!
Wiele „potężnej” fantastyki zaczyna od drobnych historii. Tolkien najpierw stworzył „Hobbita”. Sapkowski i Wegner – zbiory opowiadań. Nawet „Gra o tron” Martina wprowadza nas w świat powoli i stopniowo. Shannon zaś śpieszy się, by natychmiast opowiedzieć nam największą z możliwych historii, zamiast powoli odkrywać świat przedstawiony. [SPOILER] To niestety w tego typu fantasy nie działa najlepiej i zamyka autorce szanse na stopniowe budowanie napięcia u czytelników. Wszak największe zło obecne w świecie przedstawionym zostaje pokonane już w tym tomie. [KONIEC SPOILERA].
Powtórzę to jeszcze raz: to naprawdę nie jest zła książka. „Zakon Drzewa Pomarańczy” czyta się prędko i sprawia pewną radość. Nie żałuję sięgnięcia po nią, mimo że to jest jednak kawał powieści, który zajął mi dłuższą chwilę. Doskonale sprawdzi się jako literatura dla pewnego targetu. Odnoszę jednak wrażenie, że Shannon zabrakło umiejętności, aby zrobić to tak, jak tego by chciała. Oby autorka z wiekiem się rozwinęła i w przyszłości dała nam coś naprawdę ponadczasowego, bo wierze, że naprawdę byłaby w stanie to zrobić. Tylko jeszcze nie teraz.

* * *

– W ciemności jesteśmy nadzy [...] Przeobrażamy się w swoją najprawdziwszą postać. To w nocy przychodzi do nas największy strach, bo wówczas nie możemy się przed nim bronić. – A on zrobi wszystko, by wsączyć się w nasze serce. Czasem mu się to udaje. Ale strach ma wielkie oczy, królowo. Sam tchórzy przed promieniami słońca.
Fragment „Zakonu Drzewa Pomarańczy” Samanthy Shannon


Nomida zaczarowane-szablony