Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 października 2019

Trzy kroki od siebie – najpierw film, potem książka



Myślałam, aby zrobić na temat tych dzieł odrębny tekst. Naprawdę miałam taki zamiar, gdy zabierałam się za czytanie książki. W trakcie jednak uznałam, że… to nie ma najmniejszego sensu. Ale dlaczego – do tego przejdziemy zaraz. Najpierw może kilka słów o fabule omawianej dziś historii, czyli „Trzech kroków od siebie”. W wersji filmowej i książkowej.



Od podstaw
„Trzy kroki od siebie” opowiada o cierpiącej na mukowiscydozę Stelli. Dziewczyna ma siedemnaście lat. Jest bardzo dokładna i inteligentna: samodzielnie stworzyła aplikację, która przypomina chorym o braniu leków. Ponadto prowadzi także kanał na Youtube, gdzie opowiada o swojej przypadłości. Gdy trafia do szpitala z powodu infekcji, poznaje w nim Willa: zbuntowanego chłopaka, który przypadkiem złapał groźnego wirusa, będącym właściwie wyrokiem śmierci dla chorych na muko osób. Stella nie może znieść tego, jak zachowuje się chłopak i próbuje przekonać go do zwracania większej uwagi na swoją terapię.
Mamy więc właściwie wszystko, co może „chwycić” za serce nastolatków. Zakazaną miłość. Chorobę, która na ekranie bądź w literaturze potrafi być pociągająca. Postacie, które faktycznie mają jakieś zainteresowania i pasje; te są nakreślone bardzo wyraźnie, zarówno w książce, jak i w filmie. Jednocześnie w tych dwóch dziełach naprawdę widać, że twórcom zależało na przedstawieniu nie tylko samej historii Stelli i Willa, ale też charakteru mukowiscydozy. Wyjaśnienia, czym ta choroba jest i na czym polega. To całkiem sprytny sposób na szerzenie edukacji wśród młodych ludzi i naprawdę nie mam nic przeciwko samemu zamysłowi „Trzech kroków od siebie”.


Najpierw film, potem książka

„Trzy kroki od siebie” (2019)
ang. Five Feet Apart
reż. Justin Baldoni
dramat, romans
Swoją przygodę z tymi dwoma dziełami zaczęłam od filmu właśnie. To on z resztą z tej dwójki jest oryginałem: książka jest jego nowelizacją. W każdym razie – sam seans był dla mnie po prostu całkiem przyjemny. W żadnym razie nie odkrywczy (fabuła „Trzech kroków… nie jest niczym nowym w świcie nastoletnich romansów), ale przyjemny.
Miło było zobaczyć na ekranie Cole Sprouse’a w roli Willa, czy Moisesa Ariasa grającego Poe, których znam z ekranu od lat, głównie z Disney Channel. Ponadto aktorka grająca Stellę, Haley Lu Richardson, wydała mi się dość autentyczna, a relacja głównych bohaterów wypadała całkiem uroczo. Jasne, „Trzy kroki od siebie” są przerysowane. Przedstawiony szpital wygląda bardziej jak hotel, a w okolicy finału cała opowieść wyrasta do wręcz nierealnych, epickich momentów. Niemniej, to film kierowany do nastolatków. On właściwie „musi” mieć takie elementy, szczególnie jeśli ma się sprzedać i trafić do szerokiej publiki. Z resztą to się chyba udało. Przy budżecie rzędu siedmiu milionów dolarów, obraz zarobił prawie dziewięćdziesiąt.
Nie miałam zamiaru narzekać na ten film. Rzadko się zdarza, bym nie marudziła na nastoletni romans, ale tym razem… po prostu nie chciałam tego robić. Przekaz całości jest całkiem mądry, ogląda to się całkiem miło, dla młodzieży (i starszych lubiących młodzieżową twórczość) jest jak znalazł jako seans na wolny wieczór. A potem zaczęłam trochę grzebać.


Historia na faktach
Pierwsza rzecz, a właściwie osoba na jaką wpadłam jest Clarie Wineland. Youtuberka, która zmarła w 2018 roku. Śliczna, inteligentna i naprawdę charyzmatyczna dziewczyna, która odeszła z tego świata… zgadnijcie sami na co. Oczywiście, że na mukowiscydozę.
Film powstawał już w 2017 roku w związku z czym Clarie wtedy na naszym świecie jeszcze była z moich informacji wynika, że nie tylko wiedziała, że taki film jak „Trzy kroki od siebie” powstaje. Nawet współpracowała przy tworzeniu go. Tyle, że jeśli obejrzy się fragmenty „nagrań” vloga Stelli oraz przejrzy się kanał Clarie okaże się, że… główna bohaterka filmu mówi w słowo w słowo to, co ta prawdziwa dziewczyna. Nawet jej energia, sposób poruszania się, zachowanie ma w sobie wiele podobieństw. Tak, jakby aktorka właściwie udawała Wineland.
Z jednej strony nie jest to coś złego, szczególnie, że Clarie wiedziała o całym projekcie. Z drugiej… naprawdę chciałam pochwalić aktorstwo Richardson. Tyle tylko, że jeśli Haley Lu właściwie „małpowała” zachowanie prawdziwej osoby to chyba nie zasługuje na aż takie „ochy” i „achy”. Dużo łatwiej jest skopiować cudze zachowanie niż wykreować swoją własną postać. Dlatego moje pozytywne emocje względem tej aktorki trochę opadły.




