Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamiętnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamiętnik. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lutego 2023

Antyspołeczny: dobry temat, kiepski autor

Takie to miało być zabawne (pojawia się na okładce ze trzy razy) i pouczające, a w praktyce wyszła z tego bardzo niekompetentna książka. „Antyspołeczny” może porusza istotne tematy, ale niestety, bardzo wiele mu brakuje do tego, aby naprawdę być czymś wyjątkowym.

Nie bez powodu najlepsze reportaże piszą profesjonalni dziennikarze, którzy latami uczyli się zbierać materiał, przerabiać go, a potem przemieniać w książkę, czy film dokumentalny. Nie wystarczy mieć wiedzy na dany temat czy specyficznych doświadczeń, aby być w stanie przekazać to innym w satysfakcjonujący sposób. I niestety, ale Nick Pettigrew jest tego doskonałym przykładem. 

Antyspołeczny
Nick Pettigrew
wyd. Insignis, 2021

Aby sprawa była jasna, najpierw warto wyjaśnić, kim ten pan w ogóle jest. To pracownik społeczny, który zajmuje się rozwiązywaniem spraw lokalnych mieszkańców, np. związanych z przeszkadzającymi sąsiadami, czy z osobami chorymi fizycznie/psychicznie i pozbawionymi pomocy.

Ta książka ma formę po prostu dziennika. Takiego, który z powodzeniem mógłby być publikowany na blogu, czy w mediach społecznościowych. Język jest lekki i wręcz potoczny. Przedstawiane przez autora historie zwykle dotyczą jednego dnia. Czasem wracają, ale nie w jakiś ustrukturyzowany sposób, więc nim człowiek do nich dotrze, to zwykle już zapomni, że w ogóle o tym czytał. 

Sama forma dziennika prowadzonego właściwie dzień po dniu też jest w przypadku książki problemem, dlatego że wiąże się z brakiem selekcji spraw. Nie są one posegregowane tematycznie, autor nie wgłębia się w żaden konkretny rodzaj prowadzonych dochodzeń, a wiele z nich jest bardzo do siebie podobnych, więc łatwo zlewają się w całość. Przy okazji regularnie dostajemy wstawki związane ze zdrowiem psychicznym autora, co oczywiście jest tematem ważnym, ale nie dotyczącym tematu tej książki, więc nie wiem, dlaczego redaktor postanowił je zostawić. 

Wróćmy jeszcze na chwilę do humoru. To autor, który próbuje mieć cięty język, ale kompletnie mu to nie wychodzi, przynajmniej nie w wersji polskiej. Przez co wielokrotnie jego docinki brzmią wrednie, zdają się być pozbawione szacunku do osób, którym autor próbuje pomóc, i to wcale nie wzbudziło we mnie ciepłych emocji w stosunku do niego, co wydaje mi się, że jest zrozumiałe.

„Antyspołeczny” to bez wątpienia książka poruszająca ważny temat i opowiadająca o ciekawym stanowisku. Ale w tej formie to materiał na artykuł albo wywiad, ewentualnie prywatny i nieodpłatny dziennik w sieci, nie na książkę, którą należy sprzedawać w księgarni. Szkoda, bo liczyłam na coś lepszego.


niedziela, 26 września 2021

Ludzie i zwierzęta: zoo staje się Arką

 

Jan i Antonina Żabińscy prowadzili warszawskie zoo, gdy wybuchła II wojna światowa. Próbując ratować i zwierzęta, i ludzi, ryzykowali własnym życiem. W latach 60. Antonina, na bazie swoich wcześniejszych zapisków, stworzyła pamiętnik, w którym opisuje, co działo się wówczas w zoo.

 

Zazwyczaj pamiętniki nie są gatunkiem, który by mnie jakkolwiek interesował. Jednak „Ludzie i zwierzęta” śledzili mnie od dawna, a to za sprawą reportażu radiowego o bardzo podobnym tytule („Ludziom i zwierzętom”). Bez wątpienia te zapiski Antoniny Żabińskiej są opowieścią niezwykle unikatową i naprawdę cenną pod kątem historycznym. W końcu mało kto nie tylko zajmował się pomocą innym w trakcie II wojny światowej, ale był też zamieszany w sprawę warszawskiego zoo w tamtym czasie.

Ludzie i zwierzęta
Antonina Żabińska
wyd. Literackie, 2010

Gdy myśli się o tamtym okresie w historii, człowiek raczej nie zastanawia się nad tym, co stało się ze zwierzętami. Czy to tymi domowymi, czy to właśnie tymi, które można znaleźć w zoo i które przez swoją egzotyczność są o wiele bardziej zależne od człowieka. I chociaż oczywiste jest, że w trakcie wojny to człowiek jest ważniejszy to percepcja osoby, która była z tymi stworzeniami związana, martwiła się o nie jest po prostu czymś niezwykle intrygującym. Dlatego sam początek pamiętnika Żabińskiej naprawdę mnie zafascynował. Z czasem jednak moja relacja z nim zaczęła się trochę psuć.

„Ludzie i zwierzęta” są napisani jednym ciągiem. Brakuje tu podziału na rozdziały i właściwie jedyne, czego można się spodziewać, to światło pomiędzy akapitami, które oznacza, że autorka zmienia myśl na inną. Jednak to nie przeszkadza w samej lekturze. Wydaje mi się, że moje stopniowe znużenie wynikało z tego, w jaki sposób autorka opisuje rzeczywistość.

Przyznaję, sięgając po ten tytuł, oczekiwałam „mięsa”. Dokładnych detali, szczegółów związanych z ratowaniem Żydów z warszawskiego getta, opisów akcji w trakcie bombardowań. Żabińska jest jednak w tym dość ogólna, delikatna. Te informacje się tu pojawiają, ale nie są szczególnie dokładne. Jednocześnie książka jest mocno zorientowana na dzieci oraz relacje domowników ze zwierzętami, które do nich docierały.

