Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura podróżnicza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura podróżnicza. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 sierpnia 2022

Urok. Historie z Tanzanii i Zanzibaru: czy siedem miesięcy to wystarczająco?



Siedem miesięcy to jednocześnie dużo i bardzo mało czasu. Z jednej strony przez ponad pół roku można wiele zobaczyć, rozpocząć nowe przyjaźnie, zacząć uczyć się języka. Ten czas pozwala na lekkie wniknięcie do społeczności danego miejsca i zobaczenie go trochę od podszewki. Z drugiej strony to jednak za mało, aby stać się tutejszym. To też nie jest wystarczający czas na to, aby zapoznać się dogłębnie ze strukturą danego miejsca, kulturą i ludnościami. „Urok. Historie z Tanzanii i Zanzibaru” powstały jednak właśnie po siedmiu miesiącach pobytu autorów w tym afrykańskim kraju, w którym prężnie rozwija się turystyka. Czy to udana próba przeanalizowania obecnych tam problemów?

Urok. Historie z Tanzanii i Zanzibaru
Mateusz Mękarski, Kaja Kraska
wyd. Altenberg, 2021

Kaję Kraska i Mateusza Mękarskiego znam od dawna. Obserwuje ich kanał na Youtube i generalnie lubię ich materiały, zarówno za ich podejście do tematów, jak i samą oprawę wizualną. Jednak napisanie książki to nieco inne zadanie, niż nagranie filmu, a to przecież ich literacki debiut. Chociaż mam wrażenie, że mówiąc o nich mam w tym przypadku bardziej na myśli Mateusza. Tekst pisany jest z jego perspektywy i wydaje mi się, że współautorka być może pomagała merytorycznie, ale chyba nie ona była tu głównym twórcą. Ale oczywiście – mogę się mylić.

Książka podzielona jest na rozdziały, z których każdy opowiada o czymś nieco innym. Co prawda, niektóre wątki się zazębiają (np. tematyka pracujących na Zanzibarze prostytutek przewija się przez kilka rozdziałów), ale generalnie tekst można czytać na wyrywki, bądź robić sobie dłuższe przerwy pomiędzy konkretnymi rozdziałami. 

Z powodu właśnie takiej konstrukcji, która przypomina trochę antologię opowiadań, dostajemy tekst niezbyt równy. To znaczy, z powodu mnogości tematów, niektóre są bardziej interesujące, inne mniej. Nie do każdego autorzy znaleźli tak samo ciekawych bohaterów, a same rozdziały formą przypominają w gruncie rzeczy odcinek opublikowany na Youtube, tylko zapisany w formie książkowej. I o ile rozumiem, dlaczego takie opowieści się tu znalazły, to kilka z nich chętnie podmieniłabym na inne… o ile oczywiście z tych siedmiu miesięcy dałoby się wcisnąć tu coś jeszcze.

Samo podejście do trudnych tematów w„Uroku” po prostu mi odpowiada. Nie jest to chyba żadne zdziwienie, bo jak już wspominałam, autorów znam z innych mediów i wiem, jak mniej-więcej pracują z materiałem. Ale wydaje mi się, że zarówno Karska, jak i Mękarski są po prostu dość realistyczni i w miarę możliwości obiektywni w swoim światopoglądzie, a to mi po prostu odpowiada.

Jeśli zaś chodzi o sam styl, w jakim książka została napisana, to jak na debiut jest nieźle, choć widać czasem, że autorzy nie mają wielkiej wprawy w tworzeniu literatury jako takiej. Język jest dość prosty i blogowo-podróżniczy. Nie przeszkadza mi to szczególnie: wolę takie podejście, niż napuszone opowieści z masą trudnych słów. Niestety, to też wiąże się z tym, że sama niektóre rozmowy, czy fragmenty miałam ochotę wyciąć, czasem pojawiała się nuda, a gdzieniegdzie pojawiał się jakiś niedosyt.  Ale przyznaję, że to chyba pierwsza książka stworzona przez twórców z Youtube, którą przeczytałam i której nie miałam ochoty rzucić w kąt. W tym przypadku widać i wiedzę, i szczerą chęć podzielenia się w gruncie rzeczy wartościowymi przeżyciami twórców.