Nowelizacja to chyba zły pomysł
Następnie postanowiłam sięgnąć po książkę. Nie była długa, jest o niej całkiem głośno, więc pomyślałam… czemu nie? To lektura, którą można połknąć w jeden wieczór, więc po prostu ją otwarłam. I wiecie co znalazłam? Scenariusz „Trzech kroków od siebie”, niemal bez dodanych scen.
Tytuł: Trzy kroki od siebie
Autor: Rachael Lippincott
Tłumaczenie: Maciej Potulny
Liczba stron: 336
Gatunek: dramat, romans
Wydanie: Media Rodzina, Warszawa 2019
Teraz muszę powtórzyć coś, co właściwie powtarzam od lat: nie ma absolutnie żadnego sensu, by adaptacja była identyczna jak oryginał. Po co się powtarzać, po co opowiadać drugi raz dokładnie tę samą historię? Film, książka, gra, cokolwiek – ma być przede wszystkim dobrą całością samą w sobie. Jeśli spełnia oczekiwania fanów – cudownie. Jeśli nie, bo jest złym filmem/grą/książką/czymkolwiek – gorzej. Jeśli nie, bo jest złą adaptacją, a świetnym filmem/grą/… – naprawdę, fani, wybaczcie, ale mam Was gdzieś.
A książka „Trzy kroki od siebie” jest po prostu cholernie pustą nowelizacją, napisaną chyba głównie przez względy finansowe. Ewentualnie po to, by szerzyć wiedzę o chorobie, ale… skoro twórcy mieli tak duże serducho do mówienia o tym w filmie, czemu przy książce poszli na aż tak dużą łatwiznę?
Nie chodzi o to, że to kompletnie zła książka, grafomania, coś, czego nie da się czytać. Absolutnie nie. „Trzy kroki od siebie” w wersji książkowej to bardzo lekka powieść, która na pewno spodoba się (i już spodobała) sporej grupie osób. Tyle tylko, że dla mnie osobiście jej istnienie nie ma żadnego sensu. Film by wystarczył, naprawdę.
Nie tylko niemal nie dodaje scen do „filmu”, ale również nie zachwyca językiem. Ten jest tak prosty, jak to tylko możliwe, byleby tylko trafić do szerokiego grona odbiorców. Postacie zaczynają się wydawać nieco odrealnione. W ekranizacji to aktor dźwiga sporą część charakteru bohatera, w książce robią to tylko słowa. W związku z tym pasje głównych postaci niby istnieją – ale jakoś ich nie czuć. To samo dotyczy chemii między postaciami. Czytając, widziałam sceny z filmu. Widziałam uśmiech Sprouse’a, widziałam emocje Richardson…  ale nie widziałam tych postaci jako postaci. No wiecie, w trakcie lektury zwykle tworzy się w głowie twoja-własna-osobista-wizja-bohaterów. Tyle, że nie w tym przypadku. Ta książka to nieco rozpisany scenariusz, którego role przynależą do konkretnych aktorów, a chemia wynika z zachowania osób grających bohaterów. Nie zaś z samych, pustych dialogów, które serwuje nam nowelizacja.
Po prostu czuje, że straciłam czas. Nabrałam się na sztuczkę marketingową, tylko po to, by znów poznać dokładnie tę samą historię, tylko w wersji gorszej i okrojonej, pozbawionej obrazu, dzięki któremu „Trzy kroki od siebie” nawet działały jako romans/dramat dla młodzieży.
Jeśli więc interesuje Was ta historia i chcecie ją poznać, ale nie macie czasu na dwa z tych dzieł, bierzcie się za oryginał. Za film. Podejrzewam, że Ci z Was, którzy lubią czytać i którym to dzieło się spodoba, sami z siebie sięgną za książkę, ale… po prostu lojalnie uprzedzam, jak ona wygląda. Jest spora szansa, że po prostu zmarnujecie kilka godzin na poznawanie dokładnie tego samego, zamiast poznawać coś bardziej kreatywnego.

poniedziałek, 22 października 2018

Pokój: Ucieczka na wolność oczami dziecka


Jack ma pięć lat i od urodzenia mieszka razem z Mamą w Pokoju. Ta została porwana jako nastolatka: od lat jest więziona i gwałcona. Wkrótce po piątych urodzinach Jacka tworzy plan, który ma pomóc im wydostać się na wolność.

Tytuł: Pokój
Autor: Emma Donoghue
Tłumaczenie: Ewa Borówka
Liczba stron: 408
Gatunek: dramat
Wydanie: Sonia Draga, Katowice 2016
„Pokój” nie jest historią dla mnie obcą: przed lekturą książki zdążyłam poznać film na jej podstawie, a że scenariusz do niego pisała sama Emma Donoghue dość wiernie ją oddał. Dlatego na pewno zabrakło mi w trakcie czytania tych emocji, które powinnam mieć w sobie w trakcie. Nie zmienia to jednak faktu, że ta powieść mimo bardzo trudnego tematu jest jednocześnie niezwykle lekka i sympatyczna, a to wszystko przez głównego narratora.
Opowieść snuje nam Jack: ten pięcioletni chłopiec jest z jednej strony wyjątkowo inteligentny, jak na swój wiek (potrafi czytać i dobrze liczyć, jest bystry i szybko łączy fakty). Z drugiej strony wychował się w izolacji od reszty świata, co oznacza, że jego umiejętności społeczne, czy samo pojmowanie najbardziej oczywistych rzeczy jest mocno ograniczone. Sprawia to, że tekst jest często wręcz uroczo naiwny, ale wydaje mi się też, że w pewnym sensie pozwala też czytelnikowi poczuć się dzieckiem.
Na dodatek sama narracja sprawia, że historia jest po prostu ciekawsza. Zawiera więcej niedopowiedzeń; w końcu dziecko nie rozumie wszystkiego. Nie wie, dlaczego coś dzieje się tak, a nie inaczej, często też nie próbuje wcale tego wyjaśniać, bo nie jest to dla niego istotne. Wprawdzie te niedopowiedzenia nie są raczej tajemnicą dla dorosłego czytelnika, ale na pewno mocniej pobudzają wyobraźnię.
Przy tym wszystkim „Pokój” to naprawdę dramatyczna historia rodziny składającej się z dwóch osób, które mierzą się z traumą, każde na swój własny sposób. Ciekawa jest sama relacja pomiędzy bohaterami. Mama próbuje być odpowiedzialna i robi wszystko, by zapewnić swojemu synkowi lepszy żywot. Nie zawsze jej to jednak wychodzi: miewa chwile zwątpienia i załamania. Wtedy tą „dorosłą” rolę przejmuje pięciolatek, który stara się o nią troszczyć. Mimo tego jednak i on, i ona są cały czas w pewnym sensie dziećmi. Mama nigdy nie zaznała dorosłego życia, na dodatek Jack jest jej jedyną pociechą i mimo tragicznej sytuacji potrafią się razem po prostu dobrze bawić.
Trudno mi powiedzieć, czy historii jest zaskakująca, bo… po prostu poznałam ją wcześniej, w nieco innej formie. Niemniej, „Pokój” czyta się bardzo szybko i na pewno nie brakuje w nim emocji. Poza tym i samych zdarzeń nie brakuje, chociaż większość z nich to małe odkrycia pięciolatka, który po prostu cały czas poznaje świat.
„Pokój” Donghue to naprawdę ciekawa pozycja. Z jednej strony lekka, z drugiej – wnosząca ciekawe spojrzenie na tematykę porwań, a także relacji między matką i dzieckiem. Absolutnie nie dziwie się temu, jaką zdobyła popularność.