Oczywiście perspektywa matki, która opiekuje się malutkimi dziećmi w trakcie wojny jest ciekawa, a w narracji Żabińskiej jest masa, masa ciepła i takiego szacunku zarówno do zwierzęcych, jak i ludzkich przyjaciół, ale po prostu naprawdę nie tego od tej książki chciałam. W pewnym momencie zaczęło mnie to delikatnie irytować, bo „Ludzie i zwierzęta” wyglądają trochę tak, jakby fragmenty ze zwierzętami-domownikami w domu Żabińskich przeplatały te historycznie ważniejsze, ale poważniejsze treści. Rozumiem to, ale jako po-prostu-czytelnik, nie specjalista, czy recenzent, czułam się nieco znużona. To wszystko zdaje się zbyt mocno wygładzone, choć podejrzewam, z czego może to wynikać.

Jednocześnie jestem absolutnie przekonana, że ta książka będzie doskonała do studium przypadku bądź też dobrze nada się do wszystkich prac licencjackich/magisterskich, które analizują kwestię Żydów czy życia zwierząt w trakcie II wojny światowej. Przyznaję, nie znam się na temacie, ale wydaje mi się, że osoba, która wie, co dokładnie działo się wówczas w Warszawie będzie miała szerszy obraz i wyciągnie z tej książki ogrom rzeczy, których ja po prostu nie zauważyłam.

„Ludziom i zwierzętom” to opowieść fascynującej kobiety, której przyszło żyć w strasznym, ale w pewnym stopniu nie mniej intrygującym czasie. Bez wątpienia sięgnąć po tę książkę i przeczytać ją warto. Jednak niekoniecznie dla samej warstwy rozrywkowej.


piątek, 8 stycznia 2021

Dramat zwierząt domowych: co dzieje się z naszymi pupilami?

 

Ludzkie niedopatrzenie, okrucieństwo czy nieprawidłowa hodowla to jedynie niektóre z powodów licznych cierpień domowych pupili. Co najbardziej krzywdzi naszych podopiecznych i w jaki sposób doprowadza do ich zgonu? Achim Gruber, weterynarz patolog, dzieli się swoimi doświadczeniami.

 

Gdy sięgam po tego typu tytuł raczej spodziewam się prozy popularnonaukowej, która wyłoży mi pewną problematykę w sposób lekki i z dodatkiem odrobiny ciekawostek. Achim Gruber podszedł jednak do swojej książki w sposób nieco inny. Jego „Dramat zwierząt domowych” to najpierw literatura faktu, zbierająca jego historie, anegdotki i opinie. Dopiero później wiedzę, która może przydać się posiadaczowi zwierzęcia lub zwierząt. Co prawda robi to w sposób całkiem interesujący, jednak przyznaję, że nie jest to lektura pozbawiona wad.

Dramat zwierząt domowych
Achim Gruber
wyd. Feeria, 2020
„Dramat zwierząt domowych” rozpoczyna się od opisów spraw, nad którymi pracował autor. Przedstawia nam historie z ogrodów zoologicznych; opisuje sekcje zwłok rasowych zwierząt, czy postrzelonych w lesie psów. Skupia się na ciekawostkach, opisując czasem niedorzeczne lub wręcz okrutne przypadki. Nie zachowuje jednak przy tym obiektywizmu, naprawdę chętnie dzieląc się swoimi opiniami. Nie dziwię się: jest przecież weterynarzem, a nie dziennikarzem piszącym profesjonalny reportaż. Gdy jedna trzeba wyjaśnić kwestie medyczną robi to w sposób jasny i interesujący, a wydaje mi się, że w tego typu książkach to jest mimo wszystko najważniejsze.

Przyznaję, że generalnie to tej pierwszej części książki nie miałam większych zarzutów. Ot, dostałam od autora garść całkiem ciekawych historii kryminalnych, przy okazji dowiadując się kilku ciekawostek ze świata zwierząt, który przecież jak najbardziej mnie interesuje. A potem Gruber postanowił przejść do kwestii hodowli zwierząt rasowych...

Początek rozdziału o zwierzętach rasowych to właściwie wykład opinii autora na temat hodowców. Według niego tworzenie ras jest procederem zupełnie sztucznym i złym; jego kundel jest istotą przewyższającą genetycznie każdego rasowego psa czy kota, bo został stworzony w sposób naturalny. I choć w dalszej części zdanie Grubera mięknie to jako weterynarz będzie dla wielu osób autorytetem i może mocno zniechęcić innych do idei hodowania zwierząt w ogóle. A przecież chcemy mieć wokół siebie psy, koty czy inne żywe stworzenia: w końcu to daje nam radość.  W jaki więc sposób mamy je pozyskiwać? „Naturalnie”? Może biorąc psy do parku dla zwierząt, spuszczając je ze smyczy i hulaj dusza – niech się dzieje co chce! To na pewno jest bardziej odpowiedzialne podejście, niż staranny dobór osobników, połączony z genetycznymi badaniami, co robi się w dobrych hodowlach psów czy kotów.

Na szczęście, jak wspominałam, po tym wstępnie autor mięknie i skupia się po prostu na konkretnych problemach, które w hodowlach faktycznie występują. Są one być może z tych bardziej, niż mniej znanych (psy z krótkimi pyskami, geny merle, kwestia chowu wsobnego itd.), ale biorąc pod uwagę, że taka lektura ma z założenia trafić do jak najszerszego grona czytelników: nie dziwi mnie to, ani też nie gorszy.

Koniec końców, jestem z lektury zadowolona, choć absolutnie nie zachwycona. To na pewno tytuł, który ma szansę poszerzyć wiedzę i świadomość czytelnika, zwłaszcza jeśli ten zwykle o zwierzętach nie czyta. Być może nawet dzięki tej lekturze niektóre zwierzęta zostaną szybciej zdiagnozowane, a w przypadku innych: poprawi się ich poziom życia, co jest zawsze jak najbardziej dużą zaletą tego typu książek. Czy jednak „Dramat zwierząt domowych” jest przełomem i czymś, co każdy miłośnik zwierząt powinien przeczytać? Ku temu mam wątpliwości: wiele wiedzy zawartej w książce swobodnie da znaleźć się w sieci w bardziej skondensowanej wersji. Mimo wszystko, zbyt wiele jest w tym tytule samego autora oraz jego wspomnień, aby uznawać „Dramat zwierząt domowych” za kompendium wiedzy albo przełomowe dzieło, przedstawiające ciekawe badania czy fakty.


czwartek, 21 maja 2020

Dziś będzie o włosach, bo mogę

Ten wpis planowałam od dawna. Tak, tak –  robiąc te zdjęcia, które zobaczycie niżej już o tym myślałam. Więc uznałam, że skoro znów wróciłam do tematu to ja może po prostu o tym sobie napiszę. Bo moge, bo chcę i bo czemu nie. Jak pewnie widzicie po tytule, tym razem nie będzie ani o książkach, ani serialach, ani kulturze ani niczym powiązanym. Za to będzie o włosach. Bo to we włosomaniactwo wpadłam w 2014 roku i wytrwałam w nim ok. 2-3 lat, aby następnie powoli o tym zapomnieć… a teraz miałam w końcu czas, by o tym znów pomyśleć i poczytać. Ale może od początku, no nie?

Także, jeśli nie szukacie takiego kontentu… to wróćcie kiedy indziej. 



Przed…

Chyba nigdy nie uważałam swoich włosów za coś nadzwyczaj szczególnego. Oczywiście, że jako dziecko marzyłam o włosach do pasa, by wyglądać jak królewna, ale ogółem one po prostu były. Uznawałam je (do niedawna zresztą) za proste, średnio-gęste i średnio-grube. Zwykłe, o przeciętnym kolorze. Nieproblematyczne, ale do dziś nie nauczyłam się żadnej innej fryzury poza warkoczem i kucykiem, więc też niewiele z nimi robiłam. Nie miałam też jakiś wielkich ciągot do farbowania ich i innych takich. Czasem zdarzało mi się mieć na głowie jakieś dziwne cięcia (np. cieniowanie), czasem marzyłam o włosach ściętych w szpic, ale ogółem… nie miałam konkretnej wizji moich włosów, a przynajmniej nie pamiętam, abym takową miała. 

Z tamtego okresu mam jedną, drobną anegdotkę. Mianowicie, mama zabrała mnie swego czasu do fryzjera, bo czasem jednak wypada do niego pójść, no nie? No to poszłyśmy. Moja mama zauważyła, że coś ta pani fryzjer jakoś ciągnie te moje włosy i długo jej zajmuje to czesanie. A przecież jeszcze w aucie je sobie czesałam! Tyle tylko, że już jakiś czas wcześniej moje partie włosów od karku trochę się pokołtuniły. Ja nie wiedziałam jak to rozczesać, a nie śmiałam się nikomu przyznać… więc czesałam włosy tylko z wierzchu. I jakoś nie pomyślałam, że to może być problemem u fryzjera. 

Jakoś w okolicy oglądania jakże znanego nam wszystkim “Zmierzchu” uznałam jednak, że chce mieć włosy jak Alice. Uznałam, że wygląda przepięknie, jak jakaś cudowna nimfa i byłam przekonana, że ja przy takim cięciu też będę tak wyglądać. Problem polega na tym, że aktorka grająca tę postać ma trójkątną twarzyczkę, do której to po prostu pasowało. Ja takiej nie mam. Nie mówię, że jestem od niej gorsza czy brzydsza: mamy jedynie zupełnie inne typy urody. Więc chyba nie wyglądałam najlepiej… ale przynajmniej cieszyłam się z tego, że muszę się nimi mniej zajmować i jakoś to było. 

Ale jakoś tak do drugiego cięcia się zbierałam i zbierałam… 


Alice Cullen | Twilight Wiki | Fandom
Tak planowałam wyglądać. I tak absolutnie nie wyglądałam.


... a potem przyszedł TEN wyjazd

Wakacyjny, nieszczególnie szczęśliwy, pomiędzy gimnazjum a szkołą średnią. Włosy sięgały mi już ramion, więc długość wcale nie była jakoś szczególnie zła, niemniej to teraz nie jest istotne! Istotne jest to, że przez dwa tygodnie spałam w jednym pomieszczeniu z kilkoma dziewczynami, z których jedna miała fizia na punkcie włosów. Była tą typową, zajaraną tematem nastolatką, która chyba nawet zaczęła prowadzić bloga o tej tematyce. Nawijała o tym dość często, a przynajmniej mi się to wydawało. Niby zainteresowana nie byłam, ale w końcu coś takiego wchodzi do głowy. Człowiek, mimowolnie, zaczyna się orientować, że hej, te włosy to jednak jest jakaś część mnie o którą można nieco bardziej zadbać no nie?

Nagranie wycięte z kadru filmu, dlatego wybaczcie za jakość. Miny chyba też nie ma co pokazywać. Ale dokładnie takie wtedy były!

To nie było jednak tak, że zaraz po wyjeździe zaczęłam robić z włosami nie-wiadomo-co. Została mi reszta wakacji, siedziałam w domu… więc sobie powoli czytałam o tych włosach. To zdjęcie z marca 2014, które możecie tu zobaczyć, to efekt dość świadomej decyzji: hej, chce mieć jednak ładne i długie włosy, bo to dbanie o nie wcale nie wydaje się takie trudne. Na tej fotografii są z resztą zaraz po wyjściu od fryzjera, po pierwszym podcięciu końcówek, dzięki któremu miałam zacząć hodować te długie i zdrowe włosy. 

Marzec 2014

No i hodowałam. Moim głównym problemem była i jest przetłuszczająca się skóra głowy, więc myłam włosy codziennie. Metody OMO (odżywka-szampon-odżywka w trakcie mycia) nie stosowałam, bo uznałam, że jest głupia, ale za to przynajmniej raz w tygodniu włosy olejowałam bądź nakładałam na nie jakąś maskę. Często domowej roboty: jakieś jajko, mąka, kakao. Działać działało, bo przy niezniszczonych, ale nie odżywionych włosach jest tak, że chętnie przyjmują wszystko. Zwłaszcza w moim przypadku: niewiele jest rzeczy, które po nałożeniu na głowę zrobią mi krzywdę. Serio. 

Wrzesień 2014. Są puchate przez rozczesanie fal, które tworzyły mi się od warkocza.

Byłam dumna ze swoich hodowanych, niskoporowatych i prostych włosów. Wyrobiłam sobie też parę dobrych nawyków. Zaczęłam je poprawnie myć, zaplatać w warkocz na noc, rozczesywać przed myciem, a nie po itd. itp. To drobnostki, ale naprawdę robią różnice.

Potem zrobiłam grzywkę, którą mam do dziś. A po grzywce, tuż przed moim pierwszym Pyrkonem, rozjaśniłam jedno pasemko do jasnego koloru. Nie chciałam niszczyć całych włosów, ale taki akcent mi się podobał, więc czemu nie? Na włosy i tak chuchałam, więc temu pasemku naprawdę nic takiego się nie działo.

Październik 2015: znów odgniecenia od warkocza, ale tu już długość zaczynała mi się podobać.


W końcu studia…

… i mieszkanie na grupowej stancji.

Okazało się, że przy sześciu obcych osobach i jednej łazience regularnie bieganie do toalety mnie przerosło. Nigdy nie miałam dobrego kontaktu ze współlokatorami, po prostu się ich wstydząc i nie chciałam, aby ktokolwiek widział mnie na korytarzu. Trudniejsze więc stało się cotygodniowe nakładanie masek i olejów (bo jak to tak, chodzić w tłustych włosach przy ludziach). Powoli, powoli ograniczyłam więc pielęgnacje, aż w końcu ta skupiła się tylko na szamponie i odżywce. 

Pewna edukacja jednak została, tak samo jak wyrobione nawyki. Przez to moje włosy nie były nigdy w złym stanie. Raczej w zwykłym i bardzo przeciętnym.

Pasemko wciąż rozjaśniałam, ale że nie układałam włosów na ciepło, a moje fryzjerki pilnowały, by nie było zbyt jasne to jakoś się trzymało. Aż to tego feralnego momentu, gdy uznałam, że zamiast mojego “wiejskiego” salonu odwiedzę ten miastowy. I wtedy trochę się podziało.

Sama wizyta była bardzo satysfakcjonująca w pierwszym momencie. Ogółem, chciałam wtedy włosy rozjaśnić na całości, by pozbyć się z nich żółtego pigmentu. Pani fryzjerka przytaknęła i zapewniła, że one po tym nie będą się kruszyć, po prostu usunę biały kolor. Nikt nie zaproponował mi tonera, nikt nie powiedział, że to zły pomysł, mimo że naprawdę starałam się wyjaśnić, że kolor < niespalone włosy. Zapłaciłam fortunę, ale kolor był ładniejszy i zachowanie fryzjera względem mnie jakieś takie budujące, więc uznałam, że jeśli wszystko będzie dobrze to będzie warto.

No i stało się. W kolejnych tygodniach na mojej szczotce zostawały same białe włosy, a ja z tej spalenizny dalej nie wyszłam w pełni. A że nikt mi nie powiedział, jak o takie włosy dbać to szybko tak czy siak znów zżółkły. Świetnie, prawda?

Ale cóż… mimo mieszkania już w bardziej normalnych warunkach jakoś do tego dbania o włosy wrócić mi się nie chciało. I nie chciało mi się niemal do “teraz” z resztą.


Dzięki, algorytmie Youtube’a

No właśnie. Youtube zaczął mi polecać kanały o włosach. A że trwa kwarantanna to jakiś film włączyłam w tle. A potem drugi, trzeci, czwarty… I tak znów mi się zachciało o te włosy zadbać. 

Zaczęłam od olejowania, bo to mogłam zrobić natychmiast. Dobrze wiedziałam przecież, że moje włosy kochają każdy olej, więc po prostu go na nie nałożyłam. A potem wybrałam się do drogerii, kupując jakiś lepszy zestaw do pielęgnacji. I jednocześnie… zaczęłam sobie uświadamiać, że trochę myliłam się co do moich włosów.

Po pierwsze, chyba jednak nie mam tzw. niskoporów, a średniopory. Nie wiem, czy to jest kwestia złej pielęgnacji, ale w tej chwili nie wydaje mi się, abym miała mocno domkniętą łuskę włosa. Niemniej, to wyjaśnia też, czemu moje włosy lubią KAŻDY olej: zwykle nisko- i wysokopory lubią konkretne rodzaje, u mnie to naprawdę nie ma większego znaczenia. 

Po drugie… one chyba chcą się falować. Nie kręcić, absolutnie nie, ale jednak są podatne na stylizacje. To zdjęcia, które widzicie poniżej dzieli ok. 12h. Po lewej włosy są po olejowaniu i laminowaniu galaretką (niezorientowani - po prostu wygooglujcie) oraz suszeniu suszarką. Po prawej po nocy w warkoczu i po stylizatorze do włosów kręconych.

Maj 2020, 12h różnicy. Po lewej chyba szczególnie dobrze widać, jak mocno wykruszyło mi się jasne pasemko.

Maj 2020, zdjęcie wykonane dzień przed tym powyżej. Fale po rozczesaniu.


Włosy były zawsze tym elementem mnie, który jest w miarę ładny sam z siebie, a przy tym niezbyt problemowy. To motywuje, zwłaszcza, że naprawdę łatwo da się zobaczyć efekty we (w miarę) dopasowanej pielęgnacji włosów. W końcu to właściwie pół-martwe twory, które jeśli nie są nadmiernie zniszczone zwykle potrzebują tylko minimum wysiłku, by naprawdę zrobiła się na nich różnica. A przynajmniej to wynika z mojego doświadczenia. 

Raczej przeszła mi już faza na młodzieńcze nadmierne zachwyty i próbę robienia z włosami WSZYSTKIEGO, bo tak napisali w sieci. Ale jednocześnie chcę, by ten post był trochę taką moją małą motywacją na teraz i/lub przyszłość, bym mogła sobie przypomnieć, jak nie

wiele czasem trzeba, by te włosy znów wyglądały lepiej. I no cóż, jakoś to będzie, prawda?

A dla tych może nieco bardziej zainteresowanych tematyką pod kątem technicznym, może wypiszę co kupiłam na start z “nowym włosomaniactwem”:

  • Yope, Mleko Owsiane, szampon do włosów - bo potrzebuje jakiś mocny detergent i ogółem lubię Yope

  • Natura Siberica Szampon 2w1 dla mężczyzn - bo jestem kobietą lubiąca łamać obyczaje i kupuję rzeczy dla panów. A tak na poważnie, to po prostu delikatniejszy w składzie szampon. 

  • Bielenda, Botanic Spa Rituals, Odżywka do włosów farbowanych, lawenda i zielona herbata - odżywka bez silikonów, na razie po prostu mi się sprawdza.

  • Garnier, Fructis, Aloe Hair Food - łatwo dostępna maska do włosów, którą z resztą znam i używam jako odżywkę.

  • Bioelixire, Argan Oil, Serum - po prostu silikonowe serum zabezpieczające końcówki włosów. 

  • Isana, Professional, Styling Cream Pure Locken - najtańszy stylizator kupiony do testów, bo mogłam. :D 

  • Szczotka “Sierp” ze Szczotkarni - jeszcze jej nie mam, ale już do mnie idzie! Mój Tangle Teeazer chyba dawno wymagał wymiany (kupiony w ~2015).

Wiem, że w tym zestawieniu brakuje trochę protein, jeśli chodzi o równowagę PEH, ale z tego powodu laminowanie włosów chyba na stałe po prostu wejdzie do mojej rutyny. Chyba, że znów mi się znudzi. :D

Mam nadzieję, że ta włosowa podróż cokolwiek w Wasze życie wniosła… a jeśli nie to trudno. Raczej prędko taka tematyka tutaj się nie powtórzy tak czy siak.


sobota, 17 listopada 2018

Bezpański: Pamiętnik byłego gliny


Adam Bigaj przez prawie czterdzieści lat pracował we wrocławskiej policji. W 2017 przymusowo przeszedł w stan spoczynku. Jakub Ćwiek pomógł mu w spisaniu historii jego służby, ujawniając kulisy licznych spraw kryminalnych.


Tytuł: Bezpański
Autor: Jakub Ćwiek, Adam Bigaj
Liczba stron: 416
Gatunek: literatura faktu
Wydanie: Marginesy, Warszawa 2018
Gdy Jakub Ćwiek poinformował w sieci, że tworzy kryminał w duecie z kimś, wiedziałam jedno: na pewno po tę książkę sięgnę. Dlatego po ukazaniu się „Bezpańskiego” nie czekałam i najnowsze dzieło tego pisarza trafiło w moje ręce. Czy cieszę się z tego faktu? Jasne. Choć jednocześnie widząc informacje o kryminale absolutnie nie tego się spodziewałam.
Jeśli dobrze rozumiem, „Bezpański” to historia Adama Bigaja spisana przez Ćwieka. Tyle tylko, że całość opowiedziana jest narracją pierwszoosobową, w związku z czym książka przypomina bardziej pamiętnik, niż reportaż jako taki. Zwłaszcza, że forma „Bezpańskiego” przypomina właśnie stosunkowo osobiste zapiski.
Książka podzielona jest na dość krótkie rozdziały, z których każdy poświęcony jest jakiemuś tematowi. Czasem to opis dnia policjantów, czasem anegdotki z czasów PRLu, czasem opis konkretnej sprawy. W każdym z nich doskonale widać wiedzę Bigaja na ten temat i w sporej ilości można znaleźć naprawdę ciekawe fakty dotyczące funkcjonowania czy to milicji, czy policji. Wydaje mi się, że jest to tytuł, który sprawdzi się u każdej osoby w jakiś sposób zainteresowanej kryminalistyką: starsi będą mogli powzdychać, że „tak naprawdę było”, a młodsi, który nie pamiętają nawet lat 90. (jak ja) po prostu dowiedzą się, jak to mniej więcej wtedy wyglądało.
Fakt, że historie Bigaja spisał Ćwiek to naprawdę duży atut. Ten pisarz to osoba, która używa lekkiego języka. Nie przegaduje, wie, jak budować napięcie i zna siłę dialogu. Często w podobny typie publikacji dostajemy opis rozmów postaci, co przynajmniej mnie potrafi nudzić. W tym przypadku ten problem znika. „Bezpańskiego” czyta się więc naprawdę lekko i przyjemnie, mimo że książka często porusza trudne tematy.
Nie uważam jednak tego dzieła za coś absolutnie idealnego. Szczerze mówiąc forma „Bezpańskiego” nie do końca mi odpowiada. Czemu? Już tłumaczę o co mi chodzi. Ponieważ ta książka to właściwie zbiór bardzo różnych, ale krótkich historii to… po prostu całość jako taka nie buduje napięcia. Gdy skończysz rozdział właściwie możesz spokojnie zamknąć wszystko, odłożyć tytuł na półkę i na dłuższą chwilę o nim zapomnieć. Ma to oczywiście swoje plusy (np. to świetna książka do czytania w komunikacji miejskiej, lub wieczorami, jeśli mamy mało czasu), ale z drugiej strony sprawia, że po około stu stronach, wiedząc jakie mniej więcej historie przytaczają autorzy powoli zaczęłam tracić zainteresowanie kończeniem jej. W końcu na półce jest tyle innych książek… a ja już „wiem” co będzie dalej. Szczególnie, że może autor opisuje sytuacje z dwóch innych ustrojów, ale generalnie sama policja nie zmienia się jakoś szczególnie: i tak chleją, i tak organizują imprezy, i tak często wydają się mieć mentalność „robotnika” z PRLu, a nie osoby zaufania społecznego.
Szczerze mówiąc, oceniając książkę po tych stu stronach nie pomyliłam się: w pewnym momencie historie Bigaja, choć cały czas ciekawe, stały się po prostu trochę powtarzalne, wciąż będąc gratką dla osoby zafascynowanej kryminalistyką, ale niekoniecznie bardzo pasjonujące dla kogoś, kto może o tym czasem posłuchać, jednak nie uważa takich tematów za „swoje”.
Podsumowując, „Bezpański” to kawał dobrej roboty, jednak jednocześnie jest pozycją, którą powinny się szczególnie zainteresować fani kryminałów, którzy chcą poznać rozwiązywanie zagadek od kuchni, a także osoby po prostu zainteresowane tym tematem; wydaje mi się też, że to może być dobry punkt wyjścia dla tych, którzy chcieliby napisać kryminał utrzymany w polskich realiach PRLu, lub lat 90. Osoby, które nie czują się zafascynowane tematem muszą same zdecydować, czy taka forma to coś dla nich.


* * *

– To ma być praca operacyjna? To?! – wydarł się Jaroszyński, dysząc w kark siedzącemu przy biurku Szyjce. – To gówno jest, a nie praca operacyjna.
Zamarliśmy. Znaliśmy naszego kolegę i wiedzieliśmy, że czasem ładował się w kłopoty tą swoją porywczością. Kark Krzyśka poczerwieniał niczym w uczuleniowej reakcji na oddech i kropelki śliny majora. Jego mięśnie napięły się i rozluźniły.
Szyjka wstał, przetarł ręką purpurową z gniewu twarz i spojrzał na majora z góry. Potem zgarnął te z teczek, które leżały na biurku, cisnął nimi w majora i wrzasnął jeszcze głośniej, niż tamten chwilę wcześniej.
– Sam jesteś gówno!
I wyszedł.
Fragment „Bezpańskiego” Jakuba Ćwieka i Adama Bigaja



Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Marginesy!



poniedziałek, 2 października 2017

Blondynka u szamana: Wspomnienie wakacji

Coraz więcej książek na mojej półce to książki z promocji. Przy tym coraz więcej z nich jest dobrych, albo: po prostu OK. Nie kupuje już na oślep wszystkiego jak leci, ostrożniej je dobieram i zwykle jakoś wychodzi :) Książkę z tego wpisu upolowałam w Biedronce za aż 5zł!

Tytuł: Blondynka u szamana
Autor: Beata Pawlikowska
Liczba stron: 304
Gatunek: literatura podróżnicza, pamiętnik
Wydanie: National Georgaphic, 2012

W poszukiwaniu prawdy i religii, Beata Pawlikowska musiała wybrać się aż do Peru, gdzie w trakcie trasy przez Amazonkę poznała indiańskiego szamana. Ten, odkrywając w niej wielką moc, wyjawił jej tajemnice swoich umiejętności.

Raczej nie jestem typem osoby, która wybiera sobie lekturę w zależności od pogody, czy pory roku;  nie czuje raczej takiej potrzeby, poza tym przy mojej ukochanej fantastyce takich podziałów po prostu robić się nie da. Jeśli jednak miałabym wybrać coś do czytania na hamaku, latem, przy szumie morza zdecydowanie byłaby to „Blondynka u szamana” Pawlikowskiej.
Ta książka była moim pierwszym spotkaniem z tą panią i szczerze mówiąc, było całkiem przyjemne. Nie genialne, nie nadzwyczaj pouczające, nie głębokie – a przyjemne.
Choć „Blondynka u szamana” opowiada o podróżach autorki po Peru nie powiedziałabym, że to porządna literatura podróżnicza. Książka przypomina bardziej luźny pamiętnik, pisany bardzo lekkim i dość potocznym stylem. Przez to nie ma zbyt dużej wartości merytorycznej, ale czyta się ją w błyskawicznym tempie. Nie wymaga ogromnej ilości skupienia i może być całkiem orzeźwiającą przygodą, niczym chłodny napój w upalny dzień.
Beata Pawlikowska w swojej książce opowiada o wyprawie z Iquitos w Peru do Ekwadoru. A właściwie o tym traktuje pierwsza połowa jej historii, w trakcie której podróżuje przez dżunglę na tratwie, razem z dwójką przewodników. Jej opisy przyrody są całkiem urocze, choć daleko im do rozbudowanych i pięknych. Zachowują lekkość i nie nudzą, zwłaszcza, że autorka wszystkie nieznane nam słowa wyjaśnia i tłumaczy tak, by europejski umysł niezaznajomiony z południowoamerykańskim stylem życia bez problemu je zrozumiał. Czasem miałam wrażenie, że Beata Pawlikowska aż za bardzo próbowała sprawić, by tekst był przystępny, ale biorąc pod uwagę, że to ma być po prostu lekka książka, nie mam zamiaru się tego nadmiernie czepiać.
Druga połowa książki opowiada o spotkaniu autorki z szamanem i cóż... tu opisów przyrody i konkretnych rzeczy już się nie dowiemy: teoretycznie ta część opowiada nieco o sposobie życia Indian, ale autorka skupia się raczej na swoich „duchowych” przeżyciach, raczej zmuszając czytelnika do zastanowienia się, co ona tam takiego ćpała, niż do rozważań na temat głębi wiary rdzennych amerykanów.
Przy tym wszystkim autorce muszę oddać jedno: zachowuje obiektywizm. Opisuje podróż, opisuje to co widzi i to co przeżywa, ale nie wciska między wierszami swoich poglądów (a przynajmniej nie tak, by było to bardziej zauważalne) i od spraw politycznych oraz religijnych zdaje się trzymać z daleka. Za to naprawdę należy się jej ogromny szacunek, biorąc pod uwagę to, że zwykle autorzy w takich książkach próbują przemycić tyle „siebie”, ile tylko się da.
Jeśli szukacie poważnej lektury, która powie Wam coś konkretnego o szamanizmie, albo będzie tłumaczyć działanie dżungli od podszewki w bardzo poważny sposób „Blondynka u szamana” nie jest lekturą dla Was. Możliwe, że mocno się na niej przejedziecie, biorąc pod uwagę właśnie drugą połowę książki. Ale jeśli szukacie lekkiej lektury, która albo przypomni wam o wakacjach, albo będzie dobrą towarzyszką na takowe w moim odczuciu ta lektura sprawdzi się naprawdę nie najgorzej.

* * *

A jednak coś mnie tu przywiodło. Musiał istnieć jakiś powód, dla którego tu dotarłam, mimo że wcale tego nie planowałam, nie chciałam i nawet o tym nie marzyłam.
Zrobiłam następny krok, nieco śmielszy. W końcu zostałam tu sprowadzona, ściągnięta tajemną siłą, odsłonięto przede mną obraz, którego nie szukałam, a więc pewnie jest w tym jakiś cel, mam tu coś odkryć, zobaczyć, zrozumieć...
Zrobiłam trzeci krok i zrozumiałam.

Fragment „Blondynki u szamana” Beaty Pawlikowskiej


niedziela, 17 września 2017

Afryka, moja miłość: Nostalgiczny powrót, czy całkowita klapa?

Dziś – nostalgicznie. Bo Corinne Hofmann to dla mnie bardzo nostalgiczna autorka :) Do dziś pamiętam ten dzień, gdy moja mama postanowiła zapisać „mnie” do klubu Świata Książki i pierwsze co kupiła mi „Białą Masajkę” tejże pani. Byłam wtedy w podstawówce i dostałam książkę napisaną z myślą o dorosłych kobietach. Przeczytałam ją i choć pewnie połowy nie zrozumiałam, a część treści nie była przeznaczona dla dziecka to uznałam ją za coś ciekawego, innego.
Gdy jakiś czas temu wygrzebałam „Afrykę, moją miłość” w koszach przecenionych książek coś się we mnie ruszyło i uznałam, że chcę ją. Bo nostalgia. Bo podstawówka. Bo Świat Książki. I tak trafiła do mnie <3 Po tylu latach – druga książka Corinne Hofmann na mojej półce.

Tytuł: Afryka, moja miłość
Autor: Corinne Hofmann
Liczba stron: 256
Gatunek: literatura podróżnicza

Corinne Hofmann wraca do Afryki. Wędrując i poznając kolejnych ludzi i kolejne historie odkrywa, że to do tego kontynentu należy jej serce. Corinne ma dwa domy: jeden w nowoczesnej Szwajcarii, drugi w biednej Kenii.

Po latach znów sięgnęłam po książkę Hofmann i szczerze mówiąc, nie widziałam, czego się spodziewać. Czytałam jedynie jej „Białą Masajkę” i to będąc w podstawówce! Po tylu latach postrzeganie świata zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Chcąc nie chcąc, mimo pewnej nostalgii do autorki nasze ponowne spotkanie wyszło jednak dość neutralnie i ostatecznie bez większego entuzjazmu.
O ile „Biała Masajka” była historią z dość konkretną linią fabularną tak „Afryka, moja miłość” po prostu próbuje udawać reportaż. Pierwsza część książki opowiada o krótkiej pieszej podróży autorki po Kenii, druga – to historie ludzi, którym udało wyrwać się ze slumsów, a trzecia opowiada o pierwszym spotkaniu córki Corinne z jej ojcem po dwudziestu latach. Książkę można wyraźnie podzielić na te trzy części i szczerze mówiąc to druga jest najbardziej interesująca.
Pierwsza i ostatnia wyglądają jak zapiski średnio utalentowanego pisarski blogera, który po prostu opowiada co widzi. Jest emocjonalny, nadużywa wykrzykników i często powtarza jak bardzo podoba mu się to, co robi.  Tak prosty sposób przekazu może urzec wielu niedoświadczonych czytelników, ale mnie po prostu nie zaspokaja. Brakuje w tym wszystkim konkretnej fabuły, czy faktów, a sama Corinne nie jest osobą, która szczególnie wzbudza moją sympatię. Szczerze mówiąc, chwilami bardziej przypomina mi rozpieszczoną paniusię z bogatej Europy, która wyjechała sobie do Kenii dla zabawy i teraz to powtarza, bo jej się to spodobało i tyle. To nic złego, oczywiście, że nie – ale to z miejsca dyskwalifikuje ją jako dobrego reportażystę.
Środkowa część jest o tyle ciekawa, że Corinne w końcu dopuszcza do głosu innych ludzi. Ludzi, z ciekawymi historiami, które warto poznać, choćby po to, by dowiedzieć się nieco o afrykańskiej kulturze, ich zwyczajach i codzienności. Przy okazji autorka daje nam się zapoznać z kilkoma projektami, które powstały w Kenii, działają w bardzo ciekawy sposób i sprawnie pomagają ludzi wyciągać ze skrajnej biedy. Historie osób przedstawionych w tej książce bardzo dobrze pokazują, jak przy odrobinie pomocy i ogromnej ilości wysiłku człowiek bez niczego może osiągnąć właściwie wszystko.
Pod względem literackim książka wypada po prostu słabo. Pod względem tego, co przekazuje – nieco lepiej, ale szczerze mówiąc, podejrzewam, ba! Ja wiem, że jest wiele, wiele lepszych książek o Afryce. Niemniej, ta książka zdecydowanie ma swój target: mam wrażenie, że została napisana z myślą o bardzo prostym człowieku, który nie czyta za dużo, chce prostej bohaterki, która myśli jak on i przy okazji boi się do tej Afryki pojechać osobiście.
„Afryka, moja miłość” pozostanie w mojej głowie jako książka bardzo neutralna – nie wnosząca za wiele do mojego życia, nie napisana najlepiej, ale za to przypominająca mi o historii, którą jakimś cudem przeczytałam tyle lat temu.


 * * *

– To nie jest zwierzę! Kura to nie zwierzę. Zwierzę musi mieć cztery łapy, inaczej to nie jest zwierzę!
Przewodnik i ja wybuchamy śmiechem, nie możemy się powstrzymać. Pytam, czym w takim razie jest kura.
– To ptak. Ale nie zwierzę – uparcie twierdzi Lukas.
Ze śmiechu aż łzy spływają nam po policzkach.
– Węże to nie są zwierzęta. To gady. Krokodyle, chociaż mają cztery łapy są rybami, bo żyją w wodzie. No a ryby to przecież nie zwierzęta. – Lukas energicznie kończy dyskusję.
Fragment „Afryki, mojej miłości” Corinne Hofmann


środa, 21 czerwca 2017

Odkrywanie Ameryki: MMK mówi, jak jest w USA

Prezent na Boże Narodzenie dla mnie? Oczywiście, że książka! To znaczy, niekoniecznie, ale takową nie pogardzę. Pozycja, której okładkę widzicie poniżej była właśnie prezentem dla mnie z tamtej okazji, będąca po części żartem z mojego kierunku studiów, a po części z tego, na co miałam fazę przed świętami: jakimś cudem oglądałam (często od nowa) sporo filmów pana Maxa Kolonko na Youtube, mimo że – by nie było – nie subskrybuje go i jakoś szczególnie regularnie na jego kanał nie zaglądam. Ale dość tego gadania o niczym, przejdźmy do książki.

Tytuł: Odkrywanie Ameryki
Autor: Mariusz Max Kolonko
Liczba stron: 332
Gatunek: autobiografia, pamiętnik

Mariusz Max Kolonko wyjechał do USA pod koniec lat 80. i tam przeżył American Dream: niegdyś był emigrantem z polski, mającym przy sobie 200 dolarów, obecnie zaś jest szanowanym dziennikarzem. W swojej książce opowiada o swoim życiu i Stanach, które traktuje jak dom.

„Odkrywanie Ameryki” nie łatwo zakwalifikować do konkretnego gatunku. Nie jest to pełna autobiografia od A do Z. Książka podróżnicza? Po części, ale też nie do końca. Jak sam autor napisał w swojej książce to bardzo osobiste dzieło, które mi kojarzy się najbardziej z blogiem podróżnika, albo emigranta właśnie, który po prostu pisze o tym co widzi, co go zainteresuje, będąc przy tym w pełni subiektywnym i czasem nie zwracając uwagi na potoczny styl. Taki wizerunek książki dopełniają często prywatne zdjęcia autora, które zdobią tekst tak, jak fotografie w poście blogowym.
Skoro już o zdjęciach mowa chce napisać kilka słów o samym wyglądzie książki. Z tego co wiem to wydanie zostało w pełni złożone przez autora. Grafika, układ, czcionka, dobór i umiejscowienie zdjęć – to wszystko jego dzieło. Z jednej strony moim zdaniem wydanie nie wygląda najpiękniej, ale styl Maxa Kolonko jest w niej bardzo wyraźnie widoczny. Poza tym to, że nie jest wydana pięknie, nie oznacza, że jest wydana źle: sam papier jest bardzo dobry jakościowo, przypominając bardziej ten z książek-albumów.
Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia „dla kogo” to jest książka. Oczywiście, ten, kto bardzo lubi autora na pewno się w niej odnajdzie, ale poza tym nie mam pomysłu kto inny mógłby czerpać radość z czytania jej. Niby książka jest dla „odkrywców Ameryki”, ale szczerze mówiąc, jeśli ktoś interesuje się USA będzie większość rzeczy ze środka wiedział. Kolonializm, Indianie, Pocachontas, UFO, wyprawy w kosmos, czy atak na WTC to przecież tak wałkowane tematy, że raczej o tym „się wie”. „Odkrywanie Ameryki” może co najwyżej pokazać nam pogląd autora na daną sprawę, jego przeżycia, albo przekazać parę ciekawostek.
Jeśli chcecie poznać Mariusza Maxa Kolonko od zera to raczej też nie będzie książka dla Was: jest tak chaotyczna, że możecie się po prostu w niej pogubić. Wydarzenia nie są ułożone chronologiczne i teoretycznie można ją czytać od każdego możliwego momentu, ale też nie do końca, bo podzielone są na parę „działów” tematycznych, które nie są w żaden sposób rozdzielone od siebie i bywa, że są przeplatane innymi rozmyślaniami autora.
Styl Maxa Kolonko jest, powiedziałabym, „typowy dla felietonisty” – dość barwny, zwięzły, ale chwilami toporny. Przy okazji miałam często wrażenie, że autor zakłada, że coś jest oczywistością, przez co po prostu się gubiłam, jako, że nigdy USA nie leżało w kręgu moich zainteresowań.
„Odkrywanie Ameryki” ma parę ładnych zalet, ale w moim odczuciu to pozycja albo „do szuflady”, albo dla znajomych i fanów Mariusza Maxa Kolonko. Jeśli nie interesuje Was ta postać chyba nie ma po co nawet tej książki otwierać, jeśli i owszem to można sobie ją sprawić. Wydaje mi się jednak, że to jedna z tych pozycji, która najlepiej sprawdzi się na prezent: nie ma jej w normalnych księgarniach, więc raczej obdarowywana osoba nie będzie jej miała, a jeśli wiemy, że interesuje się choć trochę autorem na pewno będzie zadowolona z tego, że ma książkę ważnej dla siebie osoby :)




zBLOGowani.pl
Wpis bierze udział w akcji zblogowanych :)
Nomida zaczarowane-szablony