Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja (film/serial). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja (film/serial). Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 czerwca 2020

Filmy, które ostatnio obejrzałam | zbiorowe mini-recenzje


Swego czasu miałam bardzo mocne postanowienie, że wszystko co obejrzę, będzie pojawiało się tu w formie opinii, czy też: kompletnie amatorskich recenzji, jako że za speca filmowego w żadnym razie się nie uznaję. Ostatnio jednak jakoś z tym postanowieniem po prostu nie bardzo mi wychodziło, więc teraz pozwólcie, że po prostu dam Wam znać, z czym się zapoznałam w ostatnim czasie i czemu warto/niewarto po to sięgać. Może to i będzie nawet ciekawsze od jednego wpisu na temat tylko jednej pozycji. 

Ponieważ trochę rzeczy w międzyczasie obejrzałam to zacznijmy może od produkcji filmowych/jednoczęściowych: tak powinno być po prostu łatwiej. 


Strażnicy marzeń (2012)


Tę produkcję włączyłam z ciekawości po obejrzeniu tony fanartów z Elsą z “Krainy Lodu” oraz Jackiem Frostem. Długo nie wiedziałam o co chodzi, bo choć znałam imię jej towarzysza to nawet nie wiedziałam, z jakiego filmu to się wzięło… aż w końcu okazało się, że to właśnie “Strażnicy marzeń”. To animacja stworzona z myślą o tych młodszych widzach, która traktuje o stworzeniach z naszych legend i podań (Mikołaj, króliczek wielkanocny, wróżka-zębuszka itd.), które to tworzą drużynę i chronią dzieci przed złem. Jednak z powodu ataku jednej ze złych, mitologicznych istot, muszą obronić maluchy przed utratą dzieciństwa. 

Nie jestem osobą, która tego typu koncepty lubi. Wydają mi się zbyt… abstrakcyjne? O ile jeszcze film z samym świętym Mikołajem mi nie przeszkadza, to drużyna superbohaterów w takim składzie po prostu mi się ze sobą gryzie. To jednak nie jedyny problem, jaki miałam z tą animacją. Jack Frost jest bowiem postacią z bardzo fajnym potencjałem. To ten radosny typ, który nie zawsze postępuje zgodnie z tym, jak powinien, posiadający jakieś swoje wewnętrzne problemy… ale jednocześnie mający w sobie tyle ciepła, że naprawdę można byłoby go cudownie ograć.

Niemniej - “Strażnicy marzeń” to produkcja bardzo, bardzo schematyczna, której zakończenie nie dało mi ani odrobiny satysfakcji. Cała fabuła skierowana jest raczej w stronę młodszych dzieci. W związku z tym postać Frosta wydaje mi się kompletnie niewykorzystana. I chyba trochę teraz rozumiem, czemu pojawia się tak często na fanartach, choć o filmie chyba niewiele się mówi. Bo postać ma dobrą bazę, ale film jest po prostu bardzo przeciętny i schematyczny.

Jeśli szukacie filmu, który obejrzycie z dziećmi - po ten można sięgnąć. Ale nie oczekujcie, że sami zaczniecie go uwielbiać. 


“Asteriks i Obeliks: Osiedle Bogów” (2014)


Jak ja długo chciałam obejrzeć ten film! O tej francuskiej animacji słyszałam sporo dobrego, ale nie mogłam na nią absolutnie nigdzie trafić. W końcu się udało, bo pojawił się na Netflixie (i tam możecie go znaleźć). Nie zrobił na mnie jednak nadmiernego wrażenia. Ot, miła historia o Asteriksie i Obeliksie. Przyjemna, ale niewiele już z niej pamiętam.

W tej historii o dwójce Galów Cezar postanawia stworzyć nowoczesne miasto w okolicy rodzinnej wioski Asteriksa i Obeliksa, aby jej mieszkańcy mogli zachłysnąć się bogactwem Rzymu. Mamy tu kilku miłych bohaterów, kilka sympatycznych żartów, miłą fabułę i atmosferę… ale chyba po prostu nie jestem wystarczająco dużym fanem tych postaci, by przepaść w całości w trakcie oglądania.


“Miss America” (2020)


Taylor Swift to artystka, do której mam drobną słabość. Ma niezwykle proste utwory, które raczej nie wzbudzają we mnie większych emocji, ale za to niemal zawsze bardzo podobają mi się jej teledyski pod kątem wizualnym. Poza tym po prostu kojarzy mi się z czasami Disney’a i mam do niej pewną nostalgię. Dlatego dokument traktujący właśnie o niej - “Miss America” - po prostu włączyłam sobie “do obiadu” i obejrzałam go na tury. 

W moim odczuciu: to po prostu taka dość miła, lekka rzecz. Nie interesowałam się nigdy zbytnio życiem czy poglądami Taylor Swift, więc kilka elementów faktycznie było dla mnie nowych, jednak generalnie większość tak czy siak wiedziałam. Sympatycznie było zobaczyć, jak wygląda praca koncepcyjna nad piosenkami, a całość była poprowadzona na tyle rytmicznie, by przykuć moją uwagę na dłuższą chwilę. Niemniej, nie sądzę, by ten dokument odkrywał coś niezwykle ciekawego, czy poruszał te ważne i ciężkie tematy. Można więc obejrzeć do kawki/herbatki/obiadu, ale jednocześnie to mimo wszystko coś dla osób, które Swift przynajmniej lubią. Nawet nostalgicznie, tak jak ja.


“Jojo Rabbit” (2019)


Uwielbiam Taikę Waititi od… od dawna właściwie. “Co robimy w ukryciu?” (wersja filmowa) to moja miłość od lat. Oczywistym było więc, że “Jojo Rabbit” był produkcją niezwykle przeze mnie wyczekiwaną. I okazał się w sumie tym, co chciałam obejrzeć. Jego akcja rozgrywa się w trakcie II Wojny Światowej, w Niemczech. Jojo jest bardzo zaangażowany ideologicznie i wpada w niemałą panikę, gdy odkrywa, że w jego domu ukrywa się żydowska dziewczynka. 

To film opowiedziany z perspektywy dziecka. Jest więc kolorowy, często przerysowany, czasem mocno ukierunkowany na jakiś aspekt. Nie koniecznie przekazuje stricte historyczną prawdę, ale jednocześnie jest bardzo ciepłą, zabawną i dramatyczną opowieścią. Bo to w sumie dramat… tylko ukryty pod płaszczykiem żartu. Co z resztą u tego reżysera jest normą. 

