piątek, 4 października 2019

Trzy kroki od siebie – najpierw film, potem książka



Myślałam, aby zrobić na temat tych dzieł odrębny tekst. Naprawdę miałam taki zamiar, gdy zabierałam się za czytanie książki. W trakcie jednak uznałam, że… to nie ma najmniejszego sensu. Ale dlaczego – do tego przejdziemy zaraz. Najpierw może kilka słów o fabule omawianej dziś historii, czyli „Trzech kroków od siebie”. W wersji filmowej i książkowej.



Od podstaw
„Trzy kroki od siebie” opowiada o cierpiącej na mukowiscydozę Stelli. Dziewczyna ma siedemnaście lat. Jest bardzo dokładna i inteligentna: samodzielnie stworzyła aplikację, która przypomina chorym o braniu leków. Ponadto prowadzi także kanał na Youtube, gdzie opowiada o swojej przypadłości. Gdy trafia do szpitala z powodu infekcji, poznaje w nim Willa: zbuntowanego chłopaka, który przypadkiem złapał groźnego wirusa, będącym właściwie wyrokiem śmierci dla chorych na muko osób. Stella nie może znieść tego, jak zachowuje się chłopak i próbuje przekonać go do zwracania większej uwagi na swoją terapię.
Mamy więc właściwie wszystko, co może „chwycić” za serce nastolatków. Zakazaną miłość. Chorobę, która na ekranie bądź w literaturze potrafi być pociągająca. Postacie, które faktycznie mają jakieś zainteresowania i pasje; te są nakreślone bardzo wyraźnie, zarówno w książce, jak i w filmie. Jednocześnie w tych dwóch dziełach naprawdę widać, że twórcom zależało na przedstawieniu nie tylko samej historii Stelli i Willa, ale też charakteru mukowiscydozy. Wyjaśnienia, czym ta choroba jest i na czym polega. To całkiem sprytny sposób na szerzenie edukacji wśród młodych ludzi i naprawdę nie mam nic przeciwko samemu zamysłowi „Trzech kroków od siebie”.


Najpierw film, potem książka

„Trzy kroki od siebie” (2019)
ang. Five Feet Apart
reż. Justin Baldoni
dramat, romans
Swoją przygodę z tymi dwoma dziełami zaczęłam od filmu właśnie. To on z resztą z tej dwójki jest oryginałem: książka jest jego nowelizacją. W każdym razie – sam seans był dla mnie po prostu całkiem przyjemny. W żadnym razie nie odkrywczy (fabuła „Trzech kroków… nie jest niczym nowym w świcie nastoletnich romansów), ale przyjemny.
Miło było zobaczyć na ekranie Cole Sprouse’a w roli Willa, czy Moisesa Ariasa grającego Poe, których znam z ekranu od lat, głównie z Disney Channel. Ponadto aktorka grająca Stellę, Haley Lu Richardson, wydała mi się dość autentyczna, a relacja głównych bohaterów wypadała całkiem uroczo. Jasne, „Trzy kroki od siebie” są przerysowane. Przedstawiony szpital wygląda bardziej jak hotel, a w okolicy finału cała opowieść wyrasta do wręcz nierealnych, epickich momentów. Niemniej, to film kierowany do nastolatków. On właściwie „musi” mieć takie elementy, szczególnie jeśli ma się sprzedać i trafić do szerokiej publiki. Z resztą to się chyba udało. Przy budżecie rzędu siedmiu milionów dolarów, obraz zarobił prawie dziewięćdziesiąt.
Nie miałam zamiaru narzekać na ten film. Rzadko się zdarza, bym nie marudziła na nastoletni romans, ale tym razem… po prostu nie chciałam tego robić. Przekaz całości jest całkiem mądry, ogląda to się całkiem miło, dla młodzieży (i starszych lubiących młodzieżową twórczość) jest jak znalazł jako seans na wolny wieczór. A potem zaczęłam trochę grzebać.


Historia na faktach
Pierwsza rzecz, a właściwie osoba na jaką wpadłam jest Clarie Wineland. Youtuberka, która zmarła w 2018 roku. Śliczna, inteligentna i naprawdę charyzmatyczna dziewczyna, która odeszła z tego świata… zgadnijcie sami na co. Oczywiście, że na mukowiscydozę.
Film powstawał już w 2017 roku w związku z czym Clarie wtedy na naszym świecie jeszcze była z moich informacji wynika, że nie tylko wiedziała, że taki film jak „Trzy kroki od siebie” powstaje. Nawet współpracowała przy tworzeniu go. Tyle, że jeśli obejrzy się fragmenty „nagrań” vloga Stelli oraz przejrzy się kanał Clarie okaże się, że… główna bohaterka filmu mówi w słowo w słowo to, co ta prawdziwa dziewczyna. Nawet jej energia, sposób poruszania się, zachowanie ma w sobie wiele podobieństw. Tak, jakby aktorka właściwie udawała Wineland.
Z jednej strony nie jest to coś złego, szczególnie, że Clarie wiedziała o całym projekcie. Z drugiej… naprawdę chciałam pochwalić aktorstwo Richardson. Tyle tylko, że jeśli Haley Lu właściwie „małpowała” zachowanie prawdziwej osoby to chyba nie zasługuje na aż takie „ochy” i „achy”. Dużo łatwiej jest skopiować cudze zachowanie niż wykreować swoją własną postać. Dlatego moje pozytywne emocje względem tej aktorki trochę opadły.




Nowelizacja to chyba zły pomysł
Następnie postanowiłam sięgnąć po książkę. Nie była długa, jest o niej całkiem głośno, więc pomyślałam… czemu nie? To lektura, którą można połknąć w jeden wieczór, więc po prostu ją otwarłam. I wiecie co znalazłam? Scenariusz „Trzech kroków od siebie”, niemal bez dodanych scen.
Tytuł: Trzy kroki od siebie
Autor: Rachael Lippincott
Tłumaczenie: Maciej Potulny
Liczba stron: 336
Gatunek: dramat, romans
Wydanie: Media Rodzina, Warszawa 2019
Teraz muszę powtórzyć coś, co właściwie powtarzam od lat: nie ma absolutnie żadnego sensu, by adaptacja była identyczna jak oryginał. Po co się powtarzać, po co opowiadać drugi raz dokładnie tę samą historię? Film, książka, gra, cokolwiek – ma być przede wszystkim dobrą całością samą w sobie. Jeśli spełnia oczekiwania fanów – cudownie. Jeśli nie, bo jest złym filmem/grą/książką/czymkolwiek – gorzej. Jeśli nie, bo jest złą adaptacją, a świetnym filmem/grą/… – naprawdę, fani, wybaczcie, ale mam Was gdzieś.
A książka „Trzy kroki od siebie” jest po prostu cholernie pustą nowelizacją, napisaną chyba głównie przez względy finansowe. Ewentualnie po to, by szerzyć wiedzę o chorobie, ale… skoro twórcy mieli tak duże serducho do mówienia o tym w filmie, czemu przy książce poszli na aż tak dużą łatwiznę?
Nie chodzi o to, że to kompletnie zła książka, grafomania, coś, czego nie da się czytać. Absolutnie nie. „Trzy kroki od siebie” w wersji książkowej to bardzo lekka powieść, która na pewno spodoba się (i już spodobała) sporej grupie osób. Tyle tylko, że dla mnie osobiście jej istnienie nie ma żadnego sensu. Film by wystarczył, naprawdę.
Nie tylko niemal nie dodaje scen do „filmu”, ale również nie zachwyca językiem. Ten jest tak prosty, jak to tylko możliwe, byleby tylko trafić do szerokiego grona odbiorców. Postacie zaczynają się wydawać nieco odrealnione. W ekranizacji to aktor dźwiga sporą część charakteru bohatera, w książce robią to tylko słowa. W związku z tym pasje głównych postaci niby istnieją – ale jakoś ich nie czuć. To samo dotyczy chemii między postaciami. Czytając, widziałam sceny z filmu. Widziałam uśmiech Sprouse’a, widziałam emocje Richardson…  ale nie widziałam tych postaci jako postaci. No wiecie, w trakcie lektury zwykle tworzy się w głowie twoja-własna-osobista-wizja-bohaterów. Tyle, że nie w tym przypadku. Ta książka to nieco rozpisany scenariusz, którego role przynależą do konkretnych aktorów, a chemia wynika z zachowania osób grających bohaterów. Nie zaś z samych, pustych dialogów, które serwuje nam nowelizacja.
Po prostu czuje, że straciłam czas. Nabrałam się na sztuczkę marketingową, tylko po to, by znów poznać dokładnie tę samą historię, tylko w wersji gorszej i okrojonej, pozbawionej obrazu, dzięki któremu „Trzy kroki od siebie” nawet działały jako romans/dramat dla młodzieży.
Jeśli więc interesuje Was ta historia i chcecie ją poznać, ale nie macie czasu na dwa z tych dzieł, bierzcie się za oryginał. Za film. Podejrzewam, że Ci z Was, którzy lubią czytać i którym to dzieło się spodoba, sami z siebie sięgną za książkę, ale… po prostu lojalnie uprzedzam, jak ona wygląda. Jest spora szansa, że po prostu zmarnujecie kilka godzin na poznawanie dokładnie tego samego, zamiast poznawać coś bardziej kreatywnego.

7 komentarzy:

  1. Film był piękny, płakałam strasznie :)) Ale ja mam niesamowitą słabośc do tego typu historii. Co do książki - dziękuję za twoją opinię, nie mam zamiaru jej czytać :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam w planach zapoznać się z tą historią i zastanawiałam się właśnie, od czego powinnam zacząć - książki czy filmu? Tym bardziej, że zazwyczaj, gdy przeczytam książkę, nie umiem od razu sięgnąć po film i na odwrót. Ułatwiłaś mi decyzję, więc pewnie obejrzę film, a książkę raczej odpuszczę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurcze, a ja właśnie myślałam, że książka okaże się naprawdę dobra. Filmu jeszcze nie oglądałam, ale mam zamiar to nadrobić, a co do książki to uważam, że dam jej szansę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz próbować. :) Ale jak by co to ostrzegałam. :P

      Usuń
  4. Huh, w takim razie nie ma co sięgać po książkę :/ Film oglądałam, bardzo mi się podobał i wylałam trochę łez.
    www.whothatgirl.pl

    OdpowiedzUsuń
  5. Oglądałam ten film nie jednokrotnie, za każdym razem jest to lawina łez. Uwielbiam wręcz film a aktorka którą zagrała postać Stelli jest naprawde świetna. Polecam do obejrzenia ❤ daje tez dużo do myślenia.

    OdpowiedzUsuń

Nie, nie zaobserwuje Twojego bloga w zamian za obserwację mojego - wolę mieć garstkę zainteresowanych blogiem czytelników, niż tysiąc zapychaczy.
Usuwam spam.

Nomida zaczarowane-szablony