* * *

Myślę, że czas się rozprowadza po świecie cienko jak masło, po drogach i domach i placach zabaw i sklepach, tak że na każdym miejscu jest tylko troszkę rozsmarowanego czasu, a potem każdy musi pędzić do następnej porcji.
Fragment „Pokoju” Emmy Donoghue





Tę książkę oraz wiele innych w świetnych cenach znajdziesz w księgarni niePrzeczytane.pl!

środa, 30 maja 2018

Wichrowe Wzgórza: Rodzinny dramat wśród błotnistych wrzosowisk

Pan Lockwood dzierżawi Drozdowie Gniazdo od pana Heathcliffa. Gdy go odwiedza w jego posiadłości – Wichrowych Wzgórzach – okazuje się, że to bardzo nieprzyjemny w obyciu człowiek, mieszkający pod jednym dachem z równie nieprzyjemnymi osobami, w tym ze śliczną i młodą, choć wyraźnie smutną, Katarzyną. Po powrocie do siebie jego pomoc domowa, pani Ellen Dean, opowiada mu, co wydarzyło się w okolicy przed jego przybyciem.

Wydawać by się mogło, ze „Wichrowe Wzgórza” to słodki romans, zwłaszcza spoglądając na kwiecista okładkę, ze Świata Książki, jaka posiadam u siebie. Otóż nic bardziej mylnego: choć miłość jest istotnym elementem tej historii to z uroczą i sielską historią ta klasyka literatury angielskiej nie ma zupełnie nic wspólnego.
Tytuł: Wichrowe Wzgórza
Autor: Emily Bronte
Tłumaczenie: Janina Sujkowska
Liczba stron: 336
Gatunek: powieść gotycka
Wydanie: Świat Książki, Warszawa 2015
„Wichrowe Wzgórza” opowiadają nam przede wszystkim bardzo dramatyczna historię, związaną z niezrozumieniem młodych ludzi, co doprowadza do cierpienia trzech pokoleń. Wszystko rozpoczyna dobry uczynek pana Earnshawa, właściciela Wichrowego Wzgórza, który adoptuje chłopca, Heathcliffa. Źle traktowanie dziecka przez innych członków rodziny już na zawsze odciska na nim piętno, zwłaszcza, ze ten nieszczęśliwie zakochuje się w córce Earnshawa, Katy, z którą dorastał. To doprowadza w przyszłości do lawiny nieszczęśliwych zdarzeń, które napędza właśnie Heathcliff – postać ciekawa, ale zarazem niezwykle tragiczna.
Jak zawsze, gdy sięgam po klasykę, obawiałam się, że nie podołam w czytaniu przez niekoniecznie przyjemny styl. Na cale szczęście w polskim tłumaczeniu dzieło Emily Bronte wypada naprawdę przystępnie. Język autorki jest ładny, nieco cięższy, niż w typowej, współczesnej książce, ale dalej – przyjemny. Naprawdę nie miałam problemów z przebrnięciem przez tekst, czym nie każda współczesna lektura może sie pochwalić. Na pewno też język przypadł mi do gustu bardziej, niż w przypadku Jane Austen i jej „Rozważnej i romantycznej” – nie jest aż tak flegmatyczny.
Niemniej, to przede wszystkim dramat rodzinny, który przynajmniej mi wydal się nieco przerysowany, a że to nie jest do końca moja tematyka, nie mogę powiedzieć, bym „Wichrowe wzgórza” nadmiernie uwielbiała. Potrafiłam czuć zmęczenie rodzinnymi waśniami, albo męczącym charakterem głównej damskiej bohaterki – Katarzyny – która nie jest wcale najmilsza i najprzyjemniejsza osoba krocząca po świecie.
Intryga, której inicjatorem jest Heathcliff, to chyba jedna z ciekawszych elementów tej historii. Niemniej, nawet ona opiera sie na rodzinnych problemach, dlatego po tych ponad trzystu stronach po prostu czułam pewne zmęczenie tą tematyką.
Dość ciekawy jest też sam klimat „Wichrowych wzgórz”. Bronte stworzyła powieść gotycką, a ta bez niego po prostu nie jest w stanie istnieć. Otoczenie błotnistych, niekoniecznie przyjemnych wzgórz sprawia, że to ponura w odbiorze historia.

Ta powieść jest klasykiem literatury, przy okazji takim, który po prostu dobrze się czyta. Zdecydowanie warto zwrócić na nią uwagę, zwłaszcza, ze daleko jej do uroczej i delikatnej opowiastki. Nie dajcie się zwieść okładce: to mroczna i konkretna historia.

* * *

Gdy spojrzę na tę posadzkę, widzę jej rysy odbijające się w płytach.
Widzę ją w każdym obłoku, w każdym drzewie, napełnia sobą mroki nocy,
objawia mi się dniem wszędzie, gdzie spojrzę.
Obraz jej otacza mnie bezustannie!
W każdej najpospolitszej twarzy, męskiej czy kobiecej, nawet w mojej własnej, widzę rysy jej twarzy.
Fragment „Wichrowych Wzgórz” Emily Bronte

sobota, 17 marca 2018

Exodus: Ucieczka w nicość


Ucieka. Zostawia swoje życie za sobą i zaczyna podróż. Jest człowiekiem bez twarzy. Nieznajomym. Pałęta się po świecie. Szuka. Odkupienia? Cierpienia? A może zatracenia?

