sobota, 4 kwietnia 2020

Zgasić słońce. Szpony smoka: Gdy Japonia ma wyzwolić Polskę z rąk zaborców


Początek XX-wieku. Najpotężniejsze mocarstwa zachodu, korzystając ze swojej najświeższej technologii, próbują pokonać siły japońskiego imperium, które zdaje się być w mocy zagarnąć cały świat. Nie bez powodu: za sprawą bogini, ich wojska są wspierane przez magiczne siły. Nalot na Tokio może być ostatnią szansą dla zachodniego świata. W tym samym czasie Józef Piłsudzki widzi w azjatyckiej potędze szansę dla Polski na niepodległość.

Tytuł: Zgasić słońce. Szpony smoka
Tytuł serii: Zgasić słońce
Numer tomu: 1
Autor: Robert J. Szmidt
Liczba stron: 440
Gatunek: alternatywna historia
Wydanie: SQN, Kraków 2020
Z Robertem J. Szmidtem miałam do tej pory styczność tylko raz. Pierwszy tom jego „Kronik jendorożca” był powieścią całkiem niezłą pod kątem warsztatu. Lekką i rozrywkową fantastyką, która być może nie zapadła mi na dłużej w pamięć, ale jednocześnie w trakcie czytania po prostu spełniła swoje zadanie. Dlatego po najnowszej książce tego autora – „Zgasić słońce. Szpony smoka” – spodziewałam się dokładnie tego samego.
Przyznam, że trochę obawiałam się tej historii. Sam koncept wydawał mi się co najmniej szalony. Połączenie wątku niepodległości Polski z epicką wojną świata zachodniego z Japonią, bronioną przez wielkie smoki brzmi po prostu absurdalnie. Zwłaszcza, że (przynajmniej w moim odczuciu) trudno jest nam, Polakom, dobrze oddać kulturę azjatycką. Jeśli autor nie zna japońskiego, jeśli nie zna bezpośrednich źródeł, często to, co dostajemy jest pewną stereotypową, popkulturową papką, która – zupełnie szczerze mówiąc – raczej mnie nudzi i odrzuca, niż interesuje.
Robert Szmidt ma jednak, na szczęście, na tyle dobry warsztat, że ten cały absurdalny świat jakoś funkcjonuje jako całość. Tak, wydaje mi się, że przedstawienie Japonii w tej powieści jest mocno komiksowe i mocno absurdalne, ale takie było chyba założenie od samego początku. Za to jednak absolutnie nie mogę powiedzieć, by „Zgasić słońce” było powieścią, którą czytałam z przyjemnością. Wręcz przeciwnie.
Nie wiem jednak, czy uda mi się wyjaśnić skąd wzięły się moje odczucia. Zacznijmy może jednak od powtórzenia: Szmidt wie, jak pisać. Wie, jak konstruować historie, jak składać całość w kupę i tworzyć rozrywkową literaturę. „Zgasić słońce” ma bardzo konkretną konstrukcję i wydaje mi się, że naprawdę wielu osobom może z tego powodu do gustu przypaść. Ja mam chyba jednak z tą powieścią dwa główne problemy.


Po pierwsze, opis bitwy. Ta książka podzielona została wyraźnie na trzy konkretne fragmenty, z czego pierwszy segment dotyczy właściwie tylko opisu nalotu na Tokio. A jeśli ktoś mnie choć trochę zna to doskonale wie, że ja i militaryzm… No, to niekoniecznie się łączy. Opisy bitew są zwykle dla mnie najnudniejszym elementem literatury i trudno wzbudzić we mnie większe zainteresowanie takimi opisami. Zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z bitwą powietrzną, która rozgrywa się na sterowcach lub latających statkach. Bardzo nie lubię sterowców i latających statków, mimo słabości do steampunkowej stylistyki. A tu właśnie to dostałam. Nic więc dziwnego, że tę pierwszą jedną trzecią powieści męczyłam przez blisko miesiąc. Szczególnie, że główny bohater nie był postacią, którą miałam ochotę obserwować, szczególnie na samym początku, gdy niewiele o nim jeszcze wiedziałam.
Mój drugi problem z tą powieścią to poczucie, że właściwie… przeczytałam trochę… nic? „Zgasić słonce” ma pewne pozornie ciekawe i oryginalne koncepty. Nie znam wśród polskiej alternatywnej historii czegoś z podobnym założeniem startowym. Dlatego samo założenie świata przedstawionego już z daleka wydaje się ciekawe. Jednakże po wczytaniu się w tą powieść doszłam do wniosku, że… ona właściwie niewiele mi oferuje. Główny bohater, Andrzej, to po prostu młody kadet, bez szczególnych cech charakteru. Czasem popełnia głupie błędy, czasem nie, ale generalnie – po prostu sobie jest. Przez blisko 2/3 powieści nie ma zaś żadnej postaci, od której mógłby się „odbijać”. Odnosiłam wrażenie, że lwia część tej książki to opisy jak postać wstała, zjadła i poszła się bić lub pracować, a to wcale nie jest dobra nowina dla powieści. Dobrze skonstruowanie relacji między postaciami to naprawdę niezwykle istotny element takich historii, a tu mi tego zabrakło. Szczególnie, że nawet gdy pojawia się na kartach powieści wszystkim nam znany Józef Piłsudzki… osobiście nie poczułam się szczególnie zaintrygowana ani nim, ani jego relacją z Andrzejem.
Fabuły też jest tu zadziwiająco mało, przynajmniej w moim odczuciu. Być może to spowodowane jest tym, że ta książka zdaje się być pewnym preludium do kolejnego tomu i raczej wprowadza nas w świat przedstawiony. Świat przedstawiony, w którym jest taka ilość elementów, że autor po prostu musiał nas w niego wprowadzić.
Niemniej, jak już pisałam – naprawdę zrozumiem, jeśli ta książka komuś się spodoba i nie mam zamiaru tego negować. Chociaż gdy odkładałam „Szpony smoka” nie miałam ochoty do nich wracać, to samo czytanie przebiegało naprawdę sprawnie. Język Szmidta jest bardzo klarowny, prosty i pozbawiony ozdobników, choć przy tym wcale nie infantylny. Jeśli lubicie opisy bitew oraz jesteście zainteresowani różnego rodzaju mechami i fantastycznymi wynalazkami: to może okazać się książka dla Was. Ba, jeśli jesteście patriotami zainteresowanymi odzyskiwaniem przez Polskę niepodległości! Ta książka zapewne też Was zainteresuje. Odnoszę wrażenie, że „Szpony smoka” to powieść zaprojektowana tak, by po prostu dobrze się sprzedawała, trochę jak filmowe blockbustery. I nie widzę w samym tym fakcie kompletnie niczego złego.
Ja sama jednak nie mam szczególnej ochoty na powrót do tej powieści. Czytałam ją naprawdę długo, nie mając czasem ochoty do niej wracać przez tydzień lub dwa. Absolutnie nie skreślam jednak przy tym autora. To, że tematyka tej książki i sposób podania historii mi nie odpowiada, nie oznacza, że inne mi się podobać nie będą. Szmidt ma naprawdę wyćwiczone pióro i przy tym będę stać murem. Nie jest może pisarzem-artystą, ale wie, jak połączyć pewne elementy, aby stworzyć rozrywkową fantastykę, a to też nie jest proste zadanie.

* * *

Zerwał się na nogi i podbiegł do najbliższej okiennicy. Deski, z których ją zbito, były bardzo nierówne, szybko więc znalazł szczelinę i wyjrzał na plac. Zobaczył tył samochodu, a tuż obok…
Uśmiechnięty od ucha do ucha Araki kucał przed dwojgiem dzieci. Dziewczynka mogła mieć cztery latka, góra pięć. Ubrano ją w różowe kimono, czyli rodzaj tutejszego stroju, noszonego zarówno przez kobiety jak i mężczyzn. Chłopczyk, może o rok starszy od niej, miał na sobie nieco wygodniejsze odzienie, aczkolwiek również fantazyjnie egzotyczne. Komendant droczył się z nimi przez chwilę, po czym ucałował oboje i nie wstając, przyglądał się, jak roześmiane pociechy odbiegają w stronę samochodu.
Potwór ukazał ludzką twarz. To powinno ucieszyć obserwującego sielski widok jeńca, ale Hordyński ani się nie uśmiechnął, ani nie poczuł ulgi. Jego sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej.
Fragment „Zgasić słońce. Szpony smoka” Roberta J. Szmidta




Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

4 komentarze:

  1. Zdecydowanie nie dla mnie, podejrzewam, że dłużyłaby mi się niesamowicie :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałem opowiadanie będące podstawą tej powieści (w antologii "Inne światy") - bardzo przeciętne. Cóż, Szmidt to taki pisarz, że poziomem nie spadnie poniżej 5/10, ale też nie wzniesie się powyżej 6/10.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, miałam czytać tę antologię, ale jakoś po dwóch opowiadaniach porzuciłam i nie wróciłam na razie. W każdym razie, coś w tym jest - on ma nieźle wyćwiczony warsztat, ale te jego teksty są mocno komercyjne. Lepszego słowa chyba na nie po prostu nie ma.

      Usuń

Nie, nie zaobserwuje Twojego bloga w zamian za obserwację mojego - wolę mieć garstkę zainteresowanych blogiem czytelników, niż tysiąc zapychaczy.
Usuwam spam.

Nomida zaczarowane-szablony