Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dark fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dark fantasy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 listopada 2023

Pajęczyna utkana z ciemności: poznaje klasycznego bohatera fantasy

 


O tym, jak silny i potężny jest Kane krążą legendy. Mężczyzna jednak trzyma się na uboczu. Pewnego dnia spotyka się z nim wysłannik Efrel, kobiety, która pragnie wszcząć bunt i potrzebuje pomocy wojownika i dowódcy.

Pajęczyna utkana z ciemności
Karl Wagner
wyd. Amber, 1991
cykl Kane, t. 1



Mam poczucie, że Kane jako bohater jest już dzisiaj trochę zapomniany, przynajmniej w Polsce. Pamiętają o nim starzy wyjadacze oraz osoby, które faktycznie w fantastyce siedzą i grzebią, zaś „niedzielny czytelnik” często nie miał z nim wcale styczności. A jednak ta powstała w okolicach lat 70. XX wieku postać jest ważną częścią historii światowego fantasy. Mi w końcu udało się zabrać za pierwszy tom cyklu o tym bohaterze, który napisał Karl Edward Wagner, czyli za „Pajęczynę utkaną z ciemności”.

To naprawdę króciutka historia: w moim wydaniu nie ma nawet dwustu stron. Swoim klimatem i schematami bardzo przypomina opowieści o Conanie Barbarzyńcy, jest jednak od nich mroczniejsza. Kane, tak samo jak bohater stworzony przez Howarda, żyje w przeszłych i zapomnianych czasach ludzkości, większość konfliktów załatwia siłą i po prostu przeżywa przygodowe przygody, te z tych najbardziej sztampowych dla historii fantasy (a przynajmniej taka była ta, z którą zapoznałam się w tej powieści).

Oczywiście istnieją różnice pomiędzy bohaterem Howarda i Wagnera. Przede wszystkim Kane, choć chwilami zachowuje się jak barbarzyńca, ma przebłyski geniuszu. Ponadto, jak już wspominałam, to mroczniejsza historia, ale z tych przerysowanych, mrocznych opowieści. Zło w tej historii zawsze jest bardzo złe i brzydkie, wszystko jest ciemne i ponure, a Kane wzbudza postrach samym spojrzeniem.

Przyznam, że początkowo cały ten klimat całkiem mnie kupił. Styl Wagnera, tak jak i Howarda zresztą, jest momentami naprawdę bardzo ładny. Gorzej zaczęło się jednak robić dalej. „Pajęczyna utkana z ciemności” dość mocno skupia się jednak na militarnych starciach, a te mnie raczej nie interesują. Ponadto bohaterowie z tej książki raczej deklamują słowa, niż ze sobą rozmawiają i trudno tu o jakieś naprawdę żywe, wciągające relacje, przez co z czasem zaczęłam się w trakcie lektury nudzić. Niemniej, wiem, że to stricte moje subiektywne odczucia i wiem, że są osoby, które dokładnie tego szukają.

To, że się w trakcie lektury trochę nudziłam, nie oznacza jednak, że nie ma tu elementów, które nie sprawiłyby mi trochę radości. To sztampowa i przerysowana książka, ale ten kicz momentami po prostu mnie bawił. [SPOILERY] Mamy tu na przykład złą i potężną, magiczną kobietę (bo kto inny może być złolem w takim fantasy?), która jest przy okazji obrzydliwie brzydka. Mam też tą jedną, piękną kobietę, która jest pozytywną postacią, głównie właśnie przez swoją urodę. Owa bohaterka ma klika niezbyt rozbudowanych scen erotycznych (raczej dość ogólnikowo rozpisanych), choć narracja nazywa ją raz czy dwa nastolatką. I OCZYWIŚCIE, że zła Efrel musi w którymś momencie próbować przejąć jej ciało, aby sama wyglądać pięknie. [KONIEC SPOILERA]

Tego typu historie są zawsze warte poznania. Choćby po to, by wiedzieć, co i jak pisało się dawniej w gatunku. Szczególnie że „Pajęczyna utkana z ciemności” nie jest wcale historią długą, czy trudną. Podobnie jak w przypadku historii o Conanie, raczej jednak nie będę na siłę szukać kolejnych tomów cyklu. Może przeczytam kiedyś dalej, może nie, ale przynajmniej przekonałam się na własnej skórze, z czym się historie o tym bohaterze wiążą.

Mała uwaga na koniec: ta historia jest zamkniętą całością. Nie trzeba więc sięgać po kolejne tomy, by poznać zakończenie.



niedziela, 16 kwietnia 2023

Dziki Mesjasz: sekta w podziemnym mieście



W Vakkerby pojawił się Dziki Mesjasz. Wokół niego krąży coraz więcej wyznawców, którzy ślepo podążają za jego słowami. Wkrótce świat, w którym żyją, ma ulec zupełnej przemianie.


Wiele książek wydawanych przez Fabrykę Słów po prostu mi nie siada. Są „zbyt męskie”, często przy tym bardzo prostolinijne, skupiające się na mordobiciu i opierające się na prostych schematach. I nie żeby to zawsze było złe. Po prostu osobiście, jeśli mam sięgnąć po lekką lekturę to raczej nie w takiej tematyce. Ale „Dziki Mesjasz” jest pod tym względem trochę wyjątkowy. Choć owszem, to raczej typ męskiej literatury, ze sporą dawką mordobicia to po prostu widać, że Orkan potrafi pisać.

Dziki Mesjasz
Rafał W. Orkan
wyd. Fabryka Słów, 2009
cykl Paramythia Vakkerby, t. 2

Koncept autora na świat może nie jest najbardziej innowacyjny, ale bez wątpienia jest po prostu interesujący, zwłaszcza bądź co bądź w dość rozrywkowej fantastyce. Styl Orkana ma dobry ciężar i buduje dobry, dość mroczny klimat.