Nie czytam dużo takiej literatury i miło było sięgnąć po coś podróżniczego. Jeśli ten duet jeszcze kiedyś coś wyda to kto wie, może nawet po tą nowość sięgnę. Chociaż jednocześnie gdzieś tam mam w sobie myśl, że wolałabym jednak przeczytać coś stworzonego przez znawcę tematu, a nie bądź co bądź amatorów, którzy robią dobrą robotę jak na swoje możliwości, ale po prostu nie są w stanie dostarczyć czegoś więcej. Niemniej, sama lektura była dla mnie całkiem satysfakcjonująca.


poniedziałek, 2 października 2017

Blondynka u szamana: Wspomnienie wakacji

Coraz więcej książek na mojej półce to książki z promocji. Przy tym coraz więcej z nich jest dobrych, albo: po prostu OK. Nie kupuje już na oślep wszystkiego jak leci, ostrożniej je dobieram i zwykle jakoś wychodzi :) Książkę z tego wpisu upolowałam w Biedronce za aż 5zł!

Tytuł: Blondynka u szamana
Autor: Beata Pawlikowska
Liczba stron: 304
Gatunek: literatura podróżnicza, pamiętnik
Wydanie: National Georgaphic, 2012

W poszukiwaniu prawdy i religii, Beata Pawlikowska musiała wybrać się aż do Peru, gdzie w trakcie trasy przez Amazonkę poznała indiańskiego szamana. Ten, odkrywając w niej wielką moc, wyjawił jej tajemnice swoich umiejętności.

Raczej nie jestem typem osoby, która wybiera sobie lekturę w zależności od pogody, czy pory roku;  nie czuje raczej takiej potrzeby, poza tym przy mojej ukochanej fantastyce takich podziałów po prostu robić się nie da. Jeśli jednak miałabym wybrać coś do czytania na hamaku, latem, przy szumie morza zdecydowanie byłaby to „Blondynka u szamana” Pawlikowskiej.
Ta książka była moim pierwszym spotkaniem z tą panią i szczerze mówiąc, było całkiem przyjemne. Nie genialne, nie nadzwyczaj pouczające, nie głębokie – a przyjemne.
Choć „Blondynka u szamana” opowiada o podróżach autorki po Peru nie powiedziałabym, że to porządna literatura podróżnicza. Książka przypomina bardziej luźny pamiętnik, pisany bardzo lekkim i dość potocznym stylem. Przez to nie ma zbyt dużej wartości merytorycznej, ale czyta się ją w błyskawicznym tempie. Nie wymaga ogromnej ilości skupienia i może być całkiem orzeźwiającą przygodą, niczym chłodny napój w upalny dzień.
Beata Pawlikowska w swojej książce opowiada o wyprawie z Iquitos w Peru do Ekwadoru. A właściwie o tym traktuje pierwsza połowa jej historii, w trakcie której podróżuje przez dżunglę na tratwie, razem z dwójką przewodników. Jej opisy przyrody są całkiem urocze, choć daleko im do rozbudowanych i pięknych. Zachowują lekkość i nie nudzą, zwłaszcza, że autorka wszystkie nieznane nam słowa wyjaśnia i tłumaczy tak, by europejski umysł niezaznajomiony z południowoamerykańskim stylem życia bez problemu je zrozumiał. Czasem miałam wrażenie, że Beata Pawlikowska aż za bardzo próbowała sprawić, by tekst był przystępny, ale biorąc pod uwagę, że to ma być po prostu lekka książka, nie mam zamiaru się tego nadmiernie czepiać.
Druga połowa książki opowiada o spotkaniu autorki z szamanem i cóż... tu opisów przyrody i konkretnych rzeczy już się nie dowiemy: teoretycznie ta część opowiada nieco o sposobie życia Indian, ale autorka skupia się raczej na swoich „duchowych” przeżyciach, raczej zmuszając czytelnika do zastanowienia się, co ona tam takiego ćpała, niż do rozważań na temat głębi wiary rdzennych amerykanów.
Przy tym wszystkim autorce muszę oddać jedno: zachowuje obiektywizm. Opisuje podróż, opisuje to co widzi i to co przeżywa, ale nie wciska między wierszami swoich poglądów (a przynajmniej nie tak, by było to bardziej zauważalne) i od spraw politycznych oraz religijnych zdaje się trzymać z daleka. Za to naprawdę należy się jej ogromny szacunek, biorąc pod uwagę to, że zwykle autorzy w takich książkach próbują przemycić tyle „siebie”, ile tylko się da.
Jeśli szukacie poważnej lektury, która powie Wam coś konkretnego o szamanizmie, albo będzie tłumaczyć działanie dżungli od podszewki w bardzo poważny sposób „Blondynka u szamana” nie jest lekturą dla Was. Możliwe, że mocno się na niej przejedziecie, biorąc pod uwagę właśnie drugą połowę książki. Ale jeśli szukacie lekkiej lektury, która albo przypomni wam o wakacjach, albo będzie dobrą towarzyszką na takowe w moim odczuciu ta lektura sprawdzi się naprawdę nie najgorzej.