Wiele jest w sieci opinii i recenzji tego dzieła, więc chyba nie mam co się powtarzać. Rozumiem, jeśli komuś do gustu nie przypadnie, bo i temat jest drażliwy, i sam żart Waitiego niekoniecznie wszystkim odpowiada, ale… ja lubię. I polecam sprawdzić.


“Świąteczny książę” (2017) i “Zamiana z księżniczką” (2018)

Kojarzycie te wszystkie filmy o zwykłych dziewczynach, które mają nagle coś wspólnego z dworem królewskim? Poznają księcia, okazują się królewnami itd. itp.? To dwa z tych filmów. I są właściwie tak samo głupie i pozbawione głębszego sensu jak wszystkie inne. Tym razem w pierwszym przypadku nasza bohaterka to dziennikarka, która musi przygotować materiał na temat księcia (i zgadnijcie, jak to dalej się potoczy), a w drugim mamy swoistą adaptację “Księżniczki i żebraczki”.

Powtórzę się: to głupie filmy. I nie mają zbyt wiele sensu. Nie jestem zresztą przekonana, czy mają dużo wspólnego ze sztuką filmową. Ale w okolicach świąt zrobiło mi się ciut sentymentalnie i wieczorem nie mogłam zasnąć, więc… na taką okazję tego typu produkcje mogą się sprawdzić. Chyba. Tak trochę, bo wielkiej satysfakcji z oglądania raczej nie miałam. Ale istnieją i obejrzałam - więc informuję.


W tym filmie Vanessa Hudgens gra samą siebie w dwóch rolach. Cóż, los poprowadził byłą gwiazdkę Disney'a w dziwne rejony.


piątek, 15 listopada 2019

The Boys. Sezon 1: Korupcja w superbohaterskim świecie


Znalezione obrazy dla zapytania: the boys 2019"

Hughie (Jack Quaid) traci swoją dziewczynę przez nieuwagę superbohatera. Dzięki temu poznaje Billy’ego Rzeźnika (Karl Urban), który zdradza mu kulisy działalności herosów. Superbohaterowie nie zawsze postępują zgodnie z prawem. Mężczyźni zbierają zespół, aby przeciwstawić się tym, którzy nadużywają swojej mocy.


„The Boys”, czyli „Chłopaki” to serial na bazie komiksu, który skupia się na odwróceniu współcześnie istniejących w popkulturze tropów. W tym świecie przedstawionym superbohaterowie są własnością olbrzymiej korporacji, której zależy przede wszystkim na zysku. Herosi nie tylko chronią więc miasta, ale także udzielają się społecznie, grają w filmach i robią wszystko, by utrzymać zainteresowanie mediów. W takiej korporacji nie może być jednak wesoło: rywalizacja, czy łamanie prawa są w niej na porządku dziennym. To całkiem ciekawie przedstawiona koncepcja świata. Ale czy sam serial daje radę?
Znalezione obrazy dla zapytania: the boys 2019"
„The Boys” (2019-)
Sezon 1
serial superbohaterski
Jak najbardziej – tak, choć jednocześnie to raczej nie będzie mój absolutnie ulubiony serial. Raczej taki, do którego wrócę w wolnej chwili. Na pewno jednak nie będę czekała na kolejny sezon.
„The Boys” to produkcja dość mocno przerysowana. Co prawda raczej w ten pozytywny sposób, ale zdarzają się jej chwile, w których serial jest „aż za bardzo”. Absolutnie nie chodzi mi o lejącą się krew (której tu trochę jest), a raczej o podejście korporacji do superbohaterów i PRu, na co w moim odczuciu położono po prostu za duży nacisk.
Serial gwarantuje nam też odrobinę absurdu, który po części wynika właśnie z przerysowania, ale choć tegoż jakoś szczególnie nie uwielbiam to pasuje on do konwencji i czasem właśnie przez swoją dziwność potrafi bawić. Ponadto twórcy serialu bezustannie nawiązują do wszelakich współczesnych produkcji superbohaterskich, co fanom takich dzieł na pewno przypadnie do gustu.
Do fabuły wprowadzają nas duet bohaterów. Pierwszy z nich, Hughie – czyli dość niepewny siebie chłopak, któremu życie wywróciło się do góry nogami. Drugim bohaterem jest Annie (Erin Moriarty), superbohaterka o pseudonimie Gwiezdna, której zależy na właściwym postępowaniu. To młoda dziewczyna, która nie rozumie jeszcze działania świata korporacji. Moim zdaniem, o ile swoją rolę te postacie spełniają, to jednocześnie są najnudniejszymi postaciami w „The Boys”. Cała pozostała ferajna bohaterów, na czele z Ojczyznosławem (Anthony Starr) wypada naprawdę nieźle i ma w sobie sporo charakteru. Nawet, jeśli nie każdą postać da się lubić.
Trochę dziwny, trochę nietypowy, niekoniecznie grzeczny, ale dalej trzymający się superbohaterskiej konwencji, a przy tym bardzo komiksowy – tak mogłabym w skrócie opisać „The Boys”. Warto go sprawdzić, szczególnie jeśli interesuje Was taka tematyka i nie boicie się (odrobiny) krwi na ekranie.

Znalezione obrazy dla zapytania: the boys 2019"

poniedziałek, 28 października 2019

Fantastyka na ekranie - „Carnival Row” i „Alita: Battle Angel” to nie są dobre dzieła


 Fantastyka na ekranie niekoniecznie wypada dobrze. Nie dość, że jest po prostu stosunkowo trudnym gatunkiem to na dodatek jest po prostu kosztowna. Efekty specjalne muszą w końcu dobrze wyglądać, a w takich dziełach ich nie brakuje. Niemniej, każde dobre dzieło tego typu przyjmę z otwartymi ramionami.
Niestety, dwa tytuły, o których dziś Wam powiem moich oczekiwań po prostu nie spełniły. I to do tego stopnia, że najzwyczajniej w świecie ich nie skończyłam. Czemu? O tym niżej!