Łukasz Orbitowski kusił mnie już od dłuższego czasu, głównie za sprawą felietonów jego autorstwa, które miałam okazje czytać. W końcu sięgnęłam więc po jego najnowszą powieść, „Exodus”. Głównie po to, by zobaczyć, jak wygląda jego styl i zorientować się, czy chce więcej. Po lekturze zaś… sama do końca nie wiem, na co się w przyszłości zdecyduje.
Zacznijmy od technicznej strony książki, bo ta wypada naprawdę dobrze. Powieść napisana została w narracji pierwszoosobowej i czytając łatwo wyczuć, że autor wie, jak pisać. Po prostu. To osoba z pewnym doświadczeniem, która wie, w jakiej kolejności składać słowa i zdania, dzięki czemu całość czyta się bardzo płynnie. Na dodatek doskonale wprowadza różne linie czasowe. W przypadku „Exodusu” mamy takowe w ilości dwóch, nie oddzielone od tekstu kompletnie niczym, ale narracja poprowadzona jest w tak dobry sposób, że po prostu nie da się w tym zgubić. Styl Orbitowskiego jest sam w sobie dość surowy i konkretny.
Jedyna rzecz, która mnie w warstwie czysto tekstowej irytowała to nadmiar współczesnych nazw: marek, filmów, gier, czy książek. Chociaż rozumiem, że taki był zamysł („Exodus” to powieść bardzo mocno zakotwiczona w naszej rzeczywistości), to jednak tego po prostu było czasami za dużo. Naprawdę, nie muszę wiedzieć, jakiej marki są buty, kurtka i czapka bohatera: nie jest mi to absolutnie potrzebne. Niemniej, taki był wybór Orbitowskiego i podejrzewam, że jestem wśród mniejszości, której to jednak trochę przeszkadza.
Tytuł: Exodus
Autor: Łukasz Orbitowski
Liczba stron: 445
Gatunek: powieść obyczajowa
Wydanie: SQN, Kraków 2017
Zwłaszcza, że ta książka ma w sobie inne rzeczy, które zadziałały na mnie zdecydowanie bardziej negatywnie. Przede wszystkim główny bohater, Jan, którego życie obserwujemy z pierwszej osoby, jest dla mnie postacią, której za żadne skarby nie jestem w stanie polubić. Wprawdzie jest postacią z krwi i kości, która ma naprawdę porządnie rozbudowany charakter i z którą wielu mężczyzn pewnie się utożsami, ale… to po prostu osoba, z którą nie chciałabym mieć prywatnie nic wspólnego. A tu okazuje się, że muszę spędzić ponad czterysta stron w głowie człowieka, który wzbudza we mnie sporo obrzydzenia… Cóż, przyznam, że „Exodus” nie był dla mnie zbyt sympatyczną podróżą właśnie głównie przez wzgląd na niego.
Jakby tego było mało, poza Jankiem nie dostajemy absolutnie żadnego bohatera, który wnosi do historii coś konkretnego i jest bohaterem z krwi i kości. Postacie pojawiają się i znikają, albo są stereotypami, które istnieją, bo są potrzebne historii. Na dodatek w nich też raczej nie ma niczego sympatycznego. Niczego, co czego mogłabym się przywiązać.
A co z historią w takim razie? Czytając kilka pierwszych stron czułam się naprawdę mocno zaintrygowana. Widzę człowieka, który gdzieś ucieka. Gdzie? Nie wiem. Po co? Nie wiem. Za to mam świadomość, że skrywa jakąś tajemnicę, którą faktycznie od początku chcę odkryć. Chcę wiedzieć, o co chodzi. Tyle, że to napięcie z początku utrzymuje się przez większość książki. Nasz bohater mota się po świecie, nie zaznając nigdzie miejsca na dłużej; główna linia fabularna trochę stoi w miejscu, tajemnicy długo nikt nie chce mi ujawnić. A napięcie stoi ciągle na tym samym poziomie, co w pewnym momencie po prostu zaczyna mnie męczyć. A zakończenie nie wynagradza mi tego dostatecznie. Zwłaszcza, że z całego „Exodusu” emanuje atmosfera cierpienia, szarości i obrzydliwości.
Wydaje mi się, że sporo moich problemów z tą książką dla innych może być zaletą. Osobiście nie lubię książek fabularnych, które mówią o tym codziennym, nudnym życiu. Mam je na co dzień, więc po co mam tego szukać w powieściach? Ja wiem, jak wygląda taki świat, nikt mi nie musi go przedstawiać. A w tej książce od tej szarości codzienności wręcz się roi. Niemniej, wiem, że wiele osób szuka w literaturze odbicia samych siebie, swoich problemów i swojego życia – i wierzę, że takim osobom „Exodus” spodoba się znacznie bardziej.
„Exodus” jest dla mnie książką dobrą i złą zarazem. Dobrą, bo widzę w niej, że Orbitowski pisać potrafi. To człowiek z dobrym piórem, którego książkę czytało mi się naprawdę płynnie. Ale jednocześnie złą, bo… przekazującą mi emocje, których w literaturze nie szukam. Złą, bo i historia sama w sobie, i bohater, to nie jest coś, do czego chcę wracać.

* * *

Idę przez siebie, pchany przez zimny wiatr i kulę światła w żołądku. Chcę się zmęczyć. Zduszę kulę, zduszę wiatr, dowlokę się do domu i zasnę. Przyjmie mnie brama, trawnik i chodnik. Przecież tutaj ludzie śpią pod pokotem, pod podświetloną reklamą nowego IPhone’a, zakutani w śpiwory, otoczeni przez białe jednorazowe kubki i wypchane plecaki.



Fragment „Exodusu” Łukasza Orbitowskiego

Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

niedziela, 11 lutego 2018

Zaklinacz koni: Podobno o tragedii i koniach. Podobno


Zimowego poranka Grace wybiera się na konna przejażdżkę z przyjaciółką. Ta kończy się tragicznie: przypadkiem jeden z koni się poślizgnął i obydwie dziewczynki znalazły się pod kolami wielkiej ciężarówki. Tylko Grace i jej koń, Pielgrzym, pozostają przy życiu. Matka dziewczynki, Annie, postanawia odratować psychicznie i fizycznie okaleczone zwierze, szukając zaklinacza koni, mając nadzieje, ze pomagając jemu, uda się też pomoc jej córce, która w wypadku straciła nogę.

Czasem, przy posiłku, włączam telewizor. Jeśli jest to weekend, często trafiam na starszy film, lub serial. Obyczajowy, dość niskobudżetowy, którego target to albo przeciętna rodzina, albo zwykła, szara kobieta. Czyli – zdecydowanie nie ja. Ale w tle może sobie lecieć, prawda? I właściwie czymś takim okazał się dla mnie „Zaklinacz koni”, tyle, że jako książka, wymagał ode mnie więcej skupienia i czasu, a co za tym idzie, przyprawił mnie o trochę irytacji.
Sięgnęłam po książkę głownie przez te „konie” w tytule. Poza tym już dawno obiecałam sobie, że się z nią zapoznam i w końcu miałam na to chwilę. Moja irytacja powieścią zaczęła się bardzo szybko, na początku przez samo tłumaczenie.
Tytuł: Zaklinacz koni
Autor: Nicholas Evans
Tłumaczenie: Paweł Witkowski
Liczba stron: 352
Gatunek: powieść obyczajowa
Wydanie: Zysk i S-ka, Poznań 2008
Choć konno nie jeżdżę, co nieco wiem i o tych zwierzętach, i o jeździeckim słowniku. Wychodzę z założenia, ze osoba, która taka powieść tłumaczy także powinna. Ale, niestety, w tym przypadku nie odrobiła nawet podstawowej pracy domowej i nie zajrzała do słownika, by sprawdzić znaczenie na przykład takiego słowa jak „cugle”, które wcale nie są zamiennikiem „wodzy”. Poza tym nie mam pojęcia, kto wpadł na pomysł, by z „toczka”, czy „kasku” zrobić „usztywnioną czapkę jeździecką”. Już pomijam takie drobnostki, jak próba przetłumaczenia na polski amerykańskiego nazewnictwa maści koni, które w tamtych latach po prostu nie miały dobrych odpowiedników w naszym języku (i część z nich nadal nie ma). To niby szczegóły, które osobie niezaznajomionej z końmi nie będą przeszkadzać, ale mnie po prostu niemiłosiernie wyprowadzały z równowagi.
Gdy przywykłam do myśli, ze to jednak nie będzie najlepiej przetłumaczona książka na świecie, miałam nadzieje, ze chociaż pod względem fabularnym w jakiś sposób mnie zaskoczy. Wprawdzie oceniając po sposobie narracji autora, widziałam, ze to raczej obyczajówka, z końmi w tle, a nie na odwrót, jednak przecież dalej taka powieść możne nas czymś zaskoczyć. Niestety, jeśli zaskakiwała to raczej irytując jeszcze bardziej.
Teoretycznie naszym głównym tematem jest wychodzenie z traumy dziewczynki i jej konia, a także jej rodziny. Niestety, w tej książce ten temat często schodzi na drugi plan, na przykład przez... rozbudowane opisy przeszłości każdego z bohaterów.
Narracja w „Zaklinaczu koni” jest trzecioosobowa, a jej perspektywa jest dość chaotycznie zmieniana, co jest bolesne zwłaszcza przy pierwszych chwilach czytania. Czemu? Bo Evans streszcza nam życiorys  każdej z postaci, teoretycznie pozwalając nam je poznać, a w praktyce przynajmniej mnie cholernie nudząc. Z jednej strony rozumiem ten zabieg, ale z drugiej w ten sposób autor odebrał nam możliwość stopniowego poznawania bohaterów i odkrywania ich „tajemnic”. Chociaż, zupełnie szczerze mówiąc, tu takowych nie ma i to, czy znamy tak dokładnie przeszłość bohaterów, czy nie, nie ma najmniejszego wpływu na fabule.
Poza tym do opowieści musiał się oczywiście wkraść kompletnie niepotrzebny romans, przez który, zamiast skupiać się na Grace, obserwujemy, jak para gołąbków wybiera się na jeździeckie wycieczki i zastanawia się, czy bycie razem na pewno jest w porządku, czy może jednak nie, bo przecież mamy już własne życia, które są w miarę poukładane.
Nie rozumiem też ilości w miarę dokładnie opisanych scen erotycznych, które tu występują. Wiem, ze to nie jest powieść dla młodzieży, ale naprawdę można było je zdecydowanie ograniczyć...  Bo teoretycznie to nie romans jest tu wątkiem przewodnim.
Teoretycznie dużą zaleta tej powieści powinno być budowanie relacji zaklinacza, czyli Toma, z bardzo problematycznym koniem. Pielgrzym i praca z nim jednak naprawdę szybko stają się tylko tłem wydarzeń. Szczerze mówiąc, więcej klimatu tej sielskiej, amerykańskiej wsi, żyjącej w zgodzie z naturą, wyczulam w „Prawie Mojżesza” Harmon, a nie w „Zaklinaczu koni”, a już same tytuły sugerują, ze powinno być na odwrót.
Dla mnie to po prostu bardzo zwyczajnie napisana powieść obyczajowa, w której nie rusza mnie ani styl – bardzo przeciętny, prosty i dość bezbarwny – ani sama historia. Zwłaszcza, ze samo zakończenie wydawało mi się nad wyraz wymuszone, tak, jakby autor chciał po prostu dowalić jakąś „bombą” na koniec, mimo ze nic mądrego właściwie nie wniosła. Chociaż z drugiej strony, Evans tak pociągnął linie fabularna, ze tego się po prostu chyba nie dało sensownie, w jednym miejscu, zakończyć...

Jesli jesteście delikatnymi kobietami, które lubią zwykle obyczajówki i dla których to wystarcza, naprawdę wierze, ze się w tej pozycji odnajdziecie. Bo to książka napisana właśnie dla Was. Ale... ja mówię jej „nie” i szukam dalej mojej doskonalej pozycji z końmi na pierwszym planie.

* * *

Kiedy pracowałem dorywczo, nie mogłem się po prostu doczekać, by wieczorem wrócić do tego, co czytałem. Książki posiadały jakiś magiczny urok. Ale ci nauczyciele tutaj, z całą ich gadaniną, cóż... Wydaje mi się, że jeśli zbyt dużo mówi się o tych sprawach, urok znika i szybko pozostaje tylko gadanina. Niektóre rzeczy po prostu... są.


Fragment „Zaklinacza koni” Nicholasa Evansa

czwartek, 20 kwietnia 2017

Kuzynka Bietka: Mój mały koszmarek



Boże drogi... kiedy ja się nauczę, że nie wszystko, co mi trafi na półkę jakimś cudem muszę przeczytać? Chyba nigdy: w końcu skoro zalega to muszę wiedzieć CO to jest, prawda...? Cóż, sama sobie robię pod górkę. A wynikiem tego jest czytanie... czegoś takiego.

Tytuł: Kuzynka Bietka
Autor: Honore de Balzac
Liczba stron: 424
Gatunek: klasyka literatury, powieść obyczajowa

Elizabeth Fischer, nazywana kuzynką Bietką to niezamężna chłopka, która w swoich oczach jest niezwykle pokrzywdzona przez los. Knując i planując postanawia zniszczyć rodzinę Hulotów ku którym kieruje swoje negatywne uczucia.


XIX-wieczna klasyka. Szanowany autor. Tłumaczenie? Mistrzowskie – w końcu Boy-Żeleński to nie byle kto. I czytelniczka fantastyki jako czytelnik. Cóż, to połączenie po prostu nie mogło skończyć się dobrze.
Poprzednią książką z XIX-wieku, którą dane było mi poznać była „Rozważna i romantyczna”. Nie porwała mnie, ale wytrwałam bez problemu do końca. Historia była prosta, styl ładny, narracja niczego sobie. Niestety, z „Kuzynką Bietką” już tak miło nie było. Balzac zdecydowanie nie jest osobą, którą chce czytać i przy tym choć chce, chyba po prostu nie potrafię go docenić.
Chciałabym, by mój największy problem z tą książką polegał na braku rozdziałów i przerw w tekście w chwili, w której autor zmieniał narracje. Niestety... mnie „Kuzynka Bieka” po prostu cholernie wynudziła. Częściowo wynika to po prostu z braku wystarczającej wiedzy: Balzac często odwołuje się do współczesnych mu wydarzeń i przemian w społeczeństwie, które dla niego były czymś oczywistym, a dla mnie kompletnie nic nie znaczą. Żaden ze mnie fan Francji: nie znam za dobrze historii tego kraju, a to o nim autor opowiada.
Moim drugim problemem jest linia fabularna powieści. Wydaje mi się, że dobrze rozumiem, co autor chciał w tej historii pokazać. Z jednej strony ukazuje nam kobietę, która po prostu czuje się niesprawiedliwie traktowana i w ramach tego planuje zemstę. Z drugiej obserwujemy dramat rodzinny, który nie wynika wcale z jej działań: choć matka i córka są po prostu bardzo niewinnymi istotami, to mężczyźni wokół nich zachowują się jak nieodpowiedzialne dzieci. Zwłaszcza głowa rodziny, która powinna być przecież źródłem stabilności. Tyle, że... historie rodzinne zawsze mnie nużyły, a co dopiero w chwili, w której mam do czynienia z narracją, którą odbieram po prostu jako toporną...? Ta książka zdecydowanie była dla mnie nie małą katorgą, zwłaszcza, że jeśli chodzi o relacje międzyludzkie nie odkrywa niczego nowego, przynajmniej nie dla mnie.

Nie wiem, czy moja niechęć do tej pozycji wynika tylko z mojego charakteru, czy może po prostu do niej jeszcze nie dojrzałam? A może ten styl jest dla mnie po prostu zbyt trudny, bym była w stanie go zrozumieć kiedykolwiek...? Może... ale niezależnie od tego w tym momencie „Kuzynka Bietka” jest po prostu moim małym koszmarkiem, którego nie chce nigdy więcej trzymać w rękach. Być może, jeśli ktoś interesuje się problemami rodzinnymi, Francją, czy po prostu – XIX-wiekiem odnajdzie w tej pozycji siebie i będzie w stanie się nią cieszyć. Ja niestety, nie potrafię.

* * *

Wśród naszych paryżan, rzekomo tak sprytnych, znajdują się tacy, którzy sądzą, że w mundurze jest im nieskończenie bardziej do twarzy, niż w zwykłym ubraniu, i posądzają kobiety o taką rozpustę smaku, aby sobie wyobrażać, iż widok włochatego kołpka oraz żołnierskiego rynsztoku nastroi przychylnie ich serce.
Fragment „Kuzynki Bietki” Honore de Balzaca

czwartek, 3 marca 2016

Gwiazd Naszych Wina: W poszukiwaniu dobrego zakończenia

Dziś recenzja książki, o której większość z Was co najmniej słyszała. Cóż, nie lubię, gdy wszyscy wokół mnie mają konkretne zdanie na dany temat oprócz mnie, więc w końcu musiałam po tą książkę, chcąc nie chcąc, sięgnąć. Wybaczcie jednak brak zdjęć: czytałam ją tylko w wersji elektronicznej, nigdy namacalnie nawet nie miałam w rękach.


Tytuł: Gwiazd Naszych Wina
Autor: John Green
Liczba stron: 312
Gatunek: powieść młodzieżowa, obyczajowa

Hazel choruje na raka, który sprawia, że jej płuca właściwie nie nadają się do użytku. Podczas jednej z sesji grupy wsparcia poznaje nijakiego Augustusa Watersa, nieco od niej starszego, przystojnego chłopaka z amputowaną nogą. Między tym dwojgiem rodzi się bliska relacja, a tym, co ich spaja jest książka bez zakończenia, które obydwoje pragną poznać.
Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, od czego zacząć. Co znajdę w tej książce wiedziałam mniej więcej już wcześniej, za sprawą filmu i w gruncie rzeczy, nie jestem pewna co mnie podkusiło, by sięgnąć po tą historię. Może jednak zacznę od najbardziej ogólnikowych rzeczy, mianowicie - od tytułu.
Gdy pierwszy raz usłyszałam słowa Gwiazd naszych wina przed oczyma ujrzałam celebrytów pijących wino. Na prawdę, nie potrafiłam się skapnąć o co w tym tytule chodzi. Dopiero po czasie, rozkładając te słowa na czynniki pierwsze, dotarło co mnie co autor miał na myśli. Przynajmniej według mnie zlepek tych słów brzmi niezwykle pretensjonalnie i odrzuca mnie tym. Mimo to, o dziwo, nie jest to najgorsza nazwa własna w całej tej historii. O nie. Tytuł książki czytanej przez Hazel - Cios Udręki - sprawił, że nie mogłam zrobić zdziwionej miny i nie zaśmiać się, gdy go usłyszałam. Na prawdę, kto nazywałby tak książkę, na dodatek traktującą o chorych osobach...?
No bo tak, tak, cała akcja kręci się wokół ludzi chorych na raka, czytających książkę, której główna bohaterka również na to choruje. Boże, jakie to urocze, prawda? Oni chorzy, umierają, ale walczą, tak bardzo walczą, i jeszcze ta książka! Ich marzenie, by się dowiedzieć, jak się kończy! Gwiazd naszych wina to książka, która poza beznadziejnym tytułem na siłę stara się z nas wycisnąć tkliwość i empatie skierowaną ku głównym bohaterom.
Czy jej się to udaje? W wielu przypadkach tak, w moim - nie. Wiedziałam, czego się spodziewam i właściwie dokładnie to dostałam. Wyciskacz łez, tak piękny, że aż nienaturalny i przerysowany z bohaterami w których istnienie za nic w świecie nie mam zamiaru uwierzyć, a tym bardziej wczuwać się w ich charaktery.
Spokojnie, spokojnie, wiem, narzekam, i to bardzo, ale nie uważam, aby to była jakaś tragiczna pozycja. To czytadło już zaspokoiło i będzie zaspokajać literackie potrzeby wielu młodych ludzi, w czym nie widzę nic złego. To historia napisana prostym stylem, który wprawdzie mnie czasem swoją prostotą nawet rozśmieszał, ale większości powinien się spodobać. Przez ten sposób pisania, książka Greena wciąga, akcja płynie i nie trzeba wcale wiele czasu na przeczytanie jej. Na pewno dla wielu to świetna pozycja, aby odpocząć po męczącym dniu. Niestety, przepraszam - nie należę do tego targetu i panu Greenowi nie udało się mnie nią omamić.
Jak wspomniałam, nie wierzę w bohaterów. Hazel to dość prosta dziewczyna, ale w zasadzie poza chorobą pozbawiona wad. Lubi amerykańską wersje Top Model, uczy się, chce żyć, ale przy tym rozumie swoją chorobę, nie panikuje i nie załamuje się przez nią. Jest doskonała w swojej zwyczajności, co bez wątpienia jest jednym z powodów sukcesu tej książki. Niestety, ja nigdy z takimi postaciami się nie utożsamiałam. Tak jest i tym razem.
A co z naszym przystojnym Augustusem? Gdyby nie rak, który pozbawił go nogi, nazwałabym go zwykłym podrywaczem. Tutaj jest po prostu podrywaczem bez nogi, który przypadkiem w młodzieńczy sposób się zakochuje, stając się istnym księciem z bajki... Niestety, choć bajki lubię, nie mam najmniejszego zamiaru w nie wierzyć. Bywa irytujący, jednak generalnie, wraz z Hazel są po prostu typowymi, przesłodzonymi bohaterami, którzy właśnie przez to przesłodzenie są w stanie wpaść w gusta dużej rzeszy dziewczyn.
Jedyną postacią, jaką mogę szczerze pochwalić jest Van Houten. Iii... teraz może pojawić się spoiler, także kto nie czytał, niech przejdzie dalej. Człowiek ten to autor Ciosu Udręki. z którym Hazel i Augustus chcą się spotkać, aby zdradził im zakończenie tej historii. I uwaaga, on przepięknie wyjaśnia im, że to tylko fikcja i w gruncie rzeczy, nie było innego zakończenia, niż ten, który dostali. Czyż to nie doskonałe? Tak prosto z mostu powiedzieć coś takiego osobom, które jak głupie owce wierzyły, że coś jednak tam jest, zastanawiając się, co autor miał na myśli. I proszę bardzo, Van Houten informuje, że nie miał na myśli kompletnie nic (no, przynajmniej utrzymuje to do prawie-końca historii, co niestety nieco ostudziło mój entuzjazm). Wielkie brawa dla tego pana, taka osoba powinna chodzić po nauczycielach polskiego, a nie :P Oczywiście, rozumiem, nie postąpił względem naszych bohaterów zbyt miło, jest wrednym alkoholikiem i generalnie nie jest zbyt pozytywnie przez Greena wykreowany, ale chyba właśnie dlatego jest najciekawszą postacią w całej historii.
Oj, już widzę, że się rozpisałam :) Wybaczcie, już naprawiam swój błąd i kończę powoli. Gwiazd Naszych Wina to na pewno świetna książka dla tych młodszych oraz nieco mniej dojrzałych czytelników. Ja znajduje w niej jednak tylko kolejną, zwykłą historię, próbującą wycisnąć łzy na każdym kroku, która nie rozwija mnie w żadnym stopniu. By nie było, nie nudzi, nie sprawia, że przez jej brak logiki mam ochotę walić głową w ścianę, ale jest po prostu zwykła. Zwyczajna... Czy więc warto po nią sięgać? Tak, o ile należycie do targetu i potraficie zżyć się i wcielić w prostych, acz zdecydowanie wyidealizowanych ludzi. Jeśli jednak szukacie czegoś obrazującego rzeczywistość, nie będzie to lektura dobra dla Was ;)

niedziela, 6 września 2015

Szczęśliwy, kto poznał Hrdlaka

Pamiętacie moją recenzje Cholonka Janosha? Dawno już nie przemęczyłam tak bardzo książki, dlatego czytanie poniższej odkładałam w czasie jak tylko mogłam. W końcu jednak udało mi się zmusić do wygrzebania jej i zabrania się za nią.

Tytuł: Szczęśliwy, kto poznał Hrdlaka
Autor: Janosch
Liczba stron: 173
Gatunek: literatura współczesna

Tak jak i w przypadku Cholonka, w ręce czytelnika trafia bardzo schludna książka - minimalistyczna, jasna i okładka, białe i grube kartki z niebieskim kolorem czcionki nie prezentuje się może najpiękniej, ale elegancko - na pewno. Wprawdzie tu ilustracji wewnątrz nie uświadczymy, ale jakoś szczególnie mi to nie przeszkadza. 
Tym razem Janosh przedstawia nam losy rodziny Dziubków, mieszkających w niemieckiej Kłodnicy przed II Wojną Światową. Naszą główną bohaterką jest Elza, która ma wyjść za lokalnego spryciarza, Hannka, mimo, że tak na prawdę podkochuje się w narzeczonym swojej krewnej, będącym fryzjerem. Wokół całej rodziny bezustannie krąży przedziwny Hrdlak, miejscowy głupek, który najwyraźniej daje się wszystkim okrutnie wykorzystywać. 
Nie da się nie zauważyć podobieństw między tą powieścią, a Cholonkiem. Znów niemiecki Śląsk. Znów czasy przed wojną. Znów rodzina aspirująca do bycia lepszą, niż robotniczą. I znów chłopiec przesiąknięty strachem, że znów ktoś go pobije - czy to matka, ojciec, czy koledzy na podwórku. Mimo to, Hrdlak jest... zdecydowanie lepszy. Podejrzewam, że jest to spowodowane większym pisarskim stażem autora - został wydany co najmniej 20 lat później. Tym razem styl Janosha nie jest aż tak brudny i przytłaczający, a całość czyta się zdecydowanie szybciej. No, może mniejsza objętość też tu zrobiła swoje. W każdym razie, nie cierpiałam przy niej tak bardzo, jak przy poprzedniczce tej książki.
Nauczona czytać książki pełne akcji, spodziewałam się jakiś ich zwrotów. Miałam nadzieję, że tytułowy Hrdlak zrobi coś ważnego, albo Elza podejmie inną decyzje, niż bym się po niej spodziewała. To jednak nie miało miejsca. Janosh opowiada nam o życiu prawdziwych, zwykłych ludzi, których życiorys jest brudny, szary i... po prostu niezbyt ciekawy. To jednak, co jest niewątpliwie w powieści ciekawe, to miejsce i czas oraz sposób przedstawienia tego. Bo autor zdaje chcieć nam pokazać nie bohaterów, a otoczenie: jego kulturę, zwyczaje. A że to nasz, już polski, Śląsk, myślę, że powinno to zaciekawić każdego Polaka. No, chociaż odrobinkę. 
W zasadzie, nie mam tu już o czym pisać. Nie polecam, nie zniechęcam - bo to po prostu książka kierowana do pewnej grupy czytelników, których interesuje temat Śląska i zapewne znudzi tych, których on w ogóle nie interesuje. Jeśli do niej należycie, bierzcie i czytajcie, jeśli nie, szkoda na to Waszego czasu.

czwartek, 25 czerwca 2015

Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny

Janosha znam od dawna jako autora książek dla dzieci, które - szczerze mówiąc - nie zrobiły na mnie zbyt pozytywnego wrażenia. Zdziwiłam się więc nieco, gdy dostałam jego powieść dla dorosłych. Ba, nawet nie jedną, a dwie! Postanowiłam więc zabrać się za poniższą, by zobaczyć, co autor ma do zaoferowania.



Tytuł: Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny
Autor: Janosh
Liczba stron: 247
Gatunek: literatura współczesna

Janosh to mężczyzna urodzony w latach 30. XX wieku w Zabrzu i właśnie o tym mieście w Cholonku opowiada. Autor jest niemieckojęzyczny, nigdy w Polsce nie mieszkał, mimo, że bywał w niej kilkukrotnie (swego czasu miałam nawet okazje się z nim spotkać, chociaż skończyło się na zdjęciu i podpisaniu książki). Jego powieść opowiada nam historię rodziny Świętków oraz ich sąsiadów, czy znajomych. Są to prości, niezbyt bogaci ludzie, mający więcej wspólnego z Polakami, niż Niemcami. Córka Świętkowej, Michcia, ma wkrótce rodzić - ojcem jej dziecka jest nijaki Stanik Cholonek, za którym gospodyni nie przepada. Jakby tego było mało, wszystko wskazuje na to, że malec przyjdzie na świat 29 lutego... a każdy wie przecież, że to może przynieść pecha!
Tym razem pozwólcie, że zacznę od wizualnej strony. Książka, którą mam jest na prawdę porządna - gruba okładka, z obrazkiem, który wprawdzie niezbyt mi się podoba, ale pasuje do tego, o czym powieść traktuje. Wewnątrz mamy dwa zdjęcia: jedno przedstawiające stare Zabrze, drugie - familioki, w których wychował się autor. Wewnątrz mamy dość grube, białe kartki, tekst zaś pisany jest niebieskim tuszem - co uważam za plus, jako, że przy takim papierze i czarnym tuszu łatwo o ból oczu, gdy czytamy na dworze (przynajmniej u mnie), w chwili, gdy na kartkę zacznie świecić słońce. Przy każdym rozdziale jest niewielki rysunek, wykonany w stylu tego okładkowego.  Na prawdę, pod tym względem książka prezentuje się bardzo dobrze.
Przynajmniej dla mnie jednak z jej treścią jest znacznie gorzej.  Dlaczego? Cóż, należy zacząć od tego, że to nie jest typowa powieść, z fabułą i akcją. Janosh opisuje życie mieszkańców Śląska, a nie konkretną historię: jasne, najważniejsza jest Michcia i jej dziecko, dlatego do niej autor bardzo często wraca, jednak większość opisów to jednak krótkie historie sąsiadów, albo przemyślenia Świętkowej na temat tego, jak powinien żyć porządny człowiek (które znacznie odbiegają od naszego patrzenia na świat). I kto jak kto, ja czegoś takiego po prostu nie lubię. Chcę zżyć się z bohaterami, a Janosh mi na to po prostu nie pozwolił.
Druga rzecz, która sprawiła, że Cholonka nie polubiłam to sam klimat powieści. Mieszkam na Śląsku, jednak tutejszego klimatu, kultury, gwary nigdy do końca nie polubiłam, a ta książka jest tym wszystkim wręcz przesycona. I chociaż cenię ją za to co robi - bo na prawdę fajnie pokazuje te tereny w latach 30., aż do czasów zakończenia II Wojny Światowej - to jednak nie potrafię jej za to lubić.
Opis z tyłu okładki wszem i wobec ogłasza, że to nie tylko jedna z niewielu prawdziwych książek o Śląsku, ale przy tym niebywale śmieszna. Iii... może niektórych ten sposób przedstawiania rzeczywistości będzie śmieszył, ale ja się do tych ludzi na pewno nie zaliczam. Treść mnie wręcz odrzucała i czytałam ją najszybciej, jak to było możliwe, byleby tylko wiedzieć, o co mniej więcej w tym chodzi.
Nie... to nie jest lektura dla większości młodych ludzi, bo po prostu nudzi. To raczej coś dla bardziej dojrzałych czytelników, których interesuje Śląsk i chcą się czegoś o nim dowiedzieć - a że ja się do tej grupy nie zaliczam, nie tylko jej nie lubię, ale i polecać nie mam zamiaru. Jak już pisałam, cenię Chlonka za to, czym jest, ale najzwyczajniej w świecie zupełnie nie trafił on w mój gust i istną katorgą było dla mnie czytanie go.
Nomida zaczarowane-szablony