* * *

A jednak coś mnie tu przywiodło. Musiał istnieć jakiś powód, dla którego tu dotarłam, mimo że wcale tego nie planowałam, nie chciałam i nawet o tym nie marzyłam.
Zrobiłam następny krok, nieco śmielszy. W końcu zostałam tu sprowadzona, ściągnięta tajemną siłą, odsłonięto przede mną obraz, którego nie szukałam, a więc pewnie jest w tym jakiś cel, mam tu coś odkryć, zobaczyć, zrozumieć...
Zrobiłam trzeci krok i zrozumiałam.

Fragment „Blondynki u szamana” Beaty Pawlikowskiej


niedziela, 17 września 2017

Afryka, moja miłość: Nostalgiczny powrót, czy całkowita klapa?

Dziś – nostalgicznie. Bo Corinne Hofmann to dla mnie bardzo nostalgiczna autorka :) Do dziś pamiętam ten dzień, gdy moja mama postanowiła zapisać „mnie” do klubu Świata Książki i pierwsze co kupiła mi „Białą Masajkę” tejże pani. Byłam wtedy w podstawówce i dostałam książkę napisaną z myślą o dorosłych kobietach. Przeczytałam ją i choć pewnie połowy nie zrozumiałam, a część treści nie była przeznaczona dla dziecka to uznałam ją za coś ciekawego, innego.
Gdy jakiś czas temu wygrzebałam „Afrykę, moją miłość” w koszach przecenionych książek coś się we mnie ruszyło i uznałam, że chcę ją. Bo nostalgia. Bo podstawówka. Bo Świat Książki. I tak trafiła do mnie <3 Po tylu latach – druga książka Corinne Hofmann na mojej półce.

Tytuł: Afryka, moja miłość
Autor: Corinne Hofmann
Liczba stron: 256
Gatunek: literatura podróżnicza

Corinne Hofmann wraca do Afryki. Wędrując i poznając kolejnych ludzi i kolejne historie odkrywa, że to do tego kontynentu należy jej serce. Corinne ma dwa domy: jeden w nowoczesnej Szwajcarii, drugi w biednej Kenii.

Po latach znów sięgnęłam po książkę Hofmann i szczerze mówiąc, nie widziałam, czego się spodziewać. Czytałam jedynie jej „Białą Masajkę” i to będąc w podstawówce! Po tylu latach postrzeganie świata zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Chcąc nie chcąc, mimo pewnej nostalgii do autorki nasze ponowne spotkanie wyszło jednak dość neutralnie i ostatecznie bez większego entuzjazmu.
O ile „Biała Masajka” była historią z dość konkretną linią fabularną tak „Afryka, moja miłość” po prostu próbuje udawać reportaż. Pierwsza część książki opowiada o krótkiej pieszej podróży autorki po Kenii, druga – to historie ludzi, którym udało wyrwać się ze slumsów, a trzecia opowiada o pierwszym spotkaniu córki Corinne z jej ojcem po dwudziestu latach. Książkę można wyraźnie podzielić na te trzy części i szczerze mówiąc to druga jest najbardziej interesująca.
Pierwsza i ostatnia wyglądają jak zapiski średnio utalentowanego pisarski blogera, który po prostu opowiada co widzi. Jest emocjonalny, nadużywa wykrzykników i często powtarza jak bardzo podoba mu się to, co robi.  Tak prosty sposób przekazu może urzec wielu niedoświadczonych czytelników, ale mnie po prostu nie zaspokaja. Brakuje w tym wszystkim konkretnej fabuły, czy faktów, a sama Corinne nie jest osobą, która szczególnie wzbudza moją sympatię. Szczerze mówiąc, chwilami bardziej przypomina mi rozpieszczoną paniusię z bogatej Europy, która wyjechała sobie do Kenii dla zabawy i teraz to powtarza, bo jej się to spodobało i tyle. To nic złego, oczywiście, że nie – ale to z miejsca dyskwalifikuje ją jako dobrego reportażystę.
Środkowa część jest o tyle ciekawa, że Corinne w końcu dopuszcza do głosu innych ludzi. Ludzi, z ciekawymi historiami, które warto poznać, choćby po to, by dowiedzieć się nieco o afrykańskiej kulturze, ich zwyczajach i codzienności. Przy okazji autorka daje nam się zapoznać z kilkoma projektami, które powstały w Kenii, działają w bardzo ciekawy sposób i sprawnie pomagają ludzi wyciągać ze skrajnej biedy. Historie osób przedstawionych w tej książce bardzo dobrze pokazują, jak przy odrobinie pomocy i ogromnej ilości wysiłku człowiek bez niczego może osiągnąć właściwie wszystko.
Pod względem literackim książka wypada po prostu słabo. Pod względem tego, co przekazuje – nieco lepiej, ale szczerze mówiąc, podejrzewam, ba! Ja wiem, że jest wiele, wiele lepszych książek o Afryce. Niemniej, ta książka zdecydowanie ma swój target: mam wrażenie, że została napisana z myślą o bardzo prostym człowieku, który nie czyta za dużo, chce prostej bohaterki, która myśli jak on i przy okazji boi się do tej Afryki pojechać osobiście.
„Afryka, moja miłość” pozostanie w mojej głowie jako książka bardzo neutralna – nie wnosząca za wiele do mojego życia, nie napisana najlepiej, ale za to przypominająca mi o historii, którą jakimś cudem przeczytałam tyle lat temu.


 * * *

– To nie jest zwierzę! Kura to nie zwierzę. Zwierzę musi mieć cztery łapy, inaczej to nie jest zwierzę!
Przewodnik i ja wybuchamy śmiechem, nie możemy się powstrzymać. Pytam, czym w takim razie jest kura.
– To ptak. Ale nie zwierzę – uparcie twierdzi Lukas.
Ze śmiechu aż łzy spływają nam po policzkach.
– Węże to nie są zwierzęta. To gady. Krokodyle, chociaż mają cztery łapy są rybami, bo żyją w wodzie. No a ryby to przecież nie zwierzęta. – Lukas energicznie kończy dyskusję.
Fragment „Afryki, mojej miłości” Corinne Hofmann


środa, 21 czerwca 2017

Odkrywanie Ameryki: MMK mówi, jak jest w USA

Prezent na Boże Narodzenie dla mnie? Oczywiście, że książka! To znaczy, niekoniecznie, ale takową nie pogardzę. Pozycja, której okładkę widzicie poniżej była właśnie prezentem dla mnie z tamtej okazji, będąca po części żartem z mojego kierunku studiów, a po części z tego, na co miałam fazę przed świętami: jakimś cudem oglądałam (często od nowa) sporo filmów pana Maxa Kolonko na Youtube, mimo że – by nie było – nie subskrybuje go i jakoś szczególnie regularnie na jego kanał nie zaglądam. Ale dość tego gadania o niczym, przejdźmy do książki.

Tytuł: Odkrywanie Ameryki
Autor: Mariusz Max Kolonko
Liczba stron: 332
Gatunek: autobiografia, pamiętnik

Mariusz Max Kolonko wyjechał do USA pod koniec lat 80. i tam przeżył American Dream: niegdyś był emigrantem z polski, mającym przy sobie 200 dolarów, obecnie zaś jest szanowanym dziennikarzem. W swojej książce opowiada o swoim życiu i Stanach, które traktuje jak dom.

„Odkrywanie Ameryki” nie łatwo zakwalifikować do konkretnego gatunku. Nie jest to pełna autobiografia od A do Z. Książka podróżnicza? Po części, ale też nie do końca. Jak sam autor napisał w swojej książce to bardzo osobiste dzieło, które mi kojarzy się najbardziej z blogiem podróżnika, albo emigranta właśnie, który po prostu pisze o tym co widzi, co go zainteresuje, będąc przy tym w pełni subiektywnym i czasem nie zwracając uwagi na potoczny styl. Taki wizerunek książki dopełniają często prywatne zdjęcia autora, które zdobią tekst tak, jak fotografie w poście blogowym.
Skoro już o zdjęciach mowa chce napisać kilka słów o samym wyglądzie książki. Z tego co wiem to wydanie zostało w pełni złożone przez autora. Grafika, układ, czcionka, dobór i umiejscowienie zdjęć – to wszystko jego dzieło. Z jednej strony moim zdaniem wydanie nie wygląda najpiękniej, ale styl Maxa Kolonko jest w niej bardzo wyraźnie widoczny. Poza tym to, że nie jest wydana pięknie, nie oznacza, że jest wydana źle: sam papier jest bardzo dobry jakościowo, przypominając bardziej ten z książek-albumów.
Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia „dla kogo” to jest książka. Oczywiście, ten, kto bardzo lubi autora na pewno się w niej odnajdzie, ale poza tym nie mam pomysłu kto inny mógłby czerpać radość z czytania jej. Niby książka jest dla „odkrywców Ameryki”, ale szczerze mówiąc, jeśli ktoś interesuje się USA będzie większość rzeczy ze środka wiedział. Kolonializm, Indianie, Pocachontas, UFO, wyprawy w kosmos, czy atak na WTC to przecież tak wałkowane tematy, że raczej o tym „się wie”. „Odkrywanie Ameryki” może co najwyżej pokazać nam pogląd autora na daną sprawę, jego przeżycia, albo przekazać parę ciekawostek.
Jeśli chcecie poznać Mariusza Maxa Kolonko od zera to raczej też nie będzie książka dla Was: jest tak chaotyczna, że możecie się po prostu w niej pogubić. Wydarzenia nie są ułożone chronologiczne i teoretycznie można ją czytać od każdego możliwego momentu, ale też nie do końca, bo podzielone są na parę „działów” tematycznych, które nie są w żaden sposób rozdzielone od siebie i bywa, że są przeplatane innymi rozmyślaniami autora.
Styl Maxa Kolonko jest, powiedziałabym, „typowy dla felietonisty” – dość barwny, zwięzły, ale chwilami toporny. Przy okazji miałam często wrażenie, że autor zakłada, że coś jest oczywistością, przez co po prostu się gubiłam, jako, że nigdy USA nie leżało w kręgu moich zainteresowań.
„Odkrywanie Ameryki” ma parę ładnych zalet, ale w moim odczuciu to pozycja albo „do szuflady”, albo dla znajomych i fanów Mariusza Maxa Kolonko. Jeśli nie interesuje Was ta postać chyba nie ma po co nawet tej książki otwierać, jeśli i owszem to można sobie ją sprawić. Wydaje mi się jednak, że to jedna z tych pozycji, która najlepiej sprawdzi się na prezent: nie ma jej w normalnych księgarniach, więc raczej obdarowywana osoba nie będzie jej miała, a jeśli wiemy, że interesuje się choć trochę autorem na pewno będzie zadowolona z tego, że ma książkę ważnej dla siebie osoby :)




zBLOGowani.pl
Wpis bierze udział w akcji zblogowanych :)

niedziela, 23 sierpnia 2015

Wyprawa Kon-Tiki

Chyba nie wytrzymam długo, nie publikując tu zupełnie nic: dlatego chyba na razie zrezygnuje z publikowania regularnie na rzecz wrzucania postów, gdy najdzie mnie ochota. A że w ostatnich dniach coś przeczytałam... chce się z Wami tym podzielić.

Czasem zdarzy się, że moja mama przyniesie z pracy makulaturę - książki, które zostały oddane na przetworzenie, często stara, nie raz niedostępne, lub po prostu dostępne trudniej. Sięgam po nie dość rzadko, często bojąc się pożółkłych, starych stron i spodziewając się czegoś nudnego. Nie inaczej było z Wyprawą Kon-Tiki, która trochę u mnie przeleżała. Moje wydanie z 1955 roku nie wygląda już najprzyjaźniej... ale za to jego dusza już sporo przeszła :D 

Tytuł: Wyprawa Kon-Tiki
Autor: Thor Heyerdahl
Liczba stron: 228
Gatunek: reportaż

1947 rok. Thor Heyerdahl, norweski odkrywca i podróżnik postanawia sprawdzić swoją teorię, jakoby mieszkańcy Polinezji przypłynęli na wyspy z okolic dzisiejszego Peru. Dla wszystkich wokół wydaje się to wręcz niemożliwe: ludy te pływały na niewielkich tratwach, jakże więc mogliby przepłynąć na nich 4 000 kilometrów? Heyredahl organizuje więc wyprawę, odtwarzając ich środek transportu i wraz z piątką ochotników wyrusza w podróż.
Brzmi to jak niezła bajka, prawda? Tratwą. Przez ocean. W sześć osób, bez nawigacji i żadnego sprzętu elektronicznego, no, może poza starym radiem, które przecież nie było nadzwyczaj zaawansowane technologicznie. Ale... to nie bajka, a wyprawa, która zapisała się w naszej historii, mimo, że obecnie chyba mało kto o niej wie. W każdym razie, ja nie wiedziałabym, gdyby nie książka Heyerdahla.
To dzieło jest czymś nadzwyczajnym - bo opowiada o nadzwyczajnej, ale prawdziwej historii. Napisał ją człowiek, który to zorganizował, wziął udział i.... przeżył. Choćby z tego powodu Wyprawie Kon-Tiki należy się ogromny szacunek. Ale nie tylko! Mimo, że stara okładka wcale nie zachęca, a pozornie pomysł wydawać mógłby się nudny - no bo ile można czytać o oceanie - to na prawdę coś dobrego i ciekawego do przeczytania. Owszem, nie znajdziemy tu masy akcji i jej niemal magicznych zwrotów, czy romansów, ale obraz oceanu, jaki pokazuje nam autor jest wprost przepiękny. Na prawdę, jego opisy są tak plastyczne, że nie raz idzie się tym zachwycić i przeżywać tą podróż razem z nim. Heyerdahal raczej nie nudzi, przedstawiając nam swoją historię w niezwykle ciekawy sposób.
W tym reportażu trudno mówić o jakiś... konkretnych bohaterach. To znaczy, owszem, mamy członków wyprawy, poznajemy ich, ale autor nie skupia się na ich psychice i nie opisuje zbyt dokładnie więzi, która ich połączyła, raczej mówiąc nam o tym, jak można przeżyć na oceanie, jak stresuje się tratwą, co można zobaczyć, czy spotkać na oceanie, gdy w pobliżu nie ma głośnego silnika, straszącego ryby. I.. tak, to jest właśnie niezwykłe, bo dzięki przeczytaniu Wyprawy Kon-Tiki można dowiedzieć się wielu ciekawych i nie raz zaskakujących rzeczy o oceanie, których nie znajdzie się w powieściach innych, którzy pływali wielkimi statkami, albo nawet - w ogóle na oceanie nie byli.
To, co podobało mi się w moim wydaniu, to zdjęcia załączone do niego. Czarno-białe, ale wyraźnie pokazujące ludzi i zdarzenia o których można przeczytać, dając świadectwo tego, że cała ta wyprawa na prawdę miała miejsce.
Jeśli tylko macie możliwość, na prawdę polecam po Wyprawę Kon-Tiki sięgnąć: bo to dobrze napisany reportaż, opowiadający niewiarygodną historię i na pewno będzie ciekawą odskocznią od typowych powieści.

Nomida zaczarowane-szablony