Carnival Row (sezon 1)
Znalezione obrazy dla zapytania: carnival row poster"Orlando Bloom (jako Rycroft) i Cara Delevingne (jako Vignette) w obsadzie sugerowali, że trochę pieniędzy na ten serial jednak poszło. „Carnival Row” to produkcja Amazona. Przenosi nas do świata, w którym ludzie żyją razem z innymi rasami. Konflikt polega na tym, że do niedawna dwa światy – ludzki i magiczny – były rozdzielone. Z powodu wojny inne rasy szukają schronienia pod ludzkim dachem, co wywołuje powszechny sprzeciw. Akcja rozgrywa się głównie w mieście przypominającym Londyn z okresu rewolucji parowej. Motyw wprawdzie wyświechtany, jednak osobiście lubię samą steampunkową estetykę, do której produkcja nieco nawiązuje, więc to akurat problemem dla mnie nie jest.
W moim odczuciu ten serial był po prostu niemożliwie wtórny już od pierwszych chwil. Konflikt ludzie kontra inne rasy, jakieś nawiązania do Lovcrafta w związku ze śledztwem, ten XVIII-wieczny Londyn… to motywy, które w fantasy były wałkowane już setki razy. Być może dla osób, które nie czytają książek coś takiego będzie nowością, bo jak wspominałam na wstępie, fantastyka jest droga w produkcji i wiele w serialach tego nie ma. Dla mnie jednak, jako starego wyjadacza gatunku, nie ma w świecie przedstawionym „Carnival Row” nic ciekawego.
Ponadto główna bohaterka była dla mnie najzwyczajniej w świecie nie do zniesienia. To ten typ „silnej babki”, która nieustannie ma się za ofiarę. Bezustannie podejmuje złe decyzje i obwinia za to cały świat. Próbuje być ostra, próbuje pokazać swoją feministyczną moc i siłę… ale ugh, jak ja bardzo nie lubię takich postaci. Pisanych jakby na siłę, wiecznie niezadowolonych z życia, które nie potrafią sensownie spojrzeć na sytuacje. Rycroft nie jest może doskonały, ale przynajmniej nie irytował mnie do tego stopnia. Poza tym chociaż aktorka ją grająca, Cara, jest naprawdę piękną kobietą, to coś w jej spojrzeniu najzwyczajniej w świecie mnie odrzuca.
Linia fabularnia zdecydowanie nie dawała czadu. Całość zdaje się być sklejona na siłę. Tak byle wcisnąć tu wojnę, byle był konflikt, byle było śledztwo i tajna organizacja. Bez szczególnej głębi, czy kreatywności albo pomysłu na siebie.
Chyba jedynym pozytywnym aspektem tej historii był dla mnie wątek Imogen Spurnrose (Tamzin Merchant), szlachcianki, pozornie pustej i głupiutkiej, która jednak próbuje samodzielnie ratować rodzinny majątek. Być może nie była to historia idealna, ale przynajmniej miała nieco przyjemniejszy ton.
Nie polecam, jeśli choć odrobinę „siedzicie” w fantasy, nawet mimo tego, że serial wizualnie nie wygląda źle. Sama odłożyłam ostatnie 2-3 odcinki na później i po prostu do niego nie wróciłam.



Alita: Battle Angel
Znalezione obrazy dla zapytania: alita battle angel poster"
Gdybym była młodsza, istnieje spora szansa, że uwielbiałabym tę produkcję. Wysokobudżetowy film, młodociani bohaterowie i akcja – podejrzewam, że wielu nastolatków tę historię po prostu kupi. Ja najzwyczajniej w świecie chyba jestem na tę produkcję za stara.
Historia opowiada o Alicie (Rosa Salazar), cybernetycznej nastolatce, której części zostały znalezione przez dr Ido (Christoph Waltz) na olbrzymim wysypisku. Dziewczyna nie pamięta swojej przeszłości i stopniowo stara się ją odkryć.
Być może sam ogólny pomysł na historię nie byłby zły gdyby nie bardzo młodzieżowe motywy. Ten film naprawdę wygląda dobrze, ale przez ilość młodzieżowego romansu, łamania zasad wyznaczonych przez rodziców i stosunkowo toporne światotworzenie najzwyczajniej w świecie nie byłam w stanie przez ten film na spokojnie przebrnąć. Nawet paczka Pringelsów oraz gorąca czekolada nie uratowały seansu. Udało mi się dobrnąć może do 1/3. Być może „Alita” sprawdzi się w trakcie spotkania ze znajomymi oraz jako seans dla młodzieży (i/lub osób, które takie klimaty po prostu lubią). Ja się po prostu znudziłam.

piątek, 4 października 2019

Trzy kroki od siebie – najpierw film, potem książka



Myślałam, aby zrobić na temat tych dzieł odrębny tekst. Naprawdę miałam taki zamiar, gdy zabierałam się za czytanie książki. W trakcie jednak uznałam, że… to nie ma najmniejszego sensu. Ale dlaczego – do tego przejdziemy zaraz. Najpierw może kilka słów o fabule omawianej dziś historii, czyli „Trzech kroków od siebie”. W wersji filmowej i książkowej.



Od podstaw
„Trzy kroki od siebie” opowiada o cierpiącej na mukowiscydozę Stelli. Dziewczyna ma siedemnaście lat. Jest bardzo dokładna i inteligentna: samodzielnie stworzyła aplikację, która przypomina chorym o braniu leków. Ponadto prowadzi także kanał na Youtube, gdzie opowiada o swojej przypadłości. Gdy trafia do szpitala z powodu infekcji, poznaje w nim Willa: zbuntowanego chłopaka, który przypadkiem złapał groźnego wirusa, będącym właściwie wyrokiem śmierci dla chorych na muko osób. Stella nie może znieść tego, jak zachowuje się chłopak i próbuje przekonać go do zwracania większej uwagi na swoją terapię.
Mamy więc właściwie wszystko, co może „chwycić” za serce nastolatków. Zakazaną miłość. Chorobę, która na ekranie bądź w literaturze potrafi być pociągająca. Postacie, które faktycznie mają jakieś zainteresowania i pasje; te są nakreślone bardzo wyraźnie, zarówno w książce, jak i w filmie. Jednocześnie w tych dwóch dziełach naprawdę widać, że twórcom zależało na przedstawieniu nie tylko samej historii Stelli i Willa, ale też charakteru mukowiscydozy. Wyjaśnienia, czym ta choroba jest i na czym polega. To całkiem sprytny sposób na szerzenie edukacji wśród młodych ludzi i naprawdę nie mam nic przeciwko samemu zamysłowi „Trzech kroków od siebie”.


Najpierw film, potem książka

„Trzy kroki od siebie” (2019)
ang. Five Feet Apart
reż. Justin Baldoni
dramat, romans
Swoją przygodę z tymi dwoma dziełami zaczęłam od filmu właśnie. To on z resztą z tej dwójki jest oryginałem: książka jest jego nowelizacją. W każdym razie – sam seans był dla mnie po prostu całkiem przyjemny. W żadnym razie nie odkrywczy (fabuła „Trzech kroków… nie jest niczym nowym w świcie nastoletnich romansów), ale przyjemny.
Miło było zobaczyć na ekranie Cole Sprouse’a w roli Willa, czy Moisesa Ariasa grającego Poe, których znam z ekranu od lat, głównie z Disney Channel. Ponadto aktorka grająca Stellę, Haley Lu Richardson, wydała mi się dość autentyczna, a relacja głównych bohaterów wypadała całkiem uroczo. Jasne, „Trzy kroki od siebie” są przerysowane. Przedstawiony szpital wygląda bardziej jak hotel, a w okolicy finału cała opowieść wyrasta do wręcz nierealnych, epickich momentów. Niemniej, to film kierowany do nastolatków. On właściwie „musi” mieć takie elementy, szczególnie jeśli ma się sprzedać i trafić do szerokiej publiki. Z resztą to się chyba udało. Przy budżecie rzędu siedmiu milionów dolarów, obraz zarobił prawie dziewięćdziesiąt.
Nie miałam zamiaru narzekać na ten film. Rzadko się zdarza, bym nie marudziła na nastoletni romans, ale tym razem… po prostu nie chciałam tego robić. Przekaz całości jest całkiem mądry, ogląda to się całkiem miło, dla młodzieży (i starszych lubiących młodzieżową twórczość) jest jak znalazł jako seans na wolny wieczór. A potem zaczęłam trochę grzebać.


Historia na faktach
Pierwsza rzecz, a właściwie osoba na jaką wpadłam jest Clarie Wineland. Youtuberka, która zmarła w 2018 roku. Śliczna, inteligentna i naprawdę charyzmatyczna dziewczyna, która odeszła z tego świata… zgadnijcie sami na co. Oczywiście, że na mukowiscydozę.
Film powstawał już w 2017 roku w związku z czym Clarie wtedy na naszym świecie jeszcze była z moich informacji wynika, że nie tylko wiedziała, że taki film jak „Trzy kroki od siebie” powstaje. Nawet współpracowała przy tworzeniu go. Tyle, że jeśli obejrzy się fragmenty „nagrań” vloga Stelli oraz przejrzy się kanał Clarie okaże się, że… główna bohaterka filmu mówi w słowo w słowo to, co ta prawdziwa dziewczyna. Nawet jej energia, sposób poruszania się, zachowanie ma w sobie wiele podobieństw. Tak, jakby aktorka właściwie udawała Wineland.
Z jednej strony nie jest to coś złego, szczególnie, że Clarie wiedziała o całym projekcie. Z drugiej… naprawdę chciałam pochwalić aktorstwo Richardson. Tyle tylko, że jeśli Haley Lu właściwie „małpowała” zachowanie prawdziwej osoby to chyba nie zasługuje na aż takie „ochy” i „achy”. Dużo łatwiej jest skopiować cudze zachowanie niż wykreować swoją własną postać. Dlatego moje pozytywne emocje względem tej aktorki trochę opadły.




Nowelizacja to chyba zły pomysł
Następnie postanowiłam sięgnąć po książkę. Nie była długa, jest o niej całkiem głośno, więc pomyślałam… czemu nie? To lektura, którą można połknąć w jeden wieczór, więc po prostu ją otwarłam. I wiecie co znalazłam? Scenariusz „Trzech kroków od siebie”, niemal bez dodanych scen.
Tytuł: Trzy kroki od siebie
Autor: Rachael Lippincott
Tłumaczenie: Maciej Potulny
Liczba stron: 336
Gatunek: dramat, romans
Wydanie: Media Rodzina, Warszawa 2019
Teraz muszę powtórzyć coś, co właściwie powtarzam od lat: nie ma absolutnie żadnego sensu, by adaptacja była identyczna jak oryginał. Po co się powtarzać, po co opowiadać drugi raz dokładnie tę samą historię? Film, książka, gra, cokolwiek – ma być przede wszystkim dobrą całością samą w sobie. Jeśli spełnia oczekiwania fanów – cudownie. Jeśli nie, bo jest złym filmem/grą/książką/czymkolwiek – gorzej. Jeśli nie, bo jest złą adaptacją, a świetnym filmem/grą/… – naprawdę, fani, wybaczcie, ale mam Was gdzieś.
A książka „Trzy kroki od siebie” jest po prostu cholernie pustą nowelizacją, napisaną chyba głównie przez względy finansowe. Ewentualnie po to, by szerzyć wiedzę o chorobie, ale… skoro twórcy mieli tak duże serducho do mówienia o tym w filmie, czemu przy książce poszli na aż tak dużą łatwiznę?
Nie chodzi o to, że to kompletnie zła książka, grafomania, coś, czego nie da się czytać. Absolutnie nie. „Trzy kroki od siebie” w wersji książkowej to bardzo lekka powieść, która na pewno spodoba się (i już spodobała) sporej grupie osób. Tyle tylko, że dla mnie osobiście jej istnienie nie ma żadnego sensu. Film by wystarczył, naprawdę.
Nie tylko niemal nie dodaje scen do „filmu”, ale również nie zachwyca językiem. Ten jest tak prosty, jak to tylko możliwe, byleby tylko trafić do szerokiego grona odbiorców. Postacie zaczynają się wydawać nieco odrealnione. W ekranizacji to aktor dźwiga sporą część charakteru bohatera, w książce robią to tylko słowa. W związku z tym pasje głównych postaci niby istnieją – ale jakoś ich nie czuć. To samo dotyczy chemii między postaciami. Czytając, widziałam sceny z filmu. Widziałam uśmiech Sprouse’a, widziałam emocje Richardson…  ale nie widziałam tych postaci jako postaci. No wiecie, w trakcie lektury zwykle tworzy się w głowie twoja-własna-osobista-wizja-bohaterów. Tyle, że nie w tym przypadku. Ta książka to nieco rozpisany scenariusz, którego role przynależą do konkretnych aktorów, a chemia wynika z zachowania osób grających bohaterów. Nie zaś z samych, pustych dialogów, które serwuje nam nowelizacja.
Po prostu czuje, że straciłam czas. Nabrałam się na sztuczkę marketingową, tylko po to, by znów poznać dokładnie tę samą historię, tylko w wersji gorszej i okrojonej, pozbawionej obrazu, dzięki któremu „Trzy kroki od siebie” nawet działały jako romans/dramat dla młodzieży.
Jeśli więc interesuje Was ta historia i chcecie ją poznać, ale nie macie czasu na dwa z tych dzieł, bierzcie się za oryginał. Za film. Podejrzewam, że Ci z Was, którzy lubią czytać i którym to dzieło się spodoba, sami z siebie sięgną za książkę, ale… po prostu lojalnie uprzedzam, jak ona wygląda. Jest spora szansa, że po prostu zmarnujecie kilka godzin na poznawanie dokładnie tego samego, zamiast poznawać coś bardziej kreatywnego.

sobota, 28 września 2019

Green Book: O rasizmie i przyjaźni w lekki sposób





Nowy Jork, lata 60. Choć Tony Lip (Viggo Mortensen) nie jest szczególnie inteligentny, to na pewno nie brakuje mi sprytu i lojalności. Kocha swoją rodzinę i chce zapewnić jej jak najlepszy byt. Gdy przez kilka miesięcy ma być pozbawiony pracy, dostaje nietypową ofertę. Ma być szoferem i ochroniarzem czarnoskórego muzyka, dr Dona Shirley’a (Mahershala Ali), w trakcie jego trafy po południowych stanach USA. Mimo uprzedzeń związanych z artysta, Lip przyjmuje posadę, skuszony wysoką płacą.



„Green Book” (2018)
reż. Peter Farrelly
dramat, komedia, biograficzny
Oscar za najlepszy film w roku 2018 powędrował do „Green Book” – filmu opowiadającego o przyjaźni dwóch mężczyzny z innych sfer oraz o kwestii rasizmu w USA. To z resztą nie jedyna nagroda, jaką to dzieło w reżyserii Petear Farrelly’a zdobyło. Czy słusznie? Nie uważam się wprawdzie za znawcę kina, ale choć to całkiem przyjemne dzieło to nie jestem pewna, czy aby na pewno jest aż tak niezwykłe.
Niezaprzeczalne jednak jest to, że „Green Book” porusza wrażliwe tematy w przyjemny, lekki sposób. Opowieść o przyjaźni Tony’ego i Dona ma w sobie sporą dawkę humoru i w całości podana jest naprawdę zgrabnie. Bez zbędnych dłużyzn i nadmiernego dramatyzmu. Sprawa związana z rasizmem jest tu jednak na drugim planie. To nasi bohaterowie są tu najważniejsi i to oni, a nie kraj, który przemierzają, mają przejść przemianę.
Tyle tylko, że ta przemiana niekoniecznie dotyczy podejścia do samego koloru skóry. Lip, jako prosty cwaniak, ma na początku uprzedzenia co do Dona, ale miałam wrażenie, że to raczej wynika z różnicy w ich zachowaniu. Bo i nasz muzyk nie jest człowiekiem idealnym. Nie zna „normalnego” świata i traktuje wszystkich z wyższością, a chyba nikt z nas nie lubi takich ludzi. Jeden więc musi zrozumieć, że „wyższe sfery” rządzą się swoimi prawami, do drugiego zaś musi dotrzeć, że nie zawsze musi postępować zgodnie ze swoimi własnymi, wymyślonymi zasadami.
Oczywiście sprawa rasizmu bezustannie przewija się przez „Green Book” i w pewnym sensie jest motorem napędowym do rozgrywających się na ekranie wydarzeń, jednak po seansie absolutnie nie czułam, bym dowiedziała się na ten temat czegoś więcej. By w mojej głowie zaczęła kiełkować jakaś zmieniająca życie myśl – ten film gra na zbyt prostych motywach, by był w stanie coś takiego zrobić, przynajmniej dla mnie samej.
Warto też zwrócić uwagę na to, że „Green Book” jest dość typowym kinem drogi. Nasi bohaterowie spędzają większość czasu, jadąc przez Stany, rozmawiając i stopniowo zmieniając swoje światopoglądy. Stopniowo buduje się między nimi relacja, powoli zaczynają coraz lepiej się rozumieć. Trasa koncertowa jest jednak właściwie jedyną osią fabularną tego filmu. Nie mamy tu innego oficjalnego celu podróży, niż odbycie wszystkich wydarzeń. „Green Book” pozbawiony jest zagadki, intensywnej przygody, czy wyjątkowo dramatycznych, „dużych” scen. Oczywiście w trakcie podróży pojawiają się mniejsze, bądź większe problemy, ale dość szybko orientujemy się, że nie zagrożą w jakiś szczególny sposób naszym postaciom, bo to po prostu nie jest celem tej historii.
„Green Book” to naprawdę przyjemny, dobrze nakręcony i zagrany film. Nie wydaje mi się jednak, by był szczególnie przełomowy czy wyjątkowy. Ot, to miły film drogi, który można sobie włączyć w wolny wieczór, gdy z jednej strony nie szukamy na ekranie wybuchów i pościgów, a z drugiej – nie mamy ochoty na bardzo ambitne, trudne do zrozumienia kino.

środa, 25 września 2019

Buffy: postrach wampirów. Sezon 1: Klasyka z końca lat 90.





W świecie, w którym czają się wampiry, musi istnieć równowaga. Szesnastoletnie Buffy (Sarah Michelle Gellar), wybrana na pogromczynie wampirów, musi pogodzić szkolne życie z wykonywaniem swojego przeznaczenia.



Buffy: postrach wampirów
sezon 1
serial fantasy, młodzieżowy
Stworzony w drugiej połowie lat 90. serial „Buffy: postrach wampirów” przeszedł już właściwie do pewnych klasyków, do których w powieściach urban fantasy, czy tych w inny sposób związanych z wampirami (np. paranormal romance) często się nawiązuje. Do tej pory jednak jedynie o nim słyszałam. Gdy wychodził, byłam zbyt mała, by zainteresować się serialem o istotach z piekła rodem, a potem po prostu nigdy na niego nie trafiłam. Źle jednak nie znać takich produkcji, gdy człowiek skupia się na literaturze fantastycznej, więc postanowiłam nadrobić przynajmniej pierwszy sezon.
Gdy zaczęłam oglądać tę produkcję przeszła mi przez myśl jedna, może głupia, ale przynajmniej dla mnie istotna rzecz. Dziewczynki będące w wieku nastoletnim na przełomie wieków mogły uwielbiać i podziwiać wyjątkową dziewczynę, która walczy z siłami ciemności. Te jednak, które – jak ja – w ten wiek weszły jakieś 10-15 lat później dostały papkę pod postacią paranormalnych romansów, w których co prawda występowały wampiry, ale raczej tylko w formie obiektów westchnień. Trochę szkoda, że ten konkretny rodzaj fantastycznego stworzenia ewoluował w tym kierunku, czyż nie?
Nie oznacza to oczywiście, że historia Buffy jest perfekcyjna. Po pierwsze, to stary serial, który dość mocno się zestarzał. Efekty specjalne często wyglądają raczej zabawnie, niż strasznie. Jego formuła jest typowo telewizyjna. Odcinki są krótkie i raczej opowiadają zamknięte historie, dlatego jeśli opuścicie jeden czy dwa odcinki, nic się nie stanie. Kluczowa fabuła rozgrywa się w tle, a relacje między postaciami nie są za mocno rozbudowywane. Nie ma w końcu nic dziwnego w tym, że w poprzednim odcinku Buffy nie wspominała słowem o jakimś chłopaku, a w następnym już go uwielbia i jest w nim zakochana, prawda?
Postacie też są raczej schematyczne. Nasza główna bohaterka to Mary Sue. Ładna, mądra, wysportowana, miła. Buffy nie ma właściwie jakiś bardzo konkretnych zainteresowań, czy cech. Jest po prostu pogromczynią wampirów, która czasem zachowuje się jak zbuntowana nastolatka, a czasem – jak rasowy zabójca. Wszystko zależy od tego, czego wymaga od niej scenariusz.
Buffy oczywiście otaczają przyjaciele. Giles (Anthony Head), bibliotekarz zajmujący się zbieraniem informacji dla naszej pogromczyni niby ma ją szkolić, ale w praktyce – tylko grzebie w książkach i czasem próbuje zastępować jej rodziców, bo mama bohaterki spychana jest na piętnasty plan. Xander (Nicholas Brendon) odgrywa rolę chłopaka zakochanego nie w tej osobie co trzeba, prędko lądując w friends zonie. Jest głupkowaty, ale odważny, gdy scenariusz tego wymaga. Willow (Alyson Hannigan) to chyba moja ulubiona postać z kręgu Buffy. Jest tą najnormalniejszą, cichą, ale miłą dziewczyną, której nie brakuje oleju w głowie i która raczej interesuje się tym, czym ma. Każdy w drużynie ma więc konkretne zadanie i konkretne miejsce, raczej nie próbując wychodzić ze swojego schematu.
Oczywiście mamy też Angela (David Boreanaz). Tego tajemniczego mężczyznę, który niewątpliwie był (i może dalej jest?) obiektem westchnień nastolatek. Mrukliwy, ale pomocny. Niby doskonały, ale jednak – też potrafiący się bać. Skomplikowany… ale właściwie to nie, widziałyśmy tego typa miliony razy na ekranie i w książkach, prawda, dziewczyny?
[SOPILER] Wątek z nim i Buffy skupia się oczywiście na wzajemnym zauroczeniu, które nie może nigdy się w pełni spełnić z powodu wampiryzmu zainteresowanego. Można byłoby rzec – w scenach, w których występuje ta dwójka dostajemy po prostu „Zmierzch”. Jednakże, z kilkoma zmianami, z których część wypada lepiej, a część gorzej od powieści Meyer.
Gorzej na pewno wypada samo budowanie relacji między tą dwójką, bo poza wymianą pojedynczych zdań, nic się między nimi nie dzieje. Gorzej, bo Angel ma ponad 200, a nie ponad 100 lat i przeżył więcej, niż Edward, a wciąż zakochuje się w niekoniecznie bardzo dojrzałem 16 latce. Lepiej – bo sam koncept wampiryzmu w „Buffy…” jest o wiele ciekawszy i gdyby ten serial był tworzony dzisiaj, wyobrażam sobie furtkę, w której z tego mogłoby wyjść coś naprawdę ciekawego. [KONIEC SPOILERA]
Współcześnie „Buffy: postrach wampirów” jest bardzo, bardzo sztampowym serialem młodzieżowym, który nie wygląda za dobrze w obrazku i który dostosowany jest to oglądania raz na tydzień w tle, przy odrabianiu zadań domowych, a nie do połykania wszystkich sezonów na raz w pełnym skupieniu. Co najmniej połowa odcinków w sezonie pierwszym to zapychacze, w którym to bohaterowie muszą borykać się z typowymi, szkolnymi problemami i z pomniejszymi zjawami, demonami, duchami itd., itp. Zgaduję jednak, że gdy wychodził, był jednym z niewielu tego typu produkcji dla nastolatków i mógł robić wrażenie. Dziś więc jest to raczek produkcja, którą można nadrobić w ramach poszerzenia popkulturowej świadomości, ale nie pasjonująca historia, którą człowiek pochłonie w całości. W każdym razie, jeśli będę miała chwilę, chętnie nadrobię kolejne sezony, puszczając je w „tle”. Być może im nasza bohaterka będzie starsza, tym poważniejsza stanie się ta produkcja?



niedziela, 22 września 2019

The Disaster Artist: Próba zrozumienia niezrozumianego



Tommy Wiseau zasłynął dzięki swojemu kultowemu już, „najgorszemu filmowi świata” – „The Room” z 2003 roku. Współtworzył go ze swoim najlepszym przyjacielem, Gregiem, gdy Hollywood odrzuciło ich, nie pozwalając im spełnić swoich marzeń o byciu gwiazdami kina. Współpraca z tak ekscentrycznym artystą jak Wiseau nie była jednak prosta.



„The Disaster Artist” (2017)
reż. James Franco
tragikomedia, biograficzny
O „The Room” słyszałam już lata temu. Mimo jednak próby obejrzenia go, nigdy nie udało mi się przebrnąć przez ten film w całości. Oglądając, bezustannie mam wrażenie, że po prostu nie mam pojęcia, o czym to dzieło jest, a że nie należę do osób szczególnie cierpliwych wytrzymuje najwyżej pół godziny seansu. Wiem jednak, jak kultowym jest dziełem, a o „Disaster Artist” słyszałam wiele dobrych opinii. Więc spróbowałam sięgnąć po film Jamesa Franco i absolutnie nie żałuje tego wyboru.
To jednocześnie ciepła, dziwna, śmieszna i tragiczna historia. Ciepła, bo relacja Tommy’ego i Grega ma swój niezaprzeczalny urok, mimo dużej różnicy wieku dzielącą tę dwójkę. Dziwna – bo Wiseau trudno zrozumieć. Jego wybory życiowe i poczynania wymykają się prawom logiki. Śmieszna, bo oderwanie tego artysty od świata po prostu musi czasem wzbudzić śmiech. Tragiczna… cóż, to mimo wszystko historia niezrozumiałego artysty. Śmiech wywoływany przez „Disaster artist” czasem jest śmiechem przez łzy.
Przy tym film Franco wciąga i fascynuje. Bo jak można być jednocześnie tak bogatym i tak nieugiętym, by właściwie w pojedynkę stworzyć film? Napisać scenariusz, opłacić plan zdjęciowy, aktorów, być reżyserem i jednocześnie grać główną rolę?


James Franco w „Disaster artist” próbuje może nie odpowiedzieć na pytania, ale zastanowić się nad kwestiami związanymi z głównym bohaterem. Nie tylko nad sprawą tego finansów (do dziś nie wiadomo, skąd Wiseau wziął swoje miliony), ale też niezbyt chwalebnym podejściem do kobiet, przyjaźni, czy jego pilnie strzeżonej prywatności. Przy tym gra w filmie jako Wiseau, w roli Grega obsadzając swojego młodszego brata. Chyba nie mógł wybrać lepiej: nie wątpię, że Dave i James są sobie bliscy i dobrze rozumieją się nawzajem. Dzięki temu chemia między postacią Tommy’ego i Grega naprawdę działa i pozwala wciągnąć się w tę historię. W końcu to przede wszystkim film o przyjaźni tej dwójki.
Przy tym wszystkim film w naprawdę dobry sposób odtwarza przedstawianą rzeczywistość. Fragmenty z „The Room” nagrane ponownie wyglądają naprawdę autentycznie, a James Franco mocno wczuwa się w swoją postać. Dobrze oddaje manierę z jaką mówi Wiseau, jego ruchy i mimikę. Osobiście dopiero, gdy porównałam twarze obydwu panów zorientowałam się, jak są od siebie różni. Franco mimo wszystko jest od Wiseau młodszy, przystojniejszy… i o wiele mniej odpychający.
Choć zabawny, „The Disaster Artist” nie jest parodią, która chce tylko wyśmiać dziwaka, jakim niewątpliwie jest Tommy Wiseau. Naprawdę próbuje zrozumieć tę postać, choć w dalszym ciągu pozostawia nam więcej pytań, niż odpowiedzi dotyczących tej postaci. To ciekawy film o fascynującej osobie i niezwykłej przyjaźni, który warto zobaczyć.

poniedziałek, 16 września 2019

Titans. Sezon 1: Mhrok i depresja przeciwko złu tego świata





Matka Reachel (Teagan Croft) zostaje zamordowana. Nastolatce udaje się uciec i przypadkiem trafia na Dicka Graysona (Brenton Thwaites), dawnego pomocnika Batmana. Ten, widząc, że dziewczynie grozi niebezpieczeństwo, próbuje pomóc Reachel. W tym samym czasie znajdująca się w Europie i pozbawiona pamięci Kory (Anna Diop) próbuje przypomnieć sobie, kim jest i wyrusza na poszukiwanie kogoś, kto jej w tym pomoże.



„Titans
sezon 1
serial superbohaterski, fantastyczno-naukowy
Na fali oglądania superbohaterskich seriali, sięgnęłam także po „Titans”. Serial jest prequelem lubianego przeze mnie „Doom Patrolu”, a jakby tego było mało, lata temu oglądałam animowaną historię tej drużyny. Niewiele pamiętam z „Teen Titans”, lecz mam raczej pozytywne skojarzenia z tą kreskówka. Sięgnięcie po tę historię wydawało mi się więc całkiem dobrym pomysłem.
Niestety, to jak na razie chyba najsłabszy z oglądanych przeze mnie seriali superbohaterskich. Już sam klimat „Titans” nie zachęca. Jest mroczny w ten depresyjny i nieprzyjemny sposób. Reachel bezustannie narzeka na swoje życie, Dick również nie jest zbyt szczęśliwą osobą. Kory  i Gar (Ryan Potter) to postacie nieco bardziej pozytywne, jednak mimo wszystko, całość opiera się raczej na relacji Robina z Raven. Poza tym sam wygląd serialu, muzyka i obecny w nim patetyzm próbują podkreślać dramatyzm całej sytuacji. Przez to tych negatywnych emocji, które biją od „Titans” jest po prostu zbyt wiele.
Jak na serial przystało, tak i ten nie ma zbyt dużego budżetu, co widać po jakości efektów specjalnych. Te niestety, w kontraście z „realistycznym” i dość poważnym klimatem serialu, po prostu wyglądają źle. O ile w takim absurdalnym „Doom Patrolu” gorsze efekty pasują do całości, o tyle w „Titans” po prostu kłują w oczy.
Jakby tego było mało, właściwie w co drugim odcinku serialu pojawiają się postacie z innych produkcji DC. „Titans” nie skupia się więc za bardzo na swoich postaciach, a stara się przedstawić widzom jak najwięcej innych bohaterów, co w takiej ilości po prostu przytłacza. To nie jest kreskówka, w której nieuzasadnione, gościnne występy w jakikolwiek sposób działają.
Ponadto „Titans” nie jest właściwie historią o drużynie, a raczej o grupie losowych ludzi, których z jakiś powodów połączyła Reachel i którzy próbują ją chronić. To nie wyszkoleni Avengers. Właściwie jedynie Dick wie, jak powinno się walczyć, ale w całym serialu mamy aż jedną scenę, w której próbuje tę wiedzę przekazać reszcie… i w gruncie rzeczy nic z tego nie wynika.
Ponieważ obejrzałam „Titans” w całości to cóż, nie był to aż tak zły sezon. Byłam w stanie go skończyć i podążać za bohaterami, ale im dalej w las, tym po prostu było gorzej. Nudniej, bardziej depresyjnie. Coraz mniej interesowały mnie postacie i ich marudzenie, mimo że początkowo uznałam Robina za całkiem ciekawą postać. Temu serialowi po prostu brakuje balansu, pomiędzy komiksową lekkością, a odpowiednią dawką dramatyzmu, przez co on sam wypada dość nieprzyjemnie i karykaturalnie.


czwartek, 29 sierpnia 2019

The Umbrella Academy: Rodzina, która musi się dogadać


Tego samego dnia w 1989 roku trzydzieści kobiet urodziło dzieci w dość nietypowy sposób: chwilę przed porodem nie były w ciąży. Ekscentryczny milioner zaadoptował siódemkę z nich, próbując stworzyć z nich drużynę superbohaterów. Grupa się rozpada, gdy dzieci dorastają. Kilkanaście lat po ich ostatnim spotkaniu ich przybrany ojciec umiera, a niedogadujące się ze sobą rodzeństwo znów się spotyka. Wkrótce grupa dowiaduje się, że za kilka dni ma nastąpić apokalipsa.



The Umbrella Academy”
Sezon 1
serial superbohaterski
Po obejrzeniu pierwszego sezonu „Doom Patrolu” postanowiłam sprawdzić jakiś inny serial superbohaterski, a ponieważ „The Umbrella Academy” pojawiało się w różnorakich opiniach jako dzieło w pewnym sensie podobne zdecydowałam się właśnie na tę produkcję. Co prawda sam plakat promocyjny nieszczególnie mnie zachęcił, ale postanowiłam dać serialowi szansę. I dobrze: to naprawdę przyjemne i porządnie zrealizowane dzieło, które po prostu dobrze się ogląda.
Nie nazwałabym się może olbrzymią fanką tej historii, ale na pewno po prostu ją polubiłam. Faktycznie serial ten ma trochę punktów wspólnych z „Doom Patrolem”. W obydwu tych dziełach mam do czynienia z superbohaterami, którzy z jakiś powodów nie są w stanie nimi być. Nieco inna jest jednak przyczyna takiego stanu. Bohaterzy „Doom Patrolu” to osoby po przejściach, które po prostu nie radzą sobie ze swoim własnym życiem, ale raczej od początku po prostu się lubią. Postacie z „The Umbrella Academy” są rodzeństwem, które przeżyło w dzieciństwie wspólną traumę. Dlatego więc mimo przywiązania do siebie nawzajem po prostu nie potrafią się dogadać. Mają naprawdę wiele do przepracowania, by w końcu móc ponownie działać jako drużyna.
Chyba to właśnie jest mocą tego serialu. To opowieść o rodzinie, która ponownie musi znaleźć wspólny język, zaufać sobie i nauczyć się wzajemnej komunikacji. Nasi bohaterowie potrafią walczyć, ale mają problem ze współpracą, której powoli uczą się na nowo.
Miło było zobaczyć Ellen Page w roli Vanyi. Znam tę aktorkę od dłuższego czasu, ale dawno nie widziałam jej na ekranie, a wydaje mi się, że to naprawdę utalentowana kobieta. To jej postać jest swego rodzaju klamrą dla całości. Choć zwykle stoi z boku to gdyby nie ona, wiele z przedstawionych sytuacji nie miałoby miejsca.
Mimo wszystko jednak nie poczułam szczególnego zżycia z którymkolwiek z bohaterów. To po prostu dobrze wykreowane postacie, które akceptuje, ale których nie uwielbiam. Chyba wydały mi się dość sztampowe. Mamy miłego, umięśnionego gościa. Tę ładną. Tego zwinnego zabójcę, czy Klausa (Robert Sheehan) w roli całkiem uroczego, ale mimo wszystko dość typowego „klauna”. Numer Pięć (Aidan Gallagher) jest chyba z tych wszystkich bohaterów najbardziej nietypowy. Dorosły zamknięty w ciele dziecka to naprawdę ciekawy koncept.
Fabuła „The Umbrella Academy” wypada komiksowo i przyjemnie. Nasi bohaterowie przede wszystkim muszą dowiedzieć się, skąd nadchodzi apokalipsa i spróbować jej zapobiec: nie mamy tu do czynienia z jednym, konkretnym antagonistą. Historia opiera się więc przede wszystkim na próbie rozwikłania tej zagadki, a nie walki z potężnym złym, który chce zniszczyć świat.
Nie oznacza to, że serial nie dostarcza nam też antagonistów. Bo dostarcza, tyle że ci pełnią raczej rolę przeszkadzajek w wykonaniu zadania, które stoi przed naszym zespołem. Hazel (Cameron Britton) i Cha-Cha (Mary J. Blige) to w teorii duet uzdolnionych zabójców. W praktyce jednak kojarzą mi się z tymi nieudolnymi, kreskówkowymi złymi, którzy raczej bawią, niż straszą. To była całkiem miła odmiana: jednak zazwyczaj twórcy starają się, by negatywne postacie były w miarę poważne. Poza tym przynajmniej jedna osoba z tego duetu przechodzi w trakcie serialu przemianę, czegoś się uczy i dojrzewa, więc to niewątpliwie kolejny atut „The Umbrella Academy”.
Jeśli jeszcze nie znacie tego serialu, a lubicie historie kręcące się wokół rodziny, akcji i superbohaterów to myślę, że po ten netflixowy serial warto sięgnąć. Wygląda przyjemnie i jest po prostu sympatyczny w odbiorze. Mam szczerą nadzieję, że zostanie mi w pamięci na tyle długo, bym bez wahania sięgnęła po sezon drugi, gdy tylko ten się pojawi.



Nomida zaczarowane-szablony