Nie jest jednak idealnie. Mam wrażenie, zwłaszcza po lekturze dwóch tomów, że mimo wszystko widać brak pewnej wprawy Orkana w pisaniu. Bywa nieco chaotyczny. Widzę w tej historii też potencjał na coś więcej, niż ostatecznie wyszło. Wolałabym mimo wszystko, aby było tu nieco mniej rozrywkowo, a za to by autor skupił się nieco bardziej na tworzeniu świata czy bohaterów. W tej formie po prostu zbyt łatwo da się wyłapać np. postacie, stworzone tylko po to, by pokazać brutalność świata przedstawionego.

Drugi tom to już po prostu powieść. Pierwszy był opowiadaniami, które stopniowo przeradzały się w jedną historię, tu zaś książka jest zdecydowanie bardziej jednolita. Autor miał też ciekawy koncept wyjściowy na fabułę: mimo wszystko nieczęsto czytam fantastykę o buntującej się sekcie. Doceniam też trochę zagranie na nosie takiemu czytelnikowi jak ja, który po tytułowym bohaterze wcale nie spodziewał się obrania właśnie takiego kierunku, jaki obrał pomiędzy tomami. Albo może po prostu byłam nieco naiwna…

„Dziki Mesjasz” to solidna powieść rozrywkowa. Być może nie burzy trzeciej ściany, nie jest czymś zupełnie świeżym dla gatunku, ani nie jest perfekcyjna warsztatowo, ale naprawdę wyróżnia się na tle innych. I trochę szkoda, że na razie nowych powieści od Orkana ani widu, ani słychu…



środa, 12 kwietnia 2023

Więzy krwi: mroczne opowiadania z odrobiną „Zmierzchu”

 

Ostatni raz nową (dla mnie) powieść Kossakowskiej czytałam w 2019 roku i był to wówczas nowy tom „Bram światłości”. W 2022 czytałam ponownie „Siewcę wiatru”, ale jednak reread to trochę inna bajka: trudno podejść w pełni obiektywnie do książki, z którą ma się nostalgiczne wspomnienia. Ale po latach na moją półkę trafił jej zbiór opowiadań, „Więzy krwi”, więc w końcu mogłam odświeżyć sobie jej twórczość i to, co o niej sądzę.

Ten zbiór to głównie Kossakowska z lat 1996-2005. Opowiadania raczej starsze niż nowsze, w tym jej debiut. I choć poruszają różnorodne tematy, to mam wrażenie, że ich klimat jest generalnie bardzo mocno do siebie zbliżony. Są raczej po tej mrocznej stronie, raczej z większą ilością krwi, niż mniejszą. Często poruszają tematy związane z wiarą, życiem i śmiercią, zwykle w sposób pozbawiony większej nadziei. Część myśli Kossakowskiej zawarta w tekstach jest trafna, ale jednocześnie mi osobiście kojarzą się klimatem troszeczkę z młodą osobą, która ma chwilowego hopla na punkcie tzw. mhroku i krwi. 

Więzy Krwi
Maja Lidia Kossakowska
wyd. Fabryka Słów, 2007

I szczerze mówiąc, ten ogólny klimat całego zbioru sprawia, że nie potrafię go uwielbiać. Choć Kossakowska ma w swoich tekstach parę dobrych pomysłów, a taka debiutancka „Mucha” była zadziwiająco fajnym (choć również mhrocznym) jednostrzałem to te teksty, postawione jeden obok drugiego, dobitnie przypominają mi, czemu nie sięgam po książki Fabryki Słów zbyt entuzjastycznie. 

Jednocześnie w tym całym mroku przebija się pewien specyficzny romantyzm Kossakowskiej i jej zamiłowanie do typowo babskich tropów. Mamy w tym zbirze na przykład dłuższe opowiadanie, czy też mikropowieść „Zwierciadło”, które jest typową historią o kobiecie zakochanej w „Edwardzie” – kolesiu, w którym zakochać się nie powinna i który pewnie sprowadzi na nią zagładę. I choć tekst zdecydowanie jest mroczniejszy i poważniejszy niż paranormalne romanse to w dalszym ciągu bazują na podobnych schematach i osobiście odbieram go po preostu jako fantazję Kossakowskiej. Tak samo, jak fantazją byli przystojni skrzydlaci ze wspaniałymi torsami i długimi, kolorowymi włosami.

Mam wrażenie, że dawniej zachwycałabym się stylem Kossakowskiej. Dziś raczej odbieram go ze znudzeniem niż radością i ekscytacją. Mam wrażenie, że to już nie są treści kierowane dla mnie, nawet jeśli nastoletnia ja je uwielbiała. Poza tym po prostu wolę Maję w tym radośniejszym wydaniu, jak choćby „Grillbar Galaktyka” czy „Ruda sfora”, która jest naprawdę solidną powieścią dla młodzieży. Ten zbiór to po prostu nie są już moje opowieści i nawet romans ze wspomnianego już „Zwierciadła” nie wzbudził we mnie żadnych emocji, a przecież dawniej takie treści napisane przez tę autorkę naprawdę robiły na mnie wrażenie.

Niemniej, dobrze było zapoznać się z tekstami autorki, zwłaszcza z tym pierwszym, debiutanckim. Lubię wiedzieć, z jakiego miejsca startowali polscy autorzy, a wcześniej nie miałam okazji „Muchy” przeczytać. I żałuje jedynie, że moja bezkrytyczność i miłość do jej twórczości jakoś nie do końca przetrwała próbę czasu.




sobota, 5 marca 2022

Wiedźma z Wilczyńskiej Doliny: krok w tył?


W oddalonej od świata Wilżyńskiej Dolinie życie zdaje się wracać powoli do normy. Jednak to nie oznacza, że na jej mieszkańców nie czekają przygody. Na szczęście w nieszczęściu, ich dobrobytu pilnuje wiedźma, babunia Jagódka. 



Nigdy nie spodziewałam się, że na takiej pisarce, jak Anna Brzezińska, trochę się zawiodę. A jednak. Choć „Opowieści z Wilżyńskiej Doliny” były jej debiutem, to kontynuacja, czyli „Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny” okazała się dla mnie znacznie bardziej męczącą lekturą.

Już pierwszy tom miał pewne drobne problemy. Niektóre opowiadania nie miały najlepszego tempa i chwilami historie po prostu odrobinę mnie nudziły. Ale same w sobie miały dobre puenty i ogólnie jako całość stanowiły naprawdę bardzo solidną rozrywkę. Tu jest nieco inaczej. Miałam wrażenie, że ten tekst nie do końca sprawdza się ani jako powieść, ani jako opowiadania. Na to pierwsze był zbyt poszatkowany, na to drugie – teksty był od siebie zbyt słabo oddzielone. I to sprawiało, że po prostu nie do końca mogłam się w historiach o babuni Jagódce z drugiego tomu odnaleźć.

Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny
Anna Brzezińska
wyd. Runa, 2010
Wilżyńska Dolina, t. 1

Szczerze przyznam, że gdyby nawet istniał drugi tom, to po tej części zastanawiałabym się, czy ja w ogóle chcę po niego sięgnąć. Jak pierwsza część, teoretycznie starsza, mnie oczarowała, tak druga kompletnie nie. Najzwyczajniej w świecie trochę się od tych tekstów odbijałam.

I właściwie nie do końca potrafię powiedzieć dlaczego. Prawdopodobnie właśnie przez fabułę i pewne jej niedopracowanie, bo język Brzezińskiej dalej pozostaje bardzo dobry. Jej świat jest naprawdę unikatowy. Z jednej strony baśniowy, z drugiej bardzo realistyczny i wiarygodny. Widać wiedzę autorki na temat średniowiecza i chyba nie znam lepszych polskich historii fantasy z lepszą stylizacją językową i lepszym przedstawieniem realiów. Bo w dalszym ciągu, mimo magii, sytuacje zdarzające się w Wilżyńskiej Dolinie potrafią być przerażająco realistyczne i ujmująco smutne. Jednocześnie przypominające mi, że co jak co, ale w średniowieczu to żyć bym nie chciała. 

Czuję się trochę zasmucona. Bo to nie jest tak, że te teksty są kompletnie złe. Brzezińska naprawdę pisać potrafi. Tylko czegoś w tym drugim zbiorze zabrakło. Konkretniejszej fabuły, mniejszej dawki obyczajowości, odrobiny więcej jakiś konkretnych wydarzeń. Autorka wprawdzie nawiązuje do baśni, ale w przypadku tej historii nawet przerabianie ich wypada jej jakoś słabiej i mam wrażenie, że za kilka tygodni ja po prostu z tej historii nie będę pamiętać właściwie nic, poza samym jej klimatem.


sobota, 22 stycznia 2022

Czerwona królowa: podróż Alicji w nieznaną baśń


Alicja musiała uciekać z Miasta. Wraz z Topornikiem wyruszyła więc w poszukiwaniu jego dawno zaginionej córki. Wkrótce trafiają do magicznej krainy, w której rządzi okrutna Biała Królowa. 


„Alicja” była dla mnie kompletnie pozytywnym zaskoczeniem. Książka, po której nie spodziewałam się niczego, okazała się baśniowo-oniryczną przygodą, z całkowicie satysfakcjonującym mnie zakończeniem (chociaż chyba jestem w mniejszości), a samo wydanie Vespera bardzo mnie do tego wydawcy przekonało. Nie mogło więc być inaczej. Kontynuacja, czyli „Czerwona królowa” musiała pojawić się na mojej półce.

Czerwona Królowa
Christina Henry
wyd. Vesper, 2021
The Chronicles of Alice, t. 2

Pierwsze recenzje nie były jednak zbyt pozytywne i obawiałam się, że Christina Henry tym razem mnie zawiedzie. Na szczęście przy lekturze bawiłam się dobrze, choć nie przeczę, kontynuacja wydaje mi się słabsza od tomu pierwszego.

W dalszym ciągu uwielbiam klimat tej powieści. Jest baśniowy, mroczny, lekki i niby brutalny, ale nie do końca. Henry przenosi nas do świata pełnego zaczarowanych istot, krwiożerczych i całkiem przyjaznych olbrzymów oraz miast, w których jedzenie po prostu się pojawia. Ponadto, jak nie przepadam z Kotem z Cheshire z animacji, tak w tej wersji zyskuje do niego coraz większą sympatię.

To sprawiło, że ja po prostu bawiłam się w trakcie lektury dobrze i gdybym była zupełnie zwyczajnym czytelnikiem, po prostu polecałabym ją dalej. Jednak skoro już mam o książce w miarę obiektywnie opowiedzieć, to przyda się tutaj wyłożenie jej wad, które potencjalnie innego czytelnika mogą odstraszyć.

Zacznijmy od tego, że choć Vesper wydaje grozę/horror i tak też na przykład Lubimy Czytać kwalifikuje tę książkę, to absolutnie nie jest powieść z tego podgatunku. To przede wszystkim przygodowe high fantasy i to na dodatek powieść drogi. Co prawda z nurtu dark, ale to nie zmienia faktu, że absolutnie nie jest to horror.

Kolejną kwestią jest to, że fabuła w drugim tomie znacznie bardziej się rozmywa. To nie jest długa książka, a właściwie pierwsza połowa jest po prostu drogą Alicji bez żadnych większych zaskoczeń. Oczywiście z czasem fabuła się rozkręca, ale dalej pozostaje mniej konkretna, a więc mniej wciągająca. 

Ważne jest też to, że tytułowej bohaterki nie ma w tej historii zbyt dużo. Pojawia się na samym końcu i jest tylko dodatkiem. To historia Alicji, a nie jej.

Niemniej, znów podoba mi się zakończenie Henry. Jest słodko-gorzkie i dalej pozostaje baśniowe tak jak w tomie pierwszym. Ale tu warto pamiętać, że ogółowi czytelników raczej się nie podobało.

 „Czerwona królowa” nie jest powieścią, która wnosi do gatunku coś szczególnie nowego. To baśniowa historia, dość skrótowa w swojej formie. Przez to raczej jest czytadełkiem na jeden wieczór, niż czymś, co zostanie w pamięci na dłużej, tak jak zrobił to pierwszy tom. Nie zmienia to faktu, że mi się ją naprawdę dobrze czytało, a to nie jest wcale takie częste w przypadku zagranicznej fantastyki rozrywkowej, która nomen omen jest w sporej mierze targetowana do nastoletniego odbiorcy. Także podsumowując: ja lubię. Inni kompletnie nie muszą, ale polecać tę historię będę dalej.



środa, 19 stycznia 2022

Wampirze cesarstwo: czy to nowa „Gra o tron”?


Gdy nawiedza go wampirzy, królewski historyk, Gabriel nie ma wyjścia. Jeśli chce wydłużyć swoje życie, musi zacząć snuć swoją historię. Opowiada o swoich czasach młodości, gdy stał się łowcą wampirów, a także o poszukiwaniu świętego Graala, ostatniej nadziei ludzkości.



Tematyka wampirów jest ostatnio czymś, co trochę mnie interesuje, toteż gdy Mag zapowiedział książkę właśnie w takich klimatach, to najzwyczajniej w świecie zaczęła za mną chodzić. „Wampirze cesarstwo” jest pierwszą książką Jaya Kristoffa, jaka wpadła mi w ręce, toteż to była po prostu dobra okazja, aby z tym całkiem popularnym ocenie autorem się zapoznać. I wyszło… no nie bardzo wyszło, choć wyjść mogło.

Wampirze cesarstwo
Jay Kristoff
wyd. Mag, 2021
Wampirze cesarstwo, t. 1

Zacznijmy najpierw od targetu tej powieści. Byłam już przez kilka osób przekonywana, że jest to książka dedykowana osobom dorosłym. Niestety, nie mogę się z tym w pełni zgodzić. Dla mnie to historia targetowana do chłopców i młodych mężczyzn w wieku +16. To trochę odpowiednik romansu fantasy NA. Z tym że dziewczyny w tym wieku lubią bohaterki młode (16-30 lat, cżęściej 18-25), a chłopcy już nie. Oni chcą Geralta z Rivii, który jest smutny, poważny i zabija potwory swoją ironią. I Gabriel właśnie taką postacią jest, bądź być próbuje.  

To nie oznacza oczywiście, że starszy czytelnik się w tej lekturze nie odnajdzie. Taka literatura jest znacznie bardziej uniwersalna, niż typowo dziewczyńskie fantasy (dorosły bohater robi swoje). Nie zmienia to faktu, że ja w tej powieści elementy młodzieżówki po prostu widzę. 

Teraz przejdźmy do treści. Sam początek wydał mi się interesujący. Może nie nadzwyczaj oryginalny, bo podobny schemat wykorzystał np. „Wywiad z wampirem”, ale mam wrażenie, że relacja Gabriela i przesłuchującego go wampira jest najciekawszą w całej książce, a ich wymiany zdań co jakiś czas są klimatyczne. Gorzej zaczyna się robić później.

Czytając opis, spodziewałam się książki z jakąś polityczną intrygą. Może „Gry o tron”, tylko w mrocznej, wampirzej wersji? Miałam nadzieję na ciekawe dylematy dotyczące ludzkości, być może na jakieś brutalne sceny z tym związane. A dostałam w gruncie bardzo mhroczny (bo nie mroczny, to jest taki nastolatkowy, smutny i pełen cierpienia mhrok) quest fantasy, z dość generycznym przedstawieniem wampirów.

Na dodatek to jedna z tych książek, która jest po prostu niemiłosiernie przegadana. Kristoff stworzył klocek liczący niemal 900 stron, gdzie fabuły było tu może na 400, jeśli nie na mniej. To byłoby do wybaczenia, gdyby przy okazji w ciekawy sposób prowadził relacje między bohaterami, ale niestety, to też wypada naprawdę typowo i jest pisane bez większego polotu. W trakcie czytania nasunęła mi się myśl, że on tę książkę powinien stworzyć w duecie z autorką „Krwi i popiołu”. Bo on ogółem jest lepszy literacko, lepiej ogarnia światotworzenie (choć idealnie nie jest), ale jest zdecydowanie słabszy właśnie w pisaniu dialogów. Gdyby połączyli siły, to może wyszłoby z tego coś ciekawszego. W tej formie ta powieść po prostu jest niezwykle przewidywalna i nudna, jeśli człowiek przeczytał już kilka serii high fantasy.

Liczyłam na tę książkę. Naprawdę! Zwłaszcza że wydanie nie jest wcale złe. Książka ma sporo ilustracji, w stylu dość unikatowym jak na polski rynek, a przy tym raczej się podobającym (to taka zamerykanizowana manga), twarda oprawa też robi swoje i tę książkę, jako sam produkt, dobrze trzymało mi się w ręce. 

Poza tym przez pierwsze ok. 300 stron cały czas powtarzałam sobie (i innym też), że to wydaje się przegadane, ale to tak ogółem prosta, acz solidna rozrywka. I naprawdę byłam przekonana, że ten przeciągający się wstęp rozwinie się w coś potencjalnie ciekawego. W ogóle właśnie początek wydał mi się najciekawszy: dzieciństwo Gabriela i to, jak musiał poradzić sobie z traumami, było po prostu bardziej interesujące, niż przedłużające się szkolenie bohatera, a potem nudny quest, w którym postacie tylko podróżują i biją się w dość nudny sposób.

W ogóle doszło do tego, że „Wampirze cesarstwo”, w chwili, w której miało mnie zasmucić i wywołać u mnie jako czytelnika łzy, wywołało reakcję „ok, bardzo mnie to nie obchodzi”. I na nic zdały się łzy innego bohatera. A niby na tych setkach stron autor powinien mnie do postaci przywiązać.

Czuję się po prostu trochę zawiedziona. Wydawało mi się, że jeśli sięgnę po coś popularnego, ale wydanego przez Maga, którego przecież naprawdę szanuję, to będę bawić się co najmniej dobrze. Nie oczekiwałam niczego nadzwyczajnego, a szukałam dobrej rozrywki, która czegoś mi dostarczy. A okazało się, że choć to czytać się niby da, to naprawdę wolałabym poświęcić ten czas na jakąś inną, ciekawszą lekturę. No ale cóż, chyba pozostaje mi się cieszyć, że te wampiry przynajmniej się nie świecą…



piątek, 18 września 2020

Alicja: Szaleństwo w pogoni za białym królikiem

 


Lata spędzone w szpitalu psychiatrycznym zdają się ciągnąć w nieskończoność. Alicja jest w stanie przetrwać ten czas tylko dzięki towarzystwu Topornika: człowieka z celi obok, który w przeszłości podobno dopuścił się licznych mordów, choć sam tego nie pamięta. Gdy szpital zaczyna płonąć, udaje im się uciec. Wtedy też jednak na świat zostaje uwolnione potężne zło.

 

Nigdy nie przeczytałam w całości „Alicji w krainie czarów”. Animacje odrzucają mnie skutecznie od lat i nigdy nie było mi z tym tytułem po drodze. Rzecz jasna znam jednak główne motywy z tej klasycznej książki i miałam już styczność z retellingami, z których najbardziej zapadło mi w pamięć opowiadanie Andrzeja Sapkowskiego – „Złote popołudnie”. Ten wstęp w tym przypadku wydaje mi się absolutnie konieczny, jako że „Alicja” Christiny Henry jest właśnie w pewnym sensie próbą ponownego opowiedzenia powieści Lewisa Carolla.

Jednak z powodu mojej nieznajomości oryginału mogę jedynie powiedzieć, że autorka regularnie odnosi się do motywów z oryginału. Bierze z nich jednak tylko to, co jest jej potrzebne dla samej fabuły, bawiąc się trochę konwencją i przede wszystkim tworząc własną wersje historii. Nawet, gdybym znała oryginalną wersje nie mam nic przeciwko takiemu podejściu. Ta książka jest dziełem Christiny Henry i autorka ma prawo pisać o czym chce i jak chce.

Szczególnie, że radzi sobie naprawdę bardzo dobrze. „Alicja” to książka napisana naprawdę ładnym językiem. Mimo sporej brutalności świata przedstawionego w żadnym razie nie czułam obrzydzenia spowodowanego zbyt dokładnymi, czy obleśnymi opisami, bo ich tu po prostu nie ma. Henry stawia na piękne porównania, na to poczucie zawieszenia między baśnią a rzeczywistością, malując słowem świat fantastyczny, któremu dość blisko do realizmu magicznego. Jednocześnie „Alicja” ma w sobie nieco młodzieżowy klimat, co w jej przypadku jest też właściwie tylko pewną cechą, którą ja oceniam raczej pozytywnie.

Mam wrażenie, że w tej powieści naprawdę wiele elementów jest umownych. Na przykład niektóre z dialogów w książce sprawiają to jakby sztuczne, oniryczne wrażenie. Są bardziej pewnym symbolem drogi postaci, niż faktyczną rozmowa. Gdyby autorka przyjęła jakąkolwiek inną konwencje uznałabym to za wadę, jednak do „Alicji” to po prostu niezmiernie pasuje. Podobnie jak niektóre wybory autorki związane z fabułą. Ona nie zawsze ma w pełni sens, samo światotworzenie też jest dość umowne. Ale przecież mówimy tu o retellingu „Alicji w Krainie Czarów” – to naprawdę nie jest rodzaj historii, w którym to ma aż takie znaczenie.

Jeśli chodzi o samą historię, autorka serwuje nam w tym przypadku powieść drogi. Bohaterowie muszą dostać się do ostatecznego punktu, przeżywając spotkania z kolejnymi postaciami i wydostając się z tarapatów, które przydarzają im się bardzo regularnie. Dość istotną postacią jest w tej historii, poza Alicją i Topornikiem, jest (bo jakby inaczej) Kot z Cheshire (choć w przerobionej przez autorkę wersji). Przyznam, że to chyba jedna z najciekawszych postaci w tej powieści w ogóle, ale to chyba nie powinno dziwić. W końcu to chyba w ogóle najbardziej znana i lubiana postać z oryginalnej powieści.

Choć tematycznie „Alicja” trochę skacze, bo każda nowa przygoda skupia się na nieco innym aspekcie to jest jeden motyw, który powtarza się przez całokształt. Henry dużo mówi o kobietach i tym, jak źle traktowane są w jej świecie. Często przy tym porusza tematykę nadużyć i przestępstw związanych z molestowaniem czy nawet morderstwem. Jak już jednak wspomniałam wcześniej – jej styl jest tak piękny i na tyle taktowny, że te opisy w żadnym razie nie wzbudzają obrzydzenia przez to, w jaki sposób są przedstawione. Obrzydzają same czyny, obrzydzają oprawcy, ale nie opisy torturowanych czy krzywdzonych osób. Trudno osiągnąć taki efekt, a autorce „Alicji” to się jak najbardziej udaje.

Gdybym miała ocecnić gatunek tej książki określiłabym go jako połączenie urban i dark fantasy, które chwilami lekko przechodzi w horror. Aczkolwiek chcę tu zaznaczyć, że to „urban fantasy” jest książką bardziej w stylu „Grimm city” Jakuba Ćwieka, niż na przykład świata tworzonego przez Anetę Jadowską czy Martynę Raduchowską. Mamy tu odrębną rzeczywistość, osadzoną w bliżej nie określonym czasie, chociaż miasto jako takie niewątpliwie odgrywa ważną role w powieści.

Samo polskie wydane tej książki jest naprawdę, naprawdę cudowne. Twarda oprawa z bardzo przyjemną dla oka ilustracją, do tego kilka grafik wewnątrz, dobrej jakości papier – Vesper naprawdę się tu postarał. Jedynie na samym początku natrafiłam na dość dziwny zlepek w dwóch akapitach (na trzynastu linijkach pojawiły się chyba z pięć czy sześć razy słowa „stare miasta”), ale w kontekście całokształtu nie ma to dla mnie szczególnego znaczenia.

„Alicja” nie wnosi do świata literatury czegoś nadzwyczaj nowatorskiego. Mimo tego czuje, że jest pewnym powiewem świeżości. Ma w sobie pewną lekkość i radość, mimo że opowiada czasem o brutalnych i okrutnych czynach. Jest oniryczna, barwna oraz bardzo kreatywna. Dobrze bawiłam się w trakcie lektury i miło wraca mi się do niej myślami, dlatego gdy pojawi się kolejny tom z tego cyklu naprawdę chętnie do niego zajrzę.

 



Więcej dobrej fantastyki znajdziecie na stronie księgarni Tania Książka:


niedziela, 1 września 2019

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód - zachód: Rozległe stepy i cień olbrzymiego miasta



Czaardan to nie oddział. To rodzina, do której przystępujesz na dobre i na złe. Kailean doskonale o tym wie i docenia bycie częścią drużyny Laskolnyka, legendarnego generała, który postanowił przewodzić niewielkiej grupie najemników, pilnującej rozległych stepów.  Mieszkający po drugiej stronie kontynentu Altsin nie może pochwalić się tak cudowną rodziną. Młody złodziejaszek pracuje sam, będąc jednak pod opieką jednego z najpotężniejszych ludzi w mieście. Jego codziennością są bijatyki w ciemnych zaułkach olbrzymiego miasta, niewielkie napady i zakazana magia, która już lata temu zakorzeniła się w Ponkee-Laa.

Tytuł: Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód - zachód
Tytuł serii: Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Numer tomu: 2
Autor: Robert M. Wegner
Liczba stron: 688
Gatunek: high fantasy
Wydanie: Powergraph, Warszawa 2018
Po pierwszym tomie „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” byłam przekonana, że sięgnę po kolejny tom. Naprawdę nie łatwo znaleźć tak dobre jakościowo, polskie high fantasy, które jednocześnie miałoby w sobie świeżość, przygodę, dobrze nakreślony świat, a przy tym pozostawałoby klasyczne w swoim gatunku. Druga część książki Wegnera w żadnym razie mnie nie zawiodła. Przeciwnie, wschód i zachód są w moim odczuciu wręcz ciekawsze od północnej i południowej części tych opowieści.
Sama konstrukcja książki pozostaje niezmienna w stosunku do tomu pierwszego. „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód - Zachód” podzielone są na dwie części, opowiadając o dwóch głównych bohaterach i dwóch różnych światach. Dzięki temu stopniowo coraz lepiej poznajemy świat przedstawiony, jednocześnie mając czas, by przywiązać się do naprawdę sympatycznych bohaterów. Ponadto to wciąż zbiór opowiadań. Podobnie jak w cyklu o Geralcie z Rivii Andrzeja Sapkowskiego, tak i tutaj zaczynamy od połączonych ze sobą opowieści, które równie dobrze działają jako całość, jak i zupełnie odrębne twory.
W stylu Wegnera naprawdę coś jest. Z jednej strony jego pióro jest na tyle lekkie i klarowne, by całość bez problemu pochłonąć. Osobiście nie czułam zagubienia w świecie przedstawionym, czy „niezrozumienia się” z autorem. Jednocześnie jego opowiadania są niezwykle zgrabne, przepełnione emocjami, przygodą i sercem do tworzonego świata, nie mając w sobie ani grama infantylności. „Opowieści…” to naprawdę pełnokrwiste high fantasy w najlepszym wydaniu.
W poprzedniej części autor przedstawił czytelnikom północ i południe Imperium Meekhańskiego. Ta pierwsza część była bardzo militarna, a ja mimo wszystko nie jestem wielkim fanem kwestii związanych z tym tematem. Dlatego dużo bardziej podobała mi się część druga, w której autor wyszedł od romansu, czerpiąc z kultury Bliskiego Wschodu. Mimo tego obydwie części nie sięgały do tych moich najbardziej lubianych motywów. Z tym tomem jest inaczej. Najpierw dostałam grupę najemników, którzy poruszając się na stepie, a więc spędzają ogrom czasu na swoich wierzchowcach. Są do nich przywiązani i traktują ich jak wspólników, a nie – po prostu konie. Zażyłość głównej bohaterki, Kailean, zarówno do czardaanu, jak i jej wierzchowca to coś, co przynajmniej mi jest bliskie.
Część zachodnia jest zaś czymś, czego naprawdę brakowało mi w ostatnio czytanej przeze mnie fantastyce. Wegner sięga w niej po łotrzykowskie historie i odrobinę dark fantasy, tworząc bohatera, na którym naprawdę mi zależało. Co prawda wcale nie tak dawno poznałam utrzymane w podobnym klimacie „Dwie karty” Agnieszki Hałas, ale tam nie czułam aż takiego przywiązania do postaci i świata, jak w tym przypadku.
„Opowieści z meekhańskiego pogranicza” są naprawdę wyjątkowym tworem jak na polski rynek. Stworzone z rozmachem, czerpiące z klasycznego high fantasy, ale jednocześnie mające w sobie coś unikalnego i ciekawego. Na pewno będę kontynuować przygodę z tą serią, a tych, którzy o tych książkach jeszcze nie słyszeli, bądź wciąż się wahają po prostu zachęcam do zapoznania się z twórczością Wegnera. Jeśli tylko lubicie przygodowe fantasy z elementami militaryzmu (bo i w tym tomie parę starć się znajdzie) to nie wątpię, że przedstawione przez autora historie przypadną Wam do gustu.
* * *


– Aha. Ciekaw jestem tylko, dlaczego, jeśli chodzi o walkę dobra ze złem, kapłani tak rzadko ruszają sami swoje tyłki. Gadanie, gadanie, gadanie, a potem zawsze idźcie dzieci tłuc się z siłami Mroku sami, bo ja tu muszę jeszcze Świątynię pozamiatać…
–  Wina się napić – dodała Daghena.
– Dziewkę wy… – Kailean obejrzała się, wyczuwając ruch – … wyspowiadać.
Fragment „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód – zachód” Roberta M. Wegnera

sobota, 26 stycznia 2019

Zew Cthulhu: Groza w czystej postaci


Okolice miasta Arkham wypełnione są przerażającymi legendami o ciemnych mocach pochodzących z kosmosu, które wkradają się w życie zwykłych ludzi. Na nieszczęście mieszkańców, wiele z nich okazuje się prawdą. 



Tytuł: Zew Cthulhu
Autor: H. P. Lovecraft
Tłumaczenie: Ryszarda Grzybowska
Liczba stron: 296
Gatunek: horror/dark fantasy
Wydanie: C&T, 2004
Międzywojnie to czas, gdy powstała taka fantastyka, jaką znamy dzisiaj. To wtedy możemy mówić o zaczątkach fandomu: o pierwszych klubach, czy pierwszych gazetach poświęconych właśnie jej. Wtedy też pojawiło się wielu pisarzy, uznawanych dziś za klasycznych. Wśród nich jest H. P. Lovecraft – człowiek, którego twórczość, a zwłaszcza jego mitologia cthulhu, zakorzeniła się w popkulturze, mimo że osobom niezainteresowanym jego nazwisko niekoniecznie wiele mówi. „Zew Cthulhu” to zbiór opowiadań opowiadających właśnie o wymyślonym przez autora świecie, czy też – mitologii.
Na niespełna trzystu stronach książki mamy okazję poznać siedem opowiadań, z których – moim zdaniem – trudno wybrać najgorsze, czy najsłabsze. Każde z nich jest utrzymane w bardzo zbliżonej konwencji i tonie, przez co wypadają naprawdę równo, co nie jest czymś typowym dla tego typu zbiorów.
Jak na prozę z lat 30. przystało „Zew Cthulhu” napisany jest dość specyficznym językiem: styl Lovecrafta jest bardzo „gęsty”, choć jednocześnie konkretny i realistyczny. Wewnątrz praktycznie nie ma dialogów, a jeśli jakieś rozmowy się pojawiają przybierają raczej formę monologu. Jednocześnie absolutnie nie jest to język wyjątkowo trudny, za to doskonale wpisujący się w atmosferę grozy panującą w opowiadaniach.
No właśnie, uczucia grozy i lęki naprawdę rzadko kiedy towarzyszą mi w trakcie czytania. Horrory raczej mnie nudzą, niż straszą, a dark fantasy raczej nie ma w zwyczaju mnie przerażać. Ale… „Zew Cthulhu” przez swoją atmosferę naprawdę sprawił, że wolałam w nocy nie wychodzić spod kołdry, co dobrze pokazuje, jak świetnie autor potrafi budować napięcie w swoich tekstach.
Warto zauważyć, że większość z opowiadań napisanych jest w narracji pierwszoosobowej, których bohater czasem zwraca się bezpośrednio do czytelnika. To nadaje tekstowi nieco gawędziarski styl, ale jednocześnie sprawia, że zdecydowanie łatwiej jest w świat przedstawiony wsiąknąć i naprawdę z niego uwierzyć, przynajmniej w chwili czytania. Ponadto same fantastyczne istoty występujące w opowiadaniach mocno bazują na zakorzenionych gdzieś głęboko w nas lękach, co też niewątpliwie potęguje odczucia w trakcie lektury. Zwłaszcza, że całość podana jest w naprawdę realistyczny sposób. Mam wrażenie, że współcześni twórcy często puszczają do czytelnika oko, niszcząc klimat tekstów grozy. Lovecraft zaś zdaje się w swojej prozie robić wszystko, aby naprawdę przerazić czytelnika.
Twórczość Lovecrafta jest absolutnie ponadczasowa. Ba, powiedziałabym, że czas międzywojnia sprawdza się przy takich opowieściach lepiej, niż współczesność. Ponadto to w końcu klasyka literatury grozy, czy początek dark fantasy (moim zdaniem „Zew Cthulhu oscyluje właśnie gdzieś pomiędzy horrorem, a dark fantasy). Z tych powodów naprawdę warto się z tym tytułem zapoznać, choćby po to, by rozwinąć swoje horyzonty i przy okazji poczuć dreszczyk strachu.


* * *

Ma poczucie widmowego wirowania po nieznanych morzach nieskończoności, oszałamiającej jazdy na ogonie komety poprzez toczący się wszechświat, a także histerycznego przerzucania się z piekła na księżyc i z księżyca do piekła, przy wtórze rozchichotanego chóru pokrętnych, wesołkowatych starszych bogów i zielonych nietoperzoskrzydłych, szyderczych diabłów
Fragment „Zewu Cthulhu” H. P. Lovecrafta


niedziela, 23 września 2018

Ciemność płonie: Mrok nie ma wstępu tylko na dworzec

Gdy Natalia, młoda studentka, znajduje w swoim portfelu tajemniczą monetę, nie ma pojęcia, że to właśnie ona wkrótce odwróci jej życie do góry nogami. Dziewczynę zaczyna ścigać płonąca ciemność, a jedynym miejscem, które może ją przez nią uchronić jest katowicki dworzec.

Nie pamiętam najlepiej tego starego, katowickiego dworca. Byłam tam kilkukrotnie jako dziecko, ale wiem jedynie, że kojarzył mi się z plątaniną ciasnych, ciemnych uliczek z masą podejrzanych sklepików. Zdecydowanie nie było to przyjemne miejsce. To właśnie o nim postanowił napisać Jakub Ćwiek, najpierw spędzając pół roku jako bezdomny, aby móc w pełni oddać klimat tego miejsce.
No bo właśnie… autor wybrał sobie bardzo ciekawych bohaterów powieści. Zwykle postacie to osoby czyste, ładne i zadbane, które mają środki i możliwości do przeżywania przygód. Ale nie w tej książce! Poza Natalią, nasze postacie to grupa bezdomnych, która żyje w „umieralni”, jaką był stary dworzec w Katowicach. Nadaje to historii unikatowego charakteru i klimatu.
Tytuł: Ciemność płonie
Autor: Jakub Ćwiek
Liczba stron: 320
Gatunek: horror
Wydanie: SQN, Kraków 2016
Zwłaszcza, że „Ciemność płonie” zdecydowanie nie jest historią żartobliwą w swoim wydźwięku. Nie znajdziemy tu zbyt wielu żartów, co oczywiście jak najbardziej pasuje do przedstawionej sytuacji. Nie oznacza to jednak, że to ciężka powieść. Gawędziarski styl Ćwieka jak zawsze jest lekki i przyjemny, bardzo łatwy do przyswojenia. Przeczytanie jej w jeden dzień naprawdę nie jest żadnym problemem.
Szczerze przyznam, że mam problem z klasyfikacją tej książki pod względem gatunku. Wprawdzie zdecydowanie najbliżej jej do horroru, ale mimo że przez całość jest mowa o mroku, ja osobiście tej mroczności nie odczułam: ba, miałam wrażenie, że to bardziej przygodowa opowieść, tyle, że przeciwnikiem bohaterów jest po prostu bliżej nieokreślona ciemność, jakieś zło, które się na nich czai.
Wracając do bohaterów, muszę przyznać, że choć autor przedstawia nam ich całą gromadkę to opisuje ich na tyle zręcznie, że w trakcie czytania nie sposób się pogubić. Nie zlewają się w jedną całość. Po historii jednak niewielu z nich zapada na dłużej w pamięć. Liderem naszej grupy jest Literat, który po prostu jest pisarzem. Mamy też jednego alkoholika i jedną prostytutkę oraz policjanta – tyle osób z naszej głównej „ekipy” zapamiętałam na tyle, by nie zastanawiać się po przeczytaniu książki kto jest kim. A to naprawdę nie są wszyscy. Niemniej, to nie jest powieść psychologiczna i wydaje mi się, że istotniejszy jest tu sam pomysł i poprowadzenie historii, a nie bohaterowie.
Nie będę kłamać: w trakcie całkiem dobrze się bawiłam. Być może pomysł z ciemnością nie jest nadzwyczaj oryginalny, ale samo umiejscowienie historii i przedstawienie nam bezdomnej społeczności uważam za naprawdę wartościowe. Poza tym tę książkę po prostu dobrze się czyta, a czego można chcieć więcej, od powieści, która przede wszystkim ma zapewnić nam rozrywkę?

* * *

Gdy nastaje noc, parafrazując słowa Goi, budzą się potwory. Ale wystarczy trochę słońca, światła czy większe skupisko ludzi i jesteśmy już pewni, że facet z siekierą czatujący za kotarą to tylko wieszak na płaszcze, upiorna koścista dłoń skrobiąca w nasze okno to wyschnięta gałąź, a demon łypiący na nas z szafy to błyszczące guziki płaszcza.
"Tylko mi się zdawało" - myślimy i nie zastanawiamy się nawet, skąd wieszak się wziął akurat za kotarą ani jak to możliwe, że gałąź stuka nam w okno, chociaż najbliższe drzewo rośnie dwadzieścia metrów dalej.



Fragment „Ciemność płonie” Jakuba Ćwieka


Nomida zaczarowane-szablony