Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura rosyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura rosyjska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lipca 2023

Tarnowskie Góry. Miejskie opowieści: ciekawa inicjatywa fantastyczna



Takie książki jak „Tarnowskie Góry. Miejskie opowieści” to przede wszystkim bardzo ciekawe inicjatywy. To w końcu antologia osadzona lokalnie, stworzona przez niewielkie (i również lokalne) wydawnictwo, która pozwala zebrać nie tylko utalentowanych, popularnych autorów, ale również daje szanse mniej znanym twórcom. Wewnątrz można w końcu znaleźć opowiadania naprawdę różnorodnych pisarzy, a ponadto ilustracje stworzyli uczniowie lokalnej szkoły. Uważam, że takie inicjatywy to naprawdę kawał dobrej roboty sam w sobie i po prostu potrzebujemy ich więcej, tak samo, jak potrzebujemy więcej o nich mówić.

Tarnowskie Góry. Miejskie opowieści
antologia wielu autorów
Wyd. Almaz, 2022

Jak jednak wypada sama antologia? Cóż, nierówno, momentami teksty wręcz sprawiają wrażenie nieco amatorskich, ale dla tych kilku dobrych – warto ją sprawdzić.

Antologię otwiera wstęp Arkadiusza Późniaka, „Miasto przyjezdnych” opowiadający o samych Tarnowskich Górach, a następnie przechodzimy już do fantastyki. Marta Kisiel zaserwowała czytelnikom powrót do Matyldy Bolesnej, bohaterki „Trylogii wrocławskiej”. „Studium martwoty” było tekstem dobrym, zwłaszcza na tle całej antologii, ale dla mnie trochę niepotrzebnym. Choć lubię i protagonistkę, i wampira Romana, tak osobiście uważam, że nie potrzebowałam czytać o przeszłości tych bohaterów. Niemniej, wiem, że wielu osobom ten tekst po prostu się sposobu, bo niewielu jest takich jak ja, co narzekają na powrót lubianych postaci.

Później mamy „Czarną wieżę z Lasu” Kozakowskiego, która nie wzbudziła we mnie żadnych więcej emocji. „Dokąd idą świstunki?” Magdaleny Świerszczek-Gryboś to tekst solidny warsztatowo, acz nie w mojej (dość „dziwacznej”) estetyce, aczkolwiek dobrze wiem, że tu się trochę z autorką „rozjeżdżam, więc to mnie kompletnie nie dziwi.

Opowiadanie „Ta wspaniałą rzecz, która czeka w mroku” Marcina Majchrzaka to post-apo, które początkowo wydawało mi się całkiem fascynujące, ale mam wrażenie, że ostatecznie zabrakło tu trochę umiejętności, by tekst zapadł mi w pamięć na dłużej. Podobnie jest z Izabelą Grabdą i jej opowiadaniem „On”. W tym przypadku mamy do czynienia z drobnym kryminałem, który ponownie, gra wokół ciekawego konceptu, ale jednak brakuje mi w nim CZEGOŚ.

Na etapie opowiadania Artura Olchowego „Galena” byłam już po prostu trochę zmęczona samą antologią i przyznaję, kompletnie mnie nie zainteresowało. Następnie przyszedł czas na tekst Tomasza Maruszewskiego, „Przedświtanie” . Tu znów było nieco lepiej, ale podobnie jak w przypadku tekstów Grabdy i Majchrzaka. Opowiadanie skupiało się wokół, powiedzmy, takiej dziecięcej magii miasta.

Następne trzy teksty są wyraźnie lepsze, a każdy kolejny przebija poprzednika. Tekst Eugeniusza Dębskiego „Wampir bez matury” to kryminał, w którym być może czegoś mi brakło, ale był solidny i wyraźnie napisany przez człowieka z wprawą. 

„Niebo nad nami” rosyjskiej pisarki Marii Glainy to mój ulubiony scircte rozrywkowy tekst z tego zbioru. Choć nie ma chyba nic wspólnego z Tarnowskimi Górami, to maluje ciekawy świat przedstawiony z nastoletnią, lecz wyrazistą główną bohaterką, młodą astrolog. Gdybym mogła przeczytać więcej opowieści z tego świata, to naprawdę z chęcią bym się za nie zabrała.

Z kolei najlepszym moim zdaniem tekstem w tym zbiorze ogólnie rzecz ujmując jest… opowiadanie o zombie. A przypominam, że ja za zombie nie przepadam. „Inni, my, inni” Krzysztofa Matkowskiego ma ciekawą konstrukcję, w ciekawy sposób buduje bohaterów i jest po prostu naprawdę solidnym tekstem.

Antologię zamyka „Nie ma gór w Tarnowskich Górach” Iny Goldin, tekst ograny wokół konceptu „co by było, gdyby pisarka X postanowiła napisać opowieść o…”. Osobiście najzwyczajniej w świecie nie kupuję tej formy.

Jak więc widać, moim zdaniem sporo jest tu tekstów, którym czegoś brakuje, nawet jeśli nie są kategorycznie złe. Ale szczególnie tekst Galiny i Matkowskiego trochę mi to wynagrodziły, a uważam, że nawet dla poznania pojedynczych interesujących nas nazwisk (bo tej dwójki wcześniej nie znałam) warto dawać antologiom szansę. Zwłaszcza tak interesującym koncepcyjnie.



niedziela, 19 lutego 2023

Piknik na skraju drogi i inne utwory: ciekawe koncepty, ale...

 

„Piknik na skraju drogi i inne utwory” to omnibus długi na jakieś 900 stron, zawierający pięć powieści Arkadija i Borysa Strugacckich. Nazwisko tych braci jedynie wcześniej „obiło mi się o uszy”: czytając omówienia i relacje o polskiej fantastyce z PRL-u, raz na jakiś czas się pojawiało, ale nigdy nie zgłębiałam ich tematu bardziej. W końcu jednak przyszła na to okazja, w trakcie odkryłam, że to kolejni twórcy, którzy nie są dla mnie, tak po prostu.

Piknik na skraju drogi i inne utwory
Arkadij Strugacki, Borys Strugacki
wyd. Prószyński i s-ka, 2021

Początkowo wydawało mi się, że wszystko jak najbardziej gra. Być może to kwestia tłumaczeń, ale sam styl wydawał mi się bardzo klarowny, przystępny i zaskakująco współczesny. Jednak przy tym autorzy podają ekspozycje w inny sposób, niż robi się to obecnie, bądź też nie ma jej w ogóle, jakby świat przestawiony był dla nich jasny. To kończyło się tym, że musiałam sprawdzać opisy historii w innych źródłach i dopiero wtedy zaczynałam jako-tako jarzyć o czym w ogóle czytam. 

Jest tu trochę fajnych konceptów, które do dziś wydają się albo fajne pod kątem komercyjnym, albo po prostu interesujące. Mamy więc np. instytut badający magię, czy świat z zonami, w których kosmici pozostawili swoje przedmioty. Pojawia się też motyw kosmicznego podróżnika badającego quasi-średniowieczny świat, jak w „Panu Lodowego Ogrodu” Grzędowicza (choć ten pojawił się znacznie później i być może był nawet częściowo zainspirowany pracą Strugacckich). 

Mam wrażenie, że tu pojawia się ten sam problem, który mam z powieściami z PRL-u: nie potrafię wyłapać dwuznaczności, myślę już inaczej, niż twórcy, na inne rzeczy zwracam uwagę. Zwłaszcza że jednak jestem czytelnikiem wychowanym na literaturze anglosaskiej i polskiej, acz bazującej raczej na dziełach zachodnich. Ponadto generalnie nie przepadam za marazmem i smutkiem, jaki pojawia się w literaturze wschodniej, więc to może być kolejny powód, dla którego taka literatura nie jest „moja”.

To wszystko sprawia, że ja po prostu nie czuje się na siłach, by w pełni przeanalizować każdą z tych powieści. Sprawdziłam je. Nie podobają mi się do końca, choć widzę, że mogłyby, gdyby zostały napisane trochę inaczej. Dobrze, że się za nie zabrałam i sprawdziłam, bo teraz Strugaccy nie będą tylko słowem, na które czasem wpadam, a faktycznymi pisarzami, któremu udało się przebić twórczością z Bloku Wschodniego na zachód. Ale czy będę grzebać w ich twórczości dalej? Raczej nie w najbliższej przyszłości.


czwartek, 2 czerwca 2022

Magia i ogień: szkoda na to czasu


Molly powróciła do swoich rodzinnych stron: do krainy logiki, postępu i strachu przed magią. Jeśli jednak jej bliscy mają przetrwać, musi rozpocząć polityczną grę. Co wspólnego z całym magicznym zamieszkaniem ma jej brat i czy jej przyjaciele z Północy dadzą radę przetrwać?

„Magia i stal” to książka, która okazała się przynajmniej drobnym rozczarowaniem, przynajmniej dla mnie. Liczyłam na steampunk dla dorosłych, a dostałam raczej przeciętną powieść młodzieżową, która przy okazji jedynie ustanawiała główną bohaterkę, będąc preludium do dalszych przygód. Z tego jednak powodu drugi tom, czyli „Magia i ogień”, mógł okazać się lepszą historią.

Magia i ogień
Nik Pierumow
wyd. Akurat, 2019
cykl Blackwater, t. 2

Otóż nie, a przynajmniej nie dla mnie.

Sam pomysł na świat Nika Pierumowa jest całkiem ciekawy. To w końcu alternatywna wersja rzeczywistości, w której naród quasi-brytyjski oraz quasi-rosyjski przez jakieś magiczne szambo znalazły się obok siebie. Pierwszy z nich jest stoi rozwojem i logiką, drugi magią i emocjami. Z tego można stworzyć naprawdę niezłą historię… o ile główna bohaterka nie ma 12-lat, a stawka nie jest zbyt wysoka.

Ja najzwyczajniej w świecie nie wierzę w tę opowieść. Dorośli nie są tu dorosłymi, a dziećmi w ciele dorosłych, które powierzają innym dzieciom niby-poważne zadania, knując niby-poważne rzeczy. Gdybym czytała tę powieść w szkole podstawowej, pewnie nie przeszkadzałoby mi takie podejście, ale obecnie po prostu takie podejście do fabuły sprawia, ze nie potrafię zaangażować się w historię. Dlatego samo czytanie było dla mnie trochę bezemocjonalne i najzwyczajniej w świecie nudne.

Ponadto byłam z jakiegoś powodu przekonana, że czytam dylogię. Dlatego liczyłam, że w tych dwóch częściach po prostu zamknie się cała opowieść i już. A tu niespodzianka! To zaledwie drugi z wielu tomów, z których pozostałe na polski nie zostały przetłumaczone. W związku, z czym to tylko jedna część z tasiemca, którego nawet nie mam jak skończyć czytać, jeśli chciałabym robić to w moim ojczystym języku. Dodajmy do tego fakt, że Nik Pierumow to Rosjanin, a od kiedy tę powieść kupiłam, zmieniła się trochę światowa sytuacja i może lepiej po prostu na takie książki nie wydawać.

Ja najzwyczajniej w świecie po prostu nie polecam. Nie dość, że jednak z powodu tego, co stało się na granicy, lepiej ograniczyć inwestowanie w rosyjskie przedmioty czy też kulturę, to na dodatek ani to nie jest szczególnie dobre, ani szczególnie wciągające, ani zakończone. Po prostu w moim odczuciu szkoda na „Magię i ogień” czasu.



wtorek, 25 stycznia 2022

Magia i stal: to nie wyglądało na książkę dla dzieci!


Molly ma 12 lat, wymagającą matkę, kochającego ojca i wielką pasję do maszyn, z których słynie Imperium. Gdy odnajduje w sobie magię, wie, że w rodzinnym państwie nie ma dla niej miejsca. Chcąc uratować swoją rodzinę, planuje ucieczkę.


Przyznam, że jest to nieco irytującem gdy wygląd książki nie sugeruje tego, czym dany tytuł jest. „Magia i stal” to powieść raczej dla młodszej młodzieży, czego po okładce kompletnie nie widać. To zaś pewnie częściowo przyczyniło się do jej małej popularności, a także trochę niższych ocen, bo po prostu to nie jest powieść, z której dojrzały czytelnik będzie w pełni zadowolony. Sama sięgałam po nią, jako po potencjalnie ciekawy, rosyjski steampunk. Dostałam zaś całkiem interesującą, ale mimo wszystko prostą w konstrukcji powieść dla dzieci. Jej autorem jest Nik Pierumow, rosyjski pisarz, który zdobył w swoim kraju wiele nagród, a od końca XX wieku mieszka w USA.

Magia i stal
Nik Pierumow
wyd. Akurat, 2018
Blackwater, t. 1

Dość długo byłam przekonana, że Molly szybko dorośnie. Że gdy trafi tam, gdzie ma trafić, autor zrobi czasowy przeskok i okaże się, że jest to jednak książka dla starszego czytelnika. Głównie za sprawą języka, który jest wprawdzie bardzo lekki, ale nie infantylny. Nie ma w sobie tego czegoś, co zwykle powieści dla tego targetu mają. Jest w nim na tyle powagi, że naprawdę długo wydawało mi się, że bohaterka dorośnie.

Niestety, to się nie dzieje i w gruncie rzeczy dostajemy powieść, która jest wstępem do kolejnej. Molly ucieka, zdobywa przyjaciół, uczy się i tak naprawdę dopiero na samym końcu powieści jest bohaterką dojrzałą na tyle, aby cokolwiek w tej fabule samodzielnie zdziałać. Nie mam nic przeciwko, ale gdyby autor zrobił przeskok 3-4 lat to już w drugiej połowie książki Molly mogłaby stać się po prostu istotniejszą postacią.

Przyznaję, że jest coś ciekawego w świecie wykreowanym przez Pierumowa. Nie jest on może bezbłędny, ale wyjaśnienie, czemu Imperium Brytyjskie oraz Rosja są tak blisko siebie i tak różnią się od tych faktycznych jest całkiem intereusjące. Może nie najmądrzej wyjaśnione, ale wystarczająco, bym mogła to po prostu kupić. Inaczej niż w przypadku innej powieści dla podobnego targetu, czyli „Zabójczych marzyn”. Jednocześnie mimo w miarę ciekawego świata, autor tworzy prostą fabułę, której zakończenie dla dorosłego czytelnika szybko stanie się jasne.

Bohaterowie tej powieści są stosunkowo sztampowi, prosto napisani i prowadzeni, ale to po prostu adekwatny poziom do tej historii, jej targetu i skomplikowania. Jeśli zaś chodzi o stempunkową duszę tej książki to choć ona tu jest, to nie jest to mój ulubiony klimat tego typu powieści, ale to jest już sprawa dość indywidualna. Tak naprawdę para i maszyny występują w największym stężeniu na pierwszych 170 stronach, potem autor trochę jakby o tym zapomina.

W ogóle te pierwsze 170 stron to chyba najciekawszy element powieści. Później w moim odczuciu wjeżdża zupełna sztampa (szkolenie Molly), która mnie po prostu nudziła.

Choć nie jest to nic wyjątkowego, to wydaje mi się, że nie jeden czytelnik, zwłaszcza młodszy, dobrze bawiłby się przy tej lekturze, a o to przecież chodzi. Niestety, ta historia nie zdobyła szczególnego rozgłosu przy premierze i dziś mało kto o niej pamięta. A szkoda, bo naprawdę dużo słabsze i mniej interesujące rzeczy zdobywają obecnie olbrzymią popularność.



sobota, 3 grudnia 2016

Futu.re: Nadszedł czas na nieśmiertelność

Po przeczytaniu całej serii o Metrze Glukhovskyego dobrze wiedziałam, że w chce jak najszybciej dobrać się do Furu.re - i choć dopiero po paru miesiącach to w końcu do tej pracy się dobrałam :D

Tytuł: Futu.re
Autor: Dmitry Glukhovsky
Liczba stron: 640
Gatunek: antyutopia


Pokonaliśmy śmierć. Ludzkość od zarania dziejów dążyła do nieśmiertelności i w końcu ją osiągnęła. Jej koszt jest jednak ogromny. Europa jest przeludniona i chwieje się, będąc na skraju przepaści ekonomicznej. Dlatego potrzebni są oni - Nieśmiertelni, którzy pilnują ładu i strzegą świat przed upadkiem. Nie myśl więc, że uda Ci się wychować dziecko nie tracąc przy tym swojej nieśmiertelności.

Glukhovsky jest autorem, który uwielbia niepewność, plątaninę korytarzy, brud, mrok i ciemność. Widać to jednak nie tylko w jego debiutanckim Metrze 2033 - mimo, że Futu.re to powieść opowiadająca o XXV wieku to jej klimat jest bardzo zbliżony do tamtej,  postapokaliptycznej historii. Ta przyszłość chce być utopią, ale nie potrafi być. Ludzie chcą być równymi sobie bogami - ale równość to wielkie kłamstwo, a człowiek nie został stworzony do bycia wszechmogącym i wiecznym. Rząd wprawdzie próbuje wmówić ludności, że osiągnęli sukces, jednak życie pokazuje coś zupełnie innego.
W tak ciężkim klimacie i niesprzyjających warunkach autor daje życie pewnemu Nieśmiertelnemu. Mężczyźnie, który urodził się poprzez przestępstwo i wykonuje swoją robotę wybitnie skrupulatnie. Z resztą, to nie on wydaje rozkazy, by kobietom przerywać ciąże, odbierać dzieci oraz nieśmiertelność, a dobrze wie, że jego zadanie jest nadzwyczaj istotne - w końcu gdyby nie jego oddział, ludzkość szybko umarłaby z głodu. I tak przestrzeń życiowa w Futu.re jest już ograniczona do minimum.
Wszystko zmienia się, gdy pewien pan minister zaprasza Jana, bo tak się nasz bohater nazywa, do siebie, aby dać mu do wykonania pewne zadanie. Ma pozbyć się przywódcy Partii Życia, który ma zamiar zburzyć europejską równowagę.
Futu.re to bardzo dobra historia, utrzymująca klimat i napięcie dokładnie tak, jak powinna. Wprawdzie część początkowa nieco mi się dłużyła, jednak im bardziej zagłębiałam się w historię, tym bardziej mnie zaskakiwała i zachęcała do czytania kolejnych stron. Futu.re to sześćset stron małego dzieła sztuki po które każdy fan antyutopii powinien sięgnąć.
Główny bohater, Jan, to postać ze słabościami. Nie jest doskonały. Próbuje myśleć, próbuje postępować racjonalnie - ale jest tylko człowiekiem i nie zawsze mu to wychodzi. Mimo to trudno mu nie kibicować,  nawet, gdy popełnia głupoty, zwłaszcza, że cała historia napisana jest w pierwszej osobie. No bo właśnie, gdyby nie jego błędy cała fabuła nie miałaby możliwości na zaistnienie.

Mimo, że Futu.re okazało się wcale nie gorsze od tak uwielbianego przeze mnie Metra muszę przyznać, że nie jest to książka dla każdego. Debiut Glukhovsky'ego był zdecydowanie delikatniejszy -ta powieść zaś nie przebiera w słowach i opisach. Potrafi być dość brutalna, a gierek politycznych tu nie brakuje. Dlatego zdecydowanie nie jest to powieść dla dzieci, czy osób, które nie czują się na tyle dojrzałe psychicznie, by po coś takiego sięgnąć. Wszystkim innym jednak z czystym sumieniem polecam. To kawał dobrej historii, która wciąga i pokazuje nam bardzo ciekawie skonstruowaną wizje przyszłości.

* * *
Ludzie marzyli o tym od milionów lat - zwyciężyć śmierć, pozbyć się jej ciężaru, przestać żyć w wiecznym strachu, stać się wolnymi! Ledwo się wyprostowaliśmy, ledwo nasze ręce chwyciły kij, a już myśleliśmy, jak oszukać śmierć. I przez całą naszą historię, a nawet jeszcze wcześniej, kiedy historia była pogrążona w nieświadomości bezczasem, dążyliśmy tylko do tego. Ludzie pożerali serca i wątroby swoich wrogów, szukali legendarnych źródeł tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, zjadali sproszkowane rogi nosorożca i sproszkowane kamienie szlachetne, uprawiali seks z dziewicami, wydawali majątki na alchemików, żarli same węglowodany albo same proteiny zgodnie z zaleceniami gerontologów, uprawiali jogging, wydawali majątki na szarlatanów chirurgii plastycznej, żeby tu i ówdzie podciągnęli im skórę i wygładzili zmarszczki... Wszystko po to, aby pozostać wiecznie młodymi - albo chociaż na takich wyglądać. Nie jesteśmy Homo sapiens. Jesteśmy Homo ultimus.

Fragment powieści Futu.re Dmitra Glukhovsky'ego



niedziela, 25 września 2016

Metro 3035: Jeśli nie my, to kto?

 
Trzy książki - i wszystkie trafiły w moje ręce dość niespodziewanie. Tym razem jednak na mojej półce pojawiło się nie zwykłe, a limitowane wydanie, które, nie tylko dało mi nadzieję na dobrą Btw. poniższa recenzja zdobyła wyróżnienie na Taniej Książce w konkursie, dzięki czemu dostałam pozycję Agaty Christe do przeczytania. Jeeej ;)

UWAGA. Wiem, że parę osób mnie nominowało do tagów, jednak... nie robiłam ich na już nie mając na to nastroju w danym momencie, a teraz wszystko mi się pogubiło ;/ Także jeśli ktoś mnie do czegoś nominował i zależy mu na mojej odpowiedzi proszę o przypomnienie mi o tym pod tym postem. Jeśli nie dałam Wam odpowiedzi z informacją, że tag wykonam oznacza to, że komentarz gdzieś mi się stracił.

Tytuł serii: Metro 2033
Tytuł: Metro 2035
Numer tomu: 3
Autor: Dmitry Glukhovsky
Liczba stron: 546
Gatunek: post-apokalipsa

Pogrążony w złym nastroju Artem co dzień wychodzi na powierzchnie, szukając kontaktu z ocalałymi. Gdy na jego stacji pojawia się Homer, chcący dowiedzieć się, co stało się dwa lata temu, stalker prawie go zbywa... jednak w chwili, w której dowiaduje się, że starzec wie coś o żywych ludziach poza Metrem, wyrusza wraz z nim, aby odnaleźć pewnego radiotelegrafistę.

Pierwsza część trylogii sprawiła, że uznałam post-apokalipse za gatunek, który jednak może być fajny. Druga wypadła w moich oczach zdecydowanie gorzej: zdawała się być powtórką z części pierwszej, jedynie z innymi bohaterami. Nie wiedziałam więc, czego spodziewać się po zakończeniu serii i podeszłam do niej w miarę neutralnie. Prędko okazało się jednak, że nie miałam się kompletnie czego obawiać. Choć Metro 3035 zdecydowanie odstaje od dwóch poprzednich serii, to jest nie gorsze od tomu pierwszego.
Metro 2035 zaczyna się standardowo. Dwójka głównych bohaterów - Artem, poznany w pierwszej części oraz Homer, główny bohater tomu drugiego - wyruszają szukając legendarnego ratunku dla mieszkańców metra: innych miejsc na świecie, w których człowiek przeżył. Tak jak i w poprzednich częściach wędrują, a w czasie ich wędrówki bezustannie coś idzie nie tak. Dość długo myślałam, że tak właśnie będzie wyglądał cały trzeci tom. A później... później wszystko zaczęło się zmieniać.
źródło
Opisy tuneli i legendy tak powszechne w metrze powoli zaczęły odchodzić na drugi plan, pozwalając na główną scenę wejść... polityce.
Przez dwa pierwsze tomy autor budował świat, kreował go, mamił czytelnika - a w ostatnim pokazuje, że wszystko co stworzył, miało tak na prawdę większy sens, głębszy podtekst. Sam klimat Metra nie jest tu już aż tak odczuwalny, ale właśnie dlatego, że autor potrzebuje masy stron, aby to wszystko w ciekawy sposób przed czytelnikiem odkryć i wyjaśnić.
Uwielbiam styl Glikhovskyego. Naprawdę, uwielbiam. Nie wiem, na ile w tym jest autora, a na ile tłumacza, ale Metro 2035 po prostu świetnie mi się czytało. Tom drugi potrafił mnie nieco przynudzać przez opisy, których było nieco za dużo, tu jednak niczego takiego nie odczułam. Zakończenie serii to dobrze napisana, pełna akcji historia w której dzieje się aż za dużo.
Samych bohaterów mamy całkiem sporo. Tom pierwszy i drugi zazębiają się, tworząc spójną całość, Kto wolał Artema i stalkerów - dostał ich. Wolisz  Homera i Saszę? Spoko, oni też się tu pojawią. Czy tak, jak sobie tego wymarzyłeś? Niekoniecznie, ale jednak - są. Żyją swoim życiem i podejmują decyzje, niekoniecznie właściwe, ale zawsze z konkretnych, zwykle logicznych powodów. Bohaterowie to zdecydowanie kolejny mocny punkt tej historii.
Zakończenie Metra 2035 było dla mnie z jednej strony nieco bolesne, z drugiej... było po prostu dobrym wyjściem z sytuacji. Inaczej, lepiej - chyba się po prostu nie dało. Nie chce jednak pisać więcej na ten temat z oczywistych powodów.
Jeśli nie czujecie polityki, jeśli chcecie samego wędrowania po metrze i tony przygód oraz mutantów: zostawcie Metro 2035. Naprawdę, możecie sobie zniszczyć tym opinię o całej serii. Ale... jeśli tylko nie macie nic przeciwko gierkom przywódców i lubicie to obserwować, Metro 2035 może być dla Was wręcz doskonałym kawałkiem literatury i wręcz musicie po nie sięgnąć. Zdecydowanie, warto było przebrnąć przez nieco nudniejsze Metro 2034 dla właśnie takiego zakończenia trylogii.

* * *

Żyć znaczyło teraz dla niego, by choć na krótko, choć przez pół godziny, choć przez dziesięć krótkich minut - ot tak, w zwykłym ubraniu, bez ciasnej gumy - iść o północy ulicą, tak jak szedł z mamą za rączkę dwadzieścia lat temu; jak dwadzieścia lat temu chodzili wszyscy.
Albo jak dwadzieścia siedem lat temu, ale być może podczas takiej samej nocy, a nawet tą samą ulicą, szła jego mama, młoda i koniecznie piękna, obejmując się z bezimiennym ojcem jeszcze nieistniejącego Artema. Kim on był? Co jej mówił? Dlaczego odszedł? Na kogo wyrósłby Artem, gdyby ojciec został?


Fragment z książki Metro 2035 Dimitry'ego Glukhovsky'ego

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Metro 2034: Powrót do post-apokaliptycznych stacji



Tak jak i nie sądziłam, że będę czytać pierwszy tom, tak samo niespodziewanie w moje ręce wpadł drugi :) Metro 2035 zostało pierwszą książką jaką przeczytałam w 2016 roku. Na starcie jednak, wszystkich niezapoznanych z serią zapraszam do mojej recenzji pierwszego tomu: w innym wypadku ta opinia może być dla Was spojlerem. A wspomniany tekst znajdziecie TUTAJ.
Nim jednak przejdę do rzeczy, mam nadzieję, że nowy wygląd bloga jest dla Was przyjemniejszy, niż poprzedni :)

Tytuł serii: Uniwersum Metro 2033
Tytuł: Metro 2034
Autor: Dmitry Glukhovsky
Liczba stron: 480
Gatunek: fantastyka postapokaliptyczna

Pierwsza część Metra wywołała u mnie nie mały zachwyt. Styl, fabuła, świat... wszystko idealnie się ze sobą zgrywało i po prostu chciałam więcej. Dlatego też gdy nadarzyła się okazja od razu sięgnęłam po kontynuacje, stawiając jednak jej dość wysoko poprzeczkę.
Metro 2034 przynajmniej pozornie nie ma wiele wspólnego z częścią pierwszą. Poznajemy w niej Homera - starszego mężczyznę, któremu wybuch atomowego konfliktu odebrał wszystko. Od tamtej pory wykonuje sumiennie swoje obowiązki w Metrze, głęboko w sobie kryjąc marzenie o tym, aby napisać powieść, wielki epos, który pozna każdy żyjący w jego świecie. Gdy pewnego dnia karawana transportująca towary do jego stacji znika, a kontakt z sąsiednią urywa się, tajemniczy Hunter zgłasza się, aby zbadać sytuacje. Wraz z nim w podróż wybrać ma się Homer wraz z młodym Ahmedem. Wkrótce odchodzą. Nikt z żyjących nie spodziewa się zobaczyć ich znów żywych.
Gulkhovski znów zachwyca lekkim stylem, klimatycznymi, celnym porównaniami oraz niezwykle żywym światem. Metro 2034, podobnie jak poprzednia część, może wciągnąć i skończyć się niezwykle szybko. Poza tym nie raz odnosiłam wrażenie, że to nie sama linia fabularna jest w powieści najważniejsza, a to, co dzieje się wokół. Autor znów wypełnił treść legendami, historiami pojedynczych jednostek, opisami zniszczonej Ziemi i bólem tych, którzy przeżyli. To sprawia, że sama podróż do jego uniwersum jest czymś niezwykłym - mamy wrażenie, że trafiamy do realnego świata, a nie odseparowanej, płaskiej rzeczywistości.
Choć świat dalej jest niezwykły, a bohaterowie dobrze skonstruowani, kontynuacja jest jednak zdecydowanie słabsza od pierwszej części. Zdaje sobie sprawę z tego, że wiele osób nie przepada za drugim tomem przez nikły wątek dotyczący Artema, bohatera pierwszej części, jednak myślę, że nie to stanowi sedno problemu, jaki ma Metro 2034.
Pierwszy tom był czymś zupełnie zaskakującym. Nowym, świeżym. Świat chciało się poznawać, fabuła zachwycała zmiennością i tempem akcji, za każdym rogiem czaiła się nowa przygoda. W tej części Gulkhovski jakby trochę się rozleniwił. Wykorzystuje te same schematy, dość łatwo przewidzieć, co się stanie dalej. I choć sama akcja brnie, jest cały czas obecna, może znudzić co mniej wytrwałych czytelników.
Ta powieść jest dobrą, lecz nie genialną kontynuacją Metra 2033. Oczywiście, dla fanów uniwersum jest to lektura obowiązkowa i nie wątpię, że ci ją polubią, ale jeśli jesteś po lekturze pierwszego tomu, który nijak przypadł Ci do gustu nie licz na to, że kolejna część poprawi Twoją opinię o serii. No, chyba, że akurat dostrzeżesz w niej coś, czego nie mogłam dostrzec ja :)

sobota, 29 sierpnia 2015

Metro 2033

O tej książce słyszałam już dawno, nie sądziłam jednak, że szybko ją przeczytam. Skoro wszyscy i tak już ją znają, a moje pierwsze spotkanie z autorem zdecydowanie nie było udane, to po co mam męczyć samą siebie i po nią sięgać? Los jednak chciał, by jeden z tomów trafił w moje ręce...


Tytuł serii: Uniwersum Metro 2033
Tytuł: Metro 2033
Autor: Dmitry Glukhovsky
Liczba stron: 597
Gatunek: fantastyka postapokaliptyczna

Świat został zniszczony przez konflikt atomowy. Ci nieliczni, którzy go przeżyli, wiodą życie w moskiewskim Metrze, które dzięki swojej konstrukcji, pozwoliło im przetrwać. Mamy 2033 rok. 
Artem nie pamięta już świata u góry - katastrofa miała miejsce, gdy był zaledwie kilkuletnim dzieckiem. Jest sierotą, którą zaopiekował się jeden z wojskowych. Mieszka na stacji WOGN, w której zaczyna dziać się coś złego... Do pilnie strzeżonego wyjścia podchodzą Czarni, budząc we wszystkich strach. Jako młody i silny mężczyzna, Artem dostaje ważną misje - poinformować Polis, stolice Metra o tym, co dzieje się na granicach. Jednak wędrówka ciemnymi korytarzami wcale nie jest taka prosta...
Wyjaśnijmy sobie jedno - nie lubię dystopii. Nienawidzę tego wszechogarniającego głosu, który mówi Ci - to już koniec ludzkości, nie ma nic, nic się nie zmieni, tu nie da się przetrwać. Dlatego gdy otworzyłam Metro 2033 i przeczytałam kilka pierwszych stron poczułam się strasznie tym przytłoczona. Miałam świadomość tego, że powieść czyta się szybko i płynnie, że całość zdaje się być dobrze skonstruowana... ale to poczucie bliskości końca nie dawało mi spokoju. Ale skoro zaczęłam, jak mogłabym nie skończyć? 
Ale dobrze, że nie zrezygnowałam. O ile na początku rzeczywistość Metra 2033 wydawała mi się bardzo realna i boląca, to im dalej brnęłam, tym bardziej czułam się jak w jakimś fantastycznym świecie, a nie, na naszej zniszczonej bombami nuklearnymi Ziemi.
To bardzo dobra historia. Na prawdę. Inteligencja Glukhovskiego zadziwia. Samemu stylowi autora nie mam co zarzucić. Powieść, mimo, że ma sporo stron, wcale się nie dłuży, czyta się ją dość lekko, ale mimo to, nie raz można zdziwić błyskotliwymi porównaniami narratora. 
Nie jest to jednak jedyny plus tej pozycji! Ba, minusy? Ja chyba takich w niej nie znalazłam. Ale wracając, sami bohaterzy też są bardzo dobrze skonstruowani. Artem, mimo dość młodego wieku, ma głowę na karku, choć też popełnia sporo błędów, a ci, których spotyka w czasie swojej wędrówki (a jest ich na prawdę wielu!) również są bardzo ciekawi i przy tym niezwykle różnorodni. 
Fabularnie - mistrzostwo. Dawno już zakończenie powieści tak mnie nie zdziwiło. Zwrotów akcji tu nie brakuje, w Metrze bezustannie coś się dzieje i nawet jedyne, co mogłabym uznać za niewielki minus to właśnie, nadmiar tego wszystkiego. Każdy rozdział przynosi nową przygodę, nowe wydarzenie, niekoniecznie mocno powiązane z głównym wątkiem, aczkolwiek dalej będące czymś ciekawym, czymś, czego zakończenie aż chce się poznać. 
Kreacji świata też nie mogę nic zarzucić. Tak, jest brudny, dołujący. Cuchnie. Szczury są praktycznie wszędzie, nie brakuje też faszystów, czy komunistów, chcących odbudować świat na starych zasadach. Ale mimo tego, a może właśnie - przez to - jest niezwykle ciekawy. Gluhovsky dopilnował, aby jego uniwersum było tajemnicze, ale przy tym niepozbawione szczegółów, własnych mitów i legend, których na prawdę wiele możemy znaleźć w powieści. Dzięki nim świat zdaje się żyć i nabiera realności.
Strach w metrze jest wszechobecny. Ludzie są zwykle biedni, ledwo udaje się im wyżyć, robią wszystko, byleby przetrwać. Wierzą w to, co im podsuną - byleby tylko mieć jakiś cel. Czytelnik może się w tym nieźle pogubić: bo kto w końcu ma racje? Które legendy są prawdziwe? Które nie? Nieraz irracjonalne wybory w tym świecie są na porządku dziennym i nic w tym dziwnego. Bo jak można myśleć logicznie, próbując odbudować nieistniejący już świat?
Chyba nie mogę zrobić niczego innego, jak polecić tą książkę tym, którzy jeszcze po nią nie sięgnęli, bo szkoda przegapić coś tak dobrego. I choć dalej uważam, że dystopie nie są dla mnie, to ta zdecydowanie przypadła mi do gustu.

środa, 30 kwietnia 2014

Namiestniczka. Księga I

Ahoj! Mam dla Was przygotowaną już trzecią na tym blogu recenzje :) Mam nadzieję, że Was nie zanudzę, a pod postem zapraszam do dodawania swoich opinii zarówno o 'Namiestniczce', jak i o moich wypocinach.

Seria: Namiestniczka
Tytuł: Namiestniczka. Księga I
Autor: Wiera Szkolnikowa
Liczba stron: 824
Gatunek: fantasy

Przywykłam już, że sięgając po polską fantastykę ulegam natychmiastowemu zachwytowi, bezsprzecznej miłości do autora i chęci sięgnięcia po kolejne jego dzieło. Co prawda, Szkolnikowa Polką nie jest, ale nazwisko jak najbardziej słowiańskie dlatego wzięłam ją za członkinię naszej nacji. Z tego powodu po Namiestniczkę sięgałam bez najmniejszych uprzedzeń i z ogromną, powiedziałabym, radością.
Opis z tyłu okładki książki, mówiący nam o wykształconej i twardej Enrissie, która będzie świadkiem wypełnienia się jakiejś starodawnej wróżby wprawdzie nie przyciągnęło za bardzo mojej uwagi, ale cóż... jego twórcy obiecują nam również wciągające epickie fantasy, dlatego postanowiłam im początkowo uwierzyć.
Niestety, bardzo szybko się rozczarowałam... ale po kolei. 
Może najpierw krótko choć częściowo opisze, o co w ogóle w tej książce chodzi. A no mianowicie, mamy jakieś wielkie imperium, którym włada tak zwana namiestniczka. O co z nią właściwie chodzi? Według jakiejś legendy, niegdyś ową zmyślona krainą rządził król. Po jego przedwczesnej śmierci, władzę przejęła jego młoda żona, zdobywając tym samym wcześniej wymieniony tytuł. Po jej śmierci, specjalnie wyznaczona rada zaczęła wyznaczać kolejne namiestniczki: kolejne żony króla, muszące udawać, że są po uszy zakochane w kamiennym posągu. Władczyni ma pod sobą szereg lordów oraz przynależnych sobie krain, którymi nie włada bezpośrednio, a jej władza ogólnie rzecz biorąc, jest dość mocno ograniczona. Obecną namiestniczką jest Enrissa - młoda, piękna i inteligentna kobieta. 
Pomysł nie powiem, jest dość... dziwny i niesmaczny, ale powiedzmy, że jest w porządku - w końcu sami żyjemy w demokratycznym państwie, i u nas głowę państwa wybieramy przez głosowanie, w gruncie rzeczy, nie jest to nic nadzwyczajnego. Niestety, już po kilku pierwszych stronach zebrałam od książki pierwszy cios - poznajemy najpierw dwie kobiety, które główną bohaterką w żadnym razie nie są i nie dość, że do najciekawszych postaci nie należą, to jeszcze autorka od razu rzuca nas w wir ich rozmyślań, nie dając ich nawet choć trochę poznać, przywiązać się do nich... Po kolejnych kilku stronach poznajemy Enrisse, której zachowanie, myśli oraz zwyczaje również nie różnią się jakoś szczególnie od opisów dwóch poprzednich kobiet...  A to miała być inteligentna, bystra władczyni! I znów, po raz kolejny, od razu jesteśmy zmuszeni wysłuchiwać jej myśli... a jako, że przynajmniej dla mnie na tym etapie powieści była bohaterem nic nie znaczącym i niezbyt interesującym, dlatego, szczerze mówiąc, nie bardzo mnie obchodziły.
Poznajemy jeszcze kilku bohaterów w krótkich, również niezbyt ciekawych opisach: są monotonni i choć autorka wyraźnie próbuje ich jakoś scharakteryzować, to nie bardzo jej to wychodzi. Wprawdzie ich cechy podane są niemalże dosłownie, wypisane ciurkiem, ale ich zachowanie niezbyt często je potwierdza.
Nawet nie zdążymy ogarnąć świata, w jakiego wir rzuca nas powieść, a już okazuje się, że cała ta Enrissa, która niedawno wstąpiła na tron, ale i tak wszyscy się nią zachwycają i ją uwielbiają, ma do wykonania wyjątkowo ważne zadanie (a jakże!) - musi... odnaleźć książkę, bo bez tego wypełni się niezbyt przyjemna dla imperium przepowiednia, czy coś w ten deseń. Ciekawe? Może dla niektórych, mi ten pomysł wydał się po prosu nieco dziecinny i śmieszny. Ale... niech będzie autorce, to fantastyka, tu wszystko wolno.
Miałam nadzieję, że wyniknie z tej powieści jeszcze coś ciekawego, ale... nie miałam już chyba na co liczyć. Szybko okazało się, że cała powieść bardziej przypomina kronikę, niż zmagania się konkretnych, ważnych charakterów: dostajemy jedną scenkę, niezbyt ciekawie opisaną, potem życie troczy się przez kilka miesięcy, bądź też lat i znów jesteśmy na kolejne ważne wydarzenie skazani. Chwilami wychodzi to dość komicznie. Przykładowo, jeden z głównych wątków miłosnych polega na tym, że w jednej scence poznajemy bohatera i w kolejnej ot tak, z niczego, wyznaje miłość kobiecie... I choć owszem, mamy wiele przykładów takich książek (Romeo i Julia choćby), to tam przynajmniej tą miłość czujemy! Tu, całe to wyznanie wydaje się być tylko głupim żartem, pustymi słowami...
Bohaterów jest dużo, ale jak już wcześniej pisałam, są w większości źle określeni. Ba! Jeśli Szkolnikowa już kogoś nie potrzebuje po prostu usuwa go w jakiś sposób z fabuły, albo o nim więcej nie wspomina. Chwilami musiałam dłużej sobie przypominać, kto kim właściwie jest, bo mimo, że starałam się czytać powieść dość dokładnie, bardzo często mi te informacje umykały.
Podsumowując, Namiestniczka nie jest na pewno godną polecenia powieścią - bardzo, ale to bardzo się na niej zawiodłam. W końcu w fantastyce najważniejsza chyba jest psychika bohaterów, obserwowanie ich zmian, ich wyborów, nie raz bardzo trudnych. W końcu ten gatunek to po prostu baśnie dla nieco starszych: historie, które mogą wydarzyć się na prawdę, zmuszające do jakiś przemyśleń, otoczone tylko kolorową otoczką, by ciekawiej się je czytało. Namiestniczka zaś to tylko kronika, z niezbyt ciekawą i nieprzemyślaną w pełni fabułą (nawet zwroty akcji, które powinny być ciekawe w większości okoliczności przez styl pisarki po prostu zginęły w całości), nieciekawymi charakterami oraz brakiem jakiejkolwiek dawki "epickości", którą przecież obiecuje nam napis z tyłu okładki.
Nie mam pojęcia, komu może się ta powieść spodobać... Co prawda widać w niej próby stworzenia czegoś na wzór Pieśni Lodu i Ognia, ale próby to jednak trochę za mało... Miałam nadzieję, że będę miała ochotę sięgnąć po kolejną część, niestety... ja na pierwszym tomie pozwolę sobie pozostać. 

Nomida zaczarowane